Autor: Bartosz T. Wieliński
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne, Niemcy, Austria, Szwajcaria
Opublikowany: 2021-05-07 15:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

III Rzesza i eutanazja dzieci

Do historii przeszło jako „dziecko K.” – nie znamy jego tożsamości, ale wiadomo, że urodziło się z ciężkimi wadami. Ojciec żądał, by lekarze uśpili je, jak usypia się psy. Hitler zaaprobował działania swoich lekarzy, a dziecko ostatecznie zostało zabite. Wkrótce Niemcy zaczęli likwidować „bezwartościowe życie” na szeroką skalę...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Ten tekst jest fragmentem książki Bartosza T. Wielińskiego „Wojna lekarzy Hitlera”.

W niemieckiej historii to niemowlę zapisało się jako „dziecko K.”. Historykom nie udało się ustalić jego tożsamości, dokładnej daty urodzenia ani płci. Wiadomo jedynie, że przyszło na świat z ciężkimi deformacjami. Ślepe, bez nogi i ręki, z niewykształconym drugim ramieniem. Raz za razem doświadczało napadów padaczki. Ojciec dziecka domagał się od lekarzy z dziecięcej kliniki uniwersyteckiej w Lipsku, by je uśpili, tak jak usypia się ciężko chore psy. Jego żona pogrążała się w depresji. Ojciec uważał, że skrócenie cierpień dziecka sprawi, że cierpieć przestanie także matka i do rodziny wróci spokój.

Lekarze, doświadczeni pediatrzy, sercem byli po stronie mężczyzny, ale nie mogli mu pomóc. Niemieckie prawo nie pozwalało na eutanazję, nawet w beznadziejnych przypadkach. Poradzili mu, by napisał do Führera. Do jego listu dołączyli dokumentację medyczną. Podlegli Bouhlerowi urzędnicy uznali, że prośba o „łaskę śmierci” powinna trafić na biurko w najważniejszym gabinecie Trzeciej Rzeszy. Bouhler się z nimi zgodził.

Phillip Bouhler, czołowa postać niemieckiej eugeniki i programu T-4 (Bundesarchiv, Bild 146-1983-094-01 / CC-BY-SA 3.0)

Na Hitlerze największe wrażenie musiały zrobić załączone fotografie zdeformowanego ciała dziecka i jego pustych, niewidzących oczu. Po lekturze dokumentów wezwał Bouhlera oraz swojego osobistego lekarza Karla Brandta. – Proszę natychmiast ruszyć do Lipska i zbadać tę sprawę. Jeśli po konsultacji z lekarzami na miejscu uzna pan, że prośba jest zasadna, proszę działać natychmiast – polecił Hitler lekarzowi. Kazał mu też spotkać się z matką dziecka, pocieszyć ją i uspokoić, że skrócenie dziecku cierpień jest właściwym rozwiązaniem i nie będzie miało żadnych prawnych konsekwencji. Przepisy przepisami, ale słowo Führera było w Trzeciej Rzeszy najwyższym prawem. Postanowiono, że cała sprawa będzie utrzymywana w tajemnicy. Brandt wyruszył do Lipska, naradził się z tamtejszymi pediatrami, przejrzał dokumenty, w tym świeżo wykonane zdjęcia rentgenowskie dziecka. Przyboczny chirurg Hitlera nie miał wątpliwości: zdeformowany noworodek jego zdaniem zasługiwał na „łaskę śmierci”. Ostatnią kwestią, jaką należało omówić z lekarzami w Lipsku, był sposób uśmiercenia dziecka. Wybrali luminal, używany wówczas od 20 lat środek uspokajający z grupy barbituranów, stosowany między innymi przy napadach epilepsji. W odpowiednich dawkach luminal łagodził napięcie mięśni, uspokajał drgawki, powodował sen. Przedawkowany powodował wyłączenie świadomości, po czym porażenie układu oddechowego. Latem 1939 roku w jednym z gabinetów zabiegowych kliniki w Lipsku w obecności Brandta wbito w skórę „dziecka K.” igłę strzykawki wypełnionej barbituranem. Nie można wykluczyć, że sam trzymał ją w ręku. Po zastrzyku dziecko przestało się ruszać, po chwili przestało bić jego serce.


Ulf Schmidt, biograf Brandta, pisze, że w Lipsku lekarz nie miał żadnych wyrzutów sumienia, bo uważał, że jego głównym zadaniem jest ochrona pacjenta przed cierpieniem, nawet jeśli jedynym rozwiązaniem wchodzącym w grę jest zabicie go. Przed oczami miał pacjentów ze szpitala w Bochum, gdzie pracował, zanim poszedł na służbę do Hitlera – ciężko rannych górników z połamanymi kręgosłupami, wyjących z bólu, bez szans na powrót do normalnego życia. Prosili, by ich dobić. Brandt był przekonany, że odpowiedzialność lekarza wobec społeczeństwa, narodu i rasy polega nie tylko na leczeniu chorych, ale także na zabiciu tych, którym nie da się pomóc lub opieka nad którymi stanowi dla otoczenia zbyt wielki ciężar.

Brandt znał nie tylko traktat Hochego o konieczności likwidacji „bezwartościowego życia”. Poznał też samego autora. Gdy studiował medycynę we Fryburgu, chodził na jego wykłady, a konserwatywny psychiatra w jakimś sensie ukształtował jego poglądy. W Niemczech tezy Hochego padały na żyzny grunt. Na frontach Wielkiej Wojny za kajzera zginęły 2 miliony żołnierzy, później kraj cierpiał z powodu niekończącego się kryzysu, a w szpitalach psychiatrycznych na garnuszku państwa żyli w spokoju ludzie z zaburzeniami, których nie dało się wyleczyć. Wielu Niemców taki stan rzeczy uznawało za skrajną niesprawiedliwość i marnowanie pieniędzy.

Gdyby „dziecko K.” – Brandt był tego pewien – przeżyło okres niemowlęcy, zostałoby warzywem. Zadana mu śmierć miała przynieść wybawienie jemu i najbliższym. Poglądy Hochego i Bindinga zdobywały popularność nie tylko w środowiskach skrajnej prawicy, w tym zwolenników Hitlera. Wprawdzie dla kręgów związanych z Kościołem eutanazja niezmiennie pozostawała tabu, ale postulat, by państwo ją zalegalizowało, głosili zwolennicy postępu społecznego, którzy walczyli o prawa kobiet czy domagali się legalizacji aborcji. W ciągu 14 lat istnienia Republiki Weimarskiej w sprawie dopuszczalności przerywania życia obroniono aż 21 doktoratów. Część ich autorów odżegnywała się jednak od wniosków, do jakich doszli Hoche i Binding. Część była wręcz oburzona postulatem, żeby państwo z oszczędności zabijało cierpiących na choroby psychiczne. Mimo to argument o skracaniu cierpienia znajdował spore zrozumienie.

Plakat dotyczący eugeniki na wystawie "Cuda życia" w Berlinie w 1935 roku (Bundesarchiv, Bild 102-16748 / Georg Pahl / CC-BY-SA 3.0)

Tuż po wydaniu pracy Hochego i Bindinga dyrektor jednego z ośrodków dla dzieci z problemami psychicznymi na Łużycach rozesłał wśród 200 rodziców swoich wychowanków ankietę z pytaniem, czy zgodziliby się na „bezbolesne skrócenie życia” swojego dziecka, gdyby okazało się, że jest „nieuleczalnie głupie”. Jak zapatrywaliby się na uśmiercenie dziecka w sytuacji, gdyby zostało bez opieki albo gdyby strasznie cierpiało? Zdecydowana większość odpowiedzi była pozytywna.

W Niemczech od lat toczyła się dyskusja o eugenice, czyli takim sterowaniu rozrodczością narodu, by „ulepszać” jego kolejne pokolenia, a zarazem chronić go przed degeneracją. Zwolennicy eugeniki początkowo propagowali walkę z alkoholizmem i chorobami wenerycznymi, zgłaszali prospołeczne postulaty dotyczące na przykład godziwych warunków mieszkaniowych dla rodzin. Z czasem zaczęli postulować wprowadzenie państwowej kontroli nad tym, kto może się rozmnażać, i sterylizację ludzi dziedzicznie chorych (także psychicznie) oraz urzędowy zakaz zawierania przez nich małżeństw. Temat żywo dyskutowano, ale nie licząc wprowadzenia obowiązkowego poradnictwa małżeńskiego i ustawowego nakazu ujawnienia przed ślubem ewentualnych chorób, w Republice Weimarskiej nie weszły w życie żadne restrykcje.

Jednak Hitler już pod koniec lat 20. publicznie zapowiadał, że niezdolne do samodzielnego życia noworodki będą usypiane. Podał nawet liczby. – Usunięcie 700-800 najsłabszych spośród miliona nowo narodzonych dzieci rocznie pod żadnym względem nie będzie oznaczało osłabienia sił narodu, tylko ich wzmocnienie – mówił na Reichsparteitagu w 1929 roku. Jego ruch przyciągał zwolenników radykalnej eugeniki, którą zaczęto nazywać higieną rasową. Hitler w pełni podzielał ich poglądy.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Bartosza T. Wielińskiego „Wojna lekarzy Hitlera” bezpośrednio pod tym linkiem!

Bartosz T. Wieliński
„Wojna lekarzy Hitlera”
54,99 zł
Wydawca: Agora
Rok wydania: 2021
Okładka: twarda
Liczba stron: 600
Premiera: 14.04.2021
Format: 235x155 mm
ISBN: 978-83-268-3656-5
EAN: 9788326836565

Ten tekst jest fragmentem książki Bartosza T. Wielińskiego „Wojna lekarzy Hitlera”.

Już jako kanclerz zapowiedział „usunięcie” chorych psychicznie. W styczniu 1934 roku w Rzeszy weszła w życie ustawa o zapobieganiu chorobom dziedzicznym i wprowadzeniu przymusowej sterylizacji ludzi ze stwierdzonymi schorzeniami, które zdaniem lekarzy mogli przekazać następnemu pokoleniu. Hitler wyobrażał sobie, że kolejne generacje Niemców będą rasowo czyste i pozbawione defektów.

Katalog chorób był obszerny. Za dziedziczne uznawano zarówno niedorozwój umysłowy i schizofrenię, jak i wrodzoną ślepotę lub epilepsję. Sterylizowano też alkoholików w zaawansowanych stadiach choroby. Do 1945 roku takim zabiegom poddano 400 tysięcy osób. Kilka tysięcy kobiet zmarło w wyniku komplikacji po zabiegu przecięcia jajowodów. Mniej więcej w tym samym czasie zabroniono zawierania małżeństw mieszanych rasowo. Współżycie uznanej za Aryjkę Niemki z Żydem uznawano za „zhańbienie rasy”, na mocy ustawy o ochronie niemieckiej krwi obu stronom groziło za to więzienie.

Niemiecki nazistowski plakat promujący eutanazję osób chorych

Rok później w rozmowie z wysokiej rangi urzędnikami Hitler zapowiedział rychłe rozwiązanie problemu szpitali psychiatrycznych, a nazistowska propaganda zaczęła nagonkę na ich pacjentów. W kinach przed seansem puszczano krótkie filmy, w których wprost szydzono z psychicznie chorych. Przekaz podprogowy był jasny: ci ludzie to balast, od którego należy się uwolnić.

Do Kancelarii Führera zaczęły napływać prośby o „łaskę śmierci”. Urzędnicy Bouhlera odsyłali je do resortu spraw wewnętrznych, któremu podlegała służba zdrowia. Stamtąd urzędnicy bez namysłu wysyłali odmowy. Być może gdy do Kancelarii dotarł list ojca „dziecka K.”, współpracownicy Bouhlera uznali, że sprawa dojrzała, by przedstawić ją Hitlerowi z prośbą o jednoznaczne stanowisko.

Jednak mimo że grunt był przygotowany, Hitler nie zdecydował się na uznanie eutanazji za oficjalne narzędzie polityki społecznej państwa. „Bezwartościowe życie” miało być przerywane w tajemnicy i w odosobnieniu. Tak jak w przypadku „dziecka K.”.


W czasie gdy Brandt jeździł do Lipska konsultować przypadek nieuleczalnie chorego niemowlęcia, Hitler polecił swojemu osobistemu lekarzowi Theo Morellowi sporządzenie analizy dotyczącej etycznych i społecznych aspektów eutanazji. Morell nie miał w tej sprawie ugruntowanych poglądów, ale zgłębiając temat, doszedł do wniosku, że rozwiązanie problemu „bezwartościowego życia” będzie słusznym posunięciem. Lekarz kierował się osobliwymi wyliczeniami.

„Biorąc pod uwagę, że na jednego idiotę [tak określano wówczas osoby niepełnosprawne umysłowo] rocznie przypada 2 tysiące reichsmarek, utrzymanie 5 tysięcy takich osób kosztuje państwo 10 milionów marek. Jeśli te pieniądze zainwestować na 5 procent w skali roku, można by odłożyć spory kapitał” – twierdził osobisty lekarz Hitlera. A jeśli wziąć pod uwagę 200 tysięcy psychicznie chorych w niemieckich szpitalach? Według obliczeń Morella do 1945 roku oszczędności sięgnęłyby 8 miliardów reichsmarek. Lekarz przekonywał też, że opieka nad psychicznie chorymi obciąża system opieki zdrowotnej, w efekcie dla innych chorych brakuje łóżek i personelu. Co będzie, gdy wybuchnie wojna? Kolejnym argumentem była konieczność żywienia nieuleczalnie chorych pacjentów. Morell odnotowywał, że Niemcy były w stanie pokryć jedynie 83 procent zapotrzebowania na zboże. Resztę musiały importować za dewizy. Gdyby jednak nie trzeba było karmić „bezwartościowych”…

Götz Aly, niemiecki historyk badający tematykę nazistowskiej eutanazji, zauważył, że Morell w swoim memorandum nie używał słów „zabić”, „uśmiercić”, „zlikwidować”. Używał frazy „skrócenie życia”, a o pacjentach szpitali psychiatrycznych pisał per „istota”. Proponował, by nie tworzyć specjalnego prawa o eutanazji na wzór przepisów pozwalających sterylizować obciążonych chorobami dziedzicznymi. Sugerował zachowanie sprawy w głębokiej tajemnicy. Motywował to uczuciami rodzin ofiar. Morell uważał, że nie należy obciążać ich sumień.

[…]

Viktor Brack, organizator akcji T-4

Wtajemniczeni nie używali słowa „eutanazja” ani nie bawili się w eufemizmy typu „skracanie życia”. Zgodnie z wolą Hitlera przygotowywali „akcję”. To, że jej siłę napędową mieli stanowić urzędnicy Kancelarii Führera, było oczywiste. Względnie mała – jak na warunki Trzeciej Rzeszy – instytucja gwarantowała, że pracy nie będzie spowalniać biurokratyczna inercja. W małej grupie łatwiej było też zachować sprawę w tajemnicy. Do roboty rwał się zwłaszcza zastępca Bouhlera Viktor Brack. Dobiegający czterdziestki ekonomista z Westfalii pracę w Kancelarii dostał dzięki poparciu Himmlera, którego był kierowcą. Pozostali pracownicy też byli zadowoleni: wreszcie dostali inne zadanie niż segregowanie listów, rozpatrywanie wniosków o łaskę czy o zgodę Führera na małżeństwo obywateli, którzy mieli żydowskich dziadków i chcieli żenić się z Aryjczykami. Bezpośrednie wykonywanie woli przywódcy państwa oznaczało dla tych pracowników nie tylko ciekawszą pracę, ale też awans o kilka szczebli w urzędniczej hierarchii.

Jeszcze w sierpniu 1939 roku powstała Komisja Rzeszy do spraw Naukowej Analizy Poważnych Chorób Dziedzicznych i Wrodzonych. Zawiła nazwa była kamuflażem. Niewtajemniczony, który by się na nią natknął, miałby wrażenie, że chodzi o nieszkodliwą placówkę badawczą zajmującą się popularnym tematem schorzeń przechodzących z pokolenia na pokolenie. W rzeczywistości zasiadający w komisji eksperci – wybierani przez Brandta i urzędników Kancelarii Führera utytułowani lekarze – mieli wskazywać nieuleczalnie chore dzieci, które należało zabić.

– Führer wziął na barki niezwykle niebezpieczne zadanie – Brandt osobiście przekonywał do pracy tych lekarzy. Żaden nie odmówił. W swoich karierach stykali się z porażonymi, zdeformowanymi czy opóźnionymi w rozwoju dziećmi i byli zgodni, że to, co w imieniu Führera proponuje jego przyboczny lekarz, to najlepsze rozwiązanie. Nawet jeśli żadnego z chorych nie zobaczą na oczy, a wyrok wydadzą na podstawie jego dokumentacji medycznej. W komisji zasiadł między innymi doktor Heinze, szef szpitala psychiatrycznego w Görden. Ludzie Bouhlera przygotowali dla tego grona odpowiednie formularze i procedury. Dzieci zwożono do szpitali, przekonując rodziców, że opiekę nad nimi musi przejąć państwo. Zabijano je zastrzykami.


Hitler początkowo mówił jedynie o eutanazji dzieci, ale grupa wtajemniczonych urzędników myślami była już dalej. Planowali akcję zabijania wszystkich uznanych za „bezwartościowych”, bez względu na wiek.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Bartosza T. Wielińskiego „Wojna lekarzy Hitlera” bezpośrednio pod tym linkiem!

Bartosz T. Wieliński
„Wojna lekarzy Hitlera”
54,99 zł
Wydawca: Agora
Rok wydania: 2021
Okładka: twarda
Liczba stron: 600
Premiera: 14.04.2021
Format: 235x155 mm
ISBN: 978-83-268-3656-5
EAN: 9788326836565

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Bartosz T. Wieliński
Dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Pisze o Niemczech, o współczesnej polityce oraz o poplątanej i przerażającej niemieckiej historii. W latach 2005-2009 był korespondentem „Gazety” w Berlinie. Przeprowadził wywiady z najważniejszymi politykami Niemiec, w tym z kanclerz Angelą Merkel. Laureat Grand Press 2013 w kategorii reportaż prasowy.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy