Opublikowano
2015-12-09 14:17
Licencja
Wolna licencja

Krokiem chwiejnym przez przedwojenną Warszawę

Każdy czytał o eskapadach przedwojennych elit po nocnych lokalach stolicy. Wieniawa, Fiszer, Tuwim, Ważyk, dancingi i podłe speluny – zastanówmy się, jak mogła wyglądać trasa radosnej wędrówki, kogo można by spotkać i z kim się napić.


Strony:
1 2

Czytelników proszę o wyrozumiałość i przystanie na konwencję. Nie wszystkie przytoczone fakty mogły występować dokładnie w tym samym czasie. Reportaż jest raczej przedstawieniem ducha epoki (lat 1930-1931), a nie dokładnym zapisem jednego dnia z wyprawy po przedwojennych lokalach. Reportaż tutaj przedstawiony mógłby powstać, gdyby jakiś zabłąkany dziennikarz uzyskał możliwość spędzenia wieczoru na wspólnej wyprawie szlakiem warszawskich lokali z najbardziej rozrywkowym oficerem przedwojennego Wojska Polskiego.

Z pułkownikiem Bolesławem Wieniawą Długoszowskim, moim dawnym znajomym, umówiłem się oczywiście w Małej Ziemiańskiej. Jest rok 1930, a jak jako mieszkaniec odległego Lwowa, eksmieszkaniec Warszawy może nie tyle nie znam miasta, co nie poruszam się po jego wieczornej mapie wystarczająco swobodnie. O godzinie czwartej po południu melduję się na Mazowieckiej 12 przed wskazanym lokalem. Pcham drzwi, dzwoneczek alarmuje obsługę o przybyciu kolejnego klienta. Wyfraczony kelner przystępuje do mnie, pyta się czy jest rezerwacja na stolik. „A, pan do pułkownika”, kiwa głową i kieruje na piętro.

Wnętrze Małej Ziemiańskiej (aut. Józef Rapacki, ok. 1926 r.).

Na piętrze stoliki otulone dymem z fajek. Wieniawa macha do mnie zachęcająco, przedstawia współbiesiadników. U szczytu stolika, z pączkiem zatrzymanym w pół drogi do ust okrytych brodą Franc Fiszer, Sokrates miasta stołecznego Warszawy. Obok niego mężczyzn z myszką na twarzy, czyli Julian Tuwim, skryty w kącie ponury Aleksander Wat, co swego czasu napisał Bezrobotnego Lucyfera, oraz wąsaty filozof Tadeusz Kotarbiński z Uniwersytetu. Dostaję podsuniętą pod nos parującą filiżankę z kawą, w tle rozbrzmiewają kolejne zwrotki Yira, Yira Carlosa Gardela.

Fayando y fayando
Te largue parao...
Cuando estés bien en la vía,
Sin rumbo, desesperao...
Cuando no tengas ni fe,
Ni yerba de ayer
Secándose al sol...

Boiesław Wieniawa Długoszowski (1882–1942) Przy stole toczą się rozmowy o filozofii, najnowszych odkryciach Einsteina, logice i „Miesięczniku Literackim” redagowanym przez obecnego przy stole Wata. Wieniawa palcem grozi, że jednak to komunizm i że mogą być nieprzyjemności. Pisarz odpowiada śmiechem, zaraz na stole pojawia się nalewka wiśniowa. Atmosfera staje się coraz bardziej rozluźniona, rozmowa swobodniejsza i coraz bardziej frywolna. Rozochocony Fiszer rzuca anegdotą o tym, jak na jednym ze spotkań w charakterze deseru pokazano dzieci.

Wieniawa komenderuje, że trzeba coś zjeść, a przecież zaraz tutaj jest Victoria na ulicy Jasnej. Ale przecież nie będziemy iść per pedes, jak by powiedział ludek Warszawy. Pułkownik kiwa ręką na woźnicę dorożki. Jest godzina dwudziesta, gdy wysiadamy z budy konnego wehikułu i wchodzimy do jasnego wnętrza hotelowej restauracji. W pas kłania się panu pułkownikowi obsługa, rychło wskazany zostaje stolik. Do ręki podają nam kartę dań. Wieniawa głośno zastanawia się czy raczej karp w śmietanie, czy szczupak a la Menier, czy może bryzol z polędwicy. Wybieramy w końcu na przystawkę raki z koprem, jajka po wenecku, a na drugie danie kaczkę. Do tego wódkę Baczewskiego i Kapuścińskiego Cherry Brandy. Przy sąsiednim stoliku siedzi Ludwik Bergson, właściciel firmy węglowej Samuel&Ludwik Bergson i zajadając się szaszłykiem baranim po kaukasku prowadzi ożywioną rozmowę z przedsiębiorcą Leopoldem Daabem, który zgodnie z ewangelicką naturą nakazującą mu wstrzemięźliwość zadowolił się barszczem czerwonym. Do stolika docierają urywki rozmów o kryzysie i wahaniach na giełdzie warszawskich. My w tym czasie wracamy do naszego posiłku i trunków.

„Więc co teraz? Mamy godzinę za dwadzieścia dziewiąta” pyta Wieniawa. Qui pro Quo – bo trzeba trzymać się przyjacielskich zobowiązań, w końcu to tam, a nie do Morskiego Oka Tuwim pisze teksty. Znowu znakiem ręki pułkownik daje znać dorożkarzowi. „Do kochanej starej budy” stęka, wchodząc do wehikułu.

A zatem do kabaretu. Ulica Senatorska 29, pasaż obok hotel Grand. Wchodzimy pod szklany dach Galerii Luxemburg. W pierwszym rządach widzę siedzących luminarzy kultury – Jan Paradowski, Tadeusz Boy-Żeleński, ale też adwokat Niedzielski, przemysłowiec Szczerbiński, gdzieś miga mi przemykający Lechoń. A tam na scenie peroruje już roześmiany Jarosa. W fraku zaczyna swoje zwyczajowe i sławne na całą Polskę „Proszę Państwa”, rzuca pierwsze kilka żartów i zaczyna się show – na estradę wchodzą roznegliżowane (ale ciągle jeszcze ubrane) girlsy. Następnie na scenie pojawiają się: Chór Dana, wschodząca gwiazda Mieczysław Fogg, Nowakowski, Bogdanowicz. Następują pisane przez Tuwima i Hemara skecze. No i ostateczne zakończenie, podobnie jak początek znane na całą Polskę:

Qui Pro Quo – kochana stara buda,
Qui Pro Quo – ten teatra nam się udał!
Co jak co,
Niech tam kto
Ma skarbów Sezamy,
Po co nam to? My mamy:
Qui Pro Quo – co będziemy długo gadać
O to tylko szło!
Chodźcie gdzie chcecie,
Lecz w końcu przyjdziecie
Zawsze znowu do Qui Pro Quo!

Kabaret się skończył, Wieniawa postanowił jednak kontynuować zabawę. Noc jeszcze młoda, dopiero jedenasta wybija. Więc co? Może Oaza? Czemu nie. Ruszamy tym razem taksówką na Wierzbową. Zaciągam się dymem z podanego mi Egipskiego, śledzę migające światła neonów nocnej Warszawy.

Artykuł inspirowany jest książką Mariusza Urbanka „Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie”:

Autor: Mariusz Urbanek
Tytuł: „Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie”
Oprawa twarda z obwolutą
Opracowanie graficzne Andrzej Barecki
Numer wydania I w tej edycji
Wymiary 165 × 235
Druk Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca
Data wydania 2015-10-15
EAN 9788324404148
Ilość stron 356
Ilustracja na obwolucie Marek Szyszko
ISBN 978-83-244-0414-8
ISBN e-publikacji 978-83-244-0425-4
Cena: 39,90 zł
Kup ze zniżką na stronach Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Konferansjer w Qui pro Quo nie nazywał się Jarosa, tylko Jarossy, Fryderyk Jarossy.



Odpowiedz

Gość: mbbaran |

Ponoć do Małej Ziemiańskiej miał zamiar wjechać konno Wieniawa Długoszowski, lecz na przeszkodzie stanęły obrotowe drzwi. Mnie jednak zastanawia dlaczego wszyscy goście siedzą w płaszczach, futrach itp. Czy to był zwyczaj, czy np nie ogrzewano lokalu, może szatnia niepewna? Może ktoś objaśni.



Odpowiedz
Paweł Rzewuski

Absolwent filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Publikował w „Uważam Rze Historia”, „Newsweek Historia”, „Pamięć.pl”, „Rzeczpospolitej”, „Teologii Politycznej co Miesiąc”, „Filozofuj”, „Do Rzeczy” oraz „Plus Minus”. Tajny współpracownik kwartalnika „F. Lux” i portalu Rebelya.pl. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Jacka Kaczmarskiego i Iron Maiden.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org