Opublikowano
2016-03-31 14:44
Licencja
Wolna licencja

Podzielone społeczeństwo. Amerykanie wobec Ententy i państw centralnych

Gdy wybuchła I wojna światowa, amerykańska opinia publiczna podzieliła się na zwolenników jednej bądź drugiej strony. Dominowały sympatie proalianckie, ale głosu przeciwników Ententy nie można było ignorować. Wszyscy zgadzali się, że Stany powinny pozostać neutralne. Z czasem to podejście uległo zmianie.


Strony:
1 2 3

Zobacz też: I wojna światowa w Histmag.org

7 maja 1915 roku brytyjski liniowiec „Lusitania” został zatopiony na Morzu Irlandzkim przez niemiecki okręt podwodny. Kapitan Walther Schwieger podjął decyzję o wystrzeleniu torpedy wiedząc, że ma do czynienia ze statkiem pasażerskim. W ten sposób Rzesza odpowiadała na blokadę morską prowadzoną przez Anglików wobec państw centralnych. Nie był to pierwszy atak U-Bootów, który doprowadził do śmierci cywilów – od lutego posłały już na dno szereg brytyjskich i kilka neutralnych jednostek. Tym razem wśród ofiar znalazło się jednak 128 Amerykanów, w tym między innymi milioner z Nowego Jorku Alfred Vadnerbilt oraz producent teatralny z Broadwayu Charles Frohman. Tragedia „Lusitanii” wstrząsnęła Stanami Zjednoczonymi. Konflikt na Starym Kontynencie, dotąd zdający się ich nie dotyczyć, nagle w nieporównanie większym stopniu przyciągnął uwagę społeczeństwa, które od miesięcy niezachwianie trwało w swojej neutralności.

I wojna światowa Zatonięcie „Lusitanii” na grafice z prasy brytyjskiej (domena publiczna).

I wojna światowa – odległy konflikt

Niespełna rok wcześniej mało kto w Ameryce zdawał sobie sprawę z napiętej sytuacji w Europie. Większości ludzi w ogóle to nie interesowało. Zawiły system wzajemnych powiązań często sprowadzano do rywalizacji angielsko-niemieckiej. Amerykanie nie zorientowali się w nieuchronności globalnego konfliktu nawet po zabójstwie arcyksięcia Ferdynanda. Morderstwo w Sarajewie lakonicznie komentowali zarówno politycy jak i prasa. „Będzie pewnie mała wojna na Bałkanach. Bo przecież Serbia leży na Bałkanach, czyż nie?” – miał powiedzieć ówczesny sekretarz rolnictwa David Houston. Kiedy więc ku powszechnemu zaskoczeniu, Wielka Wojna stała się faktem, prezydent Wilson, w zgodzie z duchem izolacjonizmu, zadeklarował neutralność swojego kraju. Odpowiadało to nastrojom społecznym. Europejskie swary nie dotyczyły obywateli Stanów Zjednoczonych, którzy woleli obserwować wszystko z boku. Nie oznacza to, że przebieg odległego konfliktu w ogóle ich nie interesował. Jego echa docierały do Ameryki, kreując rozmaite sądy i oceny.

Anglosascy bracia

Wiara we wspólne anglosaskie wartości stawiała większość amerykańskiej opinii publicznej po stronie Ententy. W prasie dominowały komentarze, które potępiały Niemcy jako agresywny militarystyczny twór, stanowiący zagrożenie dla pokoju i demokracji. Silną władzę cesarza i tradycyjne wpływy junkrów uważano za zaprzeczenie ideałów wyznawanych w Stanach Zjednoczonych. W krytyce państw centralnych przechodzono na porządku dziennym do podobnych słabości na łonie Trójporozumienia. Zdawano się nie dostrzegać niedemokratycznego ustroju Rosji czy znacznego udziału arystokracji w rządach Wielkiej Brytanii. Tego typu uproszczenia, przedstawianie sytuacji w czarno-białych barwach, ułatwiało wielu Amerykanom zrozumienie wojny w Europie. Pogwałcenie przez Rzesze neutralności Belgii, deklarację której kanclerz Bethmann-Hollweg nazwał „świstkiem papieru”, tylko utwierdzało ich w tej opinii.

I wojna światowa Heinrich von Bernstroff, ambasador Niemiec w Stanach Zjednoczonych (domena publiczna). Stronnictwo proalianckie wyraźnie zarysowało się we wschodnich stanach kraju. Należeli do niego przedstawiciele rozmaitych środowisk: zarówno republikanie pokroju byłego prezydenta Theodore’a Roosevelta, jak i blisko współpracujący z Wilsonem demokraci, tytuły prasowe takie jak „New York Times”, biznesmeni i uniwersytecka elita profesorska z Harvardu, Yale, Princetonu i Columbii. Uważali oni Anglię za swojego naturalnego sojusznika, niejako drugą ojczyznę. O ich sympatii do Ententy decydowały jednak nie tylko silne związki kulturowe, ale także – a może przede wszystkim – ekonomiczne. Dla porównania zachodnie stany z Kalifornią na czele, które nie prowadziły z Europą żadnych interesów, w ogóle nie interesowały się przebiegiem wojny. Wszyscy w obrębie obozu proalianckiego postrzegali ewentualną klęskę brytyjskiej floty za zagrożenie dla bezpieczeństwa samych Stanów Zjednoczonych. Wprawdzie nikt nie wyobrażał sobie inwazji Niemiec na zachodnią półkulę, ale z niepokojem patrzono na ich szybko rosnące wpływy. Deklarowana życzliwość i poparcie dla Ententy miały jednak, przynajmniej z początku, swoje bardzo wyraźne granice – wsparcie nie mogło wykroczyć poza sztywne ramy neutralności. Kiedy więc rektor Harvardu Charles Eliot bezpośrednio po wybuchu wojny zaproponował Wilsonowi dołączenie do walki przeciwko państwom centralnym, jego pomysł potraktowano jako egzotyczny. Sam profesor wycofał się z niego po dwóch tygodniach.

Głos mniejszości

Społeczeństwo amerykańskie opierało się w znacznej mierze na imigrantach, a poszczególne grupy etniczne dalekie były od sympatii dla aliantów. W pierwszej kolejności dotyczyło to Niemców, których w 1914 roku żyło w Stanach Zjednoczonych około 9 milionów, czyli blisko 10% całej populacji tego kraju. Byli oni relatywnie dobrze zasymilowani, sympatyzowali z reguły z republikanami, ale wybuch wojny obudził w nich naturalny sentyment dla ojczyzny. Wielu z nich zaprzeczało winie Rzeszy za wojnę, a takie agresywne kroki jak potępiana przez wszystkich okupacja Belgii tłumaczyło koniecznością wojenną. Dużą rolę w ich aktywizowaniu odegrał cesarski ambasador w Waszyngtonie hrabia Heinrich von Bernstroff, dyplomata starej daty, który wykazał się zadziwiająco dużym wyczuciem nowoczesnych mediów: umiejętnie wpływał na gazety, rozpuszczał rozmaite pogłoski i skutecznie kształtował opinie. Dzięki niemu naturalna niejako przewaga aliantów w sercach Amerykanów zaczęła zauważalnie topnieć. Z jego inicjatywy rozwinęła działalność agencja prasowa German Information Service, dostarczająca wieści ze świata z niemieckiego punktu widzenia, oraz pismo „Fatherland” pod kierownictwem dziennikarza i poety George’a Sylvestra Vierecka. W dynamicznym rozwoju obu instytucji nie bez znaczenia okazały się pieniądze: 150 milionów dolarów, jakie w przededniu wybuchu wojny Bernstroff przywiózł z Berlina do Waszyngtonu dla celów wywiadowczych i propagandowych.

Artykuł inspirowany książką Erika Larsona pt. „Tragedia Lusitanii”:

Tytuł: „Tragedia Lusitanii”
Autor: Erik Larson
Tytuł oryginału: „Dead Wake”
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
ISBN: 978-83-7999-574-5
Liczba stron: 480
Format: 143X205 mm
Oprawa: twarda
Premiera: 30 marca 2016
Wydanie: I
Cena: 42 zł
Kup książkę w Księgarni Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Michał Woś

Student historii i absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się historią XX w. – zwłaszcza okresem międzywojennym – oraz szeroko pojętą historią dyplomacji. Miłośnik filmów i seriali, a także wielki pasjonat uniwersum „Gwiezdnych wojen”.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org