Autor: Magdalena Mikrut-Majeranek
Tagi: Wywiady, Sylwetki i biografie, II wojna światowa, Polska
Opublikowany: 2021-02-15 06:03
Licencja: wolna licencja

Drużyna harcerska „Mury” z Ravensbrück stanowi fenomen na skalę światową

W obozie Ravensbrück prowadzono badania nad sulfonamidami i wykonywano okrutne eksperymenty medyczne. Królikami doświadczalnymi były więźniarki. Kobietom tym pomagały nieustraszone harcerki z drużyny „Murów”. O jej dziejach opowiada Anna Kwiatkowska-Bieda, autorka książki „Harcerki z Ravensbrück”.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Więźniarki obozu Ravensbrück przy pracy (autor nieznany, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)

Magdalena Mikrut-Majeranek: W książce „Harcerki z Ravensbrück” opowiada pani wstrząsającą historię kobiet, które w miejscu kaźni wykazały się niezwykłym heroizmem, braterstwem i wzajemnym oddaniem. Jednakże preludium do książki stanowi opowieść dotycząca Mafekingu, niewielkiego miasta położonego w Republice Południowej Afryki. Co łączy te dwa punkty?

Anna Kwiatkowska-Bieda: Historia obozów koncentracyjnych rozpoczęła się właśnie w Republice Południowej Afryki. Opowieść o Mafekingu skojarzyła mi się z drużyną „Murów”, ponieważ nieopodal tej afrykańskiej miejscowości w XIX wieku powstał pierwszy w dziejach świata obóz koncentracyjny. W czasie II wojny światowej Heinrich Himmler wzorował się na nim, tworząc system machiny śmierci. Dlatego wydaje mi się, że to jest symboliczne. Chciałam pokazać opisywaną sprawę szerzej, wykazać, że historie łączą się ze sobą. Powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski.

Do Mafekingu pojechałam wiele lat temu, kiedy realizowałam film opowiadający o początkach harcerstwa - „Zdarzyło się w Mafekingu”. To właśnie tam Robert Baden-Powell, brytyjski bohater narodowy, wpadł na pomysł zaangażowania młodych chłopców do prac pomocniczych w czasie oblężenia miasta (trwało od 13 października 1899 do 17 maja 1900 roku, podczas II wojny burskiej – przy. red.). Chłopcy z nudów często narażali się na niebezpieczeństwo. Dzięki pomysłowi Baden Powela zyskali odpowiedzialne zadania. Byli kurierami, pocztylionami.

Co ważne, w Mafekingu Baden-Powell sformułował swój pomysł stworzenia organizacji młodzieżowej, opartej na zasadach przyjaźni, braterstwa i wzajemnej pomocy. I właśnie dlatego we wstępie do książki o drużynie harcerskiej działającej w Ravensbrück przypominam Mafeking.

M.M.-M.: Zainteresowanie skautingiem nie jest przypadkowe. Od najmłodszych lat należy pani do harcerstwa.

A.K.-B.: Tak, jestem związana z harcerstwem od dziecka. Najpierw, od pierwszej klasy podstawówki byłam zuchem, potem harcerką, następnie instruktorką, a później sama zajmowałam się zuchami. Harcerzami byli także moi rodzice. Jednym słowem harcerska tradycja jest bardzo silna w mojej rodzinie. Harcerzem jest się do końca życia. Muszę też przyznać, że moimi najlepszymi przyjaciółmi są ci, których poznałam właśnie w harcerstwie. Nadal mnie wspierają, a ta życzliwa obecność w moim życiu jest szalenie ważna.

M.M.-M.: A kiedy po raz pierwszy natknęła się pani na informacje dotyczące drużyny harcerskiej z Ravensbrück?

A.K.-B.: Po raz pierwszy z historią „Murów” i należących do nich harcerek zetknęłam się chyba w liceum. Natomiast do napisania książki o drużynie zainspirowała mnie dyrektorka Muzeum Harcerstwa - Katarzyna Traczyk. Od lat współpracuję z muzeum i kiedy zbliżała się setna rocznica ruchu harcerskiego w Polsce, rozmawiałyśmy z Kasią o tym, co można przygotować na tę okazję, jakie wydarzenie zorganizować i jak uczcić jubileusz. To wtedy opowiedziała mi o „Murach” i tak rozpoczęła się moja przygoda z harcerkami z Ravensbrück.

Dwie Stojące, pomnik więźniarek obozu Ravensbrück (fot. Norbert Radtke, domena publiczna)

Później pojechałam do Częstochowy na coroczne spotkanie harcerek „Murów” i zaczęłam pracować nad książką. Niestety, nie udało mi się porozmawiać z żadną z nich osobiście. Były już w tak zaawansowanym wieku, że nie chciałam ich męczyć wywiadami. Kiedy rozpoczęłam pracę nad książką, okazało się, że w Muzeum Harcerstwa znajdują się ważne materiały, które gromadzono przez lata. Umieszczono tam praktycznie całe archiwum „Murów”. Co więcej, można powiedzieć, że było „dziewicze”. Ktoś opisał te wszystkie dokumenty, posegregował i włożył do pudeł. Podejrzewam, że chyba nikt do tego później nie zaglądał. Wśród materiałów znalazłam prawdziwe perełki. Odkryłam m.in. list napisany przez René Skalską do głównej kwatery ZHP. Pisała w nim, że „Mury” nie były jedyną drużyną harcerską w Ravensbrück, ponieważ działała tam też drużyna Szarych Szeregów, którą ona prowadziła. Później udało mi się dotrzeć do znajdującej się w zasobach IPN książki René Skalskiej, która nigdy nie została wydana, a w której harcerka opisuje swoje obozowe wspomnienia.

Pracując nad książką korzystałam też ze zgromadzonych po wojnie wspomnień więźniarek Ravensbrück. Dobre opracowanie przygotowała Urszula Wińska, przeprowadzono też ankietę. Wszystko zostało zrealizowane wtedy, kiedy obozowe wspomnienia były jeszcze świeże. Dzięki tym źródłom w mojej książce znalazły się wspomnienia innych więźniarek dotyczące działalności harcerek „Murów”. Większość tych kobiet już nie żyje, dlatego też te relacje z lat 50., 60., 70., są tak niezwykle cenne.

M.M.-M.: Dlaczego „Mury” są tak wyjątkowe?

A.K.-B.: Drużyna „Murów” jest absolutnym fenomenem na skalę światową, dlatego, że wszystkie inne środowiska harcerskie, które istniały w obozach koncentracyjnych funkcjonowały w sposób, który nie definiował ich jako klasycznej drużyny harcerskiej. Oczywiście, odbywały się spotkania, ale te drużyny nie posiadały swojej obrzędowości. Zazwyczaj nie miały form pracy harcerskiej. Były oparte na idei harcerskiej, na braterstwie grup, ale wiele tradycji porzucono. Przykładowo, w obozach nie składano nowych przyrzeczeń, nie organizowano zbiórek, nie było prób na stopnie harcerskie czy kursów instruktorskich. Natomiast drużyna „Murów” była fenomenem, ponieważ działając w konspiracji w obozie Ravensbrück wypełniała wszystkie formalne zasady metody harcerskiej.

To niezwykła historia. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o „Murach”, pomyślałam sobie, że organizacja zbiórek harcerskich w tak tragicznych okolicznościach, przy dymiącym krematorium, jest pewną bufonadą i przesadą. To była jedynie pierwsza myśl. Paradoksalnie, ta drużyna harcerska, z jej formami pracy, uratowała życie wielu harcerkom i osobom, którym pomagały.

Trzeba podkreślić, że największą zmorą obozów koncentracyjnych, w tym Ravensbrück, było odczłowieczenie. Kiedy przekraczało się bramę obozu koncentracyjnego, człowiekowi zabierano wszystkie osobiste rzeczy, a zamiast nazwiska – nadawano mu numer. Człowiek przestawał być człowiekiem. Przestawał być istotą, która ma uczucia, rodzinę, a stawał się przeznaczonym do eksterminacji trybikiem w machinie śmierci. Wiele osób załamywało się, zaczynało wątpić, traciło nadzieję, pogodę ducha i chęć do życia. Wzajemne wsparcie, jakie dawały sobie i innym harcerki było tu nieocenione.

Anna Maria Kwiatkowska-Bieda
„Harcerki z Ravensbrück”
49,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 520
Format: 135×215 mm
EAN: 9788311158962

Pomnik upamiętniający więźniarki Ravensbrück (fot. Paweł Drozd, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana)

Co ciekawe, harcerki realizowały też znane dziś powszechnie biegi harcerskie. Jednakże podczas nich nie wypełniały zadań, które dziś są realizowane. Starały się wypełniać punkty prawa harcerskiego. Kiedy szły obozowymi uliczkami i widziały załamaną kobietę, zastanawiały się co mogą dla niej zrobić, aby jej pomóc. Starały się zawsze porozmawiać, pocieszyć. W obozie dobre słowo, czuły gest, dotyk były na wagę złota. Często takie drobne niuanse ratowały innym życie.

Pierwsze harcerskie biegi organizowano nie po to, aby zdobywać sprawności, ale po to, żeby poznać topografię terenu i stworzyć sieć łączności. Było to bardzo przydatne zarówno podczas ukrywania Królików, jak i w czasie ewakuacji. Warto dodać, że dzięki interwencji doktor Janiny Węgierskiej dwie harcerki „Murów” - Hanka Burdówna i Kamila Janowicz-Sycz zostały w Ravensbrück po to, żeby pomagać tym więźniarkom, które zostały skazane na śmierć.

Gdy władze hitlerowskie opuściły obóz, a więźniarki zostały ewakuowane przez Czerwony Krzyż, na miejscu zostały tylko osoby chore. Zostawiono je bez jakiejkolwiek pomocy. Gdyby nie te dzielne kobiety, które zdecydowały się zostać i im pomóc, umarłyby. Ich odwaga była podwójna, ponieważ panowało wówczas przekonanie, że obóz został zaminowany przez Niemców. Podejrzewano, że hitlerowcy zamierzają wysadzić go w powietrze, żeby zlikwidować dowody swoich zbrodni.

M.M.-M.: Z kart książki możemy dowiedzieć się też jak wyglądały nieludzkie eksperymenty, których dopuszczali się niemieccy lekarze. Jak czytamy w książce: „W czasie procesu norymberskiego doktor Gebhardt wyjaśnił, że podczas operacji więźniarkom robiono nacięcia na nogach i wszczepiano bakterie zgorzeli gazowej i gangreny, a wraz z nimi wióry, kawałki szmat, ziemi i inne zanieczyszczenia, które mogły się zdarzyć, kiedy żołnierze na froncie doznawali ran”.

A.K.-B.: Co więcej, ponieważ te pierwsze eksperymenty nie przynosiły spodziewanych rezultatów, to władze SS kazały strzelać z broni w nogi tym biednym dziewczynom. Do tego nie doszło, ale łamano zdrowym kobietom kości. Opisy tych eksperymentów są bardzo drastyczne.

Ravensbrück to obóz, w którym przeprowadzano chyba najbardziej okrutne i bestialskie eksperymenty medyczne. Łączyło się to z historią tego miejsca. Heinrich Himmler wybrał Ravensbrück m.in. ze względu na bliskość kompleksu sanatoryjno-szpitalnego, który prowadził jego przyjaciel, doktor Karl Gebhardt. Zajmował się badaniami nad sulfonamidami, czyli lekami mającymi zahamować zakażenie bakteriami beztlenowymi i ropotwórczymi.

Rzadko sobie to uświadamiamy, ale w czasie II wojny światowej penicylina czy antybiotyki nie były powszechne. Penicylinę mieli wówczas co prawda Brytyjczycy, ale Niemcy nie. Leczenie wszelkich zakażeń było bardzo trudne i ryzykowne. Niemcy pracowali nad sulfonamidami. Aby przyspieszyć badania, zaczęli prowadzić eksperymenty na ludziach. Początkowo ich „królikami doświadczalnymi” byli mężczyźni z obozu Sachsenhausen, których specjalnie w tym celu przywożono do Ravensbrück. Szybko okazało się, że to nieekonomiczne rozwiązanie. W związku z tym eksperymenty zaczęto prowadzić na młodych i zdrowych kobietach, które przyjeżdżały do Ravensbrück z wyrokami śmierci lub z tzw. wyrokiem wskazującym, że mają się „rozwiać we mgle”. Nie był to oficjalny wyrok śmierci, jak rozstrzelanie czy powieszenie, ale de facto oznaczał ich unicestwienie w obozach. Eksperymentom poddawano przede wszystkim dziewczęta z grupy lubelskiej, w której było wiele harcerek m.in. Wanda Wojtasik-Półtawska, Krystyna Czyż-Wilgatowa czy siostry Iwańskie.

Oczywiście, Niemcy ukrywali prowadzone przez siebie badania. Nawet hitlerowskie władze zdawały sobie sprawę z tego, że jest to niezgodne z żadnym międzynarodowym prawem. Zależało im na tym, żeby światowa opinia publiczna była przekonana, że w obozach koncentracyjnych nie dzieje się nic złego. Dlatego też po pierwszych operacjach więźniarki były separowane. Polskiej obsłudze zabraniano do nich dostępu. Jednak wieści szybko się rozchodziły.

M.M.-M.: Więźniarki poddawane eksperymentalnym operacjom zwano Królikami. Jak pomagały im harcerki?

A.K.-B.: Kamila Janowicz-Sycz, harcerka „Murów” podjęła bezprecedensową akcję. Pracowała w kuchni, a Niemcy dbali o to, żeby pracujące tam więźniarki były zdrowe i nikogo nie zaraziły. Kiedy Kamili zrobiła się mała krostka na twarzy, rozdrapała ją, a miejsce na twarzy zaogniło się. Dlatego też została skierowana do rewiru. Dzięki kontaktom, które harcerki nawiązywały ze skautkami i innymi harcerkami, udało jej się dostać pozwolenie na wynoszenie toalet w tej części, w której były przetrzymywane operowane więźniarki. Dzięki temu mogła im pomagać, a także przekazywać na zewnątrz informacje o medycznych eksperymentach.

Anna Maria Kwiatkowska-Bieda
„Harcerki z Ravensbrück”
49,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 520
Format: 135×215 mm
EAN: 9788311158962

Szwalnie w części przemysłowej obozu, stan 2005 (fot. Norbert Radtke, CC BY-SA 3.0)

Harcerki zorganizowały prężnie działającą sieć pomocy dla Królików. Pozyskiwały informacje, wynosiły z kuchni jedzenie i przemycały je, przekazując dziewczynom. To były gesty, które ratowały życie. Więźniarki często dostawały też maleńkie prezenciki, jak np. figurki wykonywane ze szczoteczek, żeby nie czuły się samotne.

Mogłoby się wydawać, że Niemcy już po przeprowadzeniu operacji, darują życie więźniarkom, które przeżyją. Nic bardziej mylnego. Chcąc zatrzeć swoje zbrodnie, postanowili zgładzić Króliki. Cały obóz Ravensbrück stanął w ich obronie. W 1945 roku harcerkom „Murów” udało się wyprowadzić z obozu dwie operowane dziewczyny. Trafiły do Bergen-Belsen.

Pomagały też w inny sposób. Te, które pracowały w biurze, zmieniały numery Królików, żeby były dla władz obozu nie do rozpoznania. Ukrywały też operowane więźniarki. Dzięki ich harcerskim metodom i listom pisanym sympatycznym atramentem przez operowane Krystynę Czyż, Wandę Wojtasik i inne świat jeszcze w czasie II wojny światowej dowiedział się o bestialskich eksperymentach medycznych prowadzonych w Ravensbrück.

M.M.-M.: Co ciekawe, więźniarki miały nawet swój sztandar. Jaka historia się z tym łączy? Skąd go wzięły?

A.K.-B.: Historia sztandaru jest niesamowita. Kiedy więźniowe trafiali do obozu, zabierano im wszystkie osobiste rzeczy. W 1944 roku nastąpiła całkowita zmiana charakteru Ravensbrück. W tym czasie do obozu przyjechały gigantyczne transporty kobiet m.in. z Powstania Warszawskiego, ale nie tylko. Obóz był przeludniony. Odebrane więźniarkom rzeczy trafiały do sortowni, w której oddzielano ubrania, kosztowności, rzeczy codziennego użytku. Wszystko przebiegało pod czujnym okiem esesmanów.

W sortowni pracowały też harcerki. To właśnie wśród tych rzeczy znaleziono sztandar drużyny harcerskiej. Należał do warszawskiej 13-tki. Harcerki postanowiły go ukryć. Przechowywała go drużynowa Józefa Kantor. Po opuszczeniu obozu zabrała go ze sobą do Szwecji, bo tam dzięki interwencji Czerwonego Krzyża zostały przewiezione więźniarki z Ravensbrück. W Szwecji przeżyły kolejne chwile grozy. Szwedzi obawiali się rzeczy przywiezionych z obozu, ponieważ bali się zarazków. Sztandar został jednak umieszczony w specjalnej papierowej torbie i dzięki temu przetrwał.

Wśród rzeczy, które trafiły do sortowni harcerki znalazły jeszcze jedną perełkę. Był to krzyż harcerski. Inne drużyny nie przyjmowały nikogo z zewnątrz, natomiast do „Murów” należało wiele dziewcząt, które dołączyły do harcerstwa właśnie w Ravensbrück i to tam złożyły przyrzeczenie harcerskie – nie na sztandar, bo tego nie odważono się robić, a na krzyż.

Krematorium (fot. Norbert Radtke, CC BY-SA 3.0)

M.M.-M.: Jak udało się przechować tak duży sztandar?

A.K.-B.: Więźniarki miały swoje sposoby. Przywykły do ukrywania rozmaitych rzeczy. Jednym udało się przetrwać, a innym nie. Drużynowa Józefa Kantor schowała sztandar do swojej poduszki. Wyjęła z niej część siana, a resztą opatuliła cenny proporzec. W czasie rewizji Niemcy nie zauważyli, że poduszka zawiera tak wartościowy pakunek.

Janina Węgierska i Zofia Mączka, lekarki pracujące w rewirze, zdobyły i przechowały część dokumentacji medycznej Królików. Dokumenty te przechowywały z kolei w szwalniach, gdzie rewizje niemal się nie zdarzały.

M.M.-M.: Dzieje harcerek z Ravensbrück to niebywale smutna historia, ale i podnosząca na duchu. Udało się pani pokazać, że dobro zwyciężyło pomimo tylu przeciwności losu, eksterminacji… i że harcerki nawet w miejscu kaźni pielęgnowały szczytne ideały i nie zawahały się ryzykować życiem, aby pomagać słabszym.

A.K.-B.: Na tym opiera się ta metoda wymyślona przez Roberta Baden-Powella. Dla mnie to przepiękna opowieść o ludzkiej solidarności, braterstwie, uśmiechu, podtrzymywaniu się na duchu – nawet w tak ekstremalnych warunkach, jakie panowały w obozach koncentracyjnych. W mojej opinii to opowieść szczególnie ważna w dzisiejszych czasach – kiedy mówimy, że jest nam źle, że świat się zmienił, doskwiera nam pandemia, to przypomnijmy sobie o tym, jak to było kiedyś… Może wtedy uda nam się znaleźć w sobie trochę tej solidarności, chęci pomocy - właśnie takiej harcerskiej postawy służby bliźnim. Może wtedy będzie nam łatwiej?

M.M.-M.: Zdecydowanie! Okazuje się, że dzieje drużyny „Murów” nie zakończyły się wraz z końcem wojny, a dopiero 27 stycznia 2020 roku - wraz ze śmiercią ostatniej z harcerek, Marii Franiel-Kozieł.

A.K.-B.: Tak, nikt nie rozwiązał drużyny. Co więcej, na początku lat 70. druhny z „Murów” stworzyły krąg instruktorski i podjęły działalność harcerską. Co roku spotykały się na Jasnej Górze oraz z okazji imienin drużynowej Józefy Kantor, czyli 19 marca. Przyjaźniły się do końca swoich dni. Lubiły spędzać ze sobą czas, jeździły razem na wakacje, pielgrzymki, pomagały sobie wzajemnie, ale organizowały też spotkania dla młodzieży harcerskiej, której chciały przekazać metody pracy harcerskiej.

Dziękuję serdecznie za rozmowę!

Anna Kwiatkowska-Bieda jest dziennikarką. Przez 12 lat pracowała w TVP 1, gdzie prowadziła cykl audycji turystycznych i reportaży pt. „Podróżnik” (ponad 320 odcinków w latach 1998-2009), a dla TVP 3 cykl „Szczęśliwej Podróży” (2001-2002), „Tam Tam” (2004), „Gary odkrywa Polskę” (2002-2004, nagroda im. Witolda Orłowicza), „Niezwykłe podróże rzeczy i ludzi” (TVP1) oraz współtworzyła kilkanaście filmów dokumentalnych m.in. „Kenia, Safari i Baron Blixen” (1999, TVP1), „W pogoni za Gauguinem” (2005, TVP1), „Sapieha książę buszu” (2005, TVP Polonia) „Zdarzyło się w Mafekingu” (2006, TVP 2) „List z Gwatemali” – o Andrzeju Bobkowskim (2008, TVP1), „Ajaj Madagaskar” (2009, TVP1), a także wspominany tu film „Zdarzyło się w Mafekingu”. Obecnie związana jest z TVP Historia.

Anna Maria Kwiatkowska-Bieda
„Harcerki z Ravensbrück”
49,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 520
Format: 135×215 mm
EAN: 9788311158962

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Magdalena Mikrut-Majeranek
Doktor nauk humanistycznych, kulturoznawca, historyk i dziennikarz. Autorka monografii "Historia Rozbarku i parafii św. Jacka w Bytomiu" oraz współautorka książek "Miasto jako wielowymiarowy przedmiot badań" oraz "Polityka senioralna w jednostkach samorządu terytorialnego", a także licznych artykułów naukowych. Miłośniczka teatru tańca współczesnego i dobrej literatury. Zastępca redaktora naczelnego portalu Histmag.org.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy