Autorzy: Nate Pedersen, Lydia Kang
Tagi: Artykuły, Historia społeczna, Historia nauki i techniki, Historia życia codziennego i obyczajowości, Ujęcia przekrojowe
Opublikowany: 2019-10-11 15:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Gdy dawniej leczono… rtęcią

Kalomel (czyli chlorek rtęci) był używany jako lekarstwo aż do początków XX wieku. Panowało wówczas powszechne przekonanie, że rtęć doskonale oczyszcza organizm...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Dłonie i stopy dziecka były zimne jak lód, spuchnięte i czerwone. Skóra łuszczyła się, zupełnie jak skórka sparzonego pomidora odchodząca od miąższu. Dziewczynka straciła na wadze, popłakiwała rozdrażniona, a ponieważ dokuczał jej uporczywy świąd, zawzięcie się drapała, rozrywając skórę do żywego mięsa. Od czasu do czasu gorączka skakała jej do 39 stopni.

„Gdyby była dorosła – zanotowała matka dziewczynki – zapewne podejrzewano by u niej obłęd: siedziała w łóżeczku, okładając się rękami po głowie, wyrywając sobie włosy, wrzeszcząc i wściekle drapiąc każdego, kto się do niej zbliżył”.

Schorzenie, na które cierpiało dziecko, nazwano później akrodynią, czyli bolesnością kończyn, ponieważ chorym na tę przypadłość dokucza ból stóp i dłoni. Jednak w 1921 roku określano ją mianem „różowej choroby” i z każdym kolejnym rokiem odnotowywano coraz więcej przypadków.

Rtęć nalewana na szalkę Petriego (aut. Bionerd, CC BY 3.0)
Lekarze długo łamali sobie głowy nad ustaleniem jej przyczyn. Winą za związane z nią dolegliwości obarczano arszenik, sporysz, alergie i wirusy. Jednak już w latach pięćdziesiątych zauważono, że wszystkie cierpiące na tę chorobę dzieci przyjmowały pewną substancję: kalomel.

Rodzice pragnący oszczędzić swoim maleństwom bólu związanego z wyrzynaniem się zębów, wcierali w dziąsła niemowlaków któryś z zawierających kalomel ogólnodostępnych proszków dla ząbkujących dzieci. Niezwykle popularny niegdyś środek – proszek Teethina dr. Moffetta – poza uśmierzaniem bólu miał „wzmacniać dziecko […] likwidować problemy z wypróżnianiem się u dzieci W KAŻDYM WIEKU”, a także obiecywał „uczynić maluszka tłuściutkim jak prosiaczek”.

Poza tą przyprawiającą o gęsią skórkę zapowiedzią groteskowego efektu, przeniesionego żywcem z bajki o Jasiu i Małgosi, kalomel może także budzić grozę z jeszcze jednego powodu: kryje się w nim rtęć. Przez setki lat preparaty zawierające rtęć mamiły obietnicą wyleczenia różnorodnych i nijak ze sobą niezwiązanych dolegliwości. Melancholia, zaparcia, syfilis, grypa, pasożyty – wystarczyło wymienić którykolwiek z tych problemów, by usłyszeć, że na pewno rozwiąże go rtęć.

Przez setki lat rtęci używali powszechnie ludzie ze wszystkich warstw społecznych, i dotyczyło to owego pierwiastka zarówno w jego formie ciekłej (zwanej żywym srebrem), jak i w postaci rozmaitych soli. Kalomel – znany także jako chlorek rtęci – to właśnie jeden z takich związków chemicznych, a używany był przez wiele najznamienitszych osobistości w dziejach, między innymi przez Napoleona Bonapartego, Edgara Allana Poego, Andrew Jacksona czy Louisę May Alcott. Dlaczego? To dłuższa historia.

Kalomel totalnie wymiata

Kalomelu, którego nazwa pochodzi od greckich słów oznaczających „dobry” i „czarny” (ma zwyczaj czernieć pod wpływem amoniaku), używano jako lekarstwa od XVI wieku do początków XX stulecia. Mimo podobnie brzmiącej nazwy, kalomel nie ma nic wspólnego z karmelem, choć czasem obdarzano go apetycznymi przydomkami, jak choćby „worm candy” (robakowy cukierek) czy „worm chocolate” (robakowa czekolada) – po prostu używano go do trucia robactwa. Kalomel wydaje się zupełnie nieszkodliwy – ot, biały bezwonny proszek. Jednak nie dajmy się zwieść: jest równie nieszkodliwy jak sąsiad zawsze odziany w militarną zieleń, skrywający w piwnicy kolekcję pił do cięcia kości. Kalomel przyjmowany doustnie ma wyjątkowo silne działanie przeczyszczające: brutalnie opróżnia jelita z ich zawartości. A ponieważ zaparcia zwykło się wiązać z chorobą, otwarcie defekacyjnych bram piekieł uważano za znak naprawy złego.

Niektórzy uważają, że „czarna” część nazwy kalomelu pochodzi od ciemnej barwy stolca, jaki po zażyciu środka wydalany był z organizmu, czemu towarzyszyło przekonanie, że oto właśnie oczyszczono ciało z czarnej żółci. Należało pozwolić żółci na „swobodny przepływ”, by zapewnić w ciele równowagę humorów [tj. czterech płynów ustrojowych – przyp. tłum.], zgodnie z nakazami teorii rozwijanej przez Hipokratesa, a później Galena. Wszak gdy wnętrza jelit wypełniał ciemny gęsty śluz, to czyż nie rozsądniej było uwolnić ciało od takiej trucizny?

Benjamin Rush

To „oczyszczanie” dokonywało się także w innej części ciała w formie potężnego i wysoce nieestetycznego ślinotoku – objawu zatrucia rtęcią. Pod tym względem konsument kalomelu mógł śmiało konkurować z chorym na wściekliznę psem toczącym pianę z pyska. Ale skoro wraz z nadmiarem śliny z organizmu wydalano zgubne dla zdrowia plugastwo, zakładano, że dzieje się coś dobrego. Żyjący w XVI wieku Paracelsus wierzył, że dawkę rtęci można uznać za „skuteczną” wtedy, gdy po jej przyjęciu delikwent wytworzy przynajmniej półtora litra śliny. To diabelnie dużo plwocin. I tak oto w czasach, kiedy przelewające się wygódki i hektolitry wytoczonej śliny uważano za krok w stronę wyleczenia rozlicznych dolegliwości, ulubionym środkiem lekarzy stał się kalomel.

Jednym z takich medyków był Benjamin Rush: ojciec założyciel Stanów Zjednoczonych, sygnatariusz Deklaracji Niepodległości, zwolennik kształcenia kobiet i zniesienia niewolnictwa. Rush jako pierwszy głosił potrzebę humanitarnego traktowania pacjentów szpitali psychiatrycznych, jednocześnie żywiąc przekonanie, że choroby psychiczne najlepiej leczyć kalomelem. Oto jaką kurację ordynował hipochondrykom:

Rtęć działa na tę przypadłość po pierwsze poprzez wyabstrahowanie i odciągnięcie chorobliwego pobudzenia z mózgu ku ustom. Po drugie, poprzez usunięcie resztek pokarmowych zalegających w trzewiach. Oraz po trzecie, poprzez zmianę przyczyny utyskiwań naszego pacjenta i całkowite skupienie owych przyczyn w jego obolałych ustach. Produkcja śliny przysłuży się pacjentowi szczególnie dobrze, jeśli wzbudzi u niego pewien stopień niechęci wobec medyka lub przyjaciół.

Niechęć wobec lekarza i najlepszego kumpla to wprost fantastyczny efekt uboczny terapii! A mówiąc poważnie, Rush leczył hipochondrię, zastępując ją zatruciem metalem ciężkim. Innym efektem ubocznym terapii rtęcią był eretyzm – zaburzenie neurologiczne objawiające się depresją, stanami lękowymi, patologiczną nieśmiałością i częstym wzdychaniem. Ten zespół objawów, uzupełniony jeszcze o drżenie kończyn, często nazywano chorobą szalonych kapeluszników lub drgawkami kapelusznika (od wytwórców kapeluszy, którzy używali rtęci w procesie filcowania). Zatruci rtęcią pacjenci Rusha mogli doświadczać także utraty zębów, gnicia kości szczękowej oraz zmian martwiczych na policzkach w postaci dziur ukazujących wrzodziejące język i dziąsła. Jaki zatem sens leczenia rtęcią, skoro powodzenie terapii oznaczało przemianę pacjentów Rusha w wyjątkowo humorzaste żywe trupy (świetnie nadaliby się na statystów serialu The Walking Dead)?

Ten tekst jest fragmentem książki Nate'a Pedersena i Lydii Kang „Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny”:

Nate Pedersen, Lydia Kang
„Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny”
70,00 zł
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Tłumaczenie: Maria Moskal
Okładka: twarda
Liczba stron: 352
Seria: nauka
Premiera: 07.10.2019
Format: 15,5x23 cm
ISBN: 978-83-233-4456-8

Kiedy w 1793 roku Filadelfię zaatakował przenoszony przez komary wirus żółtej febry, dr Rush stał się zagorzałym propagatorem leczenia choroby olbrzymimi dawkami kalomelu i upuszczaniem krwi (w ramach tzw. terapii heroicznego wyczerpania). Zdarzało mu się ordynować dawki kalomelu dziesięciokrotnie mocniejsze od zazwyczaj stosowanych. Nawet ówczesne elity medyczne rozmiłowane w idei oczyszczania organizmu uznały, że to zbyt wiele. Członkowie Philadelphia College of Physicians (Filadelfijskiego Kolegium Medycznego) nazwali metody stosowane przez Rusha „morderczymi” i „odpowiednimi do leczenia koni”. W 1788 roku literat William Cobbett okrzyknął Rusha „potężnym szarlatanem”.

William Cobbett

Świadek tamtych wydarzeń, Thomas Jefferson, oszacował śmiertelność z powodu żółtej febry na 33 procent. Z badań przeprowadzonych znacznie później, bo w roku 1960, wynika, że śmiertelność wśród pacjentów Rusha wynosiła 46 procent. Trudno nazwać to poprawą status quo.

Dzięki działaniom dr. Rusha na rzecz rozwiązania nękającego Filadelfię problemu stojącej wody i polepszenia warunków sanitarnych w mieście – a także za sprawą pierwszego jesiennego przymrozku, który wybił komary – udało się ostatecznie powstrzymać epidemię. Alexander Hamilton, przyjaciel dr. Rusha, który sam zachorował na żółtą febrę, po pomoc medyczną zwrócił się do innego lekarza, stosującego nieco bardziej zachowawcze metody leczenia. „Jeśli chodzi o jego teorie na temat rtęci oraz upuszczania krwi – pisał Hamilton – nigdy nie zgadzałem się z moim przyjacielem […], którego bardzo kochałem; wyrządził on wszelako wiele szkód, działając w najszczerszym przeświadczeniu, że ratuje ludzkie życie”. Hamilton przetrwał epidemię, czego nie można powiedzieć o reputacji dr. Rusha. U progu XIX stulecia stracił pacjentów i zlikwidował praktykę.

Jednak kalomelu używano w dalszym ciągu. Dopiero w połowie XX wieku związki rtęci ostatecznie popadły w niełaskę, gdy wreszcie ugruntowało się przekonanie, że zatrucie metalem ciężkim to coś naprawdę, ale to naprawdę poważnego.

Żywe srebro: bestialsko piękne

Większość ludzi wie, jak wygląda rtęć metaliczna, ponieważ dawniej tej śliskiej srebrnej cieczy używano powszechnie do produkcji szklanych termometrów. Jeśli twoje dzieciństwo przypadło na czasy, gdy nadopiekuńczy rodzice nie nadzorowali każdego kroku swoich pociech i nie wszystko musiało być „organiczne”, to być może miałeś okazję bawić się zawartością rozbitego termometru. Migoczące kuleczki rozpierzchały na wszystkie strony, na długie godziny wprawiając dziecko w zachwyt.

„Żywe srebro” – bo tak, powtórzmy, często nazywano tę postać rtęci – od zawsze otaczała aura mistyczności. Do unikatowości pierwiastka odwołuje się jego stara łacińska nazwa: hydrargyrum, czyli „płynne srebro”, od której pochodzi znany z układu okresowego skrót Hg. Rtęć, która jako jedyny metal w temperaturze pokojowej przybiera postać płynną, jest też jedynym pierwiastkiem o potocznej nazwie [Angielska nazwa rtęci to mercury (przyp. tłum.)] nawiązującej do jego wykorzystania w alchemii jako merkuriusza oraz do rzymskiego boga Merkurego.

Wobec tego trudno dziwić się ludziom, którzy doszukiwali się w rtęci czegoś magicznego. Jedną z takich osób był Qin Shi Huang, pierwszy cesarz z dynastii Qin (246–221 p.n.e.). Ten opanowany obsesją nieśmiertelności władca wysłał swoich ludzi na poszukiwanie rozwiązania zagadki wiecznego życia, lecz misja, z góry skazana na niepowodzenie, zakończyła się fiaskiem. W sukurs zdesperowanemu cesarzowi przyszli jego nadworni alchemicy, sporządzając mikstury na bazie rtęci, przekonani, że lśniący płyn jest kluczem do wiecznego życia.

Qin zmarł w stosunkowo młodym wieku czterdziestu dziewięciu lat z powodu zatrucia rtęcią. Ale kto powiedział, że należałoby na tym poprzestać? Żeby móc rządzić w zaświatach, cesarz kazał pochować się w podziemnym mauzoleum, tak pysznym, że starożytni skrybowie nie omieszkali opisać płynących tam rzek rtęci oraz sufitów wysadzanych drogimi kamieniami. Podobno miejsca spoczynku władcy strzegły ukryte zasadzki w stylu pułapek z filmów o Indianie Jonesie, ze strzałami, które wystrzeliwały z niewidocznych machin w chwili pojawienia się nieproszonych gości. Ku własnemu zadowoleniu, a przerażeniu wszystkich pozostałych, Qin zatroszczył się o to, by wraz z nim żywcem pochowano jego konkubiny oraz architektów, którzy zaprojektowali grobowiec. Brrr. Jak dotąd mauzoleum pozostaje skryte pod ziemią – nikt nie śmie go odkopać w obawie przed uwolnieniem z jego wnętrza toksycznego metalu.

Wiele wieków później ofiarą płynnej rtęci padł sam Abraham Lincoln, zajęty akurat zajmowaniem poczesnego miejsca w historii. Jeszcze przed objęciem prezydentury Lincolnowi dokuczały wahania nastroju, bóle głowy i zaparcia. W 1850 roku jego bliski współpracownik zanotował:

Abraham Lincoln
„Kiedy nie miał wypróżnień, dokuczały mu bóle głowy, którym towarzyszyły nudności – wtedy brał niebieskie pigułki nazywane także »błękitną masą«”. Takie bóle głowy połączone z nudnościami nazywano również „żółciowymi bólami głowy” i wierzono, że najlepiej zwalczać je silnym środkiem przeczyszczającym, takim, który „pozwala” żółci na swobodny przepływ.

Co zatem kryło się pod tajemniczym określeniem „błękitna masa”? Otóż były to pigułki wielkości ziarenek pieprzu zawierające płynną rtęć, korzeń lukrecji, wodę różaną, miód i cukier. A ponieważ płynna rtęć jest słabo wchłaniana przez jelita, aptekarze radośnie dawali upust swej tłumionej agresji, zawzięcie tłukąc kuleczki płynnego metalu tak długo, aż rozbili je na miazgę. Na nieszczęście farmaceutów rtęć zawarta w tej toksycznej miksturze była przyswajana przez jelita także z oparów.

Pigułki tylko zaostrzały dolegliwości Lincolna, działając nań tak, jak na nałogowego kawosza działa omyłkowe wypicie filiżanki bezkofeinowej lury. Zachowało się kilka relacji na temat niestabilnego zachowania polityka w tamtym okresie, z których wiadomo, że nękały go nawracające stany depresyjne pomieszane z furią, a także bezsenność, drżenie rąk, problemy z chodzeniem – winą za wszystkie te objawy teoretycznie można obarczyć rtęć i wywołane nią zatrucie. Możliwe, że Lincoln także cierpiał na eretyzm.

Sam Lincoln – trzeba mu to przyznać – w pewnym momencie najwyraźniej zdał sobie sprawę z tego, że „błękitna masa” zamiast polepszać jego stan, pogarsza go, więc zaprzestał stosowania rtęciowej kuracji zaraz po rozpoczęciu urzędowania w Białym Domu. Lepiej późno niż wcale. Człowieka przeszywa dreszcz na samą myśl o zatrutym rtęcią, chorobliwie humorzastym przywódcy narodu wydającym rozporządzenia w czasie wojny secesyjnej.

Ten tekst jest fragmentem książki Nate'a Pedersena i Lydii Kang „Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny”:

Nate Pedersen, Lydia Kang
„Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny”
70,00 zł
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Tłumaczenie: Maria Moskal
Okładka: twarda
Liczba stron: 352
Seria: nauka
Premiera: 07.10.2019
Format: 15,5x23 cm
ISBN: 978-83-233-4456-8

„Jedna noc z Wenus, całe życie z Merkurym”

Rtęć na setki lat połączyła bliska relacja z syfilisem. W XV wieku po inwazji Francuzów na Neapol kiła rozpoczęła swą drogę przez Europę. Jak pisał Wolter: „Francuzi w swym pełnym nonszalancji marszu przez Włochy beztrosko pochwycili Genuę, Neapol, a także syfilis. W końcu zostali wyparci oraz pozbawieni Genui i Neapolu. Jednak nie utracili wszystkich zdobyczy – syfilis pomaszerował z nimi do domu”.

Ilustracja przedstawiająca osobę chorą na syfilis. Autorstwo grafiki przypisywane Albrechtowi Dürerowi (1496)

„Ospa miłosna” wędrowała po Europie: stając się prawdziwym utrapieniem, zbierała śmiertelne żniwo. Odpowiedzialny za tamtą epidemię szczep bakterii Treponema pallidum charakteryzował się wyjątkową zjadliwością. Po stosunku z nosicielem na narządach płciowych zakażonej osoby pojawiały się szankry, którym często towarzyszyła wysypka i wysoka gorączka. Z czasem na całym ciele tworzyły się cuchnące ropnie, krosty i wrzody – niekiedy tak agresywne, że powodowały zmiany martwicze na twarzy chorego, zżerając jego tkanki miękkie, a nawet kości. Tak. Nieleczony syfilis jest odrażający.

Ludzie rozpaczliwie poszukiwali środka, który uwolniłby ich od wstydliwej choroby. W XVI stuleciu syfilitykom na pomoc przyszła rtęć, promowana przez cokolwiek bombastycznego i porywczego Paracelsusa, który podważał teorię humoralną Galena, ale za to wierzył, że w roli leków przeciw wszelkiego rodzaju chorobom doskonale sprawdzą się specyfiki zawierające rtęć, sól oraz siarkę – trzy pochodzące z ziemi substancje, związane zarówno z fizjologią, jak i astrologią.

W tym momencie na scenę wkracza chlorek rtęci, a więc sublimat. W przeciwieństwie do kalomelu sublimat rozpuszczał się w wodzie i był łatwo przyswajany przez organizm, dlatego w swoich trucicielskich działaniach okazał się znacznie skuteczniejszy. Nakładany na skórę powodował jej oparzenia („Boli! To znaczy, że działa!”), a wywołana nim obfita produkcja śliny – ślinotok – uchodziła za oznakę dobrze przeprowadzonego oczyszczenia organizmu.

Syfilitykom zalecano także kurację, której opis brzmi jak relacja z najgorszego spa wszech czasów. Chorzy korzystali z czegoś na kształt łaźni parowej wdychając rzekomo dobroczynne opary rtęci metalicznej (rtęć w postaci pary jest doskonale przyswajalna). Sublimat mieszano z tłuszczem i otrzymane w ten sposób smarowidło pieczołowicie wcierano w owrzodzenia. Czasem przeprowadzano odkażanie kompleksowe: nagiego pacjenta wkładano do beczki (z otworem na wysokości szyi i głowy), w której znajdowała się pewna ilość rtęci metalicznej umieszczona nad paleniskiem, tak by chory, zażywając kąpieli, mógł jednocześnie wdychać opary rtęciowe. Szesnastowieczny włoski medyk Girolamo Fracastoro utrzymywał, że po zastosowaniu rtęciowych smarowideł i przeprowadzeniu dezynfekcji „poczujesz, jak fermenty choroby rozpuszczają ci się w ustach w ohydnym przypływie śliny”.

Syfilis leczono wybitnie nieseksownymi metodami. Co gorsza, te kuracje zwykle powtarzano do końca życia osoby zarażonej kiłą. Nie sposób było zaprzeczyć popularnemu niegdyś angielskiemu porzekadłu: „Jedna noc z Wenus, całe życie z Merkurym”.

W wyniku zatrucia rtęcią, będącego skutkiem ubocznym leczenia syfilisu, prawdopodobnie ucierpiał również Niccolò Paganini, jeden z najsłynniejszych skrzypków wszech czasów. Po tym, jak do nękającej go hipochondrii i nieśmiałości wywołanej eretyzmem dołączyły niekontrolowane drgawki, w 1834 roku wirtuoz wycofał się ze sceny. Puchły mu nogi i bezustannie wykaszliwał z płuc bardzo gęstą wydzielinę. Skarżył się: „Ciągle odkrztuszam śluz i flegmę […] trzy lub cztery spodki […] opuchlizna na nogach sięga już ponad kolana, przez co poruszam się jak ślimak”. Wypadały mu zęby, miał ciągle podrażniony pęcherz, a jądra, w których rozwinął się stan zapalny, nabrzmiały do rozmiaru „małych dyni”. Niech cię szlag trafi, syfilisie, w odwecie za zrujnowanie uroku wszystkich małych dyni na świecie.

Na szczęście lub na nieszczęście ziemska udręka biednego Paganiniego – gnębionego nadprodukcją śliny, powolnością mięczaka i olbrzymią opuchlizną poniżej pasa – nie trwała długo. Skrzypek zmarł kilka miesięcy po tym, jak zaprzestał koncertowania.

Dziś już wiemy, że rtęć i inne metale, choćby srebro, mogą zabić bakterie w warunkach laboratoryjnych. Jednak każdy naukowiec potwierdzi, że to, co świetnie działa na laboratoryjnej płytce, może nie być równie skuteczne w ludzkim ciele. Nie mamy pewności, czy terapie rtęcią istotnie pomagały chorym na kiłę, czy raczej przyspieszały wejście choroby w kolejną fazę, która całymi latami mogła przebiegać bezobjawowo.

Jeśli oczywiście wcześniej syfilitycy nie zeszli z tego świata wskutek toksyczności rtęci.

Kaduceusz: przewrotna zamiana węży

Kalomel stopniowo popadał w niełaskę, w miarę jak bezpieczniejsze i skuteczniejsze metody wypierały „heroiczną terapię” oczyszczania organizmu. W Stanach Zjednoczonych i wielu innych państwach na świecie w latach czterdziestych XX wieku wprowadzono zakazy używania rtęci do produkcji filcu, a w latach sześćdziesiątych zabroniono jej stosowania w górnictwie srebra i złota. W Wielkiej Brytanii dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku usunięto kalomel z oficjalnego spisu leków dopuszczonych do obrotu, kiedy wreszcie odkryto, że to rtęć wywołuje akrodynię. Do dziś można się spotkać z termometrami rtęciowymi (są dokładniejsze od tych alkoholowych z czerwonym słupkiem), jednak na całym świecie dąży się do ich stopniowego wycofywania.

Kalomel jest chlorkiem rtęci (aut. Minerallad, CC BY-SA 3.0)

Mimo że rtęci nie stosuje się już w medycynie głównego nurtu, to jednak jej rzymski patron – bóg Merkury – zdołał się wślizgnąć do wielu gabinetów lekarskich. Swego rodzaju przewrotność losu zadecydowała o tym, że symbol rzymskiego boga handlu: dwa węże oplatające uskrzydloną laskę, powszechnie, lecz błędnie kojarzony jest z placówkami medycznymi. Wszystko wskutek omyłkowego wykorzystania symbolu przez służbę medyczną amerykańskiej armii w 1902 roku. Skrzydlata laska z dwoma wężami szybko stała się wszechobecnym w Stanach Zjednoczonych emblematem sztuki lekarskiej. A przecież kaduceusz to atrybut Merkurego – boga korzyści majątkowej, handlu, złodziei i oszustwa.

Patron zdrowia oraz leczenia, grecki bóg Asklepios, dzierżył laskę oplecioną jednym wężem – i to właśnie ten atrybut mitycznego opiekuna lekarzy, pomylony w 1902 roku w Ameryce z atrybutem Merkurego, jest obecnie używany przez większość naukowych placówek medycznych.

W 1932 roku Stuart Tyson na łamach „The Scientific Monthly” podważył niewłaściwość wykorzystania kaduceusza, argumentując, że przecież Merkury był „patronem handlu i ciężkiego trzosa […], swą srebrnoustą elokwencją zawsze potrafił «odwracać kota do góry ogonem» […]. Zatem czy jego symbol nie jest najwłaściwszym znakiem […] wszelkich medycznych szarlatanów?”. W rzeczy samej.

Ten tekst jest fragmentem książki Nate'a Pedersena i Lydii Kang „Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny”:

Nate Pedersen, Lydia Kang
„Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny”
70,00 zł
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Tłumaczenie: Maria Moskal
Okładka: twarda
Liczba stron: 352
Seria: nauka
Premiera: 07.10.2019
Format: 15,5x23 cm
ISBN: 978-83-233-4456-8

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Nate Pedersen
Jest bibliotekarzem, historykiem i niezależnym dziennikarzem. Współpracował między innymi z “The Guardian”, “The Believer” i “San Francisco Chronicles”. Związany z Towarzystwem Historycznym i Muzeum Hrabstwa Deschutes, zajmuje się również genealogią i udziela gościnnych wykładów.

Wszystkie teksty autora
Lydia Kang
Jest lekarzem internistą i pisarką. Absolwentka Uniwersytetu w Columbii i Uniwersyteckiej Szkoły Medycznej w Nowym Jorku. Jako praktykujący lekarz wspiera innych pisarzy, konsultując poprawność treści związanych z medycyną. Autorka powieści dla nastolatków i dorosłych, wierszy i literatury faktu.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy