Autor: Wojciech Giełżyński
Tagi: Artykuły, Historia religii, Europa
Opublikowany: 2019-08-17 14:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Do kogo modlili się Jaćwięgowie?

Wierzenia pogańskich plemion naszej części Europy otacza mgła tajemnicy. Co wiemy na temat systemu religijnego Jaćwięgów?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Na pytanie to, w tytule postawione tak prosto, prosto odpowiedzieć się nie da.

Można odpowiedzieć na trzy sposoby.

Sposób pierwszy – sokratyczny (czy sokratejski?) polega na powiedzeniu szczerze i bez ogródek: wiemy, że o wierzeniach Jaćwięgów nic nie wiemy. W istocie tak właśnie postąpiła pani Łucja Okulicz-Kozaryn, pisząc świetną książkę „Życie codzienne Prusów i Jaćwięgów”; to kopalnia wiedzy o jednym ludzie i o drugim, lecz w rozdziale końcowym: „Ich bogowie i wiara” – o Jaćwięgach nie ma ani słowa, sami tylko Prusowie różnoplemienni – a i to z zastrzeżeniem, iż „niewiele zachowało się prawdziwych relacji na temat istoty wierzeń pruskich”. Autorka nie chciała udawać, że wie coś o niewiadomym, więc Jaćwięgów pominęła. To się chwali. Nie ma źródła – nie ma sprawy. A jednak, na jednej z poprzednich stron książki, napisała: „Sambowie i Jaćwięgowie boga ziemi wyobrażali sobie jako potężnego mężczyznę, ojca i pana, władcę i dobroczyńcę, opiekuna urodzaju. Nazywali go Pergubriusem...” Skąd ta informacja? Niestety, akurat w tym przypadku Autorka nie dała odnośnika.

Puszcza Romnicka (aut. Rimantas Lazdynas, CC BY-SA 3.0)

Odpowiedzi sposób drugi jest bardzo kuszący: to wnioskowanie per analogiam. Stosowali go liczni autorzy, piszący o Jaćwieży, i ja również nim nie pogardzę, choć z wahaniem. Otóż: wiele wiadomo o religii pogańskiej Litwy i wiele o religii Prusów, pogan zakamieniałych, a przecież Jaćwięgowie – Bałtowie jak tamci – siedzieli pośrodku między nimi i świetnie się z jednymi i z drugimi dogadywali. Język ich był zbliżony, sposób życia podobny, pochodzili ze wspólnego pnia, interesy zazwyczaj mieli zbieżne, kontakty wzajemne liczne i najczęściej przyjazne, wrogów tych samych. Skoro tak, to bez wielkiego ryzyka popełnienia błędu można z wiedzy o religiach Prusów i Litwinów sporo wydedukować o wierzeniach Jaćwięgów. Musiały być podobne, zapewne w wielu punktach były identyczne. Ale to tylko hipoteza – powiedzmy taka na osiemdziesiąt procent prawdopodobieństwa. Skądinąd bowiem wiadomo, że ludy sąsiadujące ze sobą miewały często innych bogów, inne świętości. Cóż, ryzyko trzeba jednak podjąć i trochę per analogiam o religii Jaćwięgów pospekulować.

Sposób trzeci odpowiedzi na pytanie tytułowe, do którego się ucieknę na końcu tego rozdziału, nazwałbym sowizdrzalskim. Sowizdrzalski to wcale nie znaczy bzdurny czy zmyślony! Przeciwnie: raczej zdroworozsądkowy. Pozwolę sobie na to, gdyż sporo wiem o wierzeniach wielu innych ludów „przedpiśmiennych” – z autopsji; gościłem u nich w różnych zakamarkach świata. Po trosze zdam się tedy na intuicję, wierny wskazaniom mego Mistrza, Edwarda Abramowskiego, który intuicję – jeżeli opierała się na znajomości faktów – wynosił ponad zasady logiki.

Do dzieła więc! Niech jaćwieskie wspomogą mnie bogi!

Najpierw słówko o szczególnie upartych poganach... łotewskich. Oni, choć to brzmi nieprawdopodobnie, wytrwali gdzieniegdzie w swych gusłach aż do XIX wieku, nawet do początków wieku XX – wśród mokradeł Zemgalii i w puszcz inflanckich głębinie. Szczególnie mocno wierzyli (może jeszcze wierzą?) w wilkołaki – ludzi czasowo przemienionych w wilki i bardzo złych. Ten fakt, notabene, skłania do większej ufności w przekazy, pozornie fantazyjne, o tym, że gdzieś na obrzeżach Puszczy Białowieskiej albo wśród błot północnego Polesia przetrwały do dziś relikty jaćwieskiej mowy, a nie tylko mity o jaćwieskim rodowodzie.

Przyjmuje się powszechnie, że na Olimpie litewskim przewodził Perkunas, bliźniak słowiańskiego Peruna, i że obaj często gęsto efektownie ciskali gromami, jak sam Zeus Gromowładny. Od Peruna pochodzi słowo „piorun”. Mircea Eliade, imperator religioznawców, stwierdza krótko: „We wszystkich mitologiach grom jest bronią boga nieba”.

Gintaras Beresnewiczius zżyma się jednak, gdy słyszy peany na cześć Perkunasa, czczonego także przez litewskich – coraz aktywniejszych neopogan. Gintaras to typowy Litwin nieufny (bo zdarzają się też Litwini ufni), a zarazem dbały o precyzję, jak przystało pracownikowi Instytutu Kultury, etnografowi i religioznawcy. Ale jest również Gintaras wziętym i pewnym siebie dziennikarzem.

– Perkunas wcale nie był pierwszy na litewskim niebie – prostuje. – Był raczej trzecim, może drugim. Przed nim był Nonadiej, a chyba i Teliavel. O nich już Johanes Małałła pisał w bizantyjskiej kronice świata. Czytał pan, jak sądzę?

Perkun (lub Perkunas) na obrazie litewskiego twórcy Mikołaja Konstantyego Czurlanisa (domena publiczna)

Nie czytałem, nawet nie słyszałem, więc się zawstydziłem. Ponieważ jednak ten Beresnewiczius cosik mi wyglądał na bajarza, przeto zaraz po powrocie do Warszawy zabrałem się do wertowania starych ksiąg, inkrustowanych fragmentami jeszcze starszych, bizantyjskich. Rzeczywiście, dużo się zgadza. Jan Malallas, Syryjczyk z Antiochii, już w VI wieku, za cesarza Justyniana Wielkiego, zapoczątkował spisywanie „Chrionografii”– kronik bizantyjskich, które dalej ciągnęli Synkellos i Teofanes, Jerzy Mnich, Szymon Logoteta i inni. Bogów w nich, i to z rozmaitych krain, zatrzęsienie. Tekst Malallasa był w X wieku przetłumaczony na starosłowiański, później uzupełniany i korygowany na Rusi. Trudno rozstrzygnąć, co zostało z najstarszej wersji. Ale Beresnewiczius, jeśli nawet konfabuluje, to nie zanadto. Wygląda na to, że istotnie spośród litewskich bogów, którzy później patronowali księciu Mendogowi – czyli Mindowe – Nonadiej był Number One. A może on się zwał „Andaj”, bo i taki wariant figuruje w starodrukach.

– Niestety – ciągnął (jeszcze w Wilnie) Beresnewiczius – niewiele, a właściwie nic nie wiadomo o jego kompetencjach. On jest enigmą dla religioznawców. Co innego Żwerina lub Żworuna, jak kto woli. Ona występowała w postaci psa, ściślej: suki i czule się opiekowała zwierzętami. Jak święty Franciszek z Asyżu...

W zająca natomiast wcielał się Medein, bóg lasu.

Teliawel (a może Kalwel, czyli kowal?) był... boskim kowalem. Olbrzymim młotem wykuł Słońce i umieścił je na Nieboskłonie.

A Diweriks? Znowu zagadka. Aleksander Brückner uważał, że pojawiał się jako tęcza. Inni, że uosobieniem jego, lub wcieleniem, były drzewa, szczególnie męskie dęby i kobiece lipy, którym składano w ofierze kury, jajka, a nawet pieniądze. Prusowie rzecz traktowali prościej: w lipy wcielały się dusze odeszłych ze świata kobiet, w dęby – mężczyzn. W lesie sąsiadowały zgodnie.

Żeminele była bóstwem Ziemi. Litwini „dawali Ziemi wieprza” jeszcze w 1583 roku, choć od dawna byli przecież chrześcijanami; a wedle relacji jezuickich nawet później. Bardzo trudno było z Litwina przepędzić pogana, choć łatwiej niż z Łotysza.

Wielu znawców twierdzi stanowczo, iż Litwini (a pewnie też Prusowie i Jaćwięgowie) uprawiali, najkrócej mówiąc, kult przyrody. Czcili święte gaje i poszczególne święte drzewa, wokół nich zbierali się na modły, im składali ofiary. Czcili także rozmaite zwierzaki, przede wszystkim kozła – symbol siły witalnej, oraz węża – co odbiło się w sławnej legendzie litewskiego pochodzenia o pięknej Egli i bogu wężu Żaltisie, która znana jest na Suwalszczyźnie. Podobne okazy flory i fauny otacza czcią moje ulubione dzikie plemię Mentawej na wyspie Siberut koło Sumatry, które uroczyście i obrzędowo przyjęło mnie swego czasu do braterstwa i wspólnoty, z wodzem Saruru na czele.

Gintaras, gdy piliśmy gorzałę w Klubie Pisarzy w Wilnie, skrzywił się okropnie, gdy napomknąłem o owym litewskim kulcie przyrody, zaświadczonym przez sławnych religioznawców.

Ten tekst jest fragmentem książki Wojciecha Giełżyńskiego „Jaćwięgi są wśród nas”:

Wojciech Giełżyński
„Jaćwięgi są wśród nas”
44,90 zł
Wydawca: Iskry

– Co to znaczy: kult przyrody? Czy pan sądzi, że starodawni Litwini i Jaćwięgowie byli aż tak gorliwi, aż tak prymitywni, aby czcić pioruny? Albo ropuchy, co nam szczególnie ongiś wypominano? Nie, oni czcili tych, co piorunami władali, a ropuchy najwyżej słali na przeszpiegi. Czy oni modlili się do zająca, suki, węża, kozła? Bzdura, oni te zwierzaki, kozła szczególnie, składali bogom w ofierze. Jak można mylić boga z ofiarą, którą się dlań zarzyna na kamiennym ołtarzu!

Gdy go skontrowałem Mentawejczykami, co każde zwierzątko zjedzone uświęcają i wciągają do wielkiej rodziny dusz plemiennych, wraz z duszami przodków i potomków jeszcze nienarodzonych, Gintaras umilkł i słuchał łapczywie, i zazdrościł. Wreszcie westchnął: „Ech, wam to dobrze! Dziennikarze litewscy jeżdżą na Białoruś, na Łotwę, a jak się któremu uda pojechać na zachód, do Polski, to już wielka sensacja”.

Ja go dalej maglowałem o Jaćwięgów, to przecież bliscy kuzyni Litwinów, którzy mieszali się z nimi i bratali. Gintaras stał się mrukliwy, coś nawijał niewyraźnie, wreszcie wystękał:

– Czarna dziura. Biała plama. O tym tak naprawdę to nie wiadomo nic na pewno.

Skoro tak, to przejdźmy do bóstw Prusów, które mogły być jeszcze podobniejsze do jaćwieskich niż litewskie.

Nieoceniony w innych kwestiach Peter von Dusburg zdobył się w sprawie religii Prusów tylko na pogardliwe zdanie: „Gdy im Bóg nie był znany, powstało błądzenie, że w głupim zapale wszelkiemu stworzeniu jako Bogu cześć oddawali. Gromy, słońce, gwiazdy, księżyc, ptactwo, zwierzęta, a nawet ropuchy upatrzyli sobie za bóstwa”.

No nie, dość tych ropuch! Nasz Długosz powtórzył prawie słowo w słowo tekst Dusburga, ale ropuchy jednak pominął. A dodał – ogień.

Widewuto, legendarny król pogańskich Prusów (domena publiczna)

Jedno jedyne imię pruskiego boga: Kurke (Curche?) wymieniono tylko w „Traktacie chrystburskim” (1249). Prawdopodobnie nie był on niebios imperatorem, miał pod sobą tylko jedną – prawda, że ważną – działkę: rolnictwo. Mieszkał Kurke skromnie, wśród łanów zbóż i podczas żniw cofał się i cofał – aż wreszcie krył się w ostatnim snopku, który był dla żeńców nietykalny. Ten zwyczaj nadal jest w niektórych stronach Polski respektowany, widocznie miał rodowód bałto-słowiański.

Co do pruskich świątyń, to etnolodzy dedukują z różnych wątłych przesłanek, iż była nimi „cała przyroda”, a na pewno święte gaje. W nich kapłani strzegli świętego ognia. Najpewniej nie inaczej było u Jaćwięgów, na przykład w Szurpiłach. Prawdopodobnie na kamiennych kręgach palenisk, strzeżonych przez kapłanów, płonęły święte ogniska, na których nie tylko kozły palono – także ludzi. Za czasów Grzegorza IX doszły do Rzymu, nieznanymi drogami, okropne wieści, iż szczególnie chętnie palono dziewczęta w kwietnych wieńcach – żeby usatysfakcjonować złe duchy.

U Prusów własnego kapłana miał każdy lauks (włość lub gromada), może nawet każdy ród. Niektórzy osiągnęli szeroką sławę, jak pewna kapłanka z Galindii, czary czyniąca, jak kapłan Kriwe (Crive?) z Nadrowii, u Jaćwięgów zaś zaświadczony źródłowo Skomand. Nazwijmy go „Starszym”, gdyż inny Skomand – może syn? – stał się u schyłku istnienia Jaćwieży najsławniejszym z jej wodzów.

Kriwe miał siedzibę „w mieście Romowe” – wedle Mikołaja z Jeroszyna, który już w połowie XIV wieku przełożył „Kroniki” Piotra Dusburga z łaciny na niemiecki. Mikołaj był rzetelnym tłumaczem, ale zagalopował się w przypuszczeniu, iż Romowe „wzięło nazwę od Rzymu”. Cóż, przypisywanie sobie rzymskiej genealogii zawsze i wszędzie było w modzie, nawet Polacy niekiedy snobowali się na Rzymian, ale przaśna prawda była taka, że nazwa Romowe była w Prusach rozpowszechniona i z Wiecznym Miastem nie miała nic wspólnego. Bardzo natomiast prawdopodobne, że tamto Romowe z Nadrowii pod koniec krzyżackich podbojów Prus i Jaćwieży rzeczywiście było – raczej jako leśna polana niż miasto – czymś w rodzaju stolicy luźnej konfederacji Nadrowów, Skalowów i Jaćwięgów. Możliwe, że tam – za późno niestety – rodziła się pogańska myśl protopaństwowa o wspólnym froncie antykrzyżackim.

Dopiero po ochrzczeniu Prusów, a nawet w osiem lat po klęsce grunwaldzkiej, która zachwiała misjonarską butą zakonu, biskup warmiński – chwaląc Krzyżaków za wyplenienie pogaństwa – wymienił imiona dwóch upadłych już bogów pruskich: Patola i Natrimpe. Nie wiadomo, jakimi zarządzali resortami. Nie wiadomo, czy podlegali im także Jaćwięgowie.

Wiadomo natomiast, że Prusowie żyli wśród tabunów duchów dobrych i trochę gorszych.

Kauki, które wydawały skowyt, opiekowały się domem.

Wele przepełniały lasy i jeziora. Były chyba duchami przodków, choć wiele dusz, skazanych na trzysta lat pokuty, oblekało się także w postać nietoperzy. Wele gustowały w serze i miodzie, ale czasem lubiły też przekąsić coś mięsnego. Ich kuzynką była Świtezianka!

Aitwary doglądały spichlerzy; trzeba je było podkarmiać kaszą i jajecznicą, żeby pracowały wydajnie. Duszek ziemny żempat dbał o pola, korzystając z pomocy łaukosarga, wyspecjalizowanego w nadzorowaniu urodzaju. Ale nad nimi – oraz nad czeredą duszków zajmujących się pszczołami, rybami, ogrodami i tak dalej – czuwał oczywiście i rządził Kurke.

Papież Innocenty III w swej bulli podał mylną informację – wtedy jeszcze nie był w mocy dogmat o nieomylności papieskiej – jakoby Prusowie oddawali cześć bogom, mającym postać dzikich zwierząt. Łucja Okulicz-Kozaryn uważała, że to nieporozumienie: oni nie czcili dzikich zwierząt jako takich, wcale nie uważali ich za bóstwa, lecz tylko za cielesne siedlisko dusz swoich ukochanych zmarłych.

Przejdźmy zatem do bogów wyższej rangi. Czy tak potężny litewski Perkunas także Jaćwięgom był Panem? Niewykluczone, skoro jego chwała na pewno i do Prusów docierała. U nich to (jak zapisał Maciej Stryjkowski w roku 1582) był Perkunas bogiem „łyskania, gromu, śniegu i dżdżu”, czyli w jego kompetencjach była przede wszystkim meteorologia.

Innocenty III

Prawdopodobnie u Jaćwięgów był jeszcze ważniejszy. Ci współcześni poganie Jaćwięgowie (to znaczy ci, co się za takowych uważają i tego nie skrywają, a niekiedy nawet się tym szczycą) w Perkunasa wierzą gorąco, dary mu zanoszą pod dęby i Jego proszą o łaski.

A co z bóstwami rangi niższej i z tymi duszkami o wąskich prerogatywach. Czy one też towarzyszyły Jaćwięgom tak jak Prusom?

Zapewne tak, choć może pod innymi imionami.

A później, czy one wszystkie wyginęły, gdy nad ziemiami Zachodnich Bałtów zapanował Krzyż, który – jak to ujął Mickiewicz we wstępie do „Konrada Wallenroda” – czoło krył w niebie i groźne ku Litwie wyciągał ramiona? Chyba nie od razu wyginęły. A na pewno przetrwały – aż do naszych czasów! – boginki łaumy (vel łojmy), które czuwały nad kołykami niemowląt, ale potem zbiesiły się i paskudnymi obyczajami zaczęły przypominać czarownice.

Zostawmy ten wątek. O łojmach będzie osobny rozdział, bo są tego warte!

Z obrzędów jeden przetrwał aż do dziś i przeniósł się na polskie ziemie: lanie wosku w celach wróżebnych. Nie tylko w andrzejki.

W kwestii wierzeń właściwie tylko jedno można uznać za pewnik: oni głęboko wierzyli w reinkarnację i w doskonalenie dusz (jak hindusi – może to nie jest przypadek, ale pozostałość z czasów indoeuropejskiej wspólnoty?). Już Wincenty Kadłubek wiedział, iż Prusowie nie bali się ani własnej śmierci, ani utraty najbliższych. Dlatego chętnie dawali zakładników jako rękojmię zawieranych układów – które i tak łamali, nie troszcząc się o życie swych synów, bo „lepiej będzie, że utracą synów, niż żeby mieli być pozbawieni wolności ojców, a zaszczytna śmierć zapewni synom szlachetniejsze urodzenie”. Pod tym względem Jaćwięgowie niczym się od Prusów nie różnili. Odznaczali się niezwykłym męstwem, do boju szli ze śmiechem (to znów przypomina postawę współczesnych hezbollahów, gotowych polec w świętej wojnie – w dżihadzie – bo gwarantuje im to natychmiastowy awans do bardzo wesołego, pełnego hurys Raju).

Ten tekst jest fragmentem książki Wojciecha Giełżyńskiego „Jaćwięgi są wśród nas”:

Wojciech Giełżyński
„Jaćwięgi są wśród nas”
44,90 zł
Wydawca: Iskry

Niebezpiecznie kuszą mnie amatorskie analogie... Ale, skoro tylu badaczy uważa, iż Bałtowie byli najbliżsi – spośród wszystkich ludów indoeuropejskich – korzeni sanskryckich, wedyjskich, to może częste samospalanie się wdów pruskich i jaćwieskich miało tę samą metafizyczną genezę, co obrzędowe sati w Indiach, samospalanie się żon na stosie, na którym spopiela się zwłoki męża? Beresnewiczius uważa, iż „w częściach Indii taki obyczaj utrzymywał się aż do XIX wieku”; napisał tak w pracy „o samobójstwie u Bałtów w okresie przedchrześcijańskim”. Myli się. Sati nadal się w Indiach zdarza, wcale nierzadko, wciąż donoszą o nim gazety.

Polecenie papieża Innocentego IV skierowane do krakowskich dominikanów, by wzywali do krucjaty do Prus i Liwonii dla wsparcia działań krzyżackich, 1243 rok (fot. AGAD, domena publiczna)

Jaćwieskie wdowy częściej jednak wieszały się, nie paliły – wedle starych kronikarzy – ażeby natychmiast spotkać się z mężami w zaświatach.

Beresnewiczius – etnolog i religioznawca Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie, autor książki „Dausos” („Zaświaty”) – przytacza wiele przykładów zbiorowych samobójstw, wśród Prusów i Litwinów. Jest zupełnie pewne, że podobne przypadki zdarzały się wśród Jaćwięgów.

W roku 1336, gdy Krzyżacy zdobywali zamek Pillenen nad Niemnem, Litwini rozpalili wielki stos, do którego wrzucili swe żony i dzieci, a potem wymordowali się nawzajem. Margirisowi, dowódcy twierdzy, pomagała w dziele śmierci stara kobieta, która najpierw zabiła toporem stu mężczyzn, pragnących śmierci, a następnie sama sobie (!) rozpłatała głowę. Margiris najpierw zabił żonę mieczem, potem wypruł sobie flaki.

Dwaj legendarni wodzowie pruscy, Brutenis i Videvutis, także złożyli z siebie ofiarę na obrzędowym stosie.

Książę Sventaragis, gdy zmarł, został spalony na stosie wraz ze swym ukochanym niewolnikiem.

Prusowie i Litwini pokonani w bitwie często popełniali samobójstwa. Uważano, że człowiek póty żyć powinien, póki zdolny jest walczyć. Gdy przegrywa, życie traci sens. Do analogicznego wniosku dochodziły często osoby kalekie. I wdowy; znane jest z kronik zbiorowe samobójstwo pięćdziesięciu kobiet Litwinek z jednej wsi, które powiesiły się, żeby uniknąć nieuchronnej nędzy po śmierci mężów. Chociaż istniała i taka interpretacja, że samobójstwo kobiet przez powieszenie się stanowiło „wesele z diabłem”, które – wedle starolitewskich wierzeń – wcale nie oznaczało ostatecznej zguby, lecz coś w rodzaju czyśćca na pewien okres.

Beresnewiczius uważa, iż sakralizacja samobójstwa jest w litewskiej kulturze „...zbyt mocno zakorzeniona. Samobójstwo jest częścią tradycji kultury litewskiej, często nadaje się mu wartość heroiczną”. Czy za Beresnewicziusem nie popuszczam zbytnio wodzy fantazji? Czy nie nadaję mistycznej, metafizycznej rangi takim przejawom kultu, jak wiara w reinkarnację, jak upodobanie do wróżbiarstwa i szacunek dla czarowników, a wreszcie przydawanie cech nadprzyrodzonych niektórym czworonogom, ptakom i obłym gadom – co można znaleźć w wielu religiach pierwotnych, jak również w hinduizmie?

Możliwe, że wchodzę na fałszywą ścieżkę; ale cóż – zapowiedziałem wszak dywagacje sowizdrzalskie, więc cofnąć się nie mogę z pewnych intuicyjnych hipotez, które poważni religioznawcy wyśmieją. Nie szkodzi. Oni też fantazjują, choć w języku pozorującym naukową rzetelność.

Otóż sądzę, że za sztywnym podziałem religii na monoteistyczne i politeistyczne kryje się coś więcej niż różnica między wiarą w Najwyższego o rozmaitych imionach – Pan Bóg, Allah, Jahwe – a wiarą w setki lub tysiące bóstw dobrych i złych, demonów, duchów oraz im podobnych bytów niematerialnych, zarządzających wyodrębnionymi sferami życia i zaświatów.

Światowid

Owo „coś więcej” polega na tym, że religie monoteistyczne – chrześcijaństwo, islam, judaizm – uważają Człowieka, kreowanego na obraz i podobieństwo Stwórcy, za jedyny podmiot na ziemskim padole, za Pana Wszelkiego Stworzenia, który ma czynić Ziemię sobie poddaną. Bo Bóg w swej nieograniczonej łaskawości nadał człowiekowi calutki świat żywy i nieożywiony do wyłącznej dyspozycji i dowolnej eksploatacji – ku coraz większemu pożytkowi ludzi i na Jego chwałę.

Inaczej religie politeistyczne, jak hinduizm, jak kulty antyczne i pogańskie; a także buddyzm, który – w swej czystej postaci „Małego Wozu” obywa się w ogóle bez koncepcji Boga-Stwórcy. Jednak przez długie wieki swego istnienia inkorporował niezliczone bóstwa, najczęściej hinduskie, ale też z religii pierwotnych, zwłaszcza tybetańskiej bon. Stało się tak, bo człowiekowi jakoś raźniej żyje się, gdy ma do kogo modlić się, ma od kogo oczekiwać wsparcia oraz spodziewać się niebiańskiego przebudzenia po śmierci. Jednak istotą buddyzmu pozostała etyka, a zwłaszcza imperatyw ograniczenia ludzkich pragnień i pożądań, bo one są źródłem wszystkich cierpień.

Religie politeistyczne są o wiele bliższe Natury; stąd cenią je ekolodzy. Wiele ich bóstw występuje po prostu w postaci obiektów astronomicznych (Słońce, Ziemia, Księżyc, gwiazdy) albo zjawisk meteorologicznych (gromy, święte wody, huragany), ale najczęściej w postaci okazów flory (święte drzewa, niektóre kwiaty), a przede wszystkim okazów fauny. Fantazja ludzka na tym polu jest nieograniczona. Cechy istot boskich lub „boskich wehikułów” miały, niekiedy nadal mają, na przykład:

• Kozioł – szczególnie bliski Jaćwięgom – i nie tylko;

• Wąż – w niezliczonych wierzeniach niezliczonych plemion, często jako symbol seksu;

• Byk – nawet Zeus inkarnował się w byka, żeby mieć szanse u panny Europy;

• Krokodyl – szczególnie w starym Egipcie; o jego symbolice calutka strona w „Słowniku symboli” Władysława Kopalińskiego;

• Pantera – w Grecji, około II wieku naszej ery, uważano ją za „Chrystusa Zwierząt”;

• Lew – u Kopalińskiego aż trzy strony maczkiem;

• Orzeł – posłaniec i atrybut Zeusa, król ptaków, nawet w chrześcijaństwie spełniający różne role (orłem był czwarty anioł Apokalipsy, symbolizował między innymi Wniebowstąpienie, Jana Chrzciciela i świętego Augustyna, ale też Antychrysta i koniec świata);

• Wilczyca – przedmiot ubóstwienia Rzymian;

• Hiena – stwór ohydny, lecz pasjonujący, ceniony przez Arabów;

• Krowa – wiadomo, Indie – ale nie tylko;

• Słoń – zwłaszcza biały – w starym Syjamie; jego głowę ma ulubiony hinduski bóg Ganesz, u Kopalińskiego zajmuje dwie kartki;

• Koziorożec – znak Zodiaku, utożsamiany też z bogiem Panem;

• Koń – ogromny obszar symboliki, szczególnie w postaci uskrzydlonej, na statusie Pegaza;

• Skarabeusz – bardzo czczony w Egipcie faraońskim;

• Szczur – między innymi używał go jako wierzchowca wspomniany bóg Ganesz, więc był do niedawna w Nepalu pod ochroną prawa;

• Dzik – a szczególnie jego kły, znakomity amulet;

• Pszczoła – zasuszona, strzegła Jaćwięgów przed pożarem oraz bólem zęba;

• Sowa – towarzyszka Ateny, bogini mądrości, ale też zwiastunka śmierci;

• Pies – opiewany przez Homera, druh Artemidy, towarzyszący człowiekowi co najmniej od dziesięciu tysięcy lat; w sanktuarium Asklepiosa w Epidauros święte psy leczyły pacjentów w ten sam sposób jak węże: lizaniem.

Ten ubożuchny, skromniutki bryk na temat ogromnej, choć zazwyczaj pomocniczej roli zwierząt w mitach religijnych, wiedzie mnie do uogólnień, także skrótowych – rzecz oczywista:

Religie monoteistyczne przez swe nastawienie antropocentryczne, jak również przez ambicje misjonarskie sprzyjają staraniom człowieka o jego prawa; sprzyjają dążeniom do opanowania sił przyrody; sprzyjają postępowi, utożsamianemu współcześnie z globalizacją. Tak! Globalizacja czyni świat bogatszym, choć rozdział tych bogactw między ludźmi jest coraz mniej sprawiedliwy. Co wcześniej czy później wywoła, jak tylekroć bywało, przypływ rewolucjonizmów – nie wiadomo pod jakimi hasłami.

Religie politeistyczne i te, które w ogóle nie przejmują się spekulacjami o Początku, są wszystkimi fibrami zespolone z Przyrodą. Dla nich imperatywem jest wartość życia: k aż de go życia. Dżainiści nie zabiją mrówki, pchły ani komara. „Przedpiśmienni” Mentawejczycy polują (z łuku), gdy już są zupełnie głodni; a czaszkę zjedzonego z poczuciem grzechu zwierzęcia preparują i umieszczają na obrzędowej belce, by duszę jego wciągnąć do rodowej wspólnoty. Można się oczywiście śmiać z takich dziwactw, ale warto pomyśleć: czy aby takie nastawienia nie kształtują zachowań proekologicznych nawet wśród ludzi, którzy nigdy nie słyszeli i nie usłyszą o ekologii? A przede wszystkim, czy nie stają się – powoli, ale konsekwentnie – nowym wyznaniem wiary dla poszerzających się kręgów młodzieży, której na sercu leży biologiczna równowaga – czyli przyszłość świata?

Ten tekst jest fragmentem książki Wojciecha Giełżyńskiego „Jaćwięgi są wśród nas”:

Wojciech Giełżyński
„Jaćwięgi są wśród nas”
44,90 zł
Wydawca: Iskry

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Wojciech Giełżyński
(9.05.1930 r. - 3.03.2015 r.) Reporter i publicysta. Autor ponad pięciu tysięcy publikacji prasowych oraz sześćdziesięciu - całej kopy! - książek i albumów, głównie o krajach Trzeciego Świata i o Polsce. W latach 1995-2006 był rektorem Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia w Warszawie.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy