Autorzy: Krzysztof Brożek, Grzegorz Surdy
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, 1945-1989, Polska
Opublikowany: 2020-08-17 15:28
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Broń, bomby, akcje specjalne Solidarności Walczącej

Solidarność Walcząca powstała w czerwcu 1982 roku jako odpowiedź na delegalizację NSZZ „Solidarność”. Działalność SW nie ograniczała się tylko do organizowania demonstracji, drukowania ulotek i pism podziemnych...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

ROMAN Zwiercan / Trójmiasto

– Wiosną 1986 r. aresztowali Borusewicza i wtedy podjęliśmy decyzję, że próbujemy go wyciągnąć z więzienia. To był ten czas, kiedy przychodziły z Zachodu, a ja dostałem przez Andrzeja, negatywy do wywołania, w których były plany produkcji pistoletów, były receptury na różne związki chemiczne do produkcji materiałów wybuchowych, zapalników. To był taki instruktaż sabotażu, podręcznik sabotażu… W sumie były trzy takie przesyłki. Jedna to były plany pistoletu, druga – plany pistoletu maszynowego, a trzecia – materiały wybuchowe. Jeszcze taka ciekawostka, że to były negatywy pocięte na klatki, ale nie wywołane, czyli jeżeli ktoś nie wiedział, co jest w kopercie i otworzył, to się mogło prześwietlić. Ja je wywoływałem, robiłem z tego pozytywy.

Roman Zwiercan na ulotce z 1988 roku (domena publiczna)

A po aresztowaniu Borusewicza padł pomysł, aby pokazać swoje możliwości, uwalniając go z więzienia. Andrzej miał plany sądu wyciągnięte gdzieś z Urzędu Miasta, to były takie duże warstwowe arkusze, natomiast ja robiłem dokumentację aresztu i rozmieszczonych wokół niego budynków. Robiłem to chodząc z Jadwigą Krawczyk po okolicznych wzgórzach, również z kościoła Mariackiego. Potem te zdjęcia wywoływałem na kartkach lub na papierze fotograficznym. Jeszcze potem to rozkładałem na podłodze, takie duże fotografie, natomiast samo skrzydło budynku, w którym był oddział SB, znałem z autopsji. W tym samym skrzydle była „małolatka” i oddział SB, więc wiedziałem, jak to wygląda. Oddział SB nie miał swojego spacerniaka, więc osadzonych tam wyprowadzano na teren między tym budynkiem a budynkiem sądu; powiedzmy, że ściana sądu była z czwartej strony ograniczeniem więzienia. Tamtędy też przeprowadzano więźniów na rozprawę do sądu przez metalową bramę w ścianie sądu. Takie duże, metalowe drzwi otwierane od strony sądu. Za tymi drzwiami było pomieszczenie, w którym przebywali milicjanci. W dni powszednie wszystkich aresztantów z aresztu w Gdańsku, jak i innych aresztantów przywożonych na rozprawę do Gdańska, umieszczano w tymczasowym areszcie, a do sądu szli przez skrzydło milicyjne. Sprawa była prosta, bo wystarczyło wejść do sądu, kiedy nie było rozpraw i nie było milicjantów przy bramie od strony aresztu, poczekać aż wyprowadzą Borusewicza na spacer, sforsować te drzwi, otworzyć je, wpuścić go do środka budynku, zatrzasnąć drzwi za sobą, i zanim by się zorientowali, uciec przez budynek sądu. Teoretycznie wyglądało to na realne, proste, bez użycia przemocy. Ale musiała by być współpraca kogoś uwięzionego, musiałby wiedzieć o naszych planach i chcieć z nich skorzystać. Andrzej, po aresztowaniu Borusewicza, zwrócił się przez łączników do Jacka Merkla, szefa Regionu, przekazał, że chcielibyśmy coś takiego zrobić. Wydawało nam się, że to byłoby coś super; uwolnić swojego… Bo dla nas Borusewicz był bohaterem. Poszukiwany przez cztery lata. Natomiast dostaliśmy informację, że absolutnie nie, że pytano Borusewicza, ale odmówił, że żadnego terroryzmu, bo myśmy dopuszczali, że jeśli trzeba będzie kogoś uderzyć, kogoś związać, ubezwłasnowolnić, to trzeba tak zrobić. Braliśmy pod uwagę różne wersje, ale oni uznali, że absolutnie nie ma mowy.

– A czy rzeczywiście zapytali Borusewicza?

– Zapytałem o to Borusewicza cztery czy pięć lat temu [2011- 2012], ale nie chciał rozmawiać. Zapytałem go: – Bogdanie, dlaczego się nie zgodziłeś, a on się żachnął: – Trzeba było robić! I taka była jego odpowiedź. Wzruszył ramionami, nie chciał o tym rozmawiać.

Bogdanowi Borusewiczowi, Andrzejowi Kołodziejowi i Kornelowi Morawieckiemu postawiono zarzut przemytu ze Szwecji urządzeń, wśród których były: celowniki laserowe, pistolety gazowe, paralizatory i jakiś tam sprzęt poligraficzny. Natomiast po latach, jakieś 10 czy 15 lat temu, sąd zdecydował, że te dowody zostaną oddane adresatom, więc zostali zaproszeni do Gdańska po odbiór. Przy tej okazji Andrzej Kołodziej spotkał się z Bogdanem, jeszcze był przy tym Edek Frankiewicz, a Bogdan wtedy powiedział, co było symptomatyczne: – Tylko pamiętaj, że dla mnie były tylko te offsety. Oczywiście, nie oddano nam ani pistoletów gazowych, ani paralizatorów, ale oni idąc po odbiór, wiedzieli tylko tyle, że dostaną z powrotem zatrzymany sprzęt. A Bogdan cały czas odżegnywał się, że broń Boże – broń nie była dla niego. Takie odżegnywanie się od najmniejszego podejrzenia, że miałby coś wspólnego z przemocą. Działacze opozycji związkowej na wyrost obawiali się zarzutu dopuszczania przemocy. To, co my mieliśmy w swoim programie, że jeżeli zostaną nasilone represje, a władza będzie mordowała, tak jak mordowała chociażby księży, to my zastosujemy czynną samoobronę. Dopuszczamy czynną samoobronę, będziemy się bronić, będziemy odpowiadać. Natomiast wśród czysto związkowych działaczy nie było o tym mowy, to była raczej droga Gandhiego: tak, będę ofiarą, nadstawię drugi policzek. To nie leżało w naszych założeniach, nie chcieliśmy dać się bezkarnie mordować.

I kiedy przyszła negatywna odpowiedź z Regionu, odpuściliśmy uwolnienie Borusewicza, natomiast ciekawe, że jakiś tydzień-dwa później odgrodzono spacerniak dla więźniów z oddziału SB, czyli ubecja dostała informację, że była taka możliwość. Albo ktoś im musiał powiedzieć, albo po prostu sami pomyśleli o takiej możliwości.

ANDRZEJ Kołodziej / Trójmiasto

– Taką charakterystyczną akcją, była akcja, która zrodziła się po zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Pomyślałem, że po takim akcie skrytobójstwa na człowieku opozycji należy pokazać, że oni nie są bezkarni. A najlepszym uderzeniem będzie uderzenie w to, co było dla nich ostoją, czyli w partię komunistyczną i dokonanie symbolicznego zamachu na budynek Komitetu Partii w Gdyni. Chodziło nam jednak o to, aby było to wymierzone w obiekt, żeby nie stało się nic ludziom. Jednak symbolika miała być jednoznaczna: jeżeli oni będą stosować takie metody, to my nie będziemy siedzieć z założonymi rękami, możemy podobnie w nich trafić. Nigdy im się nie udało tego rozpracować, a za to z dokumentów wiemy, że padł na nich paniczny strach. Miało to miejsce na wiosnę 1987 roku.

Bomba została podłożona przy ścianie budynku Partii wieczorem, żeby nie było ludzi na ulicach, ani pracowników wewnątrz budynku. Wyleciały szyby. Wykonał to bezpośrednio Roman Zwiercan, a bombę wykonano wg instrukcji, którą sprowadziłem z Zachodu, a od kogo, to może hm… (śmiech), nietrudno się domyślić, skąd to dostałem. Był to taki przygotowany dla nas podręcznik, jak wykonać 50 materiałów wybuchowych, mam go do dziś, jak je wykonać ze środków chemicznych dostępnych w domu lub w sklepie. Były tam również inne instrukcje, jak wykonać zapalniki. Sam zresztą miałem wiele własnych pomysłów. Nawet w książce „Solidarność Walcząca Oddział Trójmiasto” opublikowaliśmy kilka stron z tego podręcznika, ale z zaczernionymi pewnymi szczegółami, żeby nie były dziś instrukcją. Ja też o pewnych szczegółach nie chciałbym mówić.

W tym podręczniku były też rysunki, na podstawie których wykonaliśmy w Stoczni w Gdyni pistolet maszynowy. Był to prototyp, sprawdzaliśmy, czy w razie potrzeby byłaby taka możliwość. Zajmowała się tym specjalna grupa SW w Trójmieście.

– Dostaliście ten podręcznik z Zachodu, ale skąd?

– Od przyjaciół. Amerykańskich przyjaciół.

– Ale mieliście z nimi kontakt bezpośredni, czy przez pośredników?

– Przez pośredników. Będąc w podziemiu, sam się z nimi nie kontaktowałem.

ROMAN Zwiercan / Trójmiasto

– Równolegle z drukiem zajmowałem się testowaniem wszystkich receptur, które przyszły, wszystkie związki chemiczne zostały przetestowane. Ich siła polegała na tym, że były to proste związki chemiczne, łącznie z produkcją piorunianu rtęci, który służy na przykład do produkcji spłonek, zapalników. I to wszystko było możliwe z wykorzystaniem materiałów, które można było kupić w sklepie spożywczym, chemicznym, metalowym i do tego wszystko kupić normalnie. Siła tego polegała na dostępności. Do testowania tych przepisów wykorzystywałem mieszkanie na ulicy Górnej, robiłem próby i okazywało się, że da się je zrobić.

Natomiast jeśli chodzi o budowę pistoletu, to odpuściliśmy sobie, bo doszliśmy do wniosku, że to jest zbyt mała siła, a jeżeli już coś takiego robimy, to zróbmy pistolet maszynowy, PM3. Ich plany też były przystosowane do produkcji domowej, wszystkie części można było wykonać w bardzo słabo wyposażonym warsztacie, bo ze sprzętu mechanicznego potrzebna była tylko szlifierka i wiertarka. Praktycznie była to chałupnicza robota. Kiedy wywołałem te plany, to rozbiłem je oczywiście na kawałki i dałem je Jurkowi Miotke ze Stoczni w Gdyni, który był inżynierem, żeby przepracował je, bo opisane były w układzie calowym. Poprosiłem go, aby poprzeliczał to na układ metryczny, na milimetry, chociaż było to trochę problematyczne, bo wychodziły ułamki milimetrów. Ale doszliśmy do wniosku, że w związku z tym, że to nie jest tak precyzyjna robota, to nie ma to większego znaczenia, poradzimy sobie. Koledzy ze Stoczni dostali różne elementy do zrobienia, i praktycznie rzecz biorąc, gdyby spojrzeć na każdy z nich oddzielnie, to nawet lufa, długości gdzieś 14 cm, jak ktoś nie wie, to nie przypuszczałby, że to jest lufa.

Ten tekst jest fragmentem książki Krzysztofa Brożka i Grzegorza Surdego „Solidarność Walcząca”:

Krzysztof Brożek, Grzegorz Surdy
„Solidarność Walcząca”
59 zł
Wydawca: IPN
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-8098-944-3
EAN: 9788380989443

W sumie zrobiliśmy trzy komplety pistoletu maszynowego, natomiast z pozostałych części mogliśmy złożyć ze dwadzieścia sztuk. Najważniejsze części robił jeden kolega, miał na imię Bolek, ale później zniknął. W 1988 r., kiedy siedziałem, on został zwolniony ze Stoczni za jakąś wpadkę w pracy, niekoniecznie polityczną i potem mieszkał gdzieś pod Kielcami. Wraz z nim zniknęło część przeliczonych na milimetry planów. Ja oczywiście mam kopie, fotografie, negatywy, natomiast nie mam tych dokumentów z przeliczeniami. Po latach próbowaliśmy dojść do niego, bo wiedzieliśmy, gdzie mieszkał na stancji w Rumii, ale nie znaleźliśmy śladów, dokąd wyjechał. A zależałoby mi na tym.

Jeden z pistoletów maszynowych został przestrzelany, jeździłem w tym celu do lasu w Gdyni Koleczkowo. Amunicję mieliśmy z różnych źródeł. Kupowaliśmy też materiały wybuchowe, dwa karabinki kbk AK-47. Te karabiny to wiem, skąd, bo brałem udział w rozmowach, kupiliśmy je od wartowników w porcie Marynarki Wojennej. Koledzy dali mi cynk, że jest możliwość kupienia, była jeszcze kwestia ceny, to chyba kosztowało nas sto dolarów, trzeba było je załatwić, bo to było dużo pieniędzy. A do tych naszych PM3 była amunicja 9 mm, często dostępna.

Dawałem też do wytoczenia korpusy do bomb. To były korpusy toczone i spawane, w sumie powstało ich do dziesięciu sztuk.

Życzenia SW na Boże Narodzenie 1985 (domena publiczna)

– Ale poza próbami nigdzie tego nie zastosowaliście?

– Nie, no raz zastosowaliśmy. W 1987 r. wybraliśmy jeden z tych przepisów i zrobiliśmy bombę.

Andrzej trzymał redakcje, a ja zajmowałem się drukarniami. On znał tylko trzy osoby, które zajmowały się drukarniami, miał do nich dostęp, natomiast one do niego nie miały. Drukarze, z kolei mieli do mnie jakiś kontakt, adres, ale nie tam, gdzie ja mieszkałem, znali tylko punkty kontaktowe.

Założenie było takie, że jak przygotujemy coś ważniejszego, jakąś akcję, jakiś zamach, żeby pokazać swoje możliwości, że mamy determinację, to na ten czas miałem przestać zajmować się poligrafią, ale to było odkładane i odkładane w czasie. I mimo tego, że równolegle robiłem testy z materiałami wybuchowymi, to niestety dalej zajmowałem się tą poligrafią, zamiast sobie odpuścić.

Bezpośrednio przed zamachem, czyli w październiku 1986 r., kiedy była już decyzja, że zrobimy coś, to, żeby zlikwidować zagrożenie przypadkowego zatrzymania, na przykład z torbą dynamitu czy trotylu, to po kolejnej abolicji podjęliśmy decyzję, że pójdę do prokuratury i się ujawnię. I tak zrobiliśmy. Po ustaleniu z Jackiem Taylorem w październiku albo listopadzie poszedłem do prokuratury. Byłem poszukiwany tylko za to malowanie przeciwko wyborom. Na ile mogłem, to się zmieniłem, ściąłem włosy, ogoliłem się i poszedłem do prokuratury, a tam ogromna konsternacja – przyszedłem, bo jestem poszukiwany listem gończym!

– No, to proszę siadać, co pan zezna, a ja mówię, że nic. Takie kuriozum – zgłosił się do prokuratury i odmówił zeznań. – To po co pan przyszedł? – Bo mnie poszukujecie. – No to zeznawaj! – A ja nie chcę zeznawać. Trwało to dwie czy trzy godziny, doszło do tego, że wzięli odciski palców i potwierdzili, że ja to ja, i mnie zwolnili.

W każdym razie od tego momentu nie byłem poszukiwany, to sobie wyczyściliśmy, ale poligrafii, niestety, nie. A zamach bombowy na komitet był zrobiony 28 lutego 1987 r.

Nie wiem, co tu można powiedzieć? Ładunek przygotowałem w mieszkaniu Teresy Komorowskiej na ulicy Górnej.

Decyzja o tym, że damy ostrzeżenie, że zrobimy wybuch ostrzegawczy, zapadła we Wrocławiu. Przyjechał Andrzej z Wrocławia, mówiąc, że to zostało ustalone. Rozważaliśmy wersję, żeby zniszczyć Komitet Wojewódzki Partii w Gdańsku, wysadzić w powietrze. Rozważaliśmy użycie samochodu, żeby na zewnątrz zdetonować samochód wypełniony materiałami wybuchowymi. Jednak doszliśmy do wniosku, że jest za duże ryzyko, że mogą być ofiary, ponieważ KW znajduje się przy głównej, przelotowej drodze Gdańsk – Bydgoszcz, blisko Dworca Głównego, tędy ludzie idą z Targu Drzewnego do Dworca nawet w środku nocy. Doszliśmy do wniosku, że mogłyby być ofiary, a nie o to nam chodzi. Drugim rozważanym celem był Komitet Miejski Partii w Gdyni, który miał tę zaletę, że budynek był odsunięty od ulicy o trzydzieści metrów, tam jest taka wnęka, takie podwórko, do tego na odcinku ulicy Władysława IV, po którym w nocy mało kto jeździł. Dziś jest to ZUS. Tam nie było sklepów, tamtędy się nie chodziło, stał kompletnie na uboczu, co dawało bezpieczne możliwości zamanifestowania.

Wewnątrz budynku siedział portier, całą dobę, ale do środka wchodziło się przez szklane drzwi, a wejście do portierni było jeszcze za rogiem.

Pomysł był taki, żeby ten ładunek położyć przy głównych, przeszklonych drzwiach. Natomiast w ostatniej chwili ten plan nieco zmodyfikowałem, pewnie ze strachu, że wejdę w oświetloną część bezpośrednio przy drzwiach i portier mnie zobaczy. Jak mnie zobaczy, a ja odejdę, to on pewnie wybiegnie za mną, a jeśli ładunek wybuchnie, to on będzie ofiarą. Kiedy to sprawdzałem, nawet wieczorem, to wydawało się, że nie ma jakiegoś problemu, aby podejść pod drzwi. Natomiast jak już z tą siatką, w której miałem bombą zasuwałem i wchodziłem po schodach, to miałem wrażenie, że jestem jak na dłoni, że wszyscy mnie widzą. Więc cofnąłem się i położyłem paczkę w rogu między schodami a budynkiem, czyli z boku tego wejścia.

Dewiza Solidarności Walczącej (domena publiczna)

Zapalnik był zegarowy, taki zwykły, duży, analogowy zegar i ja tę bombę uzbrajałem, miałem zrobione mechaniczne opóźnienie maksymalnie na 55 minut. Wszedłem do klatki schodowej bloku obok, tam wszedłem na samą górę, uzbroiłem bombę, ustawiłem opóźnienie chyba na trzydzieści minut. Pewnie robiłem to szybko, więc minęło najwyżej pięć minut, może nawet mniej. Była godzina 21:00, to był luty, a więc ciemno. Chodziło o to, żeby ruch był jak najmniejszy. Trochę się bałem, że ładunek może wcześniej wybuchnąć. Najnormalniej w świecie miałem pietra, bo mogłem tym gdzieś stuknąć, puknąć, bałem się, że to może mi powyrywać nogi i pofrunę… Kiedy już położyłem to, to poszedłem ulicą Władysława IV nieco krążąc, doszedłem może do połowy, czyli w linii prostej może półtora kilometra od tego miejsca. Jak łupnęło, to cała Gdynia się zatrzęsła, to było takie głębokie, basowe BUMMM!

Ten tekst jest fragmentem książki Krzysztofa Brożka i Grzegorza Surdego „Solidarność Walcząca”:

Krzysztof Brożek, Grzegorz Surdy
„Solidarność Walcząca”
59 zł
Wydawca: IPN
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-8098-944-3
EAN: 9788380989443

Miałem w uchu słuchawkę od skanera częstotliwości ubeckich, które generalnie bardzo rzadko się odzywały. Centralę jeszcze było dość często słychać, ale te ręczne radiostacje tylko wtedy, jak były gdzieś stosunkowo blisko, dwa-trzy kilometry. Częstotliwości milicji wyrzucaliśmy, żeby nam nie zagłuszały, natomiast wtedy po raz pierwszy i nigdy więcej już tego nie przeżyłem, że po tym wybuchu było z dziesięć minut ciszy, a potem rozległ się taki JAZGOT. Zewsząd był jeden wielki szum, trudno było wyłapać, kto komu odpowiada. Straszne zamieszanie! Gdybym wtedy siedział w domu i miał notes albo ponagrywał to, miałbym dziesiątki adresów jakichś ubeckich techników, adresy pracowników, bo rozsyłali samochody po całym mieście i podawali adresy, żeby ściągać ludzi; podjedź tam na Czwartaków, tam będzie na ciebie czekał na przykład nasz technik. Od rana zaczęli przeszukiwać mieszkania, przeszukali w całym Trójmieście kilkaset mieszkań, zabierali kombinerki, przewody elektryczne, najprawdopodobniej znaleźli kawałek kabelka na miejscu wybuchu i chcieli sprawdzić po cięciu kombinerkami.

Budynek nie został zniszczony, poleciały szyby w budynku, ale efekt odnieśliśmy. A i tak ładunek był trochę za duży, albo źle dobrany korpus, bo odłamek tej bomby przeleciał przez trzydzieści metrów przez ulicę i przez okno na pierwszym piętrze wpadł do mieszkania i wbił się naprzeciwko w ścianę. Mimo tego, że starałem się zminimalizować ryzyko, to po latach, oglądając akta, dowiedziałem się, że jednak mogła zginąć postronna osoba. Liczyłem się z tym, że ktoś podejdzie, na przykład ten portier, ale nie zakładałem, że ktoś w budynku naprzeciw może ucierpieć.

Pismo podziemne Solidarność Walcząca z maja 1988 (domena publiczna)

ADAM Borowski / Warszawa

– Uwolnienie Janka Narożniaka nastąpiło 7 czerwca, potem jeszcze zorganizowaliśmy akcję ulotkową 28 czerwca w związku z wydarzeniami w Poznaniu, a 4 lipca przyszła do nas hiobowa wieść, że zatrzymano Zosię Romaszewską. Strasznie nie mogłem się z tym pogodzić i szukałem sposobu, żeby ją uwolnić. Jeden z chłopców z grupy specjalnej robił wywiad w sprawie Wiesława Górnickiego, asystenta Jaruzelskiego, dla którego pisał przemówienia i zdobył informacje, że są miejsca, gdzie Górnicki chodzi bez ochrony. W tym miejscu bywał bez obstawy regularnie co tydzień. Zaproponowałem na posiedzeniu MRKS-u, że uprowadzimy Górnickiego. W Lesie Kabackim mieliśmy przygotowane takie miejsce – to był stary barakowóz, miejsce nieuczęszczane. Chcieliśmy go porwać, związać, zakneblować, zawieźć tam i wysłać do władz informację, że uwolnimy go, jeśli zostanie uwolniona Zosia Romaszewska. Niestety, w kierownictwie MRKS-u był agent Sławomir Miastkowski i jeszcze tego samego dnia zostałem aresztowany. W I instancji dostałem wyrok 3,5 roku, ale „groziło” mi szybkie wyjście z więzienia, ponieważ to był wyrok kumulowany – 2 lata i 1,5 roku, a amnestia z 1983 roku mówiła, że wyroki do trzech lat są anulowane, a powyżej trzech lat – dzielone na pół. Prokurator zarządził więc apelację i w sierpniu podwyższono mi wyrok do sześciu lat. Amnestia zbiła mi połowę, zostało mi trzy lata i ja jako jedyny z MRKS-u zostałem w więzieniu.

Wiadomo było, że kiedyś wyjdę, wyszedłem, ale moje miejsce w MRKS-ie było niejako zajęte. Część kolegów po wyjściu z więzienia wróciła do działalności, część nie wróciła, ale mnie trzymano trochę z daleka. Domyślam się, że to dlatego, że jestem człowiekiem szalenie ekspansywnym, a w podziemiu jest tak, że kieruje ten, kto jest najbardziej aktywny. Istniało podejrzenie, że będę chciał być z powrotem szefem tej grupy, a tam już był szef i jego pomocnik i trochę nie było tam już dla mnie miejsca.

Poza tym MRKS stał się już organizacją jak inne, zajmował się głównie wydawaniem gazetki, generalnie trwaniem, a ja chciałem jakiegoś działania.

A tu była Solidarność Walcząca. O organizacji usłyszałem w więzieniu. Tam poznałem się z Jurkiem Młodkowskim i bardzo spodobało mi się zdjęcie nad jego łóżkiem. Zapytałem, czy to jego dziewczyna, a on odpowiedział, że siostra. Kiedy wyszedłem, pojechałem do Wrocławia, do Władka Frasyniuka, bo on wychodził z aresztu. 31 sierpnia 1984 r. Zamknęli go na dwa miesiące za to, że składał kwiaty na zajezdni na ulicy Grabiszyńskiej, dlatego mój wyjazd się opóźnił, bo on siedział. 31 października byłem już we Wrocławiu, ale przede wszystkim spotkałem się z siostrą Jurka. Ona była członkinią Solidarności Walczącej. Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia, dużo pomysłów. Postanowiłem, że wstąpię do SW, że ta organizacja jest mi bliska ideowo. Na początku była współpraca kolportażowa. SW ma w sobie solidaryzm, który tak w życiu cenię, kiedy silniejszy wspiera słabszego. Myślę, że to w życiu jest bardzo cenne. I przystąpiłem do Solidarności Walczącej. Pamiętam uroczystość zaprzysiężenia. Podziemia kościoła na ulicy Sudeckiej, niedaleko Ślężnej, gdzie mieszkał Jurek, sztandar, przysięga, to były takie obrazy.

Jeszcze może taka sytuacja, gdy goniła mnie esbecja.

Ja szedłem ulicą, oni samochodem.

Przyszedłem do mieszkania, to było na parterze, a właściciel mówi: – Adam, tu dookoła jest pełno dziwnych ludzi. Tu stoi jakaś para, to nie jest żadna para, tylko jakiś facet z saszetką, tam jacyś ludzie, tu jacyś samochodem, tu nigdy tyle ludzi nie było. To jest agentura!

A ja byłem z Edkiem Idzikowskim. Mówię, że ja tu niedaleko mam mieszkanie, spróbuję pokluczyć i jakoś się do tego mieszkania dostać, zamknąć się. A on niech pójdzie na przystanek, a jak zobaczy, że przyjechała Jadwiga, łączniczka od Romaszewskiego, to niech ją ostrzeże, żeby tu już nie przychodziła, bo widać, że mieszkanie jest spalone.

Wyszliśmy, rozdzieliliśmy się, a oni od razu za nami idą.

Wpadam na klatkę schodową, pukam do pierwszych lepszych drzwi. Otwiera mi młoda dziewczyna, mówię, że jestem ukrywającym się działaczem „Solidarności”, czy mogę wejść. Ona mówi, że poprosi mamę, mama przychodzi, mówię to samo i ona na to: – Proszę wejść.

Ustalamy wspólną wersję, dziewczyna ma 18 lat, ja 25. Jestem narzeczonym dziewczyny, poznaliśmy się na basenie Warszawianki. Przyszedłem na obiad. Jest koło dwudziestej drugiej, ona mówi, że weźmie śmieci i pójdzie się rozejrzeć.

Wraca i mówi: – Adam, biegają wkoło, dostali wściku, zanocujesz dzisiaj u nas.

Koło dwunastej walą do drzwi, bo szli po kolei. Ojciec się budzi, nie wie, że ja jestem, bo spał, kiedy przyszedłem. Otwiera im, ale mówi, że północ, nie wpuści. Przepychanka w drzwiach, wpadają do pokoju z pistoletem i nunchako, autentycznie mieli nunchako.

Kornel Morawiecki na znaczkach SW (domena publiczna)

Na to wchodzi do pokoju mama z papierosem i mówi: – Panowie, co wy chcecie od Adasia, to jest narzeczony mojej córki.

W tym czasie Małgosia łapie mnie, całuje w policzek i krzyczy: – Adaś, co oni od ciebie chcą?!

Mama krzyczy: – Córciu! Wszystko się wyjaśni!

Kurna, to już mi starczyło na najbliższe kilka lat! Ale oni wprowadzają ojca do pokoju:

– Czy pan go zna?

On na to: – Nie znam go.

– Narzeczonego córki pan nie zna?

– No, nie znam go! Zakuwają mnie, wyprowadzają, oni dobrze wiedzieli, kim jestem! Co tam się działo, szkoda gadać! Opowieść taka, że głowa boli!

Po kilku latach wróciłem do tego mieszkania, pokłoniłem się, dałem kwiaty.

Ona mówi, że każdy by tak zrobił, ale ja, że chyba nie każdy.

JANUSZ Szkutnik / Rzeszów

– Był z nami taki Stefan Łódź, osoba trochę kontrowersyjna, bo wcześniej był oficerem KBW, ale nam bardzo pomagał i raz jego też zaprosiłem na posiedzenie Rady Politycznej SW w Rzeszowie, co później zaowocowało większym zaufaniem do nas. On był już emerytem, ale dzięki swym starym kontaktom informował nas, co się dzieje na terenie miasta, na terenie zakładów.

Podobnymi sprawami zajmował się także Stefan Wójcik ze Strzyżowa, ten który miał broń i amunicję. SB wiele razy robiła na niego najazdy, ale nigdy nie znaleźli u niego broni. Tę broń znaleziono dopiero kilka lat po jego śmierci, miał taki fajny schowek, a teraz ta broń leży w muzeum regionalnym w Strzyżowie. Miał też co najmniej dwie laski trotylu.

– Planował użyć?

– Mieliśmy taki plan, żeby go użyć, ale odstąpiliśmy.

– Do czego mieliście go użyć?

– No… do czegoś.

Ten tekst jest fragmentem książki Krzysztofa Brożka i Grzegorza Surdego „Solidarność Walcząca”:

Krzysztof Brożek, Grzegorz Surdy
„Solidarność Walcząca”
59 zł
Wydawca: IPN
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-8098-944-3
EAN: 9788380989443

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Krzysztof Brożek
Historyk, scenarzysta i filmowiec. W końcu lat 80. zaprzysiężony członek Konfederacji Polski Niepodległej, uczestnik i zatrzymany podczas tzw. „wydarzeń krakowskich” w 1989 r. Autor wielu notacji z kombatantami AK, NSZ, WiN oraz działaczami „Solidarności”, Solidarności Walczącej, NZS, KPN, FMW. Reżyser m.in. filmów „Katyń”, „Tajne Spec. Znaczenia”, „Zdradzeni o świcie”, „Macedoński. Adam”, „Gdzie jest Porozumienie Gdańskie?”, „Raport z Auschwitz”.

Wszystkie teksty autora
Grzegorz Surdy
Działacz NZS, Solidarności Huty im. Lenina, w 1985 r. współzałożyciel Ruchu Wolność i Pokój. Członek redakcji podziemnych pism „Tymczasem”, „Montinowiec”, organizator kolportażu wydawnictw podziemnych (m.in. „Tymczasem”, „Montinowiec”, „Solidarność Zwycięży”, „Hutnik”, „Tygodnik Mazowsze”) W 1982 r. skazany na 1 rok więzienia, w 1985 r. skazany na 1,5 roku więzienia. Uczestnik podziemnych struktur i manifestacji, wielokrotnie zatrzymywany i represjonowany. Rzecznik strajku w maju 1988 r. w Hucie im. Lenina. Autor wielu notacji z kombatantami AK, NSZ, WiN oraz działaczami „Solidarności”, Solidarności Walczącej, NZS, KPN, FMW.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy