Autor: Eleonora Szafran
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Sylwetki i biografie, II wojna światowa, Polska, Niemcy, Austria, Szwajcaria
Opublikowany: 2021-09-22 11:49
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Jak Tadeusz Pietrzykowski trafił do piekła Auschwitz?

Tadeusz Pietrzykowski, numer obozowy 77, trafił do Auschwitz 14 czerwca 1940 roku. Ten przedwojenny wicemistrz polski i uczeń słynnego Feliksa Stamma był jednym z pierwszych więźniów obozu.

Ten tekst jest fragmentem książki „Mistrz. Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski” w opracowaniu Eleonory Szafran.

Kiedy zagłębiam się w pozostawione przez tatę rękopisy, w których próbował wyrzucić z siebie te wszystkie obozowe obrazy, wciąż nie potrafię sobie wyobrazić, jak można było znieść poniżenie, ból, strach przed śmiercią, ciągły głód. I przetrwać tak pięć lat.

W piękny dzień, oblany południowym słońcem, długi pociąg osobowy wolniutko zjeżdżał ze stacji Auschwitz (Oświęcim) na bocznicę kolejową prowadzącą w kierunku kilku budynków po dawnych magazynach Monopolu Tytoniowego. Pociąg się zatrzymywał, zardzewiałe szyny zgrzytały złowieszczo… Z okien wagonów roztaczał się smutny widok – wszędzie pustka i zniszczenie. Z lewej strony toru spalone długie, drewniane, pokryte papą szopy czy też stajnie, zarośnięte trawą, zielskiem i krzaka - mi. Po prawej stronie rozwarte okna z powybijanymi szybami wiały pustką i zimnem. Widać, że gmachy te nie były zamieszkane.

Tadeusz Pietrzykowski przed wojną
Tadeusz Pietrzykowski przed wojną

Budynek, przed którym pociąg stanął, otaczał podwójny płot z drutu kolczastego wysoki na dwa metry, tworząc kwadrat o boku pięć metrów. Za pierwszą linią płotu w każdym rogu stały na wysokich nogach, sklecone z desek, budki strażnicze z wymierzonymi na druty lufami karabinów maszynowych. Każdy karabin obsługiwało po dwóch esesmanów. Stanowiska z karabinami maszynowymi rozrzucone były także co kilka metrów wzdłuż toru, na całej długości pociągu, którym przyjechaliśmy. Wewnątrz ogrodzonego czworoboku przed wejściem do budynku stało kilku mężczyzn w dziwnych pasiastych ubraniach i okrągłych czapkach przypominających marynarskie. Jak się później okazało, byli to przywiezieni z obozu Sachsenhausen więźniowie kryminalni narodowości niemieckiej, w większości bandyci i zawodowi złodzieje, przyszli „wychowawcy” osadzanych w tym obozie więźniów politycznych, nasi prześladowcy, mordercy – więźniowie funkcyjni, głównie kapo i blokowi.

Tymczasem z pociągu wysiedli najpierw esesmani oraz policja niemiecka w zielonych mundurach i zaczęli wypędzać nas z wagonów. Transport składał się głównie z Polaków, więźniów politycznych, 728 mężczyzn przewiezionych tu z więzienia w Tarnowie. Prawie wszyscy to „granicznicy”, czyli zatrzymani podczas próby ucieczki z kraju w celu dołączenia do Armii Polskiej powstającej we Francji, podejrzani o przynależność do tajnych organizacji. Ludzie ci, przeważnie młodzi, byli wycieńczeni, bladzi, z wyraźnymi śladami morderczych tortur w gestapo. Do końca nie domyślali się, dokąd trafili.

Wpędzono nas wszystkich za druty i ustawiono w szeregach po dziesięciu, bijąc po twarzach i plecach pięściami, knyplami i kolbami karabinów oraz szczując psami. Następnie jeden z oprawców zaczął odczytywać nazwiska przywiezionych więźniów, a wywołani biegli do drzwi budynku i w nich znikali. Tutaj już czekali na nich ci w pasiakach i przyjmowali najpierw biciem, a następnie pędzili do piwnic, gdzie trzeba było oddać wszystkie rzeczy prywatne, pozostawiając tylko na sobie ubranie. Po tym „powitaniu” każdemu strzyżono włosy, dawano do ręki karteczkę z numerem, rejestrowano i wypędzano na górę do jednego z pomieszczeń wysłanych słomą. Musieliśmy tu paść na słomę i się nie ruszać. Przy tym wszystkim krzyczano i bito w straszliwy sposób. Od tej chwili każdy stawał się więźniem hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.

Nie człowiekiem, ale numerem. Napis nad bramą tego obozu głosił: LAGIER 2. Była to tak zwana kwarantanna.

Opisy najtrudniejszych momentów w obozie powracają we wspomnieniach taty wielokrotnie. W kolejnych zapiskach odsłaniają się nowe szczegóły, za każdym razem jednak jest to opis faktów. Jakiekolwiek przymiotniki stają się zbędne.

Gdy otworzono drzwi wagonów, rozległy się pod naszym adresem przekleństwa wymawiane w języku niemieckim i drwiny. – Wy przeklęci Polacy, bandyci – krzyczano na nas. – Alles raus, Abtreten. [Wszyscy wychodzić] Obok rampy widzieliśmy dziwnie ubranych mężczyzn, w coś, co przypominało niby mundury marynarskie, na rękawach mieli opaski z napisem „kapo”. W rękach trzymali kije, więc zorientowaliśmy się rychło, że nie są do nas przyjaźnie nastawieni. Popędzono nas w kierunku furtki. Biegłem jako jeden z pierwszych. Na placu przed Stabsgebäude, budynkiem sztabowym obozu, ustawiono nas w kilka rzędów zwróconych do stolików, przy których siedzieli ubrani po cywilnemu mężczyźni. Odebrano nam chleb wydany przed odjazdem z Tarnowa przez Polski Czerwony Krzyż. W drodze starałem się zjeść jak najwięcej tego chleba – jakby podświadomie zdając sobie sprawę, że będzie go nam brakowało w przyszłości.

Formowanie pierwszego masowego transportu więźniów do KL Auschwitz na dworcu w Tarnowie, 14 czerwca 1940 roku
Formowanie pierwszego masowego transportu więźniów do KL Auschwitz na dworcu w Tarnowie, 14 czerwca 1940 roku

Kiedy podszedłem do stolika, siedzący przy nim starszy mężczyzna spisujący moje personalia oświadczył:

– No synu, dostałeś numer mojego pułku Niedźwiedzi Wileńskich, 77.

Słysząc te słowa, uśmiechnąłem się, nie przeczuwając, jaki los mnie spotka. W taki sposób stałem się Häftlingiem [więźniem] hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, oznaczonym numerem 77.

Potem kazano nam się rozebrać. Jeden z niemieckich kapo dostrzegł na mojej piersi ryngraf, więc zerwał mi go z łańcuszka i kopnięciem w jądra udokumentował swoje zrozumienie dla więźnia. Może się to wydać dziwne, ale z wrażenia nie odczułem żadnego bólu – stało się to później.

Po zakończeniu formalności i przebraniu ustawiliśmy się na placu podzieleni na dwie grupy. Jedną grupą zajął się kapo Bonitz, drugą Wietschorek. Ja znalazłem się w grupie Bonitza. Kazano nam wejść do budynku, gdzie otrzymaliśmy coś do jedzenia, a następnie znów musieliśmy wyjść na wspomniany plac, gdzie wysłuchaliśmy przemówienia wygłoszonego przez jednego z esesmanów. Dokładnie treści nie pamiętam, ale było pełne gróźb, i że wyjście z obozu zależy od „zachowania się Schutzhäftlingów”, czyli nas.

Znów podzielono nas na grupy, przydzielając poszczególnym kapo. Zamiast jednak spodziewanej pracy czekały nas karne ćwiczenia. Najgorsze było to, że w czasie upału kazano nam się kręcić w kółko z rękami podniesionymi do góry i śpiewać niemieckie piosenki, których treść niewielu rozumiało. Nieśpiewanie zaś uważano za bunt, więc takich więźniów bito, kopano. Ogolone głowy puchły wystawiane na działanie słońca, aż do rozmiaru dużej dyni. A przecież wśród nas znajdowali się mężczyźni starsi wiekiem, to przekraczało ich siły. Nieludzkie znęcanie się człowieka nad człowiekiem, byłem zszokowany takim zachowaniem. Z tego czasu mam przed oczami wiele strasznych obrazów. Pamiętam Żyda z przepukliną, który konał z wycieńczenia… Baworowskiego, któremu kazano robić rzeczy trudne do opisania… Działy się rzeczy nie do wyobrażenia. O oporze wtedy nikt nie myślał, mając do wyboru śmierć albo życie. Każdy wybierał to drugie.

Gerhard Palitzsch
Gerhard Palitzsch

Okres kwarantanny trwający jakieś dwa tygodnie pozostał w mojej pamięci jako koszmar.

Jak wyglądało życie na kwarantannie? Już pierwszego dnia naszego „pobytu” w Auschwitz wieczorem wpadł na salę z kilkoma esesmanami Oberscharführer Palitzsch – największy bandyta w całej historii obozu. Wszyscy musieli się zerwać i stanąć na baczność. Ten, który się spóźnił, był bity i kopany po nerkach. Palitzsch kazał nam potem kilkakrotnie padać i powstać (wydawał te rozkazy w języku niemieckim) i biegać od jednej ściany do drugiej. Gdy esesmani wyszli, w pomieszczeniu nie można było oddychać i nic nie było widać w kurzu powstałym ze słomy. Palitzscha wszyscy panicznie się bali, jego donośny głos ścinał krew w żyłach i niósł ze sobą zapowiedź bicia.

Noce były straszne. Ludzie stłoczeni w salach, leżeć można było tylko bokiem. Okna pozamykane, nie można się było do nich zbliżyć, bo zaraz strażnik strzelał. Każdy dzień był kaźnią. Od czwartej rano do wieczora słychać było tylko przekleństwa niemieckie i odgłosy uderzeń kija i pięści. Do pomocy dobrani byli kapo – niemieccy zawodowi bandyci, którzy też byli więźniami, ale otrzymali specjalne instrukcje, jak się mają obchodzić z polskimi więźniami politycznymi. Mogli bić i mordować „podopiecznych” Häftlingów i przed nikim nie ponosili żadnej odpowiedzialności. Byli panami naszego życia i śmierci. Mieli numery od 1 do 30. Następne numery to Polacy.

Cztery tygodnie trwał tak zwany sport. Jak on wyglądał? Otóż musztra niemiecka – za małe spóźnienie lub złe zrozumienie jakiegoś zwrotu (komendy były wydawane po niemiecku, a przecież wielu nie rozumiało tego języka) było bicie, a potem wszyscy biegali, musieli skakać w przysiadzie „żabką” lub w półprzysiadzie i stać kilka godzin w słońcu. Pot oblewał całe ciało, płuca z trudnością chwytały powietrze, ludzie mdleli. Biciem i kopniakami doprowadzano ich do przytomności, ewentualnie lano kubeł lodowatej wody na głowę. Ci, którzy nie znali języka niemieckiego, w ciągu kilku minut musieli się nauczyć tekstu niemieckich idiotycznych piosenek marszowych i śpiewać z całych sił. Ze spieczonych ust trudno było wydobyć jakiekolwiek dźwięki i dla oprawców ciągle było za cicho, więc tortura powtarzała się znowu: bieg, padnij, czołgaj się i żabka! Obiad nie zawsze zdążyło się zjeść, bez łyżek wlewało się z miski gorącą strawę do ust. I znów biegiem pędzono nas jak zwierzęta na plac na dalszy „sport”. Kolacja – trzysta gramów chleba i napój, wyciąg z jakiegoś zielska, który nazywano herbatą. Na śniadanie tylko herbata. O myciu nie było mowy, do latryny tylko w czasie przerwy obiadowej, podczas której nawet obiadu nie dało się zjeść.

Po tygodniu wszyscy byli u kresu sił. Bez widoków na polepszenie. Wokół druty i budki strażnicze, z których świeciły wyloty luf i srebrne trupie czaszki na furażerkach i mundurach esesmanów.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę „Mistrz. Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski” w opracowaniu Eleonory Szafran” bezpośrednio pod tym linkiem!

Eleonora Szafran (opr.)
„Mistrz. Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski”
39,99 zł
Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o.
Rok wydania: 2021
Okładka: miękka
Liczba stron: 304
Premiera: 1 września 2021
ISBN: 978-83-8091-999-0
EAN: 9788380919990

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Eleonora Szafran
Córka Tadeusza Pietrzykowskiego. Zajmuje się genealogią rodzinną. Opiekuje się rodzinnym archiwum.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy