Autor: Maxwell Smart
Tagi: Wspomnienia, I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne, Polska, Kresy Wschodnie, Sylwetki i biografie
Opublikowany: 2022-09-29 12:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Żydowskie miasteczko w Polsce

Buczacz, senne galicyjskie miasteczko, w którym od wieków żyli obok siebie Polacy i Żydzi. Oziac Fromm wspomina swoje beztroskie dzieciństwo przed wybuchem II wojny światowej.
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Maxwella Smarta „Chłopiec w lesie. Prawdziwa opowieść o przetrwaniu podczas II wojny światowej”.

Nazywam się Oziac Fromm. Urodziłem się 1 czerwca 1930 roku. Miałem też żydowskie miano: Shaih Moishe Fromm. Rzadko zwracano się do mnie tym imieniem i nazwiskiem, jeśli nie liczyć świątecznych wezwań do czytania Tory w Wielkiej Synagodze. Z dumą recytowałem wówczas modlitwę, mając na sobie tałes, modlitewny szal mojego ojca.

Pamiętam, że jako chłopiec biegałem z przyklejonego do zbocza wzgórza domu do nieodległych ruin starego, iście magicznego zamku. Ponadczasowa twierdza górowała nad miasteczkiem niczym niewzruszony symbol jego wielowiekowej historii. Moja rodzina mieszkała nieopodal, przy ulicy Zamkowej. Zimą razem z kolegami zjeżdżaliśmy ze wzgórza. Fajnie pędziło się w dół, lecz podczas powrotnej wspinaczki na ponadkilometrowe zbocze trzeba było nieźle się napocić. Latem graliśmy w odmianę palanta, którą nazywaliśmy kuczką. Była to gra zbliżona do bejsbolu, z tą różnicą, że zamiast kija używało się długiego drewnianego drąga, a zamiast piłki – drewnianego klocka. Wśród moich przyjaciół znajdowali się zarówno wyznawcy religii mojżeszowej, jak i chrześcijanie. Wszyscy się dogadywaliśmy, a ja uwielbiałem z nimi spędzać czas.

Ratusz w Buczaczu na zdjęciu z 1940 roku (fot. NAC)

Rodziny mamy i taty były dość liczne, łącznie obejmowały około sześćdziesięciu osób. Nazwisko panieńskie mojej matki brzmiało Kissel i było w Buczaczu bardzo znane, gdyż Kisselowie wsławili się hojnością i wieloma innymi zasługami. Należeli do licznych organizacji filantropijnych, które pomagały buczackim Żydom i nie-Żydom, ludziom chorym i starym, a także różnym życiowym pechowcom. Mimo upływu lat wspomnienia o matce nadal są we mnie bardzo żywe. Była kochająca i słodka, delikatna i uprzejma, ładna i bardzo drobna. Zawsze nienagannie się ubierała, pamiętam, że zimą często chodziła w futrze. Natomiast ojciec nosił podbity futrem płaszcz z takim samym kołnierzem. Byli elegancką, dobrze prezentującą się parą.

Moja matka była piękna nie tylko ciałem, ale i duchem. Uwielbiała męża i dzieci – miałem młodszą siostrę Zonię – i nie szczędziła nam czułości. Pamiętam, jak mnie przytulała i całowała, choć kojarzę też, że kiedy robiła to w obecności moich przyjaciół, czułem się nieco skrępowany. Była nieskończenie bardziej uczuciowa niż ojciec, a przy tym bardzo interesowała się wszystkim, co robiłem, na przykład siadała przy mnie i cierpliwie pomagała w odrabianiu lekcji. Ojciec dla odmiany tylko pytał o oceny.

Jeśli nie liczyć mamy i babci, wszyscy Kisselowie byli słusznego wzrostu. Mama pochodziła z dużej rodziny, była jedną z dziesięciorga rodzeństwa, a ja miałem wśród nich dwoje ulubieńców: wujka Zigmunda i ciocię Ernę. Erna nie miała dzieci i traktowała mnie niemal jak własnego syna; w nadchodzących latach zawieruchy udowodniła swoje oddanie, roztaczając nade mną matczyną opiekę. W dużym stopniu to dzięki niej udało mi się przeżyć wojnę.

W piątkowe wieczory przed szabatem mama pięknie się ubierała, zresztą wszyscy się wtedy stroiliśmy. Wychowała się w ortodoksyjnym domu i często złościła się na ojca za jego mniej pobożne nastawienie. Pamiętam, jak mówiła nam, że zbliża się szabat, ten bardzo ważny dzień. W piątki wszyscy Żydzi kończyli pracę wcześniej, a większość żydowskich sklepów była zamykana już po obiedzie. Przed zachodem słońca przychodziła do nas babcia, przynosząc tradycyjne domowe chałki i chleb ziemniaczany, który nazywaliśmy bubanikiem. Matka stała przy oknie, patrząc na pełznące po wzgórzu pierwsze cienie nocy, i czekała, aż żona rabina zapali świece szabatowe. Gdy ujrzała pierwszy płomyk, zapalała nasze. Następnie, zakrywszy włosy szalem, recytowała pradawne szabatowe modlitwy, które żydowskie kobiety od wieków odmawiały w piątkowe wieczory.

REKLAMA

Szabat pamiętam znakomicie. Byłem wykąpany, włosy miałem zaczesane na bok, wkładałem ciemny garnitur i białą koszulę, do tego czarne buty wypastowane do połysku. Tak wyszykowany mogłem pójść z ojcem do synagogi. Jadalnię, zimą ogrzewaną piecem kaflowym, zdobiły wyjmowane specjalnie na szabat eleganckie naczynia i lśniące srebrem sztućce. Nad przykrytym białym obrusem stołem górował bardzo duży świecznik z czystego srebra, który mam do dziś jako jedyną pamiątkę z mojego dzieciństwa.

Zaniedbany cmentarz żydowski w Buczaczu, stan z 2021 roku (aut. Antanana)
CC BY-SA 4.0

Rodzina z radością zbierała się na cotygodniowym świętowaniu szabatu. Dorośli mężczyźni błogosławili wino w rytuale zwanym kidusz, złote chałki leżały na srebrnej tacy, a z kuchni docierały apetyczne aromaty. Każdy z tych wieczorów był wyjątkowy. Mój ojciec dopełniał błogosławieństwa hamoci nad chlebem, a potem wszyscy dostawaliśmy po kawałku pieczywa maczanego w soli. W każdy piątek mama gotowała też potrawkę z kurczaka, rosół i ziemniaczany kugel. Ojciec zawsze chwalił jej potrawy, bo rzeczywiście była świetną kucharką. Odłamywaliśmy kawałek bubanika i maczaliśmy go w sosie z potrawki. Cóż to była za uczta! Uwielbiałem to.

Jak już wspominałem, mama była jedną z dziesięciorga rodzeństwa. Nie pamiętam wszystkich, a jedynie tych, którzy byli mi najbliżsi. Jej brat, Zigmund Kissel, był artystą i popierał moje zainteresowanie sztuką. Lubiłem patrzeć, jak rysuje komiksowe ilustracje do miejscowej gazety. Stał się dla mnie inspiracją, a także chwalił moje rysunki. Dowiedziałem się potem, że wuj Zigmund zamierzał przekonać rodzinę, by posłali mnie na zajęcia plastyczne, lecz wybuch wojny przekreślił te plany. Ciotka Erna i jej drugi mąż, Jacob, również byli dla mnie bardzo ważni. Erna, z zawodu księgowa, do ślubu pracowała w dużej firmie cukrowniczej. Wkrótce potem jej pierwszy mąż wyjechał do Ameryki, aby obojgu urządzić tam nowe życie. W tamtych latach dobrze sytuowani mężczyźni w pewnym wieku wyjeżdżali do Ameryki, żeby uniknąć służby wojskowej. Ale mąż Erny dosłownie zniknął, wszelki słuch po nim zaginął. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy zmarł, czy po prostu poznał kogoś innego i zaczął drugie życie. Tak czy inaczej, ciocia Erna została sama, bez męża.

Kiedy po latach poznała Jacoba, mężczyznę z jej stron, nie mogli się pobrać, gdyż zgodnie z żydowskim prawem zamężna kobieta nie może ponownie wyjść za mąż, dopóki nie uzyska żydowskiego rozwodu. Ponieważ pierwszy mąż cioci był synem rabina, Erna i Jacob doszli do wniosku, że nikt nie udzieli im ślubu, i przez mniej więcej dwadzieścia lat żyli razem w nadziei, że ich sytuacja jakoś się rozwiąże. W małym mieście, gdzie wszyscy się znali, było to niezwykle trudne, tymczasem rabin – przywódca gminy żydowskiej – nie chciał udzielić ślubu kobiecie, która nie miała rozwodu ani aktu zgonu męża. Mój dziadek ze strony matki, choć sam był ortodoksyjnym Żydem, próbował im pomóc. Pamiętam jednak, że gdy udał się do synagogi po chupę, czyli baldachim, pod którym zawierane są żydowskie związki małżeńskie, odmówiono mu. Słyszałem potem, jak moi rodzice narzekali na ortodoksów z synagogi, określając ich jako trudnych i nieracjonalnych.

Dziadek ze strony matki był szanowanym obywatelem naszej społeczności. Wyróżniał się religijnością, a także służył pomocą ubogim i pokrzywdzonym przez los mieszkańcom Buczacza. By też niezwykle zaradny i pewnego dnia rozwiązał długoletni problem Erny i Jacoba. Przyszedł do nas z czterema kijami od mioteł, przymocował do nich narzutę i pod tą prowizoryczną chupą udzielił Ernie i Jacobowi ślubu w naszym domu.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Maxwella Smarta „Chłopiec w lesie. Prawdziwa opowieść o przetrwaniu podczas II wojny światowej” bezpośrednio pod tym linkiem!

Maxwell Smart
„Chłopiec w lesie. Prawdziwa opowieść o przetrwaniu podczas II wojny światowej”
39 zł
Wydawca: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Piotr Cieślak
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 272
Premiera: 14.09.2022
ISBN: 978-83-276-8830-9
EAN: 9788327688309
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Maxwella Smarta „Chłopiec w lesie. Prawdziwa opowieść o przetrwaniu podczas II wojny światowej”.

Wuj Jacob był właścicielem znajdującej się w centrum Buczacza dużej fabryki czekolady i innych słodyczy, a w dzielnicy handlowej miał sklep, w którym sprzedawał swoje wyroby. W powszechnej opinii uchodził za człowieka zamożnego, na przykład mógł pozwolić sobie na wynajęcie z Erną nowoczesnego mieszkania wyposażonego w łazienkę z prysznicem, co w tamtych czasach uchodziło za luksus. Nietrudno zgadnąć, że uwielbiałem odwiedzać wuja Jacoba w jego fabryce. Pachniało tam obłędnie pysznie i mogłem zjeść tyle cukierków i czekolady, ile dusza zapragnie, bo zawsze znalazły się dla mnie jakieś smakowite kąski i polewy. Pozwalał mi też zabierać cukierki do domu, a niekiedy prosił o pomoc w ich produkcji. Ciocia i wujek byli nierozłączni, lecz niestety nie mogli mieć dzieci. Pamiętam, że ciocia Erna każdego tygodnia dawała mi trochę grosza, a warto zaznaczyć, że z perspektywy dziecka w 1938 roku była to całkiem pokaźna sumka. Nawet od ojca nie dostawałem takiego kieszonkowego.

Panorama Buczacza w okresie międzywojennym. Widoczny fragment rynku z ratuszem, w głębi – kościół i klasztor bazylianów (fot. NAC)

Ojciec pochodził z pobliskiego Czortkowa. Mamę poznał przez żydowską swatkę, co w tamtych czasach było powszechną praktyką. Swatki zazwyczaj organizowały spotkania między rodzinami pary, a bardzo ważnym aspektem swatania było omówienie posagu. Swatka zawsze poruszała temat pieniędzy z rodzicami dziewczyny. Im bardziej wpływowa była rodzina, tym większy oferowała posag, dzięki czemu de facto kupowało się odpowiedniego dla pozycji tej familii męża. Zamożna dziewczyna mogła wyjść za uczonego, biznesmena, lekarza lub przedstawiciela innego wolnego zawodu. Ale jeśli wywodziła się z ubogiego domu, mogła liczyć na męża tylko ze swojej klasy społecznej i ekonomicznej.

W posagu ślubnym dziadek ze strony matki przekazał mojemu ojcu sklep z odzieżą męską. Ojciec każdego ranka otwierał go, a w południe zamykał, by udać się do domu na główny posiłek. Po krótkiej drzemce wracał do sklepu i pracował do osiemnastej lub dziewiętnastej. Wieczory uwielbiał spędzać w kawiarni, grając z przyjaciółmi w karty i dyskutując o polityce. Od czasu do czasu mama wysyłała mnie tam, żebym mu przypomniał, która jest godzina.

Ojciec był wyznawcą szorstkiej miłości. Rzadko się do mnie odzywał, chyba że chciał zapytać, jak mi idzie w szkole, i nigdy się ze mną nie bawił. Wiem jednak, że mnie kochał. W tamtych czasach ojcowie często wobec synów byli powściągliwi i wymagający, uważając, że to właściwe podejście, bo dzięki temu dziecko hartuje się i przygotowuje do tego, co je czeka w życiu. Być może miał słuszność. Niewykluczone, że właśnie dzięki temu znalazłem w sobie siłę do przetrwania przez te wszystkie lata, podczas których żyłem w ciągłym niebezpieczeństwie.

Ojciec zawsze był nienagannie ubrany i każdego dnia przed wyjściem do pracy starannie wybierał garnitur. Wysoki, ciemnowłosy i szczupły, wyglądał bardzo przystojnie. Miał kolekcję kapeluszy typu fedora i lasek, co w latach 30. ubiegłego wieku stanowiło znak rozpoznawczy eleganckiego europejskiego dżentelmena. Ubierał się bez pośpiechu, dobierając do stroju stosowne nakrycie głowy i laskę. Był bardzo wytwornym biznesmenem.

Moja siostra Zonia była o pięć lat młodsza ode mnie. Pamiętam, że pozwalano mi bujać jej kołyskę, kiedy była niemowlęciem, lecz inne sprawy rozmyły się w mojej pamięci. Nie znam nawet jej żydowskiego imienia i nie potrafię jej opisać. Była małą i cichą dziewczynką, nie przypominam sobie, by płakała nawet w najtrudniejszej sytuacji. Gdy wybuchła wojna, Zonia miała zaledwie cztery lata. Na szczęście nie bardzo jeszcze rozumiała, co się wtedy działo.

REKLAMA

Babcia ze strony matki zmarła jeszcze przed wojną. Dziadek był właścicielem zakładu produkującego męską odzież oraz sklepu firmowego. Należał do komitetu kupieckiego i był członkiem największej synagogi w mieście. Do tej dużej, sprawiającej imponujące wrażenie budowli ojciec zabierał mnie w piątkowe wieczory i święta. Jeden z jego braci, którego imienia nie potrafię sobie przypomnieć, mieszkał niedaleko Tarnowa, gdzie prowadził praktykę lekarską, a ojciec często jeździł do niego w odwiedziny, choć oba miasta dzieliło ładnych kilkaset kilometrów. Przywoził z tych wizyt wysokiej jakości, dobrze uszyte garnitury, których jego brat już nie nosił, i mówił z uśmiechem:

– Takich nie sprzedaję w swoim sklepie.

Miejscowy krawiec przerabiał je dla mojego ojca, a ja dziedziczyłem po tacie stare. Krawiec przerabiał je także dla mnie na święto Pesach. Pamiętam też, że na każde Pesach dostawałem nową parę butów.

Ruiny zamku w Buczaczu w województwie tarnopolskim (fot. NAC)

Nasza rodzina była raczej tradycyjna niż religijna, lecz ojciec nieźle znał Torę i często prowadził modlitwy w Wielkiej Synagodze, a ja stałem u jego boku przepełniony dumą. Wielką Synagogę w Buczaczu uznawano za jeden z największych skarbów Galicji Wschodniej i Zachodniej. Budynek wzniesiono w 1728 roku, którą to datę wypisano znakami hebrajskimi i cyframi rzymskimi w pobliżu wejścia dla kobiet. Sanktuarium rozświetlały ogromne żyrandole z brązu. Miejscowi artyści ozdobili aron ha-kodesz3 , a nad wejściem widniało dziesięć przykazań zwieńczonych koroną Tory. Zdobienia Tory wykonano ze złota i srebra. Okazała zabytkowa budowla była wzniesiona na brzegu rzeki.

Synagoga niestety podzieliła los właściwie wszystkich żydowskich obiektów kultu religijnego w zniewolonej przez hitlerowców Polsce. W czasie okupacji jej wnętrze zostało doszczętnie zniszczone, a po wojnie budynek rozebrano ze względu na fatalny stan techniczny.

Ojciec często zabierał mnie do Czortkowa, gdzie odwiedzaliśmy jego bliskich. Wiem, że miał liczną rodzinę, lecz nie znałem wszystkich jej członków. Pamiętam jedynie niektórych kuzynów, ciotki i wujów. Rodzice ojca zmarli na długo przed moim urodzeniem. Oprócz brata pod Tarnowem miał jeszcze siostrę oraz dwóch innych braci, i wszyscy mieszkali w Czortkowie. O jednym z braci wiedziałem niewiele, tylko tyle, że wydawał mi się ważnym i wykształconym człowiekiem. Drugi mieszkał na peryferiach miasta i był właścicielem farmy mlecznej. Stały na niej dwa długie budynki, w których trzymano krowy, a on i jego rodzina doili je ręcznie. Kiedyś mój ojciec i jego brat kazali mi się napić świeżego mleka nabranego prosto z wiadra. Powiedzieli, że jest zdrowe, ale skrzywiłem się z niesmakiem. Było letnie i nawet nie smakowało jak mleko!

Uczęszczałem do szkoły dla chłopców przy ulicy Kolejowej, w pobliżu domu. Kiedy miałem sześć czy siedem lat, spotkało mnie tam coś wyjątkowego. Zdarzenie to odmieniło moje życie, a po[1]średnio może nawet pomogło mi odnaleźć pewność siebie i determinację do przetrwania w świecie chaosu, w jakim wkrótce miałem się pogrążyć. Pewnego dnia nauczycielka, przeglądając prace plastyczne, pochwaliła mnie przed całą klasą. Naszym zadaniem było narysowanie książki i wszyscy poza mną przedstawili ją jako zwykły prostopadłościan. Moja praca, a był to przestrzenny szkic z zaakcentowanymi rogami książki i kartkami pośrodku, zrobiła na niej wrażenie. Uniosła mój rysunek, by wszyscy mogli go obejrzeć, i oznajmiła klasie:

– Właśnie tak rysuje się książkę. – A na koniec dodała: – Masz talent.

To była chwila prawdziwej dumy w moim młodym życiu. Nigdy nie zapomnę tego komentarza. Pełne zachęty słowa nauczycielki, w połączeniu z pochwałą otrzymaną od wujka Zigmunda, wskazały mi drogę, którą podążam do dziś. Mam rozpoczęte kolejne płótna i własną galerię, a moje obrazy znajdują się w dziesiątkach kolekcji.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Maxwella Smarta „Chłopiec w lesie. Prawdziwa opowieść o przetrwaniu podczas II wojny światowej” bezpośrednio pod tym linkiem!

Maxwell Smart
„Chłopiec w lesie. Prawdziwa opowieść o przetrwaniu podczas II wojny światowej”
39 zł
Wydawca: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Piotr Cieślak
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 272
Premiera: 14.09.2022
ISBN: 978-83-276-8830-9
EAN: 9788327688309
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Maxwell Smart
(ur. 1930 jako Oziac Fromm) Ocalały z Holokaustu. Artysta-malarz.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy