Opublikowano
2015-12-23 21:30
Licencja
Wolna licencja

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: niewiele zrobiliśmy, by nagłośnić naszą historię

Jak rozmawiać ze świadkami historii? Co Amerykanie myślą o polskiej historii? Te i inne pytania, wspólnie z czytelnikami Histmag.org, zadaliśmy Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm, autorce m.in. licznych książek historycznych, mieszkającej na co dzień w Stanach Zjednocznych.


Strony:
1 2 3

Tomasz Leszkowicz: Czy historię Polski lepiej widać zza oceanu?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm – doktor nauk humanistycznych, uczestniczka licznych stypendiów zagranicznych, w latach 1972-1974 sekretarka Melchiora Wańkowicza, autorka kilkunastu książek, m.in. Kanada, Kanada... (1986), Na tropach Wańkowicza (1989), Z miejsca na miejsce (1983), Ulica żółwiego strumienia (1995), Amerykanie z wyboru (1998), Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża (2006), Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon (2009), Lepszy dzień nie przyszedł już (2012), Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści (2014). Od 1990 roku mieszka w USA (fot. Norman Boehm, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska). Aleksandra Ziółkowska-Boehm: U tych, którzy się interesują, czytają pisma, prace historyczne na temat Polski jak i kraju, w którym mieszkają, na pewno pojawia się perspektywa oddalenia i dystans. Może to wywołać zamknięcie się w środowisku tej samej kultury, lub wręcz grupy politycznej, ale może – przy pozytywnym założeniu – stworzyć chłodniejsze i szersze spojrzenie. Chłodniejsze, nie znaczy: mniej serdeczne. Mamy historię dramatyczną, bolesną, piękną; możemy być dumni z naszych dążeń niepodległościowych.

T.L.: A jak Pani jako Polka mieszkająca w Stanach patrzy na historię tego kraju?

A.Z-B.: Gdy się poznaje bliżej kraj nowego zamieszkania, czyta się o nim i jego przeszłości, dowiadujemy się, jak nieraz okrutne miał on historyczne poczynania. Amerykanie jednak piszą o swoich „błędach i wypaczeniach” zwykle bez rozdzierania szat i lamentów.

Przeczytałam niezwykle interesującą książkę Lynne Olson (z mężem Stanleyem Cloudem napisali przetłumaczoną na polski i cieszącą się dużym powodzeniem książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”) zatytułowaną „Those Angry Days. Roosevelt, Lindbergh, and America’s Fight over World War II, 1939-1941” (NY 2013). Książka na tylnej okładce ma wspaniałe rekomendacje (m.in. Madeleine K. Albright, Tom Brokow, Chris Matthews).

Lynne Olson pisze w niej o latach, zanim Ameryka przystąpiła do drugiej wojny, i jak silne były wówczas nastroje antywojenne. Pisze, że Charles Lindbergh – amerykański pionier lotnictwa – w 1938 roku odbierał medal od Hermanna Goeringa. W książce jest rozdział zatytułowany „Setting the Ground for Anti-Semitism”, gdzie autorka pisze, że większość amerykańskich uniwersytetów, włączywszy niemal wszystkie „Ivy League”, miały „strict quota sytems” (numerus clausus) w przyjmowaniu Żydów na studia. Cytowany jest uniwersytecki dziennik „Yale Daily News” zamieszczający antysemickie komentarze. Autorka pisze, że nawet po ukończeniu studiów Żydzi mieli problemy ze znalezieniem pracy. Książka ma wiele recenzji, żaden z recenzentów nie przywołał tego rozdziału, tematyki, o której niemal nikt nie wie.

Charles Lindbergh (fot. ze zbiorów Biblioteki Kongresu, domena publiczna). Umiejętność odrzucenia, może lepiej: odsunięcia wielu tematów – to jest cecha amerykańska (i można na nią patrzeć z różnych perspektyw). Może dlatego przeciętny Amerykanin ma tak dobre samopoczucie i świadomość „wyjątkowej roli” Ameryki?

Nawet Indianie (którym poświęciłam książkę „Otwarta rana Ameryki”, ukazała się w Stanach pt. „Open Wounds. A Native American Heritage”) nie chcą przypominania im o bolesnych okresach w swojej historii. W muzeum indiańskim w Waszyngtonie (National Museum of the American Indian) otwartym w 2004 r. nie pokazuje się okresu cierpień, „szlaku łez” (Trail of Tears). Gdy zbierałam materiał do książki Indianie nie żalili mi się, za to z dumą mówili o swoim udziale w drugiej wojnie światowej, o indiańskich szyfrantach (code talkers).

Mieszkałam kilka lat w Dallas w Teksasie. Piszę w książce („Ulica Żółwiego Strumienia”), że w 1993 roku, w 30. rocznicę śmierci prezydenta Kennnedy’ego, ogłoszono miejsce zamachu miejscem historycznym. Zawieszono tablicę z brązu, na której nie ma nazwiska prezydenta. Komentowano enigmatyczną treść tablicy tym, że mieszkańcy Dallas... nie są wciąż gotowi na umieszczenie słów „John Kennedy Assassination Site”.

T.L.: Jak więc Amerykanie postrzegają polską historię? Na przykład tak bliskie Pani Powstanie Warszawskie...

A.Z-B.: Raz po raz denerwujemy się, że świat, Amerykanie także, nic albo niewiele, wiedzą o Powstaniu Warszawskim. W książce „Kaja od Radosława” w Aneksie pokazuję wypowiedzi Amerykanów różnych zawodów, do których się zwróciłam, by odpowiedzieli, co wiedzą o Powstaniu Warszawskim 1944 roku. Jedynie historyk Stanley Weintraub napisał: „były dwa powstania, warszawskie w gettcie, i potem polskiego ruchu oporu”.

Większość Amerykanów wie o jednym powstaniu – w gettcie, i cokolwiek się dowie na temat drugiego, dokłada te informacje do tego, o którym słyszało. Powstanie w Gettcie całe lata było nagłaśniane i przeciętny człowiek o nim wie. Kiedy potem czyta o Warszawskim 1944 r., myśli, że wciąż mowa o Powstaniu w Gettcie 1943 r.

W amerykańskiej telewizji w 60. rocznicę Powstania Warszawskiego kilka razy powtarzano bardzo dobry dokumentalny film Davida Ensora „CNN Presents: Warsaw Rising” z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Normana Daviesa, Zofii Korbońskiej, która prowadziła Radiostację „Świt”, i Krystyny Brzezickiej-Jaroszewicz, kurierki w Powstaniu. Kilku moich znajomych powiedziało mi potem, że dowiedzieli się wiele więcej o powstaniu w... gettcie.

Za mało, nie chcę powiedzieć – wręcz: niewiele, prawie nic – zrobiliśmy by przez lata nagłaśniać temat Powstania – i nie wyszliśmy z nim na zewnątrz.

Niemcy wypuścili serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, w kilku miejscach świata go pokazano. Wiele osób protestowało, pisano krytyczne recenzje, ale film na pewno „zrobił swoje”: obejrzał go przeciętny człowiek i mu zostanie w pamięci.

Polecamy książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”:

Autor: Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Tytuł: „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”
Oprawa: twarda z obwolutą
Numer wydania: I
Data wydania: 2014-05-23
Ilość stron: 516
ISBN: 978-83-244-0363-9
ISBN e-publikacji: 978-83-244-0372-1
Wymiary: 242 × 170 × 35
Cena: 49,90 zł
Kup ze zniżką na stronie Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: mbbaran |

Jest w Europie jeden kraj, który ma w świecie znaczącą "markę" i nie prowadzi żadnej polityki historycznej. Kraj mogący mający w swoich dziejach wielką liczbą wygranych bitew i wojen kraj, który kilka razy rzucał Rosję (i nas też) na kolana a jednocześnie nie żądający od świata, by go za to podziwiał. Swą obecną "markę" zawdzięczają prawie wyłącznie własnej pracy - to Szwedzi.



Odpowiedz

Gość: bartensteiner |

@mbbaran Wg prof. Zbigniewa Mikołuszki najmniej zmitologizowaną historiografię w Europie ma Wielka Brytania. Prawdopodobnie Szwecja znajduje się blisko niej. Natomiast Polska znajduje się blisko Litwy - państwa o historiografii najbardziej zmitologizowanej. Te mity są oczywiście efektem prowadzenia tzw. polityki historycznej. Rozumiem Rosjan, którzy mitologizowali i mitologizują swą historię dla wskrzeszania poczucia dumy narodowej, połączonej z entuzjastycznym poparciem dla cara/genseka/prezydenta - nie dbających o szacunek cudzoziemców, który ich zdaniem zdobywa się wyłącznie pokazem siły i bogactwa. Lecz dlaczego Polska...?



Odpowiedz

Gość: Śmiech |

"Kolego" Sclavania igitur... Ja nie odpisywałem na twój post i byłbym wdzięczny, gdybyś nie odpisywał na moje. Mój post kierowałem do uczestników forum, którzy potrafią wymieniać poglądy nie obrażając przy tym wszystkich dookoła i nie wymyślając historii i życiorysów swoich rozmówców, skrojonych pod swoje głupkowate tezy. Przykładem Węgier zaś posłużyłem się właśnie dlatego, że szalejąca w Polsce prawackość lubi (jak wyżej) powoływać się na politykę Orbana, podczas gdy właśnie w ramach tzw polityki historycznej Węgry nie mają do zaoferowania światu NICZEGO. Skutecznie za to ich rząd i prawackie (ba, jawnie już faszyzujące partie, jak Jobbik) wciskają Węgrom do głów nienawiść do wszystkich dookoła. Tyle, że to ani trochę nie czyni ich bardziej przekonującymi w Europie. Do której jakoś nadal chcą należeć. Jestem pewien, że akurat "polska polityka historyczna" w wykonaniu chwilowo rządzącej bandy szaleńców będzie dokładnie tym samym- pokrzykiwaniem w naszym bagienku, wydawaniem pieniędzy na filmowe szmiry, do obejrzenia których zmusi się dzieciaki z gimnazjów (zanim się je "wygasi") i podstawówek, topieniem kas miejskich w kolejnych martyrologicznych pomnikach (i zamykaniem na użytek wypoczynkowy parków, w którym te koszmarki się postawi, jak to ma już miejsce w moim rodzinnym mieście). Jeszcze czasami jakiś polski ambasador będzie mógł wykazać się polityczną czujnością przed prezesem, potępiając głośno użycie określenia "polskie obozy koncentracyjne" w kraju swej pracy. I tyle. Świat zaś dalej będzie wiedział o powstaniu w getcie. Bo- co zauważono już, gdy dyskutowaliśmy tu o tym, jaka "powinna być polska polityka historyczna"- w rzeczywistości to wcale nie jest kwestia mówienia światu czegokolwiek o Polsce- polska polityka historyczna w wydaniu prawaków to tylko prymitywne narzędzie do urawniłowki mózgów własnego elektoratu, obecnego i przyszłego. Służy zatem prostackiemu i ograniczonemu celowi politycznemu. Dla którego wystarczą filmy typu "Bitwa pod Wiedniem" czy "1920", i głośne plucie na oskarową "Idę". Bez odbioru.



Odpowiedz

Gość: Sclavania igitur... |

@Śmiech: Kolego Śmiechu (warty)! Trudno nie odnosić mi się do Twoich "mądrych" komentarzy, skoro za każdym razem komentujesz treści zawarte przez moją skromną osobę. Wspomnę tylko o Węgrzech: państwo te owszem nie ma dobrej prasy, ale tylko i wyłącznie u lewaków rządzących od lat w różnych państwach UE jak i w samej UE. Ludzie ci, pozbawieni wizji i kontaktu z rzeczywistością, od lat niszczą europejskie państwa i kontynent, serwując nam - jej obywatelom, coraz to bardziej idiotyczne pomysły, totalnie sprzeczne z wolą społeczeństw. Te swoje wymysły nazywają "demokracją" i "europejskimi wartościami". Akurat Orban jest politykiem po pierwsze uczciwym w przeciwieństwie do lewactwa. Po drugie jest człowiekiem mówiącym prawdę w odróżnieniu od europejskich hipokrytów i zwykłych oszustów ukrywających się dodatkowo za poprawno-politycznymi absurdalnymi sloganami. Po trzecie Orban jest demokratą i działa w interesie narodu - ludu (gr. demos), a nie w interesie wąskich grup interesów (LGTB, koncerny, GMO, ACTA, islamiści, "cykliści, rowerzyści" i inni "iści"), którzy "demosem" nie są, a którzy chcą ludowi narzucić kuchennymi najczęściej drzwiami, swoje chore pomysły. Po czwarte Orban nie jest oderwany od rzeczywistości i jeżeli widzi realne zagrożenie, to na nie reaguje, nie kryjąc się za ideologiczną papką, bezradnością i samoparaliżem. Nie kieruje się opinią lewackiej prasy, lecz rozwiązuje realne problemy. I co ważne - działa szybko. Po piąte: jest skuteczny. Można się o tym przekonać czytajć opracowania nt. tego, jak postawił węgierską gospodarkę na nogi elimin ując zadłużenie i uniezależniając się od zagranicznych grup interesów (głównie banksterów, którzy cały czas stoją za opluwaniem go w światowych mediach). Dlatego liczni, zwykli ludzie z różnych europejskich państw są pełni uznania wobec tego męża stanu, nie przejmując się lewacką oligarchią i ich poglądami. A co robią europejskie lewackie miernoty? Tracą kontrolę nad coraz większym obszarem swych państw i nawet nie umieją egzekwować prawa, które sami ustanowili. Bezprawnie zawieszają te prawa, po czym szkalują tych, którzy praw chcą przestrzegać. Wbrew własnym obywatelom przyjmują terrorystów, chuliganów i nierobów do swych państw gwałcąc nawet tak podstawowe prawa demokratyczne, jak prawo do własności. Przy okazji przyczyniają się do wzrostu przestępczości. Dzięki Bogu i narodowi, sługusy tych miernot przestały niedawno rządzić w naszym kraju.



Odpowiedz

Gość: bartensteiner |

Nie można mówić o polityce historycznej - cokolwiek ten zwrot znaczy - bez odniesienia do aktualnej polityki "niehistorycznej", która z łatwością niweczy ewentualne pozytywne efekty tej pierwszej! Moje poglądy polityczne nie mają w tej sprawie żadnego znaczenia. Ważne jest, że zagranica teraz pisze o Polsce niemal wyłącznie źle, co strona rządowa tłumaczy odwetem R. Sikorskiego i jego żydowskiej żony. Trudno chyba o większy idiotyzm. Natomiast nie pisze się o wojennych zbrodniach Niemców, lecz nazistów, ponieważ wcześniej pokajali się, w odróżnieniu od nas, nie potrafiących przyznać się do swych, zupełnie nieincydentalnych, zbrodni na Żydach. Ażeby uciąć personalne zaczepki wobec mnie wyjaśniam, że mój ojciec był w wileńskiej AK w związku z czym został zaangażowany do wyrębu lasów u Przyjaciół, skąd uciekł do Polski pod fałszywym nazwiskiem. Natomiast moja matka, babcia i dziadek siedzieli na Pawiaku, skąd zostali wypuszczeni w przeddzień powstania. Brat matki zginął w Alei Szucha. Inny jej brat powrócił do Polski po rozformowaniu armii Andersa. Natomiast ja nigdy gwałtownie nie zostałem olśniony prawdą o komunizmie, bo - w odróżnieniu od warszawskich inteligentów - już od dziecka wiedziałem, tak jak i moi koledzy z podwórka, o Katyniu i zbrodniczości tego systemu. Wiedziałem także, że olbrzymia większość "żołnierzy wyklętych" była zwyczajnymi bandytami, czego wysłuchiwałem, gdy ojciec pił wódkę z kolegami z prawdziwej partyzantki. Zauważyłem ponadto, że największymi patriotami są obecnie ci, którzy kiedyś bardzo żywo kolaborowali z ówczesnym systemem, np. Jan Pietrzak, Marcin Wolski lub Wojciech Jasiński.



Odpowiedz

Gość: Sclavania igitur... |

@bartensteiner: Uważam, że Polska ma ważniejsze sprawy na głowie niż dbanie o to, aby w lewicowych zachodnich mediach pozytywnie o nas pisano. Ważniejsze są interesy Polaków, a nie dobra opinia w środowisku, którego poglądy zbankrutowały (vide: polityka multi-kulti). Co do polityki historycznej, to ważne jest, aby najpierw Polacy poznali swoją historię, a następnie aby z tą historią zapoznawać inne narody. Ponadto jestem za ostrą konfrontacją z tymi osobami, redakcjami, które szkalują Polskę na arenie międzynarodowej pisząc o np. "polskich obozach koncentracyjnych". Przy okazji wspomnienia o Sikorskim i o atakowaniu Polski przez współczesnych targowiczan, polecam taki oto artykuł, który wczoraj ukazał się na wp.pl: http://wiadomosci.wp.pl/kat,141202,title,Lukasz-Warzecha-Niemcy-beda-wsciekli-na-Polske-I-dobrze,wid,18068621,wiadomosc.html?ticaid=116330 Tylko twardo i bezkompromisowo walcząc o własną pamięć i honor osiągniemy cele. Co do Żydów, bo także o nich wspomniałeś, to jestem za tym, aby uczciwie i otwarcie mówić zarówno o zbrodniach Polaków na Żydach, jak i o zbrodniach dokonanych przez Żydów na Polakach, o czym się milczy. Jestem także, aby wyjaśnić dogłębnie cały kontekst i szczegóły zbrodni w Jedwabnem oraz zbrodni w Kielcach. W tym drugim przypadku istotna jest rola władz centralnych PRL (w tym służb), na czele której stali liczni Żydzi, oraz roli Sowietów. Przy okazji zastanawia mnie wyciszenie tematu polskich "sprawiedliwych" ratujących życie Żydom podczas wojny. Miał powstać film o rodzinie Ulamów, ale poprzednia władza "miłośników ośmiorniczek" nie znalazła dla niego pieniędzy. Pieniądze były na inne "ważniejsze" cele. Co do żołnierzy wyklętych, to bym nie generalizował, bo wielu z nich zasługuje na pamięć i szacunek, wbrew temu co piszesz.



Odpowiedz

Gość: bartensteiner |

Sclavania igitur@. Szkoda, że swego twierdzenia o prowadzeniu polityki historycznej przez Niemców nie podparłeś jakimś przykładem, pomimo że piszesz bardzo, bardzo obszernie, więc w tej chwili traktuję je jako gołosłowne i niezbyt prawdziwe. Oczywiście ukazują się w Niemczech publikacje i filmy historyczne, lecz służące prawie wyłącznie zaspokojeniu zainteresowania samych Niemców, a nie wpieraniu sąsiednim nacjom przekonania o niemieckiej wspaniałości. Co prawda był w przeszłości Niemiec okres zadekretowanej oficjalnie polityki, lecz bismarckowski Kulturkampf służył także przede wszystkim zunifikowaniu posiadających różne tradycje części nowo powstałego cesarstwa pod względem językowym, religijnym, a także historycznym. Był więc przeznaczony do konsolidacji wewnętrznej państwa, a nie wysławianiu pod niebiosa wspaniałości Niemiec poza jego granicami. Odwrotnie niż obecnie w Polsce, gdzie chce się propagować za granicą polskie, oczywiście wyłącznie pozytywne fakty z historii, wykopując jednocześnie przepaść pomiędzy poszczególnymi grupami naszego społeczeństwa, które np. mają odmienny stosunek do tzw. żołnierzy wyklętych. Te podziały bardzo pasują cudzoziemcom, od dzieciństwa kształconym w przekonaniu o polskiej anarchii i wrodzonej Słowianom niezdolności do rządzenia. Te stereotypy są obecnie bardzo wzmacniane, gdy dokonuje się w naszym kraju glajszlachtowanie instytucji demokratycznych na rzecz silnego centrum przywódczego z ul. Nowogrodzkiej. Komu więc na Zachodzie będzie chciało się pójść na polski, nawet bardzo kosztowny, film historyczny, gdy w każdej gazecie może przeczytać o kolejnym zamachu stanu w Polsce?



Odpowiedz

Gość: Sclavania igitur... |

@bartensteiner: Napisałem to już w poprzednim komentarzu, ale moderator to wyciął. Jak widać jesteś osobą mocno emocjonalną i nie potrafisz powstrzymać się od bieżącej sytuacji politycznej w Polsce. Bądź tak miły i wyluzuj w tej kwestii trochę, bo spora część polskiego społeczeństwa nie popiera Twoich, niezbyt mądrych poglądów. Śmieszy mnie i żenuje, że obecnie demokracji w Polsce najbardziej bronią ci, którzy wychowani byli antydemokratycznych stalinowskich rodzinach, nierzadko wrogo do polskości nastawionych. Śmieszy mnie to, że są to głównie potomkowie budowniczych demokracji ludowej, która z demokracją niewiele miała wspólnego. Są to także ci, dla których "demokracja" to patologia na której żerowali od 1989 r., dla których "demokracja" to połączenia niejasnych i nie do końca legalnych grup interesów, z jakimi przez lata mieliśmy do czynienia w "czeciej erpe". Wreszcie dla wielu "demokracja" to możliwość dojenia państwa, zaś odrywanie od koryta to "zamach na demokrację". Jak widać pojęcie "demokracji" nie wszystkim jest znane. Co do prowadzenia polityki historycznej przez Niemcy jest m.in. to, że w narracji światowej o II w.ś. nie używa się nazwy "Niemcy", a "naziści". Efektem prowadzenia tej polityki są także "polskie obozy śmierci" i ogólne rozmywanie niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie z czasów wojny. Poza tym wygugluj sobie "polityka historyczna Niemiec", a zobaczysz masę artykułów na ten temat. Świat składa się nie tylko z tego, co jest napisane w Gazecie Wyborczej. A tam pewnie o tym nie pisali...



Odpowiedz

Gość: Śmiech |

Świetny przykład: Węgry. Czy Węgry prowadzą jakąś "politykę historyczną" (poza wpajaniem w podręcznikach młodym Węgrom do główek, że Wielkie Węgry powrócą)? Czy ktoś poza Węgrami zna jakiś węgierski film czy książkę, która by ten nacjonalistyczny przekaz wzmacniała? Czy te "patriotyczne i niezależne " (czytaj: nacjonalistyczne i ksenofobiczne) Węgry Wielkiego Obrońcy Narodu Węgierskiego przed Cyganami, Rumunami, Słowakami, Chorwatami, Żydami i całą resztą świata- Orbana- zdołały do czegokolwiek przekonać opinię publiczną Zachodu??? Czy chociaż próbowały? P.S. Czytałem, że doradcą PiSF został genialny reżyser "Bitwy pod Wiedniem". Już to stawia "plany" (czy one w ogóle istnieją? Jak dotąd mamy tromtadrackie deklaracje nie poparte żadną działalnością) polskiej "polityki historycznej" pod znakiem farsy...



Odpowiedz

Gość: Sclavania igitur... |

@Śmiech: Kolego Śmiech, nie ośmieszaj się kolejny raz. Zacznij czytać prosty tekst ze zrozumieniem. O Węgrach pisałem w kontekście prowadzenia polityki, a nie polityki historycznej, co jasno wynika z tekstu. M.in. premier Orban nie ugiął się przed krzykiem i lamentem europejskich pseudo-elit i zrobił porządek w swoim kraju z hordą nielegalnych najeźdźców. Ma teraz spokój i porządek w kraju, a horda najeźdźców terroryzuje państwa wspomnianych pseudo-elit.



Odpowiedz
Tomasz Leszkowicz

Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Doktorant w Instytucie Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Instytutu Historycznego i Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Publikował m.in. w „Mówią Wieki”, „Uważam Rze Historia”, „Pamięci.pl”, „Polityce” oraz „Dziejach Najnowszych”. Oprócz historii pasjonuje go rock i poezja śpiewana, jest miłośnikiem kabaretów, książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta oraz gier z serii Europa Universalis.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org