Autor: Tom Phillips
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Ujęcia przekrojowe
Opublikowany: 23 kwietnia 2019
Licencja:wszystkie prawa zastrzeżone

Czy kolonializm był zły?

Przyniósł wyłącznie zniewolenie i śmierć? A może doprowadził do rozwoju cywilizacyjnego w odległych zakątkach globu? Jak to w końcu było z tym kolonializmem?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

Przymus eksplorowania, ciągłego szukania nowych horyzontów, jest jedną z charakterystycznych cech rodzaju ludzkiego. To dlatego nasz gatunek i jego bliscy kuzyni wiele razy rozprzestrzeniali się po świecie w ciągu ewolucyjnego okamgnienia. I jest siłą napędową, która nadała kształt współczesnemu światu – będącemu głupim, chaotycznym i często szalenie niesprawiedliwym produktem tysiącleci migracji i handlu, kolonializmu i wojny.

Właśnie to pragnienie odkrywania sprawiło, że w roku 1492 Krzysztof Kolumb postanowił pożeglować na rozległe, puste, błękitne wody Atlantyku, żeby kilka miesięcy później jak ostatni idiota rozbić się na skałach.

Stało się to na rok przed początkiem tego, co jest powszechnie znane jako „epoka wielkich odkryć geograficznych”, chociaż o prawdziwym odkryciu można mówić tylko wtedy, gdy nie jest się jednym z ludzi zamieszkujących odkrywane miejsca. Trasy lądowe łączące Europę i Azję, przyjemne i łatwe, gdy imperium mongolskie panowało nad większą częścią Eurazji (bez mierzenia sił na zamiary), zostały zablokowane wskutek epidemii czarnej śmierci, pokrywającej się z powstaniem Imperium Osmańskiego. Tak oto Europa, z nowymi wynalazkami, wiedzą i głodem bogactw, skierowała oczy na morze. I to, co zaczęło się jako szukanie nowych dróg handlowych z Azją, Afryką i nowo odkrytą Ameryką, szybko przemieniło się w misje okupacji i podboju.

Chyba każdy wie, że Kolumb odkrył (no, „odkrył”) Amerykę przypadkowo, wpadając na Karaiby niejako przez pomyłkę, gdy szukał skrótu do Indii, żeby nie opływać południowego przylądka Afryki. Ale jest również mnóstwo błędnych wyobrażeń odnośnie do tego, na czym właściwie polegała ta jego pomyłka.

Krzysztof Kolumb

Wedle jednego powszechnie przyjętego przekonania, zasadniczo miał rację, ponieważ wierzył w heretycką teorię, że Ziemia jest okrągła, podczas gdy naiwni głupcy myśleli, że czeka go upadek z krawędzi świata. Z przykrością powiem, że to kompletna bzdura. W owym czasie prawie każda wykształcona osoba w Europie (i większość niewykształconych) doskonale zdawała sobie sprawę, że Ziemia jest kulą, i wiedziano o tym od bardzo dawna. Było to wiedzą powszechną ponad dwieście lat przed podróżą Kolumba; teolog Tomasz z Akwinu uważał kulisty kształt Ziemi za oczywistość. Zważywszy, że do dziś uparta mniejszość wciąż wątpi w oficjalną wersję ilustrowaną przez globus, teoria płaskiej Ziemi może być dzisiaj równie popularna jak w piętnastym stuleciu. Grupa płaskoziemców planuje zorganizowanie w 2019 roku wycieczki dla społeczności płaskoziemców, co powinno być dla nich ekscytującą okazją, by sprawdzić swoją teorię. Brawo dla wszystkich!

A zatem nie, nie było różnicy zdań co do kulistości Ziemi. Sceptycyzm wobec przedsięwzięcia Kolumba wyrasta z zupełnie innego źródła. Problem polega na tym, że Krzysztof Kolumb kompletnie namieszał w jednostkach miary, więc jego obliczenia były z gruntu błędne.

Cały plan misji oparł na dwóch osobiście przeprowadzonych obliczeniach: wielkości Ziemi i wielkości Azji. W obu wypadkach sporo się pomylił. Przede wszystkim uznał, że Azja jest o wiele dłuższa niż w rzeczywistości (a jest całkiem długa) i że płynąc z korzystnym wiatrem, w końcu znajdzie Japonię kilka tysięcy mil dalej na wschód, niż ta faktycznie leży. Co gorsza, oparł swoje rachuby obwodu Ziemi na pracy żyjącego w dziewiątym wieku perskiego astronoma Ahmada ibn Muhammada ibn Kathira al-Farghaniego. Nie był to dobry start, bo przecież istniały dokładniejsze obliczenia, poczynając od tych, które wykonał grecki matematyk Eratostenes z Cyreny całe tysiąc siedemset lat wcześniej. Ale nawet nie to było największym błędem Kolumba.

Największym błędem było założenie, że kiedy al-Farghani mówił o „mili”, chodziło mu oczywiście o milę rzymską, która miała około 1478 metrów. W istocie al-Farghaniemu chodziło o milę arabską, która ma około dwóch tysięcy metrów. Kiedy więc al-Farghani mówił, że coś leży ileś mil dalej, była to odległość znacznie większa niż ta, jaką przyjmował Kolumb.

Fani filmu Oto Spinal Tap będą dobrze wiedzieć, co zrobił Krzysztof. Pomieszał jedną jednostkę miary z zupełnie inną i wyszedł mu niedorzecznie mały model. Kolumb uważał, że świat jest o jedną czwartą mniejszy, niż jest w rzeczywistości. Łącząc to przekonanie z przeniesieniem Japonii o kilka tysięcy mil, stwierdził, że czeka go względnie krótka podróż, i na taką się przygotował. Wielu współczesnych usiłowało przemówić mu do rozumu: „Krzychu, z wielkością Ziemi coś jest nie w porządku”, on jednak wierzył w swoje obliczenia. Można uznać, że miał sporo szczęścia, wpadając na Karaiby (nikt przecież nie brał pod uwagę możliwości, że cały dodatkowy kontynent może być dokładnie tam, gdzie nie ma Azji).

Warto chyba dodać, że błędne założenie dotyczące długości mili al-Farghaniego świadczy o europocentryzmie Kolumba. Ale bądźmy szczerzy: to drobiazg w porównaniu z tym, co zrobił później, ponieważ myślał zbyt europocentrycznie.

Romantyczne wyobrażenie lądowania Cabrala w Brazylii

Kusi się zastanowić, jak inaczej mogłaby wyglądać historia świata, gdyby Kolumb był lepszy z rachunków i nigdy nie wyruszył w podróż. Odpowiedź: prawdopodobnie uczyniłoby to niewielką różnicę, z tym wyjątkiem, że może trochę więcej ludzi mówiłoby teraz po portugalsku. Portugalczycy w owym czasie byli najlepszymi żeglarzami i nawigatorami w Europie (ekspedycja Kolumba była finansowana przez Hiszpanię tylko dlatego, że Portugalczycy odmówili wsparcia, bo doskonale wiedzieli, że Kolumb schrzanił obliczenia) i w kolejnych latach wylądowali w różnych częściach obu Ameryk. Pedro Álvares Cabral dotarł do Brazylii w 1500 roku. Rok później bracia Corte-Real dotarli albo do Labradoru albo do Nowej Fundlandii, gdzie na znak tego, co nastąpi, porwali pięćdziesięciu siedmiu krajowców i sprzedali ich jako niewolników.

Prawdziwą różnicę w historii relacji Stary Świat–Nowy Świat uczyniłoby to, gdyby każdy biały człowiek powściągnął naturalny impuls mordowania albo porywania pierwszych ludzi, jakich napotka. Całe pięć wieków przed Kolumbem wikingowie jako pierwsi Europejczycy założyli osadę w Ameryce, gdy Leif Eriksson wyruszył z wikińskiej kolonii na Grenlandii i natknął się na coś, co nazwał Winlandią, czyli „krajem winorośli” (przypuszczalnie była to dzisiejsza Nowa Fund­ landia). W porównaniu z jałową i generalnie mało zabawną Grenlandią, lesista, zielona Winlandia musiała wydawać się rajem i wikingowie założyli tam kolonię handlową. Niestety, widoki na handel z rdzennymi mieszkańcami Winlandii (zapewne ludem Thule, inaczej Skrælingami, jak zwali ich wikingowie) zostały nieco osłabione przez to, co zaszło podczas spotkania jednych z drugimi.

Ten tekst jest fragmentem książki Toma Phillipsa „Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”:

Tom Phillips
„Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
Premiera: 3 kwiecień 2019
Format: 130 X 210 mm
ISBN: 978-83-8125-480-9

Pierwsze w dziejach odnotowane spotkanie Europejczyków i Amerykanów wyglądało mniej więcej tak: wikingowie znaleźli grupę dziesięciu krajowców śpiących pod odwróconymi do góry dnem kanu i ich wymordowali.

Litości, panowie.

Nic dziwnego, że później tubylcy nie rwali się do handlowania z wikingami i że dochodziło między nimi do starć – łącznie z bitwą, w której budzący lęk, uzbrojeni w miecze intruzi niemal zostali pokonani przez „kij z gałą na końcu” (prawdopodobnie nadmuchanym zwierzęcym pęcherzem), „który przeleciał nad głowami ludzi i upadł z piekielnym hałasem”. Wikingowie byli tak przerażeni tą nowością, że przegraliby bitwę, gdyby Freydís Eiríksdóttir, siostra Leifa, w odwecie nie pokazała Skrælingom biustu.

Leif Eriksson odkrywa Amerykę, obraz Christiana Krohga (1893)

W rezultacie tej i innych mniej dziwnych bitew osada w Winlandii nigdy się nie rozwinęła. Grenlandzcy wikingowie porzucili ją po dziesięciu, dwudziestu latach. Co więcej, kolonia na Grenlandii – która powstała przede wszystkim dlatego, że Eryk Rudy został wypędzony z Islandii za morderstwa – stopniowo wygasała i wymarła po kilku stuleciach, gdy reszta wikingów w krajach nordyckich przestała się nią interesować.

Gdyby wypadki w Winlandii potoczyły się trochę inaczej, najlepiej bez morderstw, historia może obrałaby inny kurs. Ustalona trasa między Ameryką a Europą, z całą wymianą wiedzy i umiejętności, mogłaby doprowadzić do bardziej łagodnych kontaktów między tymi dwiema populacjami. To z kolei mogłoby oznaczać zmniejszenie przewagi technicznej, która w szesnastym wieku pociągnęła za sobą kolonizację Ameryki przez Europejczyków (mogłoby również dać Indianom więcej czasu, by powoli wykształcili odporność na choroby Starego Świata).

Mogłoby być inaczej, gdyby Abubakari II, władca Imperium Mali z czternastego wieku, wrócił ze swojej podróży. Król jednego z największych i najbogatszych imperiów owych czasów, obejmującego dużą część Afryki Zachodniej, poświęcił tron, władzę i bogactwo dla zaspokojenia ciekawości, czy po drugiej stronie oceanu jest jakiś brzeg. W 1312 roku wypłynął z dzisiejszej Gambii, podobno z flotą złożoną z dwóch tysięcy statków – żadnego z nich więcej nie ujrzano. Niektórzy malijscy historycy twierdzą, że mógł rzeczywiście dotrzeć do brzegów Brazylii, ale jeśli tak, to nigdy stamtąd nie wrócił, co, bądźmy szczerzy, jest kluczowym elementem eksploracji nowych terenów.

A może nawet gdyby wrócił, nie byłoby inaczej, bo już tacy jesteśmy. Kiedy spojrzeć z odpowiednio szerokiej perspektywy, historia ludzkości w znacznej mierze sprowadza się do powstawania i upadania imperiów oraz wzajemnego zabijania się bez żadnych skrupułów. Tak jak w przypadku rolnictwa, przywódców i wojny – wszystkiego, co przyczyniło się do zainicjowania epoki kolonialnej – kolonizacja zwyciężyła niekoniecznie dlatego, że była najlepszym długofalowym planem dla ludzkości, ale dlatego, że kiedy ktoś postanawia coś zrobić, wielu innych musi wejść do gry, bo jak nie, to zostaną zmiażdżeni. To jak bójka w knajpie na starym Dzikim Zachodzie, z tą różnicą, że ludzie nie wstają, gdy pianino znowu zaczyna grać.

Santa Maria, obraz Andriesa van Eertvelta (1628)

Kiedy w 1492 roku Kolumbowi przypadkiem udało się zatopić Santa Marię u brzegów Hispanioli, na wyspie mieszkały setki tysięcy Tainów. Nieco ponad dwadzieścia lat później, gdy kopalnie złota, niewolnictwo i choroby były już codziennością, zostało ich tylko trzydzieści dwa tysiące. Kolumb był kiepski z matematyki, jasne, ale pomyłka w obliczeniach zdecydowanie nie była jego największym błędem.

Nie potrzeba pracy historyków, żeby dokonać moralnego osądu przeszłości. Historycy próbują odkrywać, opisywać i umieszczać w kontekście; zrozumieć i wyjaśnić, jak wyglądało życie w dalekiej przeszłości, a także prześledzić splatające się wątki władzy i konfliktów, które położyły podwaliny pod dzisiejszy świat. Można to robić bez komentowania, czy coś było dobre, czy złe. Co więcej, biorąc pod uwagę przyprawiającą o ból głowy złożoność tego wszystkiego, osądzanie przeszłości rzadko bywa proste.

Na szczęście osądzanie przeszłości jest ścisłym celem tej książki, więc szybko coś wyjaśnijmy: kolonializm był zły. Naprawdę, ale to naprawdę zły.

Jak bardzo zły? Cóż, liczba ofiar europejskiego kolonializmu w samym dwudziestym wieku wynosi około pięćdziesięciu milionów, co stawia go na równi ze zbrodniami Hitlera,­ Stalina i Mao – i trzeba zaznaczyć, że w tym stuleciu imperia kolonialne chyliły się ku upadkowi. Szacuje się, że w ciągu pierwszych stu lat kolonizacji w obu Amerykach zmarło wskutek chorób, przemocy i pracy przymusowej dziewięćdziesiąt procent rdzennych mieszkańców – czyli znów liczba idzie w dziesiątki milionów. Nie można określić jej dokładnie, ponieważ trudno ustalić, ilu ludzi żyło tam wcześniej; dosłownie nie wiemy, co straciliśmy.

Oczywiście samo żniwo śmierci, już straszne w swojej ogólnikowości, nie opowiada całej historii. Afrykański handel niewolnikami, wynalezienie obozów koncentracyjnych, niewolnictwo seksualne w cesarstwie japońskim, hiszpański system encomienda w obu Amerykach (konkwistadorzy dostawali ziemię wraz z mieszkającymi na niej Indianami, którzy musieli dla nich pracować) – lista koszmarów jest długa i niemal nie do zniesienia ponura. I można do niej dodać mnóstwo ludów zmiecionych z powierzchni ziemi, zniszczone dziedzictwo kulturowe i ogromny bezprawny transfer bogactwa z jednej części świata do drugiej, co wciąż jest widoczne w perspektywach rozwoju i komforcie życia, zależnych od tego, gdzie kto się urodził.

Jak powiedziałem, kolonializm był zły. Przepraszam, ale ta część książki nie jest zbyt zabawna.

Pewnie nie trzeba by o tym wszystkim mówić, gdyby nie to, że obecnie jesteśmy w samym środku dyskusji, czy przypadkiem tak naprawdę KOLONIALIZM NIE BYŁ DOBRY. Argument, krótko mówiąc, jest taki, że korzyści kolonializmu dla kolonizowanych i ich potomków – modernizacja gospodarki, budowa infrastruktury, dopływ wiedzy naukowej i medycznej, wprowadzenie rządów prawa – przeważają nad godnymi ubolewania błędami, jakie popełnił biały człowiek. Ale jakkolwiek by to upiększać, taka argumentacja wciąż sprowadza się do twierdzenia, że kolonizowane ludy były zasadniczo niecywilizowane, niezdolne do samodzielnego rządzenia, odporne na postęp i niewystarczająco rozwinięte, żeby właściwie wykorzystywać swoje zasoby naturalne. Po prostu siedzieli na złocie, biedni idioci, nie mając pojęcia, co z nim zrobić.

Ten tekst jest fragmentem książki Toma Phillipsa „Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”:

Tom Phillips
„Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
Premiera: 3 kwiecień 2019
Format: 130 X 210 mm
ISBN: 978-83-8125-480-9

Na początek, takie osądy opierają się bardziej na mitach o poziomie społeczeństw przedkolonialnych niż na faktach i podnoszą wyższość techniki wojskowej kilku krajów, z historycznego punktu widzenia tymczasową i mocno względną, do rangi swego rodzaju niezmiennego prawa moralnego, stanowiącego, komu wolno rządzić. Co więcej, takie sądy polegają na przyjęciu milczącego założenia, że gdyby nie kolonizacja, w całej reszcie świata przez pięć minionych stuleci panowałby zastój, albo że poza wtargnięciem do jakiegoś kraju i uznaniem go za własny nie istniał żaden inny sposób na wymianę wiedzy naukowej czy technicznej. Z tego wynika, że bez całej tej dobroczynnej kolonizacji mieszkańcy owych krajów wciąż tkwiliby gdzieś w siedemnastym wieku.

Harry Smith
Wydaje się to mało prawdopodobne, szczególnie biorąc pod uwagę ponadnarodową wymianę idei, która doprowadziła do postępu technicznego Europy, ale oczywiście niepodobna udowodnić prawdziwości jednej czy drugiej tezy, ponieważ na świecie jest za mało krajów, które nie były skolonizowane albo nie kolonizowały. Jednym z nielicznych państw, które uniknęły dobrodziejstw kolonializmu, jest Tajlandia. Właśnie ją wygooglowałem i okazuje się, że naprawdę mają tam elektryczność, więc przypuszczam, że argument o zastoju może być gówno warty.

Ale w końcu jest to mówienie o dwóch różnych sprawach, bo przecież retrospektywna analiza zysków i strat po kilkuset latach niezupełnie ma związek z ludzką umiejętnością odróżniania dobra od zła. Wygląda na próbę uzasadnienia tego, w co chce się wierzyć, i w konsekwencji rozmowa o kolonializmie często prowadzi do wzajemnego przekrzykiwania się – „Przecież pociągi!” i „Tak, ale również masakra w Amritsarze!” – aż wszyscy tracą chęć do życia (i żeby było jasne: nie, pociągi nie są moralną przeciwwagą masakr, a mówię to jako ktoś, kto naprawdę lubi pociągi).

Oczywiście nie idzie za tym stwierdzenie, że kolonializm jest odpowiedzialny za całe zło na tym świecie, bo nie jest, ani że przed kolonizacją społeczeństwa były szczęśliwymi oazami pokoju i wzajemnego szanowania praw i obyczajów, gdzie wszyscy żyli w harmonii z naturą, bo nie były. Mam nadzieję, że na tym etapie lektury już jest oczywiste, że głupota i okrucieństwo występowały dość powszechnie w historii całego świata. Po prostu myśląc o przeszłości, powinniśmy brać pod uwagę rzeczywiste wydarzenia, a nie jakieś nostalgiczne opowiastki o wspaniałościach imperiów.

Weźmy tylko jeden przykład: koncepcja, że kolonializm wprowadził światłe zarządzanie i sakramentalne rządy prawa w krajach kolonialnych, niezupełnie pokrywa się z historią licznych traktatów zawieranych przez kolonialne potęgi z autochtonicznymi ludami – historią, która nie do końca mówi o „szacunku dla rządów prawa”. Coś takiego byłoby zaskoczeniem dla, powiedzmy, Indian północnoamerykańskich, którzy podpisali setki traktatów z rządami brytyjskimi, a później amerykańskimi, jedynie po to, żeby zobaczyć, jak są zrywane i jak biali zabierają ich ziemie. Byłoby zaskoczeniem dla Maorysów, którzy podpisali traktat Waitangi, gdzie szereg błędów translatorskich w angielskiej i maoryskiej wersji doprowadził do wygodnej dwuznacznej interpretacji tego, co właściwie zostało podpisane. Byłoby zaskoczeniem dla członków ludu Xhosa w południowoafrykańskiej brytyjskiej kolonii Kaffraria (nazwa terytorium wywodzi się z rasistowskiego określenia czarnoskórych ludzi), którzy w 1847 roku mieli okazję patrzeć, jak nowo mianowany gubernator, sir Harry Smith, ze śmiechem drze traktat pokojowy, po czym zmusza ich przywódców, żeby kolejno podchodzili i całowali jego buty.

Nawiasem mówiąc, to nie jest metafora. Rzeczywiście tak było. Warto zauważyć, że brytyjska historia generalnie pamięta sir Harry’ego Smitha jako szarmanckiego i heroicznego oficera, który został unieśmiertelniony w popularnej powieści romantycznej opisującej jego małżeństwo z czternastolatką [sic!].

Juana María de los Dolores de León, żona Smitha

To wszystko znów prowadzi nas do jednego z tematów tej książki: naszej głęboko zakorzenionej, uporczywej zdolności do karmienia się opowieściami i iluzjami dotyczącymi tego, co naprawdę robimy. Utrzymanie imperium wymaga aktywnych i długotrwałych wysiłków, by mitologizować teraźniejszość i wybiórczo pamiętać przeszłość. Taki dysonans istniał od samego początku: Kolumb wierzył, że realizuje dzieło boże, szerząc wiarę chrześcijańską, i jednocześnie rozważał możliwość ujarzmienia i zniewolenia Tainów. Również dlatego Brytyjczycy, gdy pod koniec epoki imperiów kolonialnych opuszczali Afrykę, zniszczyli dziesiątki tysięcy dokumentów, paląc je i masowo wyrzucając do morza, żeby wymazać historię i zinstytucjonalizować zbiorową amnestię (w Ugandzie miało to trafną nazwę: operacja Spuścizna).

I nigdzie mitologizowanie rzeczywistości nie jest wyraźniejsze niż w głębokiej, ponurej ironii chyba najbardziej przerażającego aktu epoki kolonialnej – kiedy belgijski król Leopold II został właścicielem liczącego ponad dwa i pół miliona kilometrów kwadratowych terytorium w dorzeczu rzeki Kongo i obrócił je w jeden gigantyczny obóz koncentracyjny, w którym w ciągu dwudziestu trzech lat zginęło ponad dziesięć milionów ludzi. Ironia polega na tym, że oficjalnie dokonało się to w imię dobroczynności. W 1885 roku to terytorium zostało przyznane założonej przez Leopolda organizacji charytatywnej o nazwie Międzynarodowe Towarzystwo Afrykańskie. Nastąpiło to podczas konferencji berlińskiej, gdzie kraje europejskie podzieliły między siebie Afrykę, zapoczątkowując „wyścig o Afrykę”, który posunął kolonizację kontynentu do nowych skrajności. Rzekoma filantropijna misja Międzynarodowego Towarzystwa Afrykańskiego miała nieść cywilizację ludom Konga. W rzeczywistości cały kraj został przeobrażony w ogromną plantację kauczuku, gdzie niedostarczenie wyznaczonej ilości surowca było karane śmiercią albo obcinaniem dłoni, stóp czy nosów. Ponieważ Belgowie chcieli mieć pewność, że drogie kule nie są marnowane, żołnierze musieli przynosić odcięte ręce na dowód, ilu ludzi za­bili. Jedna kula, jedna ręka. Tak oto kosze rąk odcinanych martwym czy żywym, bez różnicy, stały się swego rodzaju walutą.

Wolne Państwo Kongo, 1899 rok

Naturalnie Leopold nazwał swój kraj Wolnym Państwem Kongo.

No tak. Kolonializm był zły.

To książka o porażkach i trzeba zaznaczyć, że kolonializm, chociaż zdecydowanie zły, w zasadzie nie był porażką. Jeśli jakimś cudem zignoruje się etykę i spojrzy tylko na wynik końcowy, widać, że w dużej mierze odniósł oszałamiający sukces i zapewnił królewskie życie wielu stojącym za nim ludziom (szczególnie tym, którzy już byli królami).

Szeroka perspektywa ukazuje, że owszem, mocarstwa kolonialne wzbogacały się przez brutalne okradanie reszty świata, ale pomija to, ile prób podejmowanych w wyścigu o kolonie było katastrofalnie nieudolnych. Całe to mitologizowanie heroicznych przygód, wraz z pokusą rzekomo łatwych pieniędzy, sprawiło, że na projekt „kolonizacja” rzuciło się mnóstwo ludzi, którzy, mówiąc wprost, byli totalnie popieprzonymi idiotami.

Ten tekst jest fragmentem książki Toma Phillipsa „Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”:

Tom Phillips
„Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
Premiera: 3 kwiecień 2019
Format: 130 X 210 mm
ISBN: 978-83-8125-480-9

Epoka wielkich odkryć była do potęgi n-tej przesiąknięta efektem Dunninga-Krugera. Kierowanie ekspedycjami albo koloniami powierzano niekompetentnym, niedoświadczonym i często niezrównoważonym ludziom, tylko dlatego, że byli ogromnie pewni siebie i wydawali się odpowiednimi facetami.

Weźmy na przykład Johna Ledyarda, któremu Brytyjczycy zlecili poprowadzenie ekspedycji mającej na celu znalezienie wielce poszukiwanego źródła rzeki Niger, chociaż jego jedyne doświadczenie z Afryką polegało na tym, że kiedyś miał krótki przystanek żeglarski na jej południowym przylądku. Urodzony w brytyjskiej kolonii Connecticut, cieszył się reputacją wielkiego podróżnika dzięki temu, że uczestniczył w wyprawie kapitana Cooka i napisał popularną książkę o swojej podróży. Jego samodzielne wyprawy pozostawiały wiele do życzenia.

Konkwistadorzy hiszpańscy

Jednym z niewątpliwych talentów Ledyarda było zawieranie znajomości z ważnymi ludźmi i nakłanianie ich, by dawali mu pieniądze. Jego pierwszy pomysł polegał na stworzeniu kompanii handlującej futrami, która jakoś nie chciała się zmaterializować. Podczas pobytu w Paryżu, gdzie szukał sponsorów, poznał wielu luminarzy – łącznie z Thomasem Jeffersonem i markizem de La Fayette, a także kilkoma innymi, których nie ma w musicalu Hamilton – i zyskał ich poparcie dla zupełnie innego przedsięwzięcia. Był to śmiały plan podróży przez Rosję i Cieśninę Beringa na Alaskę, a stamtąd na południe, wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Ameryki. Jefferson, pomysłodawca, opisał Ledyarda jako „człowieka geniuszu (…), nieustraszonej odwagi i przedsiębiorczości”.

W drodze do Sankt Petersburga Ledyard zgubił buty i na miejscu musiał pożyczyć trochę pieniędzy, ale jakoś zdołał dotrzeć do Irkucka. Tam ekspedycja się zakończyła, bo został aresztowany jako szpieg.

John Ledyard

Kiedy w 1788 roku bez grosza przy duszy wrócił do Londynu, nadarzyła się okazja pokierowania wyprawą na tereny Czarnej Afryki. Mimo że nie znał arabskiego i w najlepszym wypadku mógł się wykazać miernymi osiągnięciami, zrobił wielkie wrażenie na sekretarzu Towarzystwa Afrykańskiego, które organizowało ekspedycję. Sekretarz, niejaki pan Beaufoy, z zapartym tchem relacjonuje, że na pierwszym spotkaniu z Ledyardem „uderzyła mnie męskość jego osoby, szerokość torsu, szczerość oblicza i niepokój oczu. (…) Zapytałem go, kiedy wyrusza. «Jutro rano», brzmiała jego odpowiedź”. Jeden wieczór może wydać ci się podejrzanie krótki na przygotowanie do wyprawy w niezbadane rejony kontynentu, który widziało się tylko z pokładu statku, ale przecież twój tors jest prawdopodobnie mniej męski niż tors Johna Ledyarda.

W końcu Ledyard dotarł nie dalej niż do Kairu, gdzie zapadł na jakąś chorobę i próbował sam się leczyć, zażywając kwas siarkowy. Jak było do przewidzenia, kuracja mu nie pomogła i zmarł w styczniu 1789 roku. Jedynymi godnymi uwagi owocami jego afrykańskiej przygody było kilka faktycznie przydatnych opisów tras karawan i listy do Thomasa Jeffersona, w których nazywał Egipcjan głupimi i obsmarował Nil, bo uznał, że daleko mu do rzeki Connecticut.

Albo weźmy Roberta O’Harę Burke’a, obdarzonego wybuchowym temperamentem i imponującą brodą irlandzkiego policjanta, który w roku 1860 objął dowodzenie nad śmiałym przedsięwzięciem, jakim było przebycie Australii od południowego do północnego wybrzeża. Uczestnicy wyprawy wyruszyli z Melbourne, żegnani przez wiwatujące tłumy, i posuwali się niesłychanie powoli, głównie dlatego, że mieli ze sobą dwadzieścia ton ekwipunku, który zawierał takie niezbędne rzeczy, jak komplet dębowych krzeseł i stół z cedrowym blatem, chiński gong i dwanaście szczotek przeciwłupieżowych.

Z uwagi na temperament i kompletny brak umiejętności organizacyjnych Burke’a, skład ekspedycji się zmieniał, wielu uczestników zostało wyrzuconych albo odeszło z własnej woli. Kiedy żenująco wolne tempo w końcu przekonało go, by porzucić część ekwipunku,

Robert O'Hara Burke
jego wybór padł na większość amunicji i broni, a także zapas limonek, które chroniły przed szkorbutem. Wreszcie, po przebyciu około trzech tysięcy kilometrów, Burke zabrał ze sobą tylko trzech ludzi i kilka wielbłądów, zostawiając całą resztę, i ledwie żywy dotarł do miejsca odległego o dwadzieścia kilometrów od północnego wybrzeża, gdzie zatrzymały go porośnięte namorzynami nieprzebyte bagna. Zmarł w drodze powrotnej, krótko po tym, jak strzelając z karabinu, odwdzięczył się za życzliwość kilku Aborygenom, którzy zaoferowali wycieńczonym podróżnikom żywność i pomoc.

Nawet wśród tych odkrywców, którzy formalnie rzecz biorąc, odnieśli sukces, nie brakowało nieudaczników. Jak René-Robert Cavelier, Francuz, który w imieniu ojczyzny objął w posiadanie znaczną część amerykańskiego terytorium nad Zatoką Meksykańską – to, co później zmieniło się w stan Luizjana. Opisany przez jednego z francuskich dygnitarzy jako „zdolniejszy niż ktokolwiek inny, kogo znam”, wyruszał na pierwsze wyprawy w przekonaniu, że znajdzie drogę do Chin przez Ohio. Był również aroganckim skurczybykiem – niefortunna cecha charakteru u odkrywcy – z talentem do irytowania większości ludzi, z którymi podróżował. Jego ostatnia ekspedycja, w roku 1687, była próbą najechania na Meksyk i odebrania go Hiszpanom, z armią złożoną tylko z dwustu Francuzów. Po trwających przez całą drogę niesnaskach, stracie kilku statków i wylądowaniu w odległości ośmiuset kilometrów od zamierzonego celu, Cavelier został zamordowany gdzieś w Teksasie przez swoich ludzi.

Ale chyba nic lepiej nie ilustruje pychy i podatności na iluzje epoki kolonialnej niż historia kolonii, której nigdy nie było – historia nieudanej próby pewnego narodu, który chciał dołączyć do mocarstw kolonialnych, a zamiast tego zbiedniał i został upokorzony.

Oto nieszczęśliwa historia imperium szkockiego.

Ten tekst jest fragmentem książki Toma Phillipsa „Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”:

Tom Phillips
„Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko”
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
Premiera: 3 kwiecień 2019
Format: 130 X 210 mm
ISBN: 978-83-8125-480-9

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Tom Phillips
Dziennikarz i pisarz brytyjski, redaktor internetowego serwisu Full Fact, cenionej brytyjskiej niezależnej organizacji zajmującej się sprawdzaniem faktów https://fullfact.org/ Wcześniej był dyrektorem wydawniczym brytyjskiej wersji serwisu BuzzFeed, gdzie dzielił swój czas między bardzo poważne relacjonowanie poważnych spraw... i robieniem zupełnie niepoważnych żartów.

Wszystkie teksty autora

Polecane artykuły
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy