Historia jak z bajki. Rozmowa z Krzysztofem Iwankiem o akcji uhonorowania indyjskiego maharadży

W czasie II wojny światowej indyjski maharadża jam saheb Digvijaysinhji pomagał polskim dzieciom uratowanym z ZSRR z tzw. „nieludzkiej ziemi”. Dzisiaj z inicjatywy warszawskiego indologa i historyka podjęto starania o pośmiertne nadanie władcy dalekiego kraju Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej oraz nazwania jego imieniem jednego z miejsc na warszawskiej Ochocie. Prezentujemy rozmowę z pomysłodawcą akcji, Krzysztofem Iwankiem z Centrum Studiów Polska-Azja.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Tomasz Leszkowicz: Czy mógłby Pan w kilku zdaniach scharakteryzować postać maharadży Jama Saheba Digvijaysinhji?

Krzysztof Iwanek – absolwent historii i indologii na Uniwersytecie Warszawskim. Ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, wykładowca historii Indii w Collegium Civitas. Autor tekstów naukowych i publicystycznych na temat współczesnej historii, polityki i społeczeństwa Indii i Pakistanu. Komentator bieżących wydarzeń w Indiach.
Krzysztof Iwanek: Maharadża był władcą państwa Nawanagar, na półwyspie Kathiawar, w obecnym stanie Gudźarat. Był przybranym synem Ranjita Sinhaji, legendarnego indyjskiego monarchy-krykiecisty. Mimo że jego państwo nie miało wielkiego rozmiaru, podczas drugiej wojny światowej Digvijay Sinhji był jednym z najważniejszym polityków pośród indyjskich monarchów podległych Brytyjczykom. Przewodniczył reprezentującej ich Izbie Książąt Indyjskich (Chamber of Princes) i zasiadał w kilku instytucjach wspierających brytyjski wysiłek wojenny. Znał i cenił polską kulturę, miał bowiem okazję poznać w Szwajcarii rodzinę Paderewskich (I.J. Paderewski miał nawet próbować uczyć go gry na pianinie). Dowiedziawszy się o rozpaczliwej sytuacji polskich sierot, maharadża zaoferował swoją pomoc i ostatecznie na czas wojny przyjął około tysiąc dzieci. Jego namowy i przykład sprawiły, iż wielu innych monarchów zdecydowało się finansować pobyt dzieci. Narodowi polskiemu pomógł zatem podwójnie: przyjmując część i pomagając znaleźć dobroczyńców dla innych.

T.L.: A właśnie – czy najpopularniejsza w Polsce forma „Jam Saheb” jest właściwym skróceniem imienia naszego bohatera?

K.I.: „Jam saheb” to tytuł dynastyczny, a zatem po polsku powinien być pisany z małej litery, jak król czy sułtan. Termin ów powinien być zatem używany wymiennie z „maharadża”: albo „jam saheb Digvijaysinhji” albo „maharadża Digvijaysinhji”.

T.L.: W takim razie i ja postaram się stosować właściwe formy. Czy żyją jeszcze dawni podopieczni maharadży? Czy poznał Pan kogoś spośród tej społeczności? Jak oni wspominają indyjskiego władcę?

K.I.: Owszem, część z nich żyje po dziś dzień. To dzięki tym ludziom możemy dowiedzieć się, na czym polegały zasługi maharadży i niezwykłość całej tej historii. Miałem przyjemność poznać pana Wiesława Stypułę, który w sposób ciekawy i wzruszający opisuje losy polskich dzieci (jest zresztą autorem książki We wszystkie strony świata. Kresy - Syberia - Indie - Świat. Tułacze losy polskich dzieci). Maharadżę wspomina niezwykle ciepło. Mówi, iż był dla dzieci jak ojciec a przecież większość z nich już ojców nie miała. Że dzięki niemu odzyskali utracone dzieciństwo. Że przeniesieni z ziemi sowieckiej do jego państwa czuli się jakby znaleźli się w bajce. Pamięta jak maharadża, wysoki, górujący nad innymi, często odwiedzał osiedle.

Maharadża Digvijaysinhji (po prawej) w końcu lat 40. (domena publiczna).
Osiedle maharadży nie było zresztą jedynym, które przyjęło polskie dzieci, bo jeszcze więcej spośród nich żyło w Valivade w Kolhapurze. Istnieje stowarzyszenie Koło Polaków z Indii z Lat 1942-1948, które funkcjonuje po dziś dzień.

Należy dodać, że pamięć o maharadży pielęgnował i szerzył w ogromnym stopniu profesor indologii i mój nauczyciel, Krzysztof Byrski. To dzięki niemu maharadża został po raz pierwszy w Polsce upamiętniony - zaproponował, by został on patronem liceum na Bednarskiej (I SLO w Warszawie), co gorąco poparła dyrektor Krystyna Starczewska.

T.L.: Jak narodził się obecny pomysł uhonorowania indyjskiego władcy w Polsce?

K.I.: Nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć, jak narodził się na samym początku. Jakiś rok temu dotarło do mnie, że takie zasługi państwo polskie powinno uhonorować. Czekałem przez rok z rozpoczęciem inicjatywy, bo chciałem zacząć ją w związku z wizytą premiera RP w Indiach, wiedziałem bowiem, że to sprawi, że więcej osób akcję zauważy, że będzie miała większą szansę na sukces, bo wpisze się w kontekst dialogu polsko-indyjskiego. Wizyta miała odbyć się już w kwietniu, z przyczyn oczywistych została wtedy odwołana, dlatego czekałem aż do teraz.

T.L.: Jednym z celów akcji jest poprawa stosunków polsko-indyjskich. Czy inicjatywa zdobyła już jakiś rozgłos w ojczyźnie maharadży? Jak Hindusi ustosunkowują się do tego pomysłu?

K.I.: O akcji już po dwóch tygodniach napisały dzienniki „New Kerala”, „Deccan Herald”, „Ahmedabad Mirror” i kilkadziesiąt indyjskich portali internetowych. Reakcji indyjskiej nie mam na razie możliwości zbadać - trzeba poczekać aż akcja odniesie jakieś sukcesy - ale pragnę zauważyć, że już na portalu thenews.pl pod artykułem o akcji pojawił się jeden komentarz podziękowania. Jestem pewien, że jeśli akcja się powiedzie, to rozgłos i pozytywne reakcje w Indiach będą dużo większe.

T.L.: Inicjatywa ma już ponad 1000 fanów na Facebooku. Dlaczego postać maharadży interesuje Polaków, w tym także ludzi młodych?

K.I.: W komentarzach pod petycją czy artykułami w Internecie przeważają głosy, że takie właśnie bezspornie szlachetne czyny należy honorować, że to wstyd, że państwo polskie nie zrobiło tego dotąd. Pojawiają się i głosy osób przyznających, że dzięki inicjatywie po raz pierwszy dowiedzieli się o maharadży. Myślę, że historia jest na tyle ciekawa, że interesuje i młodsze i starsze osoby: tysiąc polskich dzieci uratowanych przez indyjskiego maharadżę brzmi przecież jak bajka...

Myślę, że to ważne, by właśnie młodzi ludzie dowiadywali się o tej historii, by nie była zapomniana. I nie chodzi przecież tylko o ten tysiąc polskich dzieci i tego maharadżę. W Indiach było w sumie kilka tysięcy polskich sierot. Ale przyjęto je też gdzie indziej: we wschodniej Afryce, w Afryce południowej, w Nowej Zelandii, w Kanadzie... jako Polacy jesteśmy dłużni nie tylko maharadży, ale wielu ludziom na świecie, że przygarnęli bezbronne polskie dzieci. I imiona tych dobroczyńców trzeba teraz przypominać, póki istnieje jeszcze pamięć o ich zasługach.

Kup książkę: „Polacy na krańcach świata: XIX wiek”

Mateusz Będkowski
„Polacy na krańcach świata: XIX wiek”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org] i Wydawnictwo CM
Okładka: miękka
Liczba stron: 422 Wymiary: 145 x 210
Format: 145 x 210
ISBN: 978-83-66022-39-3 Oprawa: miękka

Książka dostępna również jako e-book, w trzech częściach: Część 1 Część 2 Część 3

T.L.: Historia Indii jest w Polsce słabo znana. Jak należy ją popularyzować?

Skwer upamiętniający maharadżę na warszawskiej Ochocie, ustanowiony w ramach akcji (fot. Mateusz Opasiński, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).
K.I.: Ba, pytanie brzmi: jak w ogóle należy popularyzować historię. W szkołach historii Indii jest mało ale to jest oczywiste, program i tak jest napięty i tu bym nic nie zmieniał. Na poziomie naukowym i popularnonaukowym przydałoby się więcej publikacji, szczególnie dotyczących współczesnej historii Indii, bo to nam pozwala zrozumieć ten kraj takim, jakim jest obecnie. Żadna wydana w Polsce historia Indii nie omawia drugiej połowy wieku XX (jeśli nie liczyć wydanej niedawno przez TRIO książki Durga Dasa).

Jeśli chodzi o szerzenie wiedzy o Indiach pośród osób młodych i niekoniecznie zainteresowanych tym krajem, to trzeba sięgać do tych mediów, których te osoby używają. A zatem - internet i telewizja. Historia dzieci polskich w Indiach nadaje się przecież na film, który zresztą miał powstać, ale nie wiem, czy i co się obecnie z tym projektem dzieje.

T.L.: Dziękuje za rozmowę i życzę szczęśliwego finału akcji!

***

Jak zapewnił nas inicjator akcji, odpowiednie wnioski w sprawie uhonorowania maharadży bądź to zostały złożone, bądź zostaną złożone w najbliższym czasie. Krzysztof Iwanek zachęca jednak do popierania inicjatywy:

Zobacz też:

Dziękujemy, że z nami jesteś! Chcesz, aby Histmag rozwijał się, wyglądał lepiej i dostarczał więcej ciekawych treści? Możesz nam w tym pomóc! Kliknij tu i dowiedz się, jak to zrobić!

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Tomasz Leszkowicz
Doktor historii, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Autor artykułów w czasopismach naukowych i popularnych. W czasie wolnym gra w gry z serii Europa Universalis, słucha starego rocka i ogląda seriale.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy