Autor: Cédric Gras
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia sportu, I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne, Europa Wschodnia
Opublikowany: 2021-02-19 16:28
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Bracia Abałakowowie i Towarzystwo Turystyki Proletariackiej

Bracia Jewgienij i Witalij Abałakowowie byli jednymi z najbardziej utalentowanych alpinistów XX wieku. Jakie były początki ich kariery? W jaki sposób komuniści wykorzystywali alpinizm do celów propagandowych?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Bracia mają odpowiednio dwadzieścia pięć i dwadzieścia cztery lata. Witalij zdobył dyplom inżyniera mechanika, a Jewgienij ukończył Akademię Sztuk Pięknych. Wyobraźmy ich sobie w 1931 roku, kiedy jadą w długim konwoju w kierunku małej kaukaskiej republiki – Kabardo-Bałkarii. Obydwaj zrobili się krępi i umięśnieni. Jewgienij jest jeszcze bardziej przysadzisty niż jego starszy brat, ma bardzo niebieskie oczy, jasnobrązowe włosy, opisuje się go jako zawsze poważnego. Witalij z kolei ma cięty język i bardziej porywczy charakter. Cechuje go pociągła twarz, która z czasem będzie się pokrywać zmarszczkami, ale na zawsze pozostanie smukła. Jego szczupła koścista budowa stanowi uosobienie ascetyzmu, którego będzie później piewcą. Zaczyna tracić włosy, choć to jeszcze nie czas całkiem łysej głowy z odstającymi uszami, z którą w przyszłości najczęściej będzie kojarzony.

Witalij Abałakow

Trzyma się z nimi młoda dziewczyna, Walentyna Czeredowa, która również pochodzi z Krasnojarska i zbierała pierwsze wspinaczkowe szlify w Stołbach. To sympatia Witalija z czasów dzieciństwa. Pierwsze zauroczenie, które zapamięta już na zawsze. Przez lata studiów Walentyna czekała grzecznie nad brzegiem Jeniseju na Syberii. No chyba że korzystała z uroków wolnej miłości w ramach protestu przeciwko przejrzałym burżuazyjnym obyczajom. Kto wie. Tak czy inaczej, w końcu przyjechała do stolicy, żeby dołączyć do swojego wybranka. Taka właśnie jest kolej spraw miłosnych w tym ogromnym kraju – chłopcy wyruszają na zwiad ku mirażom wielkiego miasta, a kiedy już się tam urządzą, sprowadzają swoje narzeczone, pozostawione gdzieś na smętnych równinach. One zaś do tego czasu żyją w lęku, że zostaną przyćmione przez jakąś elegantkę z moskiewskiego bulwaru.

Witalij nie zapomniał o Walentynie. Na pewno wieczorami, po zajęciach, przyglądał się zdjęciu w sepii, na którym widniała młoda, wysportowana i krzepka dziewczyna, uchwycona z zakochaną miną u świtu ZSRR, a zarazem jej dorosłego życia. Uczesana na chłopczycę, Walentyna może uchodzić za archetyp wyemancypowanej młodej komunistki. Teraz – kiedy wszyscy troje są już razem – pociąg wiezie ich w kierunku Kaukazu, który Witalij i Jewgienij widzieli tylko raz w życiu, przelotem, poprzedniego lata – znad porośniętych bujną roślinnością brzegów Morza Czarnego. Żaden z nich nie miał jeszcze okazji postawić stopy na lodowcu. Nie urodzili się w dolinach ani w cieniu strzelistych szczytów. Przyszli na świat na równinach tak bezkresnych, że budziły wątpliwości co do kształtu Ziemi, nad brzegiem Jeniseju – rzeki drenującej podbrzusze Eurazji, potężnej, gładkiej, fascynującej, stanowiącej jedyny wyrazisty element krajobrazu.

Trzy dni jazdy koleją. Syberyjczycy znają pociągi, spędzili w nich całe miesiące swojego życia. Do tej pory bracia Abałakowowie prawie każdego lata wracali do Krasnojarska. Kosztowało ich to całe tygodnie podróży – oczywiście motywacją były piękne oczy Walentyny, ale też okazja do wyzwolenia demona przygody dzięki pieniądzom zarobionym przez Witalija na pierwszych inżynierskich patentach. Artysta Jewgienij na razie nie zarabia ani grosza. To akurat nic nowego – w komunizmie czy nie. A już na pewno nie utrudnia to w niczym ich wzajemnego porozumienia. W tym wieku wydają się nierozłączni, giną na całe tygodnie w dziewiczych masywach górskich Ałtaju czy Sajanów.

Szczegółowa relacja z tych dzikich inicjacyjnych wspinaczek stanowiłaby zbyt obszerną dygresję. Napiszę więc po prostu, że to właśnie one ostatecznie ukształtowały braci Abałakowów. Podobnie jak niedźwiedzie, zmrożone rzeki, noce spędzone na gołej ziemi rozgrzewanej tylko polanami z ogniska, tratwy składane „bez jednego gwoździa”. Ach, te młodzieńcze wypady, kiedy bracia orientowali się w terenie, obserwując gwiazdy albo za pomocą kompasu. Pewnego razu postanawiają popłynąć do źródeł Jeniseju! „Skończyły nam się zapasy, jedliśmy tylko zioła i runo leśne – napisze potem Jewgienij. – Przez większość czasu płynęliśmy obok tratwy, którą zalewał wartki nurt. Zdecydowanie połknęliśmy podróżniczego bakcyla”.

A teraz wreszcie trafiają na Kaukaz! Pociąg z piskiem hamuje na ostatniej stacji, u bram Orientu, który tak bardzo fascynuje Rosjan. Walentyna, Witalij i Jewgienij docierają do Nalczyku, z którego widać połyskujące w oddali 5642 metry wygasłego wulkanu – to Elbrus. Cała trójka kwateruje się w lokalach Towarzystwa Turystyki Proletariackiej. oferujących prowizoryczne warunki. Z radością zamieszkują w jednym z aułów – zbudowanych z kamieni osad bałkarskich pasterzy, w których czas jakby się zatrzymał. Towarzystwo Turystyki Proletariackiej – cóż to za nazwa! Założyła je garstka towarzyszy Lenina z czasów wygnania. Dłużące się oczekiwanie wśród szwajcarskich Alp na rewolucję, której nawet sam Władimir Iljicz nie spodziewał się zobaczyć za swojego życia, sprawiło, że niektórzy z wygnańców zainteresowali się wędrówkami po górach, a kilku nawet zdobyło dyplom przewodnika. To właśnie oni postawili sobie później za cel zarażenie radzieckiej młodzieży sztuką wspinania się na szczyty – tym razem ulokowane w ich rodzimym kraju, choć nadal używano terminu „alpinizm”.

Jewgienij Abałakow

Szwajcarska poszukiwaczka przygód Ella Maillart w swojej książce Parmi la jeunesse russe (Wśród rosyjskiej młodzieży) opowiada o nagłej fascynacji obywateli ZSRR eksploracją przestrzeni. Konstytucja gwarantuje robotnikom urlopy, w fabrykach powstają proletariackie sekcje podróżnicze. Chodzi w tym wszystkim o przysposobienie sobie ogromnego terytorium Sojuza w myśl „miłości do socjalistycznej ojczyzny”. Wysokie góry nie są już obszarem zarezerwowanym wyłącznie dla arystokracji, jak to miało miejsce za cara – teraz należą do ludu! Nawet jeśli radość z nich – z błogosławieństwem Partii – czerpią głównie studenci. Ella Maillart wyrusza z kilkoma z nich w podróż; o mało nie zostaje porwana przez pewnego Bałkara; przygląda się propagandowym działaniom na polu edukacyjnym, kinom objazdowym; podkreśla ambicję, z jaką próbuje się odwieść kaukaskie ludy od ich góralskich zwyczajów i zemst rodowych, żeby pchnąć je na drogę współczesnego dobrobytu. Ideały rewolucji październikowej...

Bracia Abałakowowie wraz z Walentyną zapisują się do sekcji alpinistycznej Towarzystwa Turystyki Proletariackiej, gdzie szybko zostają przeszkoleni przez kilku towarzyszy, którzy wiedzą o wspinaczce niewiele więcej od nich. Towarzystwo bazuje wyłącznie na entuzjazmie swoich członków (pesymizm to drobnomieszczańska ułomność), wsparciu kilku wysoko postawionych bolszewików, długich czekanach, rakach bez zębów z przodu i wątpliwej technice. W Stołbach Abałakowowie wspinali się bez lin i haków – „w przeciwieństwie do zachodnich wspinaczy”, jak z dumą podkreślał nie pamiętam już który autor – teraz jednak muszą szybko zaznajomić się z tym niezbędnym ekwipunkiem. Walentyna przyswaja praktyczne lekcje na lodowcu równie szybko jak bracia i już wkrótce cała trójka amatorów daje popis pierwszorzędnej wspinaczki.

Oto bowiem pod koniec lata dwóch Szwajcarów (ZSRR nie zamknął się jeszcze na obcokrajowców) wraz z kilkoma towarzyszącymi im moskwianami zaginęło na Misses Tau – szczycie o wysokości 4425 metrów, wchodzącym w skład śnieżnobiałego lodowca Bezingi. Na miejscu jest właściwie tylko garstka adeptów. To dlatego bracia Abałakowowie postanawiają wyruszyć na poszukiwania, pokonując kolejne szczeliny i seraki. Przeczesują ściany, załomy i uskoki, wkrótce natrafiają na resztki zagranicznych konserw i szwajcarskiej czekolady – to zresztą lejtmotyw wielu radzieckich opowieści z tamtych czasów – jednak ciał nigdzie nie ma.

Ten tekst jest fragmentem książki Cédrica Grasa „Alpiniści Stalina”:

Cédric Gras
„Alpiniści Stalina”
42,90 zł
Tytuł oryginalny: Alpinistes de Staline
Wydawca: Mova
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda
Liczba stron: 280
Premiera: 24.02.2021
Format: 135x205 mm

Ciąg dalszy tej ekspedycji – we wszystkich tekstach, które czytałem – cechuje konsekwentna narracja: to właśnie od tej wspinaczki zaczyna się legenda Abałakowów. Bezchmurne niebo, na dole pierwsze połacie trawy, potoki, pastwiska, zagrody i pasterze. Nasi bohaterowie – najwyraźniej niewstrząśnięci dramatem – mają ochotę wypuścić się na podbój sąsiedniego szczytu, Dychtau. W języku bałkarskim nazwa ta znaczy Góra Niebios. Szczyt – sięgający 5205 metrów – jest młodszym bratem Elbrusa i drugim najwyższym wierzchołkiem Kaukazu. Kto na Zachodzie kojarzy w ogóle te zuchwałe wierzchołki oraz republiki o niemożliwych do wymówienia nazwach? Młodzi alpiniści ruszają w kierunku celu po grani. Wydaje się to niewiarygodne, ale tylko Witalij ma na nogach raki.

Jewgienij i Witalij Abałakowowie

Razem z Walentyną biwakują na 4700 metrach w siarczystym mrozie. Są spragnieni i nie dysponują niczym, czym mogliby stopić śnieg. Ich wyposażenie jest prowizoryczne – mają ze sobą tylko liny strażackie. Po raz pierwszy poruszają się na takich wysokościach. A jednak odnajdują tam znaną im dobrze intymną bliskość ze skalną ścianą. Ich ręce wiedzą, co robić. Ich nerwy są przytłumione napięciem wynikającym z wysokości. Skały, które ciągną się bez końca, to tylko zabawki znane im z dzieciństwa, a granitowe bloki mierzące w firmament są niczym wezwanie. Rankiem 5 września, po przedarciu się przez głęboki śnieg i ostatni uskok, docierają na górę. Czeka tam na nich ukryta pod kopczykiem puszka po konserwach ze schowanym w środku – napisanym po niemiecku – dowodem dotarcia na szczyt. Nadchodzi ich kolej – pora napisać kilka słów dla potomności i podpisać je nazwiskiem Abałakow.

W raczkującym świecie socjalistycznego alpinizmu zapanowuje poruszenie. Nikomu nieznani wspinacze uratowali na Kaukazie narodowy honor! Wspięli się tam, gdzie wcześniej postawili stopę jedynie obcokrajowcy. Wszyscy są zdumieni ich umiejętnościami. Po raz pierwszy wspomina się o nich w gazetach. Podkreśla się przy tym ich kozackie i syberyjskie pochodzenie. W rosyjskiej wyobraźni masowej te dwa słowa kojarzą się z zahartowanymi i nieustraszonymi eksploratorami, którzy od lat przesuwali granice tego kraju-kontynentu, a jednocześnie stali na ich straży. Samo nazwisko Abałakow genealogią sięga starej cywilizacji żyjącej w puszczach pradawnej Rusi, która eksplorowała nieznane otchłanie „Dzikiego Wschodu”. I oto teraz ci młodzi pionierzy przesuwają granice nieba!

To właśnie tam, na kaukaskim olbrzymie, rodzi się wielka opowieść o Abałakowach. Długo wpatruję się w fotografię, która uwieczniła ich na wieki jako bohaterów. Po lewej przysadzisty Jewgienij z krągłą głową nakrytą kaukaską tiubietiejką. Po prawej Witalij, bardziej smukły, żylasty, z wysokim czołem, nieco już łysiejący. Jego blond włosy na czarno-białym zdjęciu są niemal białe. Stoją na trawie ubrani w bufiaste spodnie, w diametralnie różnych pozach. Jewgienij emanuje zdrowiem i bezczelną siłą, które widać w jego szczerym spojrzeniu. Witalij unika obiektywu, jakby onieśmielony spogląda gdzieś na łąkę. Łatwo jednak poznać, że są braćmi, kiedy spojrzy się na rozstaw oczu, kształt nosa i ust. Do tego dochodzi pewien detal, którego z początku w ogóle się nie zauważa. Bracia trzymają się za ręce. Czy raczej dłoń Jewgienija zdaje się obejmować na wpół zaciśniętą pięść Witalija.

Od teraz jedyne, co będzie się dla nich liczyć w życiu, to czas wśród wiecznych śniegów. Będą tak spędzać każde lato. Witalij nie wraca do fabryki wcześniej niż jesienią, a Jewgienij zajmuje się sztuką dopiero w okresie zimowym. W 1932 roku zostaje wybrany do zaprojektowania pomnika Lenina. Stalin postanowił na stałe wpisać komunizm w pejzaż, co dla ówczesnych rzeźbiarzy oznacza ogromne pole do popisu. Każda miejscowość w każdej republice na obszarze całej Eurazji ma posiadać na placu swojego Władimira Iljicza w robociarskim kaszkiecie, z proletariacką marynarką przewieszoną przez ramię i z wyciągniętą ręką wskazującą drogę. Lenin rzeźbiarza Abałakowa jest przeznaczony dla miasta Kercz na Krymie. Znalazłem stare zdjęcie tego dzieła, zniszczonego później podczas hitlerowskiej inwazji. Widać na nim dość skromnego Lenina, niemal naturalnych rozmiarów, wyrzeźbionego zgodnie z zasadami socrealizmu.

W młodym ZSRR Lenin jest podstawą wszystkiego, więc to logiczne, że właśnie z jego biografii wywodzi się również potrzeba zdobywania szczytów. Alpinizm – stricte bezsensowny jako sport, a do tego piekielnie burżuazyjny – uprawiany przez europejską arystokrację stanowi wyzwanie dla socjalizmu. Dlatego też radzieccy biografowie przywołują w swoich dziełach lata wygnania spędzone przez proroka rewolucji w Szwajcarii. „Wiadomo nam, że wielki Lenin szczególnie lubił góry i nieliczne chwile wolnego czasu spędzał na wyprawach w przełęcze, nad wodospady i na szczyty Alp”, relacjonuje jedna z biografii. Skoro błyskotliwa myśl „wielkiego Lenina” rozkwitła na świeżym powietrzu szwajcarskiego zesłania, to wspinaczka wysokogórska nie może być kontrrewolucyjna.

Szczyt Ismaila Samaniego w latach siedemdziesiątych. Pierwszego wejścia dokonał Jewgienij Abałakow w 1933. Wtedy szczytowi nadano imię Stalina (aut. Amestramgram; CC BY-SA 3.0)

Wyczyny Abałakowów mają za zadanie dowieść dominacji człowieka nad naturą. Rok po pierwszym wejściu, którym bracia się wsławili, znów wzbudzają powszechny podziw. Tym razem nie ma z nimi Walentyny. Razem z towarzyszem z centralnej sekcji alpinizmu podchodzą do przejścia budzącego respekt Muru Bezingi. Opisywanie słowami kształtu góry to zawsze ryzykowna sprawa. Ściana Bezingi składa się z serii wzniesień – z których każde sięga mniej więcej 5000 metrów – połączonych ze sobą postrzępionymi graniami pełnymi zdradliwych półek skalnych. Na odcinku wielu kilometrów stanowi naturalną granicę Gruzji. To niewiarygodna dziewicza twierdza całkowicie pokryta śniegiem. Przez siedem długich dni trzech mężczyzn zmaga się z pogodą, chwytając się wzajemnie podczas upadków pomiędzy seraki. Zdobywają po kolei trzy szczyty: Gestolę, Katyn-Tau i Dżangi-Tau, po czym muszą się wycofać w dół po ścianie, zaatakowani przez ślepotę śnieżną.

Wzrok regenerują na soczyście zielonych pastwiskach porastających zbocza. Leżą w słońcu i spoglądają na białe piekło, z którego wyrwali się ledwo żywi. Wiatr przeganiający chmury skłania do milczenia. Witalij dostrzega w obfitości cumulusów zarys Walentyny, która czeka na niego w stolicy. Jewgienij rozmyśla zapewne o Annie Kazakowej, którą spotkał kiedyś na szlaku. To młoda dziewczyna z tak zwanej dobrej rodziny, choć takie określenia od czasu rewolucji październikowej niewiele już znaczą. Bolszewicy skonfiskowali jej rodzicom cały majątek. Zdaje mi się – choć praktycznie nie mam źródeł, które by to potwierdzały – że pozostawiono jej jako lokum tylko pojedynczy pokój. Wykształcona Anna, pianistka i filolożka, dzieli z Jewgienijem zamiłowanie do sztuki, ale też pasję do podróży i wysoko położonych dolin.

Pierwszy raz spotykają się właśnie w górach – gdzie Anna pracuje jako pomocnica w obozach Towarzystwa Turystyki Proletariackiej. Potem widują się na sympozjach w Moskwie. Wyobrażam ich sobie w lichym mieszkanku. Ona gra Jewgienijowi na pianinie, być może naga, tymczasem on mruży oczy, ujęty pięknem ulatujących dźwięków. Kiedy z powrotem unosi powieki, kieruje wzrok na jej ciało. Oboje są młodzi – w świecie, który jest jeszcze młodszy od nich, nawet jeśli Anna jest od Jewgienija o dwa lata starsza.

Jedyne, co gnębi młodszego z braci Abałakowów, to perspektywa długich nieobecności w domu, gdy będzie przemierzał ZSRR wzdłuż i wszerz w pogoni za kolejnymi górskimi masywami. Bo jak tu zostawić tak doskonałą istotę na pastwę moskiewskiej bohemy? Na zachowanych do dziś zdjęciach Anna Kazakowa prezentuje dumny profil. Możemy mieć pewność, że do tej młodej dziewczyny zalecali się wszyscy wspinacze goszczący na Kaukazie. Jednak Jewgienij był wśród nich najlepszy i powoli zaczynało to być dla wszystkich jasne. Witalij zaś starał się nadążyć za nadprzyrodzonym talentem swojego młodszego brata wirtuoza.

Ten tekst jest fragmentem książki Cédrica Grasa „Alpiniści Stalina”:

Cédric Gras
„Alpiniści Stalina”
42,90 zł
Tytuł oryginalny: Alpinistes de Staline
Wydawca: Mova
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda
Liczba stron: 280
Premiera: 24.02.2021
Format: 135x205 mm

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Cédric Gras
Ur. 1982, francuski reporter i pisarz, autor książki „Alpiniści Stalina”.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy