Opublikowano
2007-12-14 16:45
Licencja
Prawa zastrzeżone

Baszta czarownic

Zwiedzając Słupsk, warto zatrzymać się obok Baszty Czarownic. Nie budzi już dziś lęku ani w zwiedzających, ani w mieszkańcach pobliskiego osiedla, skąd widać jej mury. Nadal jednak pozostaje jednym z bardziej tajemniczych zakątków tego pomorskiego miasta.


Baszta znajduje się tuż nad rzeką Słupią, przy ulicy Francesco Nullo 13, nieopodal Zamku Książąt Pomorskich. Pochodzi z początków XV wieku, kiedy to zbudowana została jako wieża obronna i stanowiła fragment miejskich obwarowań. Należy do najstarszych zabytków architektonicznych Słupska. W XVII wieku została przebudowana na więzienie, przeznaczone głównie dla posądzonych o czary kobiet. Według źródeł archiwalnych w latach 1600–1650 stracono w niej 18 czarownic. W XIX stuleciu baszta pełniła funkcję magazynu. W 1945 r. budynek został częściowo spalony przez wojsko rosyjskie. Obecnie, począwszy od 1976 r., jest jedną z trzech galerii Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej (BGSW).

Wewnątrz Baszty znawcy i miłośnicy współczesnej sztuki (za symboliczną opłatą) mogą obejrzeć interesującą ich wystawę. Dla mnie — przyszłego historyka — rozczarowaniem było to, że oprócz małej tabliczki przed wejściem, informującej o losach budowli i jej przeznaczeniu, wnętrze zostało całkowicie oderwane od historycznego kontekstu. Jedynie wyobraźnia pomogła mi wczuć się w atmosferę tamtych czasów i usłyszeć jęki torturowanych kobiet przetrzymywanych w Baszcie.

Okładka wydania "Malleus Maleficarum" ("Młot na czarownice") z 1669 roku. Źródło: Wikipedia W Europie po raz pierwszy na szeroką skalę polowania na czarownice rozpoczęto pod koniec XVI stulecia. Punkt szczytowy osiągnęły one w XVII wieku. W niektórych miastach skala tego zjawiska była tak ogromna, że pochłonęła więcej istnień ludzkich aniżeli działania wojenne. W średniowieczu nie przeprowadzano masowych procesów o czary. Synod zwołany przez Karola Wielkiego w 785 r. pod groźbą kary śmierci zakazał wysuwania oskarżeń o czary i palenia na stosie rzekomych czarowników i czarownic. Chrześcijaństwo bowiem dostrzegało w wyobrażeniach o lotach i sabatach czarownic resztki pogańskich wierzeń.

Początki formalnego prześladowania datuje się na rok 1487, kiedy to wydano Młot na czarownice (Malleus maleficarum). Jego autorzy — inkwizytorzy Jacques Sprenger i Henry Institoris — powoływali się na pełnomocnictwo papieża Innocentego VIII, który w bulli z 1484 r. upoważnił ich do tropienia czarownic i czarowników jako członków nowej heretyckiej sekty. Wynalazek druku ułatwił szerzenie obłędnych idei, które zawędrowały aż do Ameryki. Na mapie prześladowań niektóre kraje, jak prawosławna Rosja czy mahometańska Turcja, uniknęły zbiorowego szaleństwa.

Najkrwawsze żniwo zebrały procesy w Rzeszy Niemieckiej, następnie w krajach skandynawskich: Danii, Norwegii i Szwecji. Południe Europy — Hiszpania, Portugalia i Włochy — w niewielkim stopniu zostały dotknięte tą psychozą. Dzieje prześladowań w Anglii wyraźnie pokazują, że machinę niesłusznych oskarżeń najskuteczniej mogli powstrzymać sami panujący. Specjalna ustawa przeciwko czarom wydana przez Elżbietę I jest tego najlepszym przykładem.

Z kolei Polskę uważa się powszechnie za państwo bez stosów. Szlachecka tolerancja, słabość władzy państwowej i niezwykle silna pozycja szlachty powodowały, że niewyobrażalne wręcz było wysunięcie oskarżenia tego typu pod adresem szlachcica czy szlachcianki. Prawosławie, które tolerowało wiedźmy, brak przemian prokapitalistycznych i wtórne poddaństwo, a tym samym obawa przed utratą cennych rąk do pracy, ograniczyły rozmiary zjawiska procesów o czary na terenie Rzeczypospolitej. Pierwsze polskie tłumaczenie Młota na czarownice, przygotowane przez Stanisława Ząbkowica, ukazało się dopiero w 1614 r. Niemniej jednak liczba ofiar procesów w Polsce szacowana jest przez Bohdana Baranowskiego — autora pracy Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku — na około 10 tysięcy.

Ulricus Molitoris - kuchnia czarownic. Źródło: Wikipedia Historycy, próbując zrozumieć i wytłumaczyć skalę zjawiska procesów o czary, doszukują się jego przyczyn na różnych płaszczyznach. I słusznie, bo czy można tłumaczyć to zjawisko jedynie lękiem przed czarną magią i poczuciem zagrożenia religii chrześcijańskiej przez spisek heretycki, zawiązany przez sektę parających się czarami? W kontekście politycznym można wysunąć tezę, że rozwijający się w tym okresie model władzy absolutnej posłużył się procesami o czary w celu zastraszenia i zdyscyplinowania społeczeństwa. Czysto praktyczne myślenie z kolei wskazuje na odwieczną chęć zysku jako motor oskarżeń. Łatwo można było wzbogacić się, przejmując skonfiskowany majątek skazanego, z czego skwapliwie korzystali sędziowie, urzędnicy i oczywiście sami donosiciele. Wystarczyło wysunąć pod czyimś adresem oskarżenie o czary, by pozbyć się przeciwników politycznych czy po prostu znienawidzonych sąsiadów.

Działały tu więc zwykłe ludzkie emocje: chęć zemsty lub nienawiść. Francuski historyk Jean Delumeau dostrzegł ponadto wzrost poczucia strachu w ówczesnej mentalności społecznej. Istotnie reformacja zniosła wiele rytuałów, takich jak święcenie wody czy ognia, znak krzyża nad potrawami, kult obrazów i relikwii, dostrzegając w nich ślady pogaństwa. Tymczasem dawały one ludziom poczucie bezpieczeństwa. Co ciekawe, niektórzy badacze wskazują obecnie na rozkwit uniwersytetów jako jedną z możliwych przyczyn polowań na czarownice. Kontynuowały one średniowieczny punkt widzenia na magię, a uczeni pisali traktaty demonologiczne napędzające nagonkę przeciwko czarownicom. Można by doszukiwać się jeszcze wielu innych źródeł prześladowań, ja jednak poprzestanę na razie na wyżej wymienionych, by przejść do innego frapującego zagadnienia.

Dlaczego przyjęło się mówić o „polowaniu na czarownice”, a nie o „polowaniu na czarownice i czarowników”? Ofiarami procesów byli także mężczyźni, stanowili najprawdopodobniej nawet jedną czwartą oskarżonych. Dane statystyczne wyraźnie świadczą jednak o tym, że dominowały oskarżenia kobiet. Co w takim razie mogło być tego przyczyną?

Otóż tradycyjne role pełnione przez kobiety, takie jak opieka nad dziećmi, pielęgnacja chorych, troska o żywy inwentarz, przygotowywanie posiłków powodowały, że łatwo było zarzucić im czary, jeśli na przykład umarło dziecko, lub komuś zaszkodziła strawa. Tym bardziej, że w trakcie tych zajęć kobiety nierzadko wykonywały szereg rytuałów zbliżonych do magii. Ponadto kobiety, jako słabsze fizycznie od mężczyzn, często w różnych konfliktach broniły się groźbą rzucenia uroku, a to rodziło już konkretne podejrzenia. Warto pamiętać, że mężczyznom wolno było parać się magią. Zarezerwowana była dla nich magia uczona, uprawiana na dworach panujących przez alchemików, magów i astrologów.

Relacja z egzekucji czarownicy oskarżonej o podpalenie miasta Schiltach w 1531 roku. Źródło: Wikipedia Historycy wskazują także na istotne zmiany w położeniu kobiet w XVI stuleciu, które łatwo uczyniły z nich ofiary procesów o czary. Zaostrzenie konkurencji na rynku pracy w związku z rodzącym się kapitalizmem oraz zwiększona aktywność kobiet, budząca obawy, że patriarchalny model rodziny może ulec zachwianiu — to dostateczne powody, by prześladować właśnie kobiety i przypomnieć im, że są istotami słabszymi.

Niektórzy badacze podkreślają także znaczenie kwestii demograficznych. W nowożytnej Europie istniała liczebna przewaga kobiet nad mężczyznami. A dłuższa średnia życia kobiet powodowała, że wiele z nich osiągało wiek podeszły. Stąd też wynikała chęć ich likwidacji. Ponadto czarna śmierć spowodowała kryzys na rynku pracy i potrzebę wzrostu demograficznego. W związku z tym pojawiła się teza, że procesy o czary miały również na celu pozbycie się akuszerek, gdyż te poprzez odpowiednie zaklęcia magiczne pomagały kobietom ustrzec się ciąży lub usunąć płód. Pamiętajmy również o tym, że stereotyp kobiety słabszej moralnie, obarczonej winą za zerwanie jabłka z rajskiego drzewa i skuszenie Adama, czynił ją zgodnie z ówczesnymi wyobrażeniami bardziej podatną na wpływ czarnej magii.

Wróćmy do interesującego nas Słupska. Pierwszy wyrok na czarownicę na Pomorzu został wydany w 1548 r., a więc niedługo po tym, jak Księstwo Pomorskie przyjęło oficjalnie reformację na sejmie w Trzebiatowie w 1534 r. Według dr Urszuli Mączki — autorki rozprawy Słowiańskie dziedzictwo w pomorskich przekazach — określenie „czarownica” było obce na Pomorzu. Rozpowszechniło się dopiero wraz z pierwszymi prześladowaniami w II połowie XVI wieku. Wcześniej używano synonimów: „mądra baba” lub „prządka”, przy czym oznaczało to kobietę specjalizującą się w odczynianiu uroków, cieszącą się szacunkiem i poważaniem lokalnej społeczności.

Tak więc obłęd lęku przed czarownicami, zgodnie z powyższym punktem widzenia, narzucony został Pomorzanom z zewnątrz. Był konsekwencją obcych, przede wszystkim niemieckich i skandynawskich, wpływów. W 1623 r. na zamku słupskim osiadła księżna Anna de Croy wraz z synem Ernestem Bogusławem. Była ona córką Bogusława XIII i księżnej Klary Brunszwickiej, siostrą Bogusława XIV i żoną zmarłego w 1620 r. księcia Ernesta de Croy. Żyła do 1660 r. Ta ostatnia przedstawicielka rodu Gryfitów przyczyniła się do odbudowy Starego Miasta w Słupsku. Księżna z własnych środków odbudowywała zamki i folwarki po wojnie trzydziestoletniej, sprowadziła do Słupska pamiątki należące do rodu Gryfitów. Niechlubnie zapisała się jednak w historii jako osoba odpowiedzialna za pierwszy proces o czary w Słupsku. W 1651 r. to właśnie Anna de Croy oskarżyła dwie dwórki o podanie zatrutego za pomocą magii napoju. Oskarżone, najprawdopodobniej w wyniku dworskiej intrygi, były torturowane w baszcie nad Słupią i po wymuszonych zeznaniach spalone na stosie.

Ostatni proces mieszkanki Słupska w Baszcie Czarownic odbył się w 1701 r., a jego ofiarą była miejscowa mieszczka Trina Papisten. Dzięki dyrektorce tamtejszego muzeum, Marii Zaborowskiej Trina stałą się najbardziej znaną spośród słupskich czarownic. Zaborowska napisała bowiem w 1958 r. opowieść O Wieży Czarownic nad rzeką Słupią i sądzie odbytym przed 257 laty nad tzw. czarownicą, w której opowiedziała jej historię . Trina, znana także jako Katarzyna, po śmierci pierwszego męża — kowala, ponownie wyszła za mąż za słupskiego rzeźnika Andreasa Zimmermana. Ponieważ doskonale radziła sobie w handlu i szybko stała się konkurencją dla okolicznych sklepikarzy, by się jej pozbyć, oskarżono ją o czary. Pretekstu do oskarżenia dostarczył fakt, że Trina znała się na ludowej medycynie i stroniła od kontaktów z sąsiadkami. Ostatnim oficjalnym słupskim procesem o czary była sprawa służącej z Rowów, Anny Kosbad z roku 1714.

Baszta Czarownic nie budzi już dziś dawnego lęku. Może warto byłoby czasem podumać nad jej niechlubnym przeznaczeniem i uczynić znak krzyża w intencji ofiar dawnych prześladowań.

Bibliografia:

  1. Baranowski H., Gierszewski S., Historia Słupska, Poznań 1981.
  2. Baschwitz K., Czarownice. Dzieje procesów o czary, Warszawa 1999.
  3. Bogucka M., Gorsza płeć, Warszawa 2006.
  4. Wrzesiński Sz., Wspólniczki szatana, czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2007.

Artykuł ukazał się w listopadowym numerze „Kuriera Instytutu Historii”, miesięcznika Studenckiego Koła Naukowego Historyków. Archiwalne numery dostępne są na www.sknh.uni.lodz.pl.

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Ewa |

Wstrząsająca opowieść,prawdziwie okrutna,jak człowiek,człowiekowi może zgotować taki los,niewinni ludzie,mnóstwo intryg,tak jest po dzień dzisiejszy,



Odpowiedz

Gość: Paula |

Do tej pory najciekawszy, jaki znalazłam w internecie. Prosto, konkretnie i ciekawie :)



Odpowiedz

Gość: Okrąg |

Bardzo ładny artykuł :)



Odpowiedz

Gość: A.T. |

Swietny artykul. Dziekuje, za przyblizenie histori baszty czarownic.



Odpowiedz
Nina Kapuścińska

Studentka historii na Uniwersytecie Łódzkim.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org