Autor: Piotr Nikołajewicz Palij
Tagi: II wojna światowa, Książki, Historia wojskowości, Recenzje, Europa Wschodnia, Europa
Opublikowany: 2016-02-23 10:45
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Operacja „Barbarossa” - pierwsze dni

Szok w jakim znaleźli się Sowieci po rozpoczęciu operacji „Barbarossa” był trudny do opisania. I z godziny na godzinę się pogłębiał...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

Następnego dnia o świcie obudził mnie dyżurny i przekazał kopię rozkazu z dywizji. Zgodnie z rozkazem miałem udać się z dwoma ciężarówkami do wsi Skepnia Ługowa aby o godzinie 12:30 odebrać wyposażenie saperskie dla pułku. Wieś leżała dwadzieścia kilometrów na południe od Czetwierni, prawie na samym brzegu Dniepru. Od strony rzeki słychać było całkiem niezłą kanonadę i dla zmniejszenia ryzyka zdecydowałem, aby pojechać okrężną drogą przez inną wieś – Skepnię Leśną, położona w lasach w odległości dziesięciu kilometrów od Skepni Ługowej. Ale major Titow zabronił mi korzystania z tej trasy.

– Bzdury! Czego panikujecie? W Ługowej jest sztab 215 dywizji, której teraz jesteśmy podporządkowani. Jak jest sztab, to i jechać tam można bezpiecznie. Nie palcie na darmo benzyny i jedźcie bezpośrednio, przez Czetwiernię.

Wziąłem ze sobą Borisowa, Szmatko i jeszcze dwóch podoficerów.

Dyrektywa nr 21 z 18 grudnia 1940 r. - założenia Operacja „Barbarossa”.
Wyjechaliśmy po ósmej. Czetwiernia, położona wśród łąk, rozciągała się wzdłuż jednej ulicy na odcinku dwóch kilometrów i kiedy zaczęliśmy zjeżdżać przez pola dojrzałego żyta w dół, z lasu gdzie stacjonował nasz pułk, stało się jasne, że na łąkach czy też gdzieś na brzegu Dniepru idzie bój. Zatrzymałem się koło siedziby rady wiejskiej aby na miejscu wyjaśnić sytuację i dowiedzieć się co się dzieje.

W samej siedzibie było centrum lokalnej organizacji „niszczycieli”, paramilitarnej grupy złożonej głównie z członków partii i komsomolców, których specjalnym zadaniem było przygotowanie rejonu na wypadek odwrotu Armii Czerwonej, czyli minowanie mostów, niszczenie kołchozowego sprzętu rolniczego i wyposażenia, przepęd bydła i koni na tyły, a nawet palenie upraw. O tym wszystkim wiedziałem jeszcze za czasów gdy „ryliśmy w ziemi” w ramach zadań odcinka robót polowo-fortyfikacyjnych. W siedzibie rady nie znalazłem żywej duszy, wszędzie było pusto. Zdążyłem tylko wyjść na ulicę, gdy dookoła zaczęły rwać się pociski. Jeden z nich eksplodował bezpośrednio przed wejściem do budynku rady i obalił gipsowe popiersie „wielkiego wodza, towarzysza Józefa Stalina”, które rozleciało się w drobny mak. Niemcy przenieśli ogień dalej i ostrzeliwali teraz tartak położony za wsią. Ja zaś wróciłem do swojego samochodu. Wieś była praktycznie wyludniona, ale strzelanina na łąkach przybierała wciąż na sile.

Przejechaliśmy ulicą może z pół kilometra gdy ujrzeliśmy jak przed nami, grupkami i pojedynczo, przebiegają przez ulicę czerwonoarmiści, kryjąc się na polach, w krzakach i małych jarach za wsią. Jedna z takich grup otoczyła naszą ciężarówkę. Starszy sierżant, bez hełmu i z automatem w ręku, podszedł do mnie:

– Gdzie was czort niesie? Tam Niemcy! Koszą bez litości. Zawracajcie majorze!

Sytuacja była głupia. Zawrócić – to jawne niewykonanie rozkazu. Jechać dalej zgodnie z rozkazem – to rzeczywiście można wpaść prosto na Niemców. Tak czy inaczej postanowiłem przejechać jeszcze kawałek, do najbliższego lasu, za którym już była Skepnia-Ługowa. W tym lesie robiliśmy zawały przeciwczołgowe i okolicę znałem całkiem nieźle. Zatrzymaliśmy samochody pod drzewami na skraju wsi, zaraz obok w zaułku był dom Tarasenki.

W czasie jak staliśmy i omawialiśmy dalsze działania, zza płotu wyjrzała starsza kobieta. Po prośbie przyniosła nam dzban mleka i ciepłe jeszcze placki. Zapytałem co tam słychać u Tarasenki. Opowiedziała nam smutną historię: sam Tarasenko nie wrócił ze Żłobina i jak miasto zajęli Niemcy, to ciotka Tarasenko poszła się dowiedzieć co się z nim stało. Doszła do małej stacyjki naprzeciwko Żłobina i tam wpadła pod ostrzał. Poraniło ją ciężko i zmarła zaraz po tym, jak ją dowieźli do szpitala w Czetwierni. Szura zabrała swoje młodsze siostry i braci, całą piątkę, zapakowała jakieś rzeczy i przedwczoraj wyjechała do krewnych do Kryczewa... A ludzie gadają, że Kryczew Niemcy całkiem ogarnęli... I gdzie ona w taki czas się wybrała? Siedziałaby lepiej w domu, ze wszystkimi...

Rzeczywiście, aż strach było pomyśleć w co się wpakowała młodziutka, dziewiętnastoletnia dziewczyna z piątką dzieci, która znalazła się pomiędzy atakującymi i uciekającymi...

Drogą wciąż jeszcze cofały się nasze oddziały. Strzelanina na łąkach prawie całkiem ucichła, z rzadka słychać było tylko pojedyncze wystrzały i krótkie serie z broni automatycznej. Nad głowami przeleciał klucz niemieckich myśliwców i znowu zaczęliśmy debatować co tu dalej robić. Cała droga z Czetwierni w kierunku lasu była wysadzana dużymi drzewami. Nacięliśmy gałęzi, zamaskowaliśmy ciężarówki i zdecydowaliśmy, że mimo wszystko postaramy się dojechać do lasu. Jakby co, skręcimy w drogę leśną prowadzącą do Skepni Leśnej. Jechaliśmy ostrożnie, wypatrując samolotów. Strzelaniny nie ma, żadnych żołnierzy nie widać. Było tu całkiem spokojnie, ale z północy dochodziły odgłosy silnej kanonady artyleryjskiej.

Na skraju lasu odnalazł się pododdział piechoty, całkiem niemały, kompania albo i lepiej. Podszedł kapitan i wypytał kim jesteśmy, dokąd i po co jedziemy. Pokazałem mu kopię rozkazu. Na moje pytanie, czy można dojechać do Skepni Leśnej, bardzo spokojnie i pewnie odpowiedział:

– Teraz można. Przez Dniepr przerwał się jakiś ich zabłąkany oddział, wszystkich wybili. W Skepni jest sztab naszej 215 dywizji. Siedzą twardo – od kapitana silnie zalatywało spirytusem.

Działania niemieckie w okresie ok 22 czerwca do 25 sierpnia (oprac. The History Department of the United States Military Academy).

Podjechał jeszcze jeden samochód, tym razem osobowy, z pięcioma młodymi podporucznikami. Kierowali się na Homel, do sztabu 21 Armii, i poprosili o zgodę na dołączenie do naszej „kolumny”.

– Pod Czetwiernią wpadliśmy pod taki ogień, że ledwo głowy unieśliśmy. Gdzie są teraz Niemcy? – zapytał jeden z nich.

– Po tej stronie Dniepru ich nie ma! Trupy się tylko walają po łąkach – odpowiedział kapitan.

Czerwonoarmistów było widać tylko na skraju lasu, dalej w głąb było całkiem bezludnie i cicho. Po wyjeździe z lasu samochód osobowy z podporucznikami wyprzedził nas i zaczął się szybko oddalać po drodze. Nagle pojazd przekoziołkował kilka razy, skrył się w kłębie kurzu i dymu i wyleciał w powietrze. Nasz kierowca krzyknął, wypuścił z rąk kierownicę i poleciał głową do przodu. Ciężarówka wpadła w poślizg, zsunęła się do rowu i utkwiła w hałdzie żwiru. Przednia szyba rozsypała się w kawałki, z tyłu na pace coś wybuchło. Wyskoczyłem z kabiny i na wyciągniętych rękach grzmotnąłem na dno przydrożnego rowu. Ogłuszony wybuchem i oszołomiony upadkiem, czując silny ból w nodze i ręce, całkiem instynktownie starałem się wyrwać z kabury mój tulski pistolet. Wszystko z jedną myślą w głowie: „Niemcy! Niemcy! Wpakowaliśmy się prosto na nich...”. Wyciągnąć pistoletu już nie zdążyłem.

Tekst jest fragmentem książki „Zapiski oficera z niewoli” Piotra Nikołajewicza Palija:

Piotr Nikołajewicz Palij
Zapiski oficera z niewoli
39 zł
Wydawca: Oficyna Wydawnicza FINNA

– Halt... halt... Hande hoch!

Zwaliło się na mnie kilku żołnierzy i ciągnąc za ręce wywlekło z rowu. Po obu skrajach drogi szła szerokim łukiem niezbyt gęsta tyraliera Niemców. Nade mną stał młody niemiecki oficer i z uśmiechem oglądał mnie, leżącego w pyle drogi u jego stóp. Podniosłem się i rozejrzałem: w przodzie dopalała się osobówka z podporucznikami, z tyłu, bliżej lasu, palił się mój drugi ZIS!

Rzecz jasna istnieje kolosalna różnica w doznaniach między dostaniem się do niewoli w wielkiej masie, gdy setki i tysiące żołnierzy znajdujących się w beznadziejnym położeniu rzucają broń i podnoszą ręce do góry, a sytuacją jednego człowieka, który nagle staje twarzą w twarz z grupą wrogów celujących do niego z automatów. Jeden nerwowy krok, gest czy najmniejszy błąd i zamiast żywego jeńca na drodze będzie leżeć trup z przestrzeloną głową... Od razy to pojąłem, automat żołnierza niemalże dotykał mojej głowy! W każdej takiej sytuacji zmiana statusu z żołnierza na jeńca objawia się psychologicznym szokiem, ale ten szok jest znacznie większy i bolesny dla pojedynczego człowieka niż dla „jednego spośród wielu”.

Zniszczony na ziemi samolot radziecki (źródło: Bundesarchiv, Bild 121-1208, opublikowano na licencji CC ASA 3.0).

Żołnierze zabrali mi pas z bronią i mapnik, następnie wypatroszyli wszystkie drobiazgi z kieszeni. Oficer o coś pytał, ale moja wiedza z zakresu języka niemieckiego była bardziej niż ograniczona, tak więc stwierdzałem tylko łamaną mową:

– Niemiecki nie rozumiem... nie mówię niemiecki.

Przeglądając moje rzeczy oficer kiwał głową i z uśmiechem mówił:

– Das ist schade, sehr schade.

Włożył do mojej furażerki papierośnicę, zapalniczkę, grzebyk i chusteczkę do nosa. Resztę wsypał do żołnierskiej torby. Furażerkę oddał a torbę przekazał jednemu z żołnierzy. Następnie wziął mój mapnik i pokazał mi go. Mapnik był przestrzelony na wylot. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem ranny i, że silny ból w nodze to nie od upadku a od rany. Noga mi całkiem zdrętwiała, w bucie było ciepło i mokro. Oficer coś tam mówił, żołnierze się śmiali, a ja nagle poczułem straszne mdłości i padłem plackiem w pył drogi. Oficer wydał rozkaz i poszedł za oddalającą się tyralierą. Jego ludzie poszli za nim. Wydawało mi się, że porzucili mnie na drodze. Jeden z żołnierzy nagle gwałtownie się odwrócił i wycelował we mnie swój automat. Rzuciłem się w bok i od gwałtownego bólu w nodze, a może i ze strachu, straciłem przytomność...

Najwyraźniej trwało to tylko przez mgnienie oka i kiedy się ocknąłem zobaczyłem, że oddalający się żołnierze śmieją się, a ten, który skierował w moja stronę broń macha mi przepraszająco ręką. Zostało ze mną dwóch żołnierzy. Oni także się śmiali i coś mi próbowali wytłumaczyć, ale ja dalej leżałem na ziemi i nic nie rozumiałem. Wszyscy ci wojacy, podobnie jak ich dowódca, byli młodymi blondynami słusznego wzrostu, o zdrowym wyglądzie, z podwiniętymi do łokci rękawami mundurów i stalowymi hełmami przywieszonymi na pasach. Na rękawach i na hełmach widniało oznakowanie „SS-310”. Moi konwojenci dalej coś mamrotali, a potem stracili cierpliwość i jeden z nich chwycił mnie pod pachy i postawił na nogi. Ale jak tylko mnie puścił to od razu znowu siadłem na drodze – noga całkiem mi zdrętwiała i ból w ranie stawał się nie do wytrzymania. „A co z innymi?” – pomyślałem, przypominając sobie o moich towarzyszach.

– Meine soldaten? – Zapytałem.

– Alles tot, alles kaputt – jakby przepraszająco odpowiedział jeden z nich, podając drugiemu swój automat.

Nachylił się nade mną, chwycił za rękę i zgrabnym ruchem zarzucił mnie sobie na plecy, po czym ruszył poboczem drogi. Całe moje 85 kilogramów niósł lekko i swobodnie, pogadując przy tym ze swoim kolegą. Gdy żołnierze przechodzili obok tlącej się i dymiącej jeszcze osobówki, zobaczyłem nadpalone ciała podporuczników. Z przeciwnej strony jechały ciężarówki z wojskiem, żołnierze coś tam krzyczeli. „Pewnie nie zastrzelą – pomyślałem. – Odstrzelić można i tu, na równej drodze, po co się męczyć i gdzieś mnie taszczyć”. Przynieśli mnie na polowy punkt sanitarny. Na samym skraju wsi żołnierze postawili wielki namiot i rozpakowywali jakieś skrzynie. Na maszcie trzepotała wielka flaga z czerwonym krzyżem. Pod niewielką brezentową wiatą stał rząd łóżek polowych. Położyli mnie na jednym z nich. Innych rannych nie było. Podszedł człowiek w białym fartuchu, zapewne sanitariusz. Rozciął mi spodnie i przemył ranę. Potem coś krzyknął. Z dużej ciężarówki, także oznakowanej czerwonym krzyżem, wyszło jeszcze dwóch. Zrobili mi zastrzyk w biodro... i wyjęli kulę.

Nie wiem w jakim celu robili zastrzyk. Z bólu straciłem przytomność. W następnej kolejności wysmarowali mi ranę żółtą, smrodliwą mazią i zabandażowali nogę. Ze słów moich „operujących” oraz z ich uśmieszków i gestów zrozumiałem, że rana to duperel. Rzeczywiście, po kilku minutach ból zaczął przemijać i wróciło czucie w nodze. Ale to nie było wszystko. Posadzili mnie i zaczęli ściągać ze mnie kurtkę mundurową. Gdy usiadłem, poczułem coś twardego i nagle sobie przypomniałem! W tylnej kieszonce spodni siedział ten maleńki niklowany Browning, którego z kieszeni zabitego Niemca wyjął sierżant „Siostrzyczka” i dał mi jako trofeum po tym, jak zapaliłem butelką z benzyną swój pierwszy i ostatni czołg. Żołnierze, którzy obszukali mnie na pierwszej linii nie byli dostatecznie uważni. Doszedłem do wniosku, że nie ma najmniejszego sensu ukrywanie tej broni. I tak znajdą, a wtedy będzie znacznie gorzej. Jako broń ten pistolecik i tak nie miał żadnego znaczenia. Wyciągnąłem niklowaną zabaweczkę z kieszeni... Efekt tego wyszedł nieoczekiwany, komiczny i o mało co nie kosztował mnie życia. Wszyscy trzej odziani w białe kitle Niemcy, śmiesznie rozrzucając ręce, odskoczyli ode mnie rakiem. Jeden z nich, ten który wyjmował mi kulę, coś chrapliwie krzyknął. Ujrzałem dwóch żołnierzy z automatami, biegnących w moim kierunku... Jedno mgnienie oka i byłbym trupem! W panice odrzuciłem Browninga na bok i takim samym chrypliwym głosem wrzasnąłem:

Łotysze witają wkraczających do Rygi Niemców. Spora część radzieckiego społeczeństwa (przede wszystkim podbite przez komunistów narody) z entuzjazmem witała oddziały Wehrmachtu. Po jakimś czasie jednak zaczął on słabnąć, przede wszystkim pod wpływem twardej polityki okupacyjnej (źródło: Bundesarchiv, Bild 183-L19397, opublikowano na licencji CC ASA 3.0).

– Ja fergesen... Ich fergesen... rozumiecie? Po prostu ja fergesen! Niemcy gruchnęli gromkim śmiechem, wszyscy się uspokoili a potem, poklepując mnie po plecach, chichotali i szwargotali dalej między sobą. Okazało się, że na plecach mam jeszcze jedną niedużą rankę od odłamku granatu, który poleciał na pakę mojego ZISa, zabijając obydwu znajdujących się tam podoficerów. Gdy już mnie opatrzyli, usadzili mnie na łóżku polowym, przynieśli kubek gorącej kawy i kilka herbatników. Zostałem sam.

Po drodze, niczym lawina nie mająca końca, przewalały się niemieckie wojska. Czołgi, tankietki, ciężarówki wszelakich rozmiarów, artyleria, oddziały piechoty i motocyklistów, cykliści i znowu ciężarówki. Żołnierze byli młodzi, zdrowi i weseli. Szli ze śmiechem, śpiewając i żartując. Wszyscy byli dobrze ubrani, wszyscy z bronią automatyczną. Szli jak na wesoły piknik albo na zawody sportowe. Gdzieś daleko, pewnie w odległości dobrych trzydziestu kilometrów, słychać było huk artylerii, nad głową często przelatywały samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Siedziałem na polówce pod wiatą i myślałem: „Ależ kontrast! Nasi wszyscy oberwani, brudni, głodni, nędznie uzbrojeni... a ci ‚faszyści’... idą jak na paradzie... Jak daleko zajdą? Jak do Moskwy, to dla bolszewików koniec. I co wtedy? Co będzie nowego jak się zawali sowiecki system? I dlaczego mnie nie zabili? Opatrzyli, nakarmili... Do czego im jestem potrzebny i dlaczego oddzielili mnie od innych jeńców?”

Tekst jest fragmentem książki „Zapiski oficera z niewoli” Piotra Nikołajewicza Palija:

Piotr Nikołajewicz Palij
Zapiski oficera z niewoli
39 zł
Wydawca: Oficyna Wydawnicza FINNA

Grupa żołnierzy podeszła bliżej i usłyszałem jak w łamanym rosyjsko-polskim języku żartują sobie z gromadą wieśniaków i dziewcząt. Chłopi stali po obu stronach drogi i z ciekawością, podobnie jak i ja, patrzyli na ten mocarny potok niemieckich wojsk.

Znowu i znowu wracałem myślami do tego, co się wydarzyło. „Powojowałem” pięć tygodni i oto jestem ranny i w niewoli. Cała ta ucieczka z Białorusi, budowa nikomu niepotrzebnych umocnień, obrona Żłobina, dowodzenie batalionem „łopaciarzy”, w ostatniej chwili przemianowanych na żołnierzy z pierwszej linii, wszystko to guzik dało... Jestem sam, ranny i w niewoli! Siedzieliśmy w tych okopach pod Żłobinem i rozgniotły nas niemieckie czołgi... Gdyby nie rozkaz do odwrotu to i sam bym został pod tymi gąsienicami, a i zmusiłbym do umierania wszystkich, których miałem pod sobą... Po co?

Jeńcy radzieccy wzięci do niewoli w kotle mińskim (źródło: Bundesarchiv, Bild 146-1982-077-11, opublikowano na licencji CC ASA 3.0).

Moje myśli przerwało pojawienie się dwóch niemieckich oficerów w malutkim samochodzie. Zrozumiawszy, że nijak nie mówię po niemiecku, przywołali młodziutkiego starszego szeregowego, który mówił łamaną mieszaniną polskiego, ukraińskiego i serbskiego. Jakoś się dogadaliśmy. Poinformowali mnie, że wszyscy sowieccy oficerowie w randze majora i wyższej, czyli tak zwany „starszy korpus oficerski”, którzy dostali się do niewoli na tym odcinku, mają być przesłuchiwani w sztabie dywizji. Dlatego przy pierwszej sposobności zostanę przewieziony do owego sztabu, ale zanim to nastąpi to będę siedzieć tutaj, na tej polówce pod brezentem.

Oficerowie pojechali a ja znowu czekałem. Była już czwarta godzina. Przynieśli mi jedzenie, kociołek gęstej i przyjemnie pachnącej zupy wraz z dużym kawałkiem chleba, potem znowu dali kawy i... paczkę papierosów.

Drogą przez Skepnię wciąż posuwały się niemieckie jednostki. Miejscowi mieszkańcy stali po obu stronach drogi i z zainteresowaniem oglądali „wrogów-zdobywców” i „bandy faszystów”, jak to jeszcze wczoraj nazywali ich lektorzy radzieckiej radiofonii. W przeciwnym kierunku, w stronę Dniepru, pełzła duża kolumna jeńców, dobry tysiąc luda, pod strażą może z dziesięciu niemieckich konwojentów.

Dopiero po piątej podjechał duży samochód, coś w rodzaju samochodu sztabowego, i zawieźli mnie do dowództwa dywizji. Ale i tak mnie tego dnia nie dowieźli. Z trudem przeprawiliśmy się na druga stroną Dniepru za pomocą małej, motorowej łodzi desantowej. Most pontonowy, przerzucony przez rzekę, był zawalony przechodzącymi wojskami. Ściemniło się i podoficer, który mnie konwojował, zatrzymał się na nocleg w miejscu gdzie stała jednostki artylerii oczekująca na przeprawę na lewy brzeg. Położyli mnie spać w jakimś dużym pomieszczeniu, w budynku kołchozowej stodoły nabitej po brzegi artylerzystami. Przyszedł sanitariusz i zmienił opatrunki. W miejsce moich porozcinanych spodni dali mi niemieckie, pasujące rozmiarem i prawie nowe. Przed nocą dostałem do jedzenia to, co inni żołnierze. W tej masie wojaków swoją osobą nie przyciągałem specjalnej uwagi. Czasami któryś z żołnierzy chciał ze mną porozmawiać, ale bariera językowa okazywała się nie do pokonania i zostawili mnie w spokoju. Stres przeżytego dnia powalił mnie plackiem na słomę i usnąłem jak zabity.

Mój podoficer obudził mnie z rana, zaraz po piątej. Malutkim samochodem w pół godziny dojechaliśmy do miejsca dyslokacji dowództwa 310 Dywizji SS. Sztab znajdował się na krańcu malutkiej osady i rozlokowany był w kilku ogromnych przyczepach samochodowych urządzonych niczym domy na kołach. Posadzili mnie obok wielkokalibrowego cekaemu (dookoła stało ich kilka) pod okiem dwóch dyżurujących przy nim żołnierzy. Kazali czekać. Dopiero koło siódmej przyszedł wystrojony, młody podoficer i polecił mi udać się za nim. Obok jednego z „domów na kołach” stał stół i kilka krzeseł. Podoficer gestem nakazał mi usiąść.

Gdy usiadłem, podoficer odebrał mi kulę, którą dali mi wczoraj na punkcie opatrunkowym, i położył ją daleko z boku. Po około dziesięciu minutach z „domu” wyszedł wysoki, siwiejący oficer z pagonami podpułkownika. Zamienił kilka słów z podoficerem i podszedł do mnie.

– Dzień dobry, majorze – odezwał się po rosyjsku i podał mi rękę.

Zakopany w śniegu czołg niemiecki (źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-215-0354-14, opublikowano na licencji CC ASA 3.0).

Usiadł przy stole naprzeciwko mnie i krótko wyjaśnił dlaczego tu jestem i czego ode mnie oczekuje.

Najpierw chciał porozmawiać na różne tematy i zadać szereg nieoficjalnych pytań dotyczących kwestii ogólnie interesujących niemieckie dowództwo oraz jego osobiście, a następnie przeprowadzić formalne przesłuchanie z wypełnieniem stosownych dokumentów. Nazywał się Karl Henrykowicz Brutner. Przed rozpoczęciem części „nieoficjalnej” przyszedł żołnierz i przyniósł śniadanie podpułkownikowi i... mnie. Takiego śniadania nie jadłem od początku wojny! Najpierw Brutner, najwyraźniej aby wzbudzić moje zaufanie, opowiedział mi o sobie: urodził się i dorastał w Rosji i ukończył gimnazjum w Moskwie, gdzie jego ojciec był przez wiele lat przedstawicielem jakiejś niemieckiej firmy. Cała rodzina Brutnerów wróciła do Niemiec na krótko przed wybuchem wojny 1914 roku. Wykładał historię na uniwersytecie, zajmując się ogólnie tematyką Słowian, a Rosją w szczególności. Według tego co mówił, skierowano go na ten odcinek frontu celem zebrania możliwie jak najszerszego materiału o współczesnym stanie Związku Radzieckiego. W szczególności chodziło o nastroje panujące w siłach zbrojnych i wśród ludności cywilnej, o ogólne nastawienie żołnierzy i dowódców Armii Czerwonej, ich poglądy polityczne, sferę psychologiczną, itd. Potem zaczął wypytywać kim jestem, czym się zajmowałem i jakie są moje przekonania polityczne... Z boku wyglądało to, rzecz jasna, bardzo dziwnie. Przy jednym stole siedziało i jadło śniadanie dwóch ludzi: niemiecki podpułkownik, czysty, w odprasowanym mundurze, gładko ogolony i pachnący wodą kolońską oraz sowiecki major w porwanej i upaćkanej krwią kurtce mundurowej, niemieckich wojskowych portkach, zarośnięty, brudny i zmęczony.

Tekst jest fragmentem książki „Zapiski oficera z niewoli” Piotra Nikołajewicza Palija:

Piotr Nikołajewicz Palij
Zapiski oficera z niewoli
39 zł
Wydawca: Oficyna Wydawnicza FINNA

Na pytania podpułkownika odpowiadałem skąpo i ostrożnie, nijak nie pojmując do czego ma prowadzić ta dziwna rozmowa i czego ode mnie oczekuje ów niemiecki profesor w mundurze. Ale profesora najwyraźniej to nie peszyło i od czasu do czasu, pomiędzy pytaniami, wygłaszał całe mowy, upajając się swoimi słowami...

Żołnierze niemieccy w czasie odwrotu spod Moskwy.

– Potrzebujemy informacji, danych, wiedzy oraz zrozumienia sytuacji i warunków w jakich żyliście. Musimy zrozumieć myśli i nastroje masy prostych ludzi, żołnierzy, inteligencji, naukowców, całego waszego kraju. Wkrótce przejdzie on pod naszą kontrolę i będziemy odpowiedzialni za całkowite przekształcenie całego waszego społeczeństwa, ustroju politycznego i życia milionów ludzi zamieszkujących były Związek Radziecki.

Kiedy wtrąciłem, że trochę chyba za wcześnie aby, siedząc nad Dnieprem, mówić o „byłym” Związku Radzieckim rozciągającym się do Oceanu Spokojnego, Brutner zaprotestował:

– Nie, nie jest za wcześnie. Dla was osobiście wojna już się skończyła! Teraz, w cichym i bezpiecznym miejscu, będziecie czekać na jej całkowite zakończenie. Potem, za trzy-cztery miesiące, maksimum za pół roku, wrócicie do swojej rodziny i swoich zajęć. Wszystkie informacje, które teraz zbieramy, nie są nam potrzebne do prowadzenia operacji wojskowych, nie dla zagwarantowania zwycięstwa – myśmy już zwyciężyli – one mają znaczenie dla okresu powojennego! Dla okresu tworzenia, nie niszczenia... – gadał i gadał, a ja chciałem... spać!

Żołnierz przyniósł torbę z moimi rzeczami, które odebrano mi wczoraj w momencie wzięcia do niewoli. Brutner wszystko uważnie przejrzał, łącznie z dokumentami, zeszycikiem gdzie systematycznie prowadziłem swoje zapiski poczynając od pierwszego dnia wojny i listem do żony, którego nie zdążyłem napisać do końca.

Wszystkie te rzeczy otrzymacie z powrotem po przybyciu do obozu jenieckiego. Na razie je zatrzymamy – powiedział, wkładając wszystko do torby. – Musicie zrozumieć to, co mówię. My, Niemcy, nie jesteśmy wrogami narodu rosyjskiego czy jakiegokolwiek innego narodu Związku Radzieckiego. Kocham rosyjski naród, kocham Rosję, to także moja ojczyzna. Chcemy wyswobodzić Europę, w tym i Rosję, od władzy kliki internacjonalistów–komunistów, od destrukcyjnego i demoralizującego wpływu żydokomunistycznej ideologii. Wy, rosyjscy inteligenci, powinniście nam w tym pomóc. Cała rosyjska społeczność emigracyjna już się do nas przyłączyła.

Na koniec profesor–pułkownik stwierdził, że fizycznie nie jestem w stanie kontynuować tej „interesującej konwersacji”. Bolała mnie noga, moralnie byłem poważnie podłamany i nieludzko chciało mi się spać.

– Dobrze więc. Przystąpimy do części oficjalnej – powiedział i wezwał żołnierza, któremu coś tam rozkazał.

Po minucie pojawił się wystrojony podoficer z maszyną do pisania. Zaczęło się przesłuchanie. Brutner zadawał pytania, tłumaczył na niemiecki moje odpowiedzi, a podoficer wystukiwał wszystko na maszynie na specjalnym blankiecie. Imię, nazwisko, rok i miejsce urodzenia, narodowość, wiara, wykształcenie, zawód... ze trzydzieści pięć pytań albo i lepiej. Z trudem wnikałem w sens pytań i z ledwością na nie odpowiadałem. Wyglądało na to, że Brutner stracił wszelkie zainteresowani moją osobą. Jak tylko zapisana została moja ostatnia odpowiedź, wstał i, nie podając mi już ręki, sucho stwierdził:

– Na tym zakończymy. Żałuję, że albo nie zrozumieliście tego co mówiłem, albo nie chcieliście zrozumieć. Radzę wam w obozie bliżej zapoznać się z ideami narodowego socjalizmu. Będzie to bardzo ważne dla całego waszego przyszłego życia. Żegnajcie.

Brutner odszedł, żołnierz podał mi moją kulę i odprowadził z powrotem pod straż cekaemistów. Z daleka widziałem jak podjechał samochód, z którego wysiadło dwóch radzieckich oficerów. Usadzono ich przy stole, przy którym sam dopiero co siedziałem przez półtorej godziny.

Leżąc na trawie pod drzewem, usnąłem. Już po południu obudził mnie młody podoficer, prawie chłopiec. W bardzo dobrym rosyjskim, z leciutkim tylko akcentem, powiedział:

– Panie majorze, zostanie pan przewieziony na punkt zborny jeńców wojennych, to niedaleko stąd. Potem zostanie pan przetransportowany do Niemiec, do centralnego obozu dla oficerów.

Na moje pytanie, skąd tak dobrze mówi po rosyjsku, młodzieniec odparł:

– Pochodzę z rosyjskiej rodziny, choć urodziłem się w Niemczech. Pracuję w grupie profesora Brutnera.

Razem z nim przyszedł jakiś lekarz w białym kitlu z walizeczką w ręku. Sprawdził stan mojej rany, zmienił bandaże i coś tam z aprobatą powiedział.

– Doktor mówi, że wasza rana jest w doskonałym stanie. Za kilka dni się zagoi – młodzieniec nie był zbyt rozmowny i trzymał się z rezerwą.

"
":/grafika/articles2015/czolg-ciezki/kw2.jpg Czołg KW-1 ostrzelany przez Niemców, sierpień 1942 r. w okolicach Stalingradu (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 169-0441, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy).

Mimo faktu, że punkt zborny był „niedaleko stąd”, trafiłem tam dopiero pod wieczór. Z miejsca gdzie znajdował się sztab wyjechaliśmy około trzeciej po południu. W tym czasie u Brutnera było jeszcze siedmiu lub ośmiu radzieckich oficerów. Przywozili ich samochodami i widziałem ich tylko z daleka. W końcu i mnie zapakowali do samochodu, ale po około dziesięciu kilometrach strzeliła opona na jednym z kół i okazało się, że nie ma zapasowej. W pobliżu rozlokował się na odpoczynek pododdział piechoty i szofer poszedł tam po pomoc, ja zaś zostałem z konwojentem. Nikt się nie spieszył, wszystko działo się powoli, z pogaduchami, z przerwami na jedzenie i na „dymka”. Dostał mi się kociołek żołnierskiej zupy i dużo chleba.

Żołnierze podchodzili do nas grupkami i pojedynczo, oglądali mnie jak dzikiego zwierza w klatce i coś tam próbowali mówić. Gdy mnie o coś pytali, mówiłem tylko:

– Niemiecki nie rozumiem... nie mówię niemiecki.

Znajomość się nie nawiązała. Jeden z żołnierzy chciał mi ściągnąć „szpałę” naszytą na kołnierzu. Odsunąłem jego rękę, a on posłusznie ją cofnął i nawet przeprosił. Na koniec połatali oponę i pojechaliśmy dalej. Mrok już gęstniał gdy podjechaliśmy do wielkiej stodoły na skraju wsi. Dwóch przysadzistych niemieckich żołnierzy uchyliło wierzeje i ostro pchnęło mnie do środka. Jeden z nich powitał mnie przy tym bezwstydną wiązanką rosyjskich przekleństw.

Na tym zakończył się etap „uprzywilejowanego” traktowania „starszego oficera Armii Radzieckiej” i nastąpiły przenosiny do ogólnej masy „ludzi poza prawem”. Często zastanawiałem się potem dlaczego profesor Brutner tak bardzo zniekształcał obraz całej sytuacji. Czy faktycznie nie był poinformowany o tym, jaki los gotowało sowieckim jeńcom dowództwo niemieckie, czy tez było to z jego strony wykalkulowane kłamstwo? „Spokojne i bezpieczne miejsce” okazało się bardzo niespokojne i niebezpieczne, a dla znakomitej większości radzieckich żołnierzy stało się grobem.

Tekst jest fragmentem książki „Zapiski oficera z niewoli” Piotra Nikołajewicza Palija:

Piotr Nikołajewicz Palij
Zapiski oficera z niewoli
39 zł
Wydawca: Oficyna Wydawnicza FINNA

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Piotr Nikołajewicz Palij
Oficer Armii Czerwonej, wzięty do niewoli przez Niemców w trakcie operacji "Barbarossa". Dzięki temu, że był inżynierem, wylądował w bazie w Peenemunde, słynnym niemieckim ośrodku rakietowym. Tam zgłosił się do sił ukraińskich, chcąc odzyskać wolność. Odtąd jego losy nie są znane.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy