Czy Polska mogła zgodzić się na sojusz z III Rzeszą?

Czy dzięki sojuszowi z Niemcami Polska w 1939 roku uniknęłaby wojny? Czy w ten sposób udałoby się oddalić zagrożenie ze strony Związku Sowieckiego? I wreszcie: czy Polska i Niemcy miały tak naprawdę wspólne interesy w regionie?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Najważniejszą przyczyną wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku był brak doświadczenia, cierpliwości i zwykłego myślenia u niemieckich przywódców. Polityka Rzeczypospolitej – a także jej sojuszników – nie była bezbłędna, ale prowadzono ją w sposób racjonalny. Politykę niemiecką trzeba natomiast określić jako irracjonalną, chaotyczną, szaloną, samobójczą.

Warto zwrócić uwagę, że Niemcy są państwem bardzo młodym, pozbawionym tradycji i doświadczeń, a przez to nieprzewidywalnym. Widać to szczególnie wyraźnie, gdy porównamy je z Wielką Brytanią, kontynuującą politykę równowagi sił od czasów Elżbiety I. Tymczasem zjednoczone państwo niemieckie powstało bardzo niedawno – w 1871 roku.

Proklamacja Rzeszy Niemieckiej w Sali Zwierciadlanej pałacu wersalskiego 18 stycznia 1871 (obraz Antona von Wernera)

Przed rokiem 1871 na miejscu Niemiec istniał konglomerat królestw, księstw i republik. Zresztą historia Cesarstwa Niemieckiego nie trwała nawet pół wieku, a zmiany spowodowane wielką wojną były tak istotne, że datę powstania nowoczesnych Niemiec należy przesunąć do roku 1918. Wiąże się to nie tylko z powstaniem republiki i demokratyzacją życia politycznego nad Łabą i Renem, lecz także – a może przede wszystkim – z upadkiem habsburskiej monarchii w naddunajskiej Austrii. Przez stulecia bowiem – z półwiekową przerwą – przymiotnik „niemiecki” kojarzył się z cesarstwem Habsburgów, a Niemcy powszechnie byli traktowani jako naród poetów i filozofów. Nowe państwo niemieckie było zatem kontynuatorem polityki „austriackiej”, musiało zwracać uwagę na wschodniopruskich junkrów, przemysłowców z Zagłębia Ruhry, robotników z Westfalii, handlowców z Hamburga czy drobnych rolników z katolickiej Bawarii.

W porównaniu ze swoimi sąsiadami – nawet z Polską – Rzesza Niemiecka była zapóźniona cywilizacyjnie, społecznie i politycznie. Istniał co prawda rozwinięty przemysł, ale brakowało instytucji demokratycznych, pragmatycznych rozwiązań problemów społecznych, a nawet modelu dyskursu politycznego. W latach 20. i 30. XX wieku metody, jakimi walczono o władzę w Niemczech, nie były metodami europejskimi, a raczej latynoamerykańskimi czy nawet azjatyckimi. Częste były pucze, próby zamachów stanu, powstania robotnicze, morderstwa polityczne. Dokonywano ich nie tylko z poleceń „złych i reakcyjnych” polityków, lecz także – jak w przypadku Róży Luksemburg – polityków socjaldemokratycznych. (Podobne stosunki panowały zresztą i w Austrii, w której od czasu do czasu wybuchały krwawe waśnie, pociągające za sobą setki ofiar śmiertelnych.) Mordy polityczne miały charakter masowy – jak na przykład noc długich noży, podczas której zamordowano co najmniej 85 przeciwników politycznych, z byłym kanclerzem Kurtem von Schleicherem i kilkoma członkami Reichstagu na czele. Już po dokonanym fakcie Reichstag był tak uczynny, że przyjął ustawę aprobującą te morderstwa (z pogwałceniem zasady, że prawo nie działa wstecz, co chyba najlepiej świadczy o kulturze prawnej Niemców).

[…]

Adolf Hitler był niewykształcony, jego kwalifikacje dotyczące dyplomacji były mizerne, odpowiednie dla pięcioletniego jedynie doświadczenia które zdobył od 1933 roku. Był osobą bardzo emocjonalną, wprost irracjonalną. Co gorsza, odniósł właśnie pasmo sukcesów – więc czuł się niezwyciężony, a żaden z doświadczonych dyplomatów nie miał wystarczającego prestiżu – czy może odwagi – żeby wyjaśnić mu oczywistą prawdę: europejskie mocarstwo osiągające sukcesy zraża do siebie inne mocarstwa...

Czy dałoby się uniknąć wojny, gdyby Hitler spasował w tej licytacji i wybrał politykę obłaskawienia swoich sąsiadów zaniepokojonych nadmiernym wzrostem potęgi III Rzeszy? (Można byłoby ją nazwać – w opozycji do „appeasementu” – Beschwichtigungspolitik.) Wydaje się, że tak. Przede wszystkim Francja i Wielka Brytania nie były aż tak zainteresowane ani obroną status quo – o wojnie prewencyjnej nie wspominając – żeby zdecydować się na agresję przeciwko Niemcom. Rzeczpospolita była zadowolona z pokojowych stosunków z Rzeszą, poza tym dbała o zachowanie równowagi w stosunkach ze wschodnim i zachodnim sąsiadem. Państwa europejskie właśnie wychodziły z kryzysu i wolały się skupić na rozwoju gospodarczym, a nie militarnym. Ekonomia wskazywała zresztą na sukces aliantów – Niemcy w pewnym momencie musiałyby spłacać kredyty zaciągnięte na rozbudowę Wehrmachtu. Swego czasu propagowany był nawet pogląd, że III Rzesza weszła na ścieżkę wojenną w chwili rozpoczęcia zbrojeń. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że koszty wojny byłyby najprawdopodobniej większe niż cena kryzysu gospodarczego wywołanego brakiem wojny.

Hitler wybrał drogę konfrontacji, czy też – jak rozumowano w Berlinie – zabezpieczenia sobie tyłów. W niespełna miesiąc po konferencji monachijskiej, 24 października 1938 roku, Joachim von Ribbentrop – nowy minister spraw zagranicznych Rzeszy – przedstawił ambasadorowi Polski w Berlinie Józefowi Lipskiemu propozycję „uporządkowania istniejących między obydwoma krajami punktów spornych”. Chodziło przede wszystkim o przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego. Był to dziwny sojusz podpisany przez Niemcy i Japonię 25 listopada 1936 roku w Tokio, do którego 6 listopada 1937 roku dołączyły Włochy. Sojusz był dziwny dlatego, że choć nominalnie wymierzony przeciwko Kominternowi – a więc Związkowi Sowieckiemu – faktycznie grupował państwa wrogie Wielkiej Brytanii i Francji. Oprócz zerwania z Francją Warszawa miała wykonać gesty dobrej woli wobec Berlina – przedłużyć polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy na 25 lat, wyrazić zgodę na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy oraz na przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich.

Hermann Göring i Józef Józef Beck wraz z żonami, lipiec 1935 (Bundesarchiv, B 145 Bild-F051619-0037 / Schaack, Lothar / CC-BY-SA 3.0)

Czy Polska mogła zaakceptować takie rozwiązania? Kwestie, na które przez długi czas historycy, publicyści – a przede wszystkim propagandziści – zwracali uwagę, czyli „oddanie Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady”, były w gruncie rzeczy zmianami kosmetycznymi. Gdańsk nie był częścią terytorium Rzeczypospolitej, tylko państwem pod protektoratem Ligi Narodów. W drugiej połowie lat 30. – po wybudowaniu portu w Gdyni – miasto to nie miało dla Rzeczypospolitej większego znaczenia gospodarczego (zresztą Berlin gwarantował utrzymanie polskich przywilejów). Miało jednak znaczenie propagandowe – i to przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Polska zgoda na jego połączenie z Rzeszą byłaby prztyczkiem w nos Lidze Narodów, a przede wszystkim publicznym upokorzeniem Francji. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa miała również symboliczne znaczenie, tym razem jednak pozytywne. Czemu zaprzyjaźnione państwo miałoby utrudniać kontakty pomiędzy poszczególnymi częściami Niemiec? Poza tym rozwiązanie takie było proponowane już od lat 20. i to nie przez kręgi niemieckie – ponieważ było symbolem porzucenia przez Berlin planów inkorporacji całego polskiego Pomorza – a przez środowiska związane z Ligą Narodów. Wydaje się, że przyjęcie takich rozwiązań terytorialnych rzeczywiście zakończyłoby spory terytorialne pomiędzy Berlinem a Warszawą.

Ten tekst jest fragmentem książki Tymoteusza Pawłowskiego „Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”:

Tymoteusz Pawłowski
„Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”
44,90 zł
Wydawca: Fronda
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 512
Premiera: 22.08.2020
Format: 145 x 205 mm
ISBN: 978-83-807-9538-9
EAN: 9788380795389

Najważniejszym postulatem było jednak przyłączenie się Polski do paktu antykominternowskiego, a więc zerwanie sojuszu z Francją. Byłby to na pewno wielki dyplomatyczny sukces Berlina, bowiem za Rzeczpospolitą swój akces do bloku niemieckiego ogłosiłyby zapewne państwa bałtyckie, a przede wszystkim Rumunia. Królestwo to było związane dość ogólnikowym sojuszem z Francją oraz sojuszem z Jugosławią i Czechosłowacją, wymierzonym w państwa „reakcyjne”: Węgry, Bułgarię i Austrię (w rozumieniu „habsburskim”). Po konferencji monachijskiej Mała Ententa – tak nazywano związek Rumunii, Jugosławii, Czechosłowacji – przestała istnieć. Mała Ententa była sojuszem podwójnie, a nawet i potrójnie egzotycznym – czyli takim, w których jedna ze stron nie ma interesu wspierać drugiej. Każdy kraj miał bowiem wrogiego sobie sąsiada, z którym jego alianci mieli bardzo dobre stosunki. Rumuńskiej integralności terytorialnej zagrażał przede wszystkim Związek Sowiecki, a panslawizm Pragi i Belgradu skazywał Bukareszt na samotność w razie konfliktu z Moskwą (podobnie zresztą jak promoskiewskie sympatie polityków paryskich). Jedynym lojalnym sojusznikiem Rumunii była Rzeczpospolita, gdyby więc Warszawa związała się z Berlinem, Bukareszt uczyniłby podobny krok. (Przemawiał też za tym fakt, że uzbrojenie armii rumuńskiej było produkcji czeskiej i francuskiej. Niemcy kontrolowali po Monachium przemysł czeski, a Polacy – także używając sprzętu pochodzącego znad Sekwany i Loary – samodzielnie produkowali do niego i części zamienne, i amunicję).

Neville Chamberlain na lotnisku Heston po powrocie z Monachium, 30 września 1938

Nowy układ sojuszy w środkowej Europie – Niemców z Polską, Rumunią i państwami bałtyckimi – wzmocniłby pozycję Berlina wobec Paryża i Londynu. Spowodowałby jednocześnie powstanie silnego bloku antysowieckiego. Racjonalne wydaje się założenie, że w takiej konfiguracji wojna pomiędzy Niemcami a Francją nie wybuchłaby. Nie leżałaby ani w interesie Francji, ani samych Niemiec. A tym bardziej niemieckich sojuszników, tzn. Polski i Rumunii. Rzecz nie w tym, że Polacy i Rumuni jakoś szczególnie kochali Francuzów – takie „uczucia” ulicy łatwo zmienić akcją propagandową. Rzecz nawet nie w tym, że Polacy i Rumuni obawiali się uderzenia sowieckiego. Rzecz w tym, że zwycięstwo Niemiec oznaczałoby wzmocnienie pozycji Berlina wobec Warszawy i Bukaresztu, a zwycięstwo Francji – katastrofę polityczną i gospodarczą. Dla człowieka myślącego realistycznie to właśnie sukces Francuzów był bardziej prawdopodobny – otrzymaliby oni wsparcie ze swych kolonii, od imperium brytyjskiego, a nawet Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego. III Rzesza mogłaby korzystać z ograniczonych zasobów kontynentalnych (i nie ma powodów podejrzewać, że scenariusz wojny niemiecko-francuskiej różniłby się znacznie od tego z lat 1914–1918 czy 1939–1945).

Dużo bardziej prawdopodobne byłoby podjęcie – w bliższej lub dalszej przyszłości – „krucjaty antybolszewickiej”. Jeśli doszłoby do niej, to najprawdopodobniej zakończyłaby się sukcesem państw europejskich. Przeciwko kontynentalnemu mocarstwu bolszewickiemu – wrogiemu nie tylko sąsiadom, lecz także swoim obywatelom – wystąpiłyby państwa wspierane przez cały niemal wolny świat. Co więcej, jedną z głównych przyczyn klęski III Rzeszy w wojnie przeciwko Związkowi Sowieckiemu w latach 1941–1945 było kurczowe trzymanie się narodowo-socjalistycznej ideologii. Zaowocowało to ludobójstwem i utrzymaniem – w okupowanych częściach państwa sowieckiego – „bratniego” socjalistycznego porządku gospodarczego z kołchozami, sowchozami i komisarzami. Gdyby w wojnie przeciwko Sowietom walczyło państwo polskie, można przyjąć za pewnik, że przyjęto by ideę prometeizmu, czyli wykorzystania tendencji odśrodkowych w imperium bolszewickim. Obywatelom sowieckim oddano by prawo własności do ziemi, pamiętano bowiem doskonale, co leżało u podstaw polskich sukcesów i porażek w walkach z Rosjanami w 1863 i 1920 roku. Polski chłop występował po stronie tej władzy, która gwarantowała mu prawo własności do ziemi. A przy zachowaniu życzliwości obywateli Związku Sowieckiego to zbrodnicze państwo upadłoby bardzo szybko.

Sowiecki plakat propagandowy – żołnierz Armii Czerwonej zabija Białego Orła

Można też przyjąć, że nastąpiłby okres pokojowego rozwoju Europy. Nie musiałoby dojść do żadnych wojen. Francuzi skupiliby się na swoich koloniach, Niemcy Hitlera i Rosja Stalina utrzymywałyby pokojowe stosunki scementowane wspólną, socjalistyczną ideologią. Mogłoby to trwać przez kilkadziesiąt lat, po których nastąpiłaby destalinizacja i dehitleryzacja, a Europa rosłaby w siłę i ludzie żyliby dostatnio...

Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie.

Związanie się Polski z Niemcami nie stanowiłoby też chyba większego problemu moralnego. Przez większą część wspólnej historii Polacy i Niemcy pozostawali w stosunkach pokojowych, a nawet przyjacielskich. Oprócz kilku średniowiecznych awantur dynastycznych, wojen nie prowadzono. (W okresie PRL duży nacisk propagandowy położono na konflikty polsko-krzyżackie, nie zwracając uwagi ani na fakt, że państwa krzyżackiego nie można w pełni utożsamiać z państwem niemieckim, ani na to, że każda niemal wojna rozpoczynała się od polskiej agresji.) Co więcej, najlepszym i najwierniejszym sojusznikiem Rzeczypospolitej było Cesarstwo Niemieckie – to dzięki niemu odbudowano państwo polskie po potopie. Polska i Saksonia były związane unią personalną, którą oceniano na tyle dobrze, że regularnie wracano do tej idei (zarówno w Konstytucji 3 Maja, jak i w konstytucji 1807 roku). Cieniem na wzajemne stosunki kładła się oczywiście polityka pruska. Warto jednak zauważyć, że Hitler była Austriakiem, a NSDAP – jako socjalistyczna partia robotnicza – zwracała uwagę na interesy przemysłowe, a nie agrarne. Poza tym w czasach wielkiej wojny najbliższymi sojusznikami żołnierzy polskich – a także ich nauczycielami i wychowawcami – byli żołnierze państw centralnych: Niemcy i Austriacy.

Zjazd NSDAP w 1935 roku

Wreszcie III Rzesza u progu 1939 roku nie była wcale ohydnym i zbrodniczym organizmem planującym masowe ludobójstwa. Oczywiście obrzydzenie w Polakach mogły wzbudzać i ustawy norymberskie, i krwawe porachunki towarzyszy partyjnych, i obozy koncentracyjne, ale nie były one niczym wyjątkowym: rasistowskie prawo funkcjonowało w „kulturalnych” Stanach Zjednoczonych do 1965 roku, pogromy zdarzały się na terenach kontrolowanych przez „kulturalnych” Brytyjczyków (m.in. w 1929 roku w Hebronie dopuścili do śmierci 67 Żydów, w 1919 roku w Amristarze żołnierze króla zastrzelili przynajmniej 379 Hindusów), obozy koncentracyjne zakładali „kulturalni” Czesi (w Letach i Hodoninie), a przeciwników politycznych brutalnie eliminowali także „kulturalni” Rumuni (mordując przetrzymywanych w więzieniach setki wrogów politycznych). Polacy mogli patrzeć z wyższością na Niemców, ale inni sąsiedzi Rzeczypospolitej nie byli lepsi.

W porównaniu zaś ze Związkiem Sowieckim i Stalinem – mającym na sumieniu miliony ofiar – Hitler wydawał się świętoszkiem. I to sowiecka Rosja była wrogiem numer jeden dla Polaków, Europy i świata – przynajmniej przed 1939 rokiem.

Zmarli z głodu na ulicy w Charkowie 1932 roku (aut. Alexander Wienerberger)

Racjonalne argumenty mogą wskazywać, że skutki kapitulacji Polski przed III Rzeszą i przyjęcia jej dyktatu byłyby lepsze niż danie im odporu. Jest jednak pewne „ale” – Hitler był niegodnym zaufania głupcem. Sam zresztą tak siebie określił w początkach 1939 roku: „Musiałbym być idiotą, żebym rozpoczął kolejną wojnę światową z powodu Polski”. Jako że niedaleko pada jabłko od jabłoni, to inni przywódcy niemieccy byli równie „stabilni” emocjonalnie i „godni zaufania” jak Hitler. Niemal wszyscy sojusznicy Niemców – czy z I, czy z II wojny światowej – stracili na tym związku. Jedynie ci, którzy odpowiednio wcześnie zerwali alians z Berlinem, nie zostali zniszczeni. Wystarczy porównać sobie pierwszowojenne losy Bułgarii i Grecji albo drugowojenne losy Italii – pierwszego odstępcy – oraz Węgier – państwa wiernego Niemcom do ostatka. Jeszcze lepszym materiałem porównawczym dla Warszawy były pierwsze lata państw oddzielonych Zbruczem: stworzone przez Niemców Królestwo Polskie latem 1917 roku zlikwidowało militarne stosunki z Berlinem, a w październiku 1918 roku ogłosiło niepodległość. Objęta protektoratem niemieckim Ukraińska Republika Ludowa do 11 listopada 1918 roku pozostawała wierna Kaizerowi. Polska pozostała państwem suwerennym, Ukraina nie zdołała obronić swej niepodległości.

Ten tekst jest fragmentem książki Tymoteusza Pawłowskiego „Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”:

Tymoteusz Pawłowski
„Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”
44,90 zł
Wydawca: Fronda
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 512
Premiera: 22.08.2020
Format: 145 x 205 mm
ISBN: 978-83-807-9538-9
EAN: 9788380795389

Nikt, kto trwał w sojuszu z Niemcami, nie wychodził na tym dobrze. Co więcej, państwo niemieckie w każdej formie – a szczególnie narodowo-socjalistyczne – było państwem irracjonalnym. Pod każdym względem. W 1914 roku rozpoczęło wojnę z Rosją od uderzenia na Francję (i to przez terytorium neutralnej Belgii). W latach 20. i 30. – w chwili gdy radioelektronika stawała się najważniejszą z nauk – ograniczono ruch niemieckich radioamatorów. W tym samym czasie doprowadzono do emigracji olbrzymiej liczby naukowców. Gdy trwała walka o nowy kształt Europy, Niemcy masowo zrażali do siebie swych sąsiadów, gwałcąc, mordując, rabując, paląc. W czasie II wojny światowej Niemcy napadły zbrojnie na niemal wszystkich swoich sojuszników: zaczęło się od Włoch w 1943 roku, w kolejnym roku przyszła kolej na Słowację i Węgry.

Niemiecki czołg w Budapeszcie, październik 1944 roku (Bundesarchiv, Bild 101I-680-8282A-38A / Faupel / CC-BY-SA 3.0)

Finlandię zaatakowano w 1944 roku pomimo znacznego oddalenia, a Rumunia nie miała nawet wspólnej morskiej granicy – jak Finowie – ale i tak stała się obiektem niemieckiej agresji. Jedynym wyjątkiem była Chorwacja, bo jej wierność zagwarantowano sobie innymi metodami – skłóceniem Chorwatów z Serbami. (Stosunki pomiędzy tymi bliskimi niegdyś narodami do dziś pozostają największym chyba „dziedzictwem kulturowym” Niemców na Bałkanach.) Sojusz pomiędzy Warszawą i Berlinem może wydawać się racjonalny – ale wszelkie analogie wskazują na to, że prędzej czy później jakiś Niemiec pokazałby swoje prawdziwe oblicze i okradł Muzeum Narodowe, rozstrzelał marszałka sejmu, wymordował polską inteligencję, zabił polskich Żydów, spalił Warszawę...

Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie. Moralnie nie byłoby to działanie hańbiące. Doświadczenie – częściowo obecne w świadomości Polaków lat 30. XX wieku – przemawiało raczej przeciwko takim związkom, ale być może Niemcy zachowywaliby się racjonalnie. Najważniejsza jednak była polska racja stanu. Polską racją stanu było utrzymanie suwerenności. To był jedyny cel istnienia Rzeczypospolitej od 1918 roku. Niemcy zaś proponowali, aby Rzeczpospolita z tej suwerenności zrezygnowała, wniwecz obracając poprzednie 20 lat pracy.

Współczesnym odpowiednikiem niemieckich propozycji z 1939 roku byłoby zaproszenie Polski do Związku Białorusi i Rosji. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie…

Decyzja Warszawy, żeby nie wchodzić w sojusz z III Rzeszą, była decyzją jedyną możliwą. Ryzyko, które ten wybór niósł ze sobą, nie było większe od tego, które pojawiało się przy każdej walce o suwerenność. Można porównać je do tego, jakie pojawiło się, gdy – wraz z wygaśnięciem klauzuli najwyższego uprzywilejowania w początkach 1925 roku – Niemcy postanowili wymusić na Polakach ustępstwa poprzez wstrzymanie importu surowców z Rzeczypospolitej i zwiększenie cła eksportowego. Warszawa podjęła rzuconą rękawicę i – chociaż wojna celna przyniosła większe straty Polsce – to jednak suwerenność została obroniona.

W 1939 roku stawka była niemal taka sama jak 14 lat wcześniej, choć sytuacja obu państw nieco inna. Niemcy były na pewno potężniejsze militarnie niż w roku 1925. Polska okrzepła z kolei gospodarczo, a jej sytuacja militarna poprawiła się o tyle, że przestała być zależna w tak dużym stopniu od dostaw sojuszniczych jak w latach 20. Odmienna była również sytuacja polityczna. O ile czynnik sowiecki miał niemal taką samą wagę w roku 1925, co w 1939, to zmieniło się położenie samych Niemiec. W pierwszej połowie lat 20. izolowano je politycznie, a ich adwokatem była Wielka Brytania. Wynikało to przede wszystkim z zasady równowagi sił i niechęci Londynu wobec Francji i jej sojuszników – a więc Polski. W 1939 roku izolacja Niemiec należała do przeszłości, ale Brytyjczycy występowali przeciwko Rzeszy.

Chamberlain i Hitler w Bad Godesberg, 23 września 1938 roku (Bundesarchiv, Bild 183-H12751 / CC-BY-SA 3.0)

Rzeczywistych sojuszników III Rzesza nie miała zbyt wielu. Sympatyzujące z Berlinem Rzym i Tokio sympatią darzyły również Warszawę, a problemy łatwiej było rozwiązać wbrew Niemcom niż wraz z nimi. Czecho-Słowacja, będąca jedynym oficjalnym aliantem Niemców, w marcu 1939 roku – podczas wydarzeń zwanych czasem idami marcowymi – została uznana za niegodną zaufania i rozmieniona na drobne. Czechy i Morawy stały się państwem niemal zupełnie pozbawionym armii, Słowacja miała armię nieliczną i słabo dowodzoną (w armii czechosłowackiej nie powierzano funkcji dowódczych Słowakom), a Zakarpacie zostało zajęte przez Węgrów.

Oczywiście związanie Czech i Słowacji z III Rzeszą miało dla Niemców skutki pozytywne: znacznie zwiększyło potencjał gospodarczy oraz powiększyło głębię operacyjną śląskiego place d’armes. Jednak berlińscy politycy popełnili wiele błędów, mogli bowiem doprowadzić do rzeczywistego okrążenia Rzeczypospolitej, a nie tylko połowicznego oskrzydlenia.

Niemiecka decyzja popierająca rozpad Czecho-Słowacji była – z punktu widzenia Warszawy – bardzo dla nas korzystna. Rząd w Pradze był wobec Polski nastawiony bardzo agresywnie i atakował Rzeczpospolitą za każdym razem, gdy miał ku temu okazję. To znaczy: za każdym razem, gdy Rzeczpospolita była osłabiona. Praga wysyłała swoje jednostki wojskowe za linię graniczną w roku 1919, 1920 i 1945. Duetowi Masaryk– Beneš – a po 1945 Beneš–Masaryk jr – w ataku na Polskę ani razu nie przeszkodził fakt, że oba państwa należały do tej samej konstelacji politycznej. Skoro Czesi nie wahali się uderzać na Polskę, gdy odbierali dyrektywy płynące z – zaprzyjaźnionych faktycznie lub formalnie z Warszawą – Paryża i Moskwy, to wątpliwe jest, żeby zawahaliby się uderzyć, gdyby dyrektywy odbierali z Berlina. Najprawdopodobniej kilkanaście doskonale wyposażonych dywizji czechosłowackich uderzyłoby wraz z Wehrmachtem na Rzeczpospolitą – i to uderzyłoby bardzo chętnie.

Mogłoby jednak nie dojść do bezpośredniej agresji Czechów na Polskę. (Tak samo jak w 1942 i 1943 roku, gdy Adolf Hitler – pomimo próśb prezydenta Emila Hachy – uznał sprzymierzone z III Rzeszą wojska czeskie za niegodne wzięcia udziału w walkach przeciwko bolszewikom na froncie wschodnim.) Jednak nawet wówczas mógłby skorzystać z linii komunikacyjnych biegnących wzdłuż Czecho-Słowacji i skierować swoje wojska do głębokiego oskrzydlenia Rzeczypospolitej od południa – ze Słowacji lub Rusi Zakarpackiej. (Stamtąd mogli też zneutralizować linie komunikacyjne biegnące przez Rumunię.) Niemcy stopniowo tracili te szanse – tak zgodnie ze staraniami Warszawy, jak i nieco obok nich. Wyzwolenie Śląska Cieszyńskiego w 1938 roku spowodowało przerwanie północnej linii kolejowej biegnącej ze wschodu na zachód. Miesiąc później Niemcy oddali Węgrom – podczas arbitrażu wiedeńskiego – południową linię kolejową biegnącą ze wschodu na zachód Czecho-Słowacji. Wreszcie w marcu 1939 roku Madziarzy inkorporowali Zakarpacie, uzyskując w ten sposób wspólną z Polską granicę.

Trudno zgodzić się z lansowaną powszechnie tezą, że „głębokiego oskrzydlenia od południa w żadnej mierze nie mogło zrekompensować zajęcie Ukrainy Zakarpackiej przez Węgrów”. „Głębokiego oskrzydlenia” po prostu nie było, zapobiegło mu skuteczne działanie polityczne i militarne Warszawy. O „głębokim oskrzydleniu” nie decyduje przebieg granic, a dostępność linii komunikacyjnych: te zaś – dzięki wyzwoleniu Zaolzia – kończyły się w 1939 roku w tym samym miejscu, co w roku 1938 (a nawet kilkanaście kilometrów dalej na zachód). Polska wykorzystała też doskonale błędy niemieckiej polityki nadbałtyckiej. Najpierw – korzystając z zamieszania wywołanego anschlussem – udało się Rzeczypospolitej unormować stosunki z Litwą kowieńską. Państwo to przez większą część lat 20. i 30. było najbardziej agresywnym polskim sąsiadem, chętnym do ataku na Polskę jeszcze bardziej niż Czesi czy Rosjanie. Nawet po nawiązaniu w 1938 roku stosunków dyplomatycznych pomiędzy Kownem a Warszawą nienawiść północnych sąsiadów do Polski była tak wielka, że potrzeba by wielkich starań, żeby zniechęcić Litwę kowieńską do agresji na Polskę. A jednak Niemcy dokonali niemożliwego! 23 marca 1939 roku niemieckie siły zbrojne zajęły okręg Kłajpedy, „przywróciły do macierzy” kilkadziesiąt tysięcy Prusaków i skutecznie zmieniły antypolskie resentymenty w Kownie na resentymenty antyniemieckie. 9 maja 1939 roku do Warszawy przybył generał Stasys Raštikis – wódz naczelny litewskich sił zbrojnych – i zaoferował Polsce życzliwą neutralność w nadchodzącym konflikcie polsko-niemieckim.

Ten tekst jest fragmentem książki Tymoteusza Pawłowskiego „Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”:

Tymoteusz Pawłowski
„Sowieci nie wchodzą. Polska mogła wygrać w roku 1939. Nagie fakty a nie historia alternatywna”
44,90 zł
Wydawca: Fronda
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 512
Premiera: 22.08.2020
Format: 145 x 205 mm
ISBN: 978-83-807-9538-9
EAN: 9788380795389

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Tymoteusz Pawłowski
Historyk i publicysta, doktoryzował się pracą pt. Armia marszałka Śmigłego napisaną pod kierunkiem prof. Pawła Wieczorkiewicza. Szczególną uwagą darzy powiazania pomiędzy techniką i społeczeństwem oraz losy II Rzeczypospolitej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy