Autor: Witold Kieżun
Tagi: Wspomnienia, Sylwetki i biografie, II wojna światowa, Warszawa, Polska, Mazowsze
Opublikowany: 2014-02-25 16:30
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Jak żyć w okupowanej Warszawie? (cz. 2)

We wrześniu 1939 roku Witold Kieżun miał siedemnaście lat. Gdy zaczęła się II wojna światowa, jego uporządkowany świat runął w gruzy. Nadchodzące lata miały stać się czasem bezprecedensowej próby...

Pierwsza część tekstu: Jak żyć w okupowanej Warszawie? (cz. 1)

Witold Kieżun, 2008 (fot. Mariusz Kubik, domena publiczna)
Wróćmy do początku konspiracji z 1940 roku.

– Już na wiosnę gestapo aresztowało Adama Rzewuskiego i Bogdana Grycnera. Wiadomość o aresztowaniu podchorążego Grycnera przekazała mi jego siostra Danka. Moja matka, bojąc się dekonspiracji, zdecydowała, że przeniesie mnie na jakiś czas do swojej siostry Janki mieszkającej przy ulicy Słowackiego. Z informacji dotyczących Adama Rzewuskiego dowiedziałem się wraz z kolegami, że nasz młody dowódca został przewieziony najpierw do więzienia na Pawiaku, a potem chyba do obozu w Ravensbrück, gdzie już po kilku tygodniach zmarł (obok głównego obozu kobiecego istniał też podobóz dla mężczyzn, których kierowano do prac fizycznych). Natomiast Bogdana Grycnera rozstrzelano w Palmirach razem z byłym olimpijczykiem Januszem Kusocińskim, podobno jego konspiracyjnym współpracownikiem. Nie wydali nikogo. Będąc już tego pewny, wróciłem do domu.

Na pewien czas straciłem razem z kolegami z mojej piątki kontakty podziemne. Zostały one jednak wznowione w szczególny sposób, w toku studiów w szkole Wawelberga, gdzie studiował również Zygmunt Kawecki, podchorąży artylerii przeciwlotniczej. Zaproponował mi pod koniec 1942 roku wykorzystanie gabinetu dentystycznego matki jako punktu kontaktowego podziemnego wywiadu i punktu rozdziału prasy podziemnego kierownictwa Walki Cywilnej. Chodziło o teren tzw. Osiedla Oficerskiego i Żoliborza Dziennikarskiego. Moja mama przyjmowała pacjentów przez sześć dni w tygodniu i w godzinach przyjęć zawsze było na Krasińskiego 6 co najmniej kilka osób. Zrozumiałe więc, że ten ruch nie budził podejrzeń. Równie ż telefony umawiające wizyty pacjentów były uzasadnione.

Matka zgodziła się i tak się rozpoczął następny okres mojej działalności konspiracyjnej, który trwał mniej więcej dwa lata. Część prasy (nie było jej dużo, ale stopniowo wzbogacała się o nowe wydawnictwa) odbierała pewna starsza pani lub jej córka, mająca jakiś pseudonim, który po latach mi umknął. Te panie mieszkały przy ulicy Dygasińskiego, więc nie miały daleko na Krasińskiego 6. Inną część prasy roznosiłem ja lub matka, docierając do dwóch nieodległych willi. W tym czasie stosowaliśmy jeszcze prymitywną oznakę bezpieczeństwa w postaci stojącej na parapecie okna od ulicy wysokiej doniczki z kwiatem. Kontakty konspiracyjne szyfrowało się w telefonach do gabinetu dentystycznego, przedstawiając się jako osoba mieszkająca przy którejś z pobliskich ulic, np. Pogonowskiego, Mierosławskiego, Czarnieckiego, Kniaźnina. Po takim przedstawieniu się zgłaszano prośbę o zgodę na wizytę w gabinecie określonego dnia i godziny, informując o bólu zębów. Przekazywałem je osobiście Zygmuntowi Kaweckiemu. Nieznana mi była dalsza droga tej informacji. W tym czasie używałem pseudonimu „Rewera”. Trwało to kilkanaście miesięcy. Aż w 1942 roku zdarzyło się najście gestapowców i wówczas punkt ze względów bezpieczeństwa przeniesiono na ulicę Dygasińskiego, do wspomnianej starszej pani z córką. Chodziłem tam po podziemną prasę dla siebie i najbliższych znajomych. W 1943 roku punkt ten przeszedł szczęśliwie kontrolę wszystkich mieszkań przeprowadzoną przez gestapowców w czasie tzw. terenowej blokady domu. W ostatniej chwili zapas prasy udało się schować pod materacem rozkładanego tapczanu, na którym szybko położyła się starsza pani – gospodyni mieszkania, udając ciężko chorą. Gestapowcy zrewidowali mieszkanie, ale nie ruszyli chorej gospodyni. Inna sprawa, że te sztuczki w drugiej części okupacji nie zawsze się udawały. Gestapo mniej więcej w końcu 1943 i na początku 1944 roku odkryło przypadkiem parę mieszkań, w których leżało na tapczanach i łóżkach zbyt dużo ciężko chorych. Skończyło się to tragicznie i uczuliło gestapowców na ten rodzaj kamuflażu.

No dobrze, mówimy o konspiracji, różnych jej przejawach, a dotychczas nie pytałem, z czego się pan utrzymywał?

– W 1942 roku miałem dwadzieścia lat. Musiałem mieć nie tylko kenkartę, ale także jakieś zaświadczenie o zatrudnieniu respektowane przez Niemców. Przez dwa lata szkoły Wawelberga i Rotwanda miałem zaświadczenie, które mnie chroniło przed łapankami i wywózką do Niemiec. No, ale później, gdy szkołę skończyłem, musiałem mieć inne zabezpieczenie. Przydała mi się wówczas umiejętność szklenia okien zdobyta przy końcu 1939 roku. Otóż ktoś, wiedząc, że umiem wstawiać szyby, zaproponował mi, co prawda niebezinteresownie, oszklenie okien w dużym budynku magazynowym niemieckiego monopolu papierosowego. Mieścił się on przy ulicy Nowogrodzkiej, obok budynku „Romy” (przed wojną Domu Katolickiego, obecnie Teatru Muzycznego). Zmontowałem trzyosobową ekipę pod moim kierownictwem i podjąłem się obliczonej na dwa miesiące pracy, która została jakoś firmowo zarejestrowana. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, w jaki sposób można z kartonowych dużych pudeł zawierających papierosy wyciągnąć parę paczek, nie dewastując całego kartonu. Ponieważ zmagazynowano setki, jeśli nie tysiące pudeł, każdy z nas mógł wynieść po skończonej pracy kilkanaście pudełek papierosów. A był to podczas okupacji cenny towar czy to do spieniężenia, czy to wymiany barterowej – towar za towar. Oczywiście w tamtych warunkach nie mogło być żadnych obiekcji typu moralnego, bo wszystko, co można było skraść okupantowi, było godne uznania za czyn patriotyczny. Polski portier – wartownik fabryki – kiedyś uprzedził nas z ostrzegawczym uśmiechem: „Dziś będą goście”. Zrozumieliśmy. Tego dnia, wychodząc, poddaliśmy się z satysfakcją dokładnej rewizji osobistej niemieckich żandarmów. Ci mieli zawiedzione miny, bo nic przy nas nie znaleźli.

A więc interes się kręcił, a wynoszone stamtąd papierosy przynosiły pokaźny zarobek. Ale trzeba dodać, że musieliśmy się nim dzielić z panem, który poinformował mnie o możliwości zatrudnienia w charakterze szklarzy. Ów pan, nie narażając się bezpośrednio, zarabiał na czysto według parytetu: on tyle a tyle procent, my tyle a tyle.

Zajmowałem się też pośrednictwem w sprzedaży bandaży kradzionych z niemieckich transportów wojskowych. Kupowali je domowi producenci jako materiał na pończochy. To też było dosyć intratne. Całkiem epizodycznie upłynniałem swej ciotce Musze Thieme złote ruble, tzw. Świnki, przechowane jeszcze z czasów carskich na czarną godzinę. Ta godzina właśnie nadeszła. Za to pośrednictwo ciotka wypłacała mi z dobroci serca procencik, przed czym się z początku wzbraniałem, ale w końcu trochę tych złotówek mi się przydało. Te wszystkie dorywcze zajęcia i handelki były uzupełnieniem regularnych zarobków lekarskich matki. Przez cała okupację, aż do wybuchu Powstania, prowadziła z powodzeniem gabinet dentystyczny. Jednak muszę się pochwalić, że od 17. roku życia, czyli od „szklarskiej” jesieni 1939 roku, nieraz sam utrzymywałem cały dom. Po Śmierci ojca przyznano mi do 21. roku życia rentę wynoszącą 63 złote miesięcznie, co przed wojną było niezła kwotą, zwłaszcza dla gimnazjalisty. W czasie wojny nadal ją otrzymywałem, aż do 6 lutego 1943 roku. Naturalnie jej wartość, wciąż wynosząca 63 złote, była już wtedy symboliczna.

Marzenia o Konkursie Chopinowskim

Zaskoczył mnie pan kiedyś informacja o swoich poważnych zainteresowaniach muzycznych, rozwijanych także w okresie okupacji.

– To prawda. W1941 roku zacząłem udzielać lekcji gry na fortepianie młodym ludziom zainteresowanym muzyką. Jedna z moich wczesnych uczennic wstąpiła po wojnie w Krakowie do tamtejszego konserwatorium i poświęciła się karierze muzycznej. Przez pewien czas grałem również od 18.00 do 20.00 na fortepianie w kawiarni „Solmare”, którą moja dawna koleżanka ze szkoły angielskiego, Anna Dobrowolska, otworzyła przy ulicy Mickiewicza (w domu między ulicą Generała Zajączka a placem Inwalidów). Było to miejsce spotkań byłych poniatowszczaków. Grywałem tam popularne, znane utwory i swoje kompozycje lekkiej muzyki. Było bardzo miło, bo stale przychodził ktoś znajomy. Przerywałem wówczas granie i popijałem z nim kawę czy wino. Po zamknięciu o ósmej wieczorem, jeszcze przed godziną policyjną, gawędziliśmy w bliskim gronie kole żeńskim. Dokumentem chroniącym mnie przed kontrolą w czasie łapanek była wówczas legitymacja służbowa kreślarza w Zarządzie Geodezji Urzędu Miejskiego w Warszawie.

Masakra w Bochni, grudzień 1939

Dawał pan lekcje muzyki, ale sam, o ile pamiętam z rozmów towarzyskich, intensywnie ćwiczył poważny repertuar pianistyczny, podobno z myślą o wzięciu udziału w pierwszym powojennym Konkursie Chopinowskim. Czy miał pan takie ambicje? Kto pana uczył?

– Rzeczywiście, miałem takie plany i marzenia. W latach 1942–1944 pobierałem lekcje muzyki u wybitnego pedagoga, prof. Lewandowskiego z konserwatorium w Poznaniu. Marzyło mi się wtedy, że po wojnie wezmę udział w Konkursie Chopinowskim. Potem zdałem sobie jednak sprawę, że w obliczu przeciągającej się wojny i niemożności poświęcenia zbyt wielu godzin na ćwiczenia gry na fortepianie moje szanse na udział w konkursie zmalały do zera.

Rozumiem, że lekcje u prof. Lewandowskiego były płatne i było pana na to stać?

– Tak, to było w okresie, gdy matka i ja sam mieliśmy trochę wolnych pieniędzy.

W każdym razie przez cały niemal okres okupacji byłem związany z muzyką. Wszędzie gdzie w domu było pianino, proszono mnie o zagranie czegoś i zawsze w trakcie spotkań towarzyskich odbywał się maleńki recital z moim udziałem.

Kiedy opowiadam o pewnych elementach życia towarzyskiego podczas okupacji, muszę wspomnieć o kontaktach ze starszym kuzynem, Aleksandrem Gieysztorem. Co roku 26 lutego odbywały się u Gieysztorów przy Wilczej 8 podwójne imieniny ku czci Aleksandrów – ojca i syna, seniora i juniora. Dla mnie Aleksander senior był stryjem. Okupacja nie przerwała tej rodzinnej tradycji, choć w różnych momentach wpływała na nastrój wynikający ze stałego zagrożenia. Wraz z mamą bywałem stałym uczestnikiem tych miłych uroczystości. Aleksander senior produkował systemem domowym mydło, jakieś pasty, a czasem jeszcze inne produkty na sprzedaż, które dziś nazwalibyśmy Środkami czystości. Miały one stały odbiór w pobliskich sklepikach i przynosiły nie najgorszy dochód. Prawdopodobnie też stanowiły przedmiot handlu wymiennego z dostawcami z okolicznych wsi. Ileś kilogramów mydła i ługu do prania za ileś tam jajek, serów, Śmietany, ziemniaków. W każdym razie dzięki przedsiębiorczości stryja Aleksandra przyjęcia imieninowe były kulinarnie urozmaicone i atrakcyjne. Uczestniczyła w nich z reguły cała rodzina Gieysztorów: ciocia Lonia Gieysztorowa z Magdulki, ale bez swego męża Władysława, który zostawał w domu, Jerzy Gieysztor z żoną Wandą, Edward Gieysztor sam, bo był w separacji z pierwszą żoną, Janina Oborska, Leon Gieysztor, ale jedynie w 1940 roku, bo później został aresztowany i zginał w Auschwitz, córka Aleksandra seniora, a przyrodnia siostra Aleksandra juniora – Mila Żłobicka z mężem i synem Jurkiem, siostra mojej matki Janina Dokontowa z mężem i brat Ireny, żony Aleksandra juniora. Od 1941 przychodziła również Irka Kiełmuciowa w utlenionych włosach i z pełna aryjską dokumentacją. Prowadziła normalny tryb życia, uchodząc za naszą krewną. Wciągnęła ją w krąg towarzyski Gieysztorów matka Aleksandra juniora, Barbara Gieysztorowa. Wcześniej zaprzyjaźniła się z panią Kiełmuciowa, bywając u nas na Żoliborzu. W konsekwencji zaczęła ją zapraszać na rodzinne imieniny Aleksandrów…

Jak wspomniałem, nastroje na tych uroczystościach zależały od sytuacji okupacyjnej oraz osobistej uczestników. Ale bywały zawsze dosyć patriotyczne. Ktoś na pierwszym wojennym spotkaniu w 1940 roku przyniósł przepowiednię, jak wówczas uważano – autorstwa Wernyhory. Jedna z jej strof brzmiała: „Krzyż splugawiony razem z młotem padnie, zaborcom nic nie zostanie, mazurska ziemia znów Polsce przypadnie, a w Gdańsku port nasz powstanie”. W dalszym ciągu tej przepowiedni była mowa, że trzy rzeki Świata dadzą trzy korony pomazańcowi z Krakowa – nikt z uczestników imienin nie rozumiał tego fragmentu.

Niemiecka defilada w październiku 1940, (Bundesarchiv, Bild 183-L16175/ CC-BY-SA)
Wiele lat później zbiegła się data intronizacji papieża Jana Pawła II z czterdziestoleciem małżeństwa Aleksandra juniora i Ireny. Cała rodzina zebrała się w pałacu w Nieborowie, a następnego dnia po uroczystej kolacji oglądała w telewizji uroczystości w Rzymie. I wówczas przypomniano sobie tę przepowiednię sprzed 28 lat. „Trzy korony” papieskie i papież – „pomazaniec z Krakowa”.

Ciekawi mnie, jak się układały podczas okupacji pana relacje z Aleksandrem juniorem. Czy panowie rozmawiali o sprawach konspiracyjnych?

– Tak, oczywiście, spotykaliśmy się, także poza owymi imieninami, ale ja nie podawałem żadnych szczegółów i naturalnie Oleś też się nie dekonspirował. Obaj wiedzieliśmy, że jesteśmy zaangażowani w działalność podziemną, co zresztą w Środowisku inteligenckiej młodzieży w Warszawie było powszechne. Chyba na początku 1944 roku Oleś tuż przed godziną policyjną zjawił się niespodziewanie u nas na Żoliborzu. Zawsze opanowany zwrócił się do mojej matki: „Ciociu, mam powody, żeby prosić o przenocowanie. Czy mogę?”.

Matka błyskawicznie zrozumiała sens tej prośby i serdecznie go ugościła, oczywiście zwyczajem tamtego czasu o nic nie pytając. Panowała bowiem zasada: o nic nie pytać i jak najmniej wiedzieć. Aleksander junior przebywał u nas krótko, chyba tylko dwie czy trzy doby, ale wówczas też mogłem ze swoim starszym kuzynem swobodnie rozmawiać, naturalnie unikając spraw konspiracyjnych. Ale to był szczęśliwy zbieg okoliczności, bo często znikałem z domu i nie było mnie czasem przez tydzień, a nawet dłużej.

Gestapo puka…

Czy były jakieś szczególne momenty zagrożenia?

– Owszem, były. Dwie takie groźne sytuacje krótko zrelacjonuję.

Pewnego dnia późną wiosną 1942 roku odwołano wykłady w Szkole Wawelberga. Wiązało się to z nieprzewidzianą absencją jednego z profesorów. Wracałem tramwajem z kolegami z Żoliborza i zaprosiłem ich do siebie na przegląd prasy podziemnej. Akurat tego dnia mama dostała nowy jej przydział do dalszej dystrybucji. Zaproszeni goście, Tadeusz Wróbel i Jerzy Łapkowski, rozsiedli się na kanapie w moim pokoju i wymieniali poszczególne strony pisma podziemnego małego formatu – w tym przypadku chodziło o „Biuletyn Informacyjny”. Ja siedziałem w fotelu przy biurku, czytając oficjalny organ podziemny „Rzeczpospolita”. Raptem odezwał się ostry dzwonek do drzwi. Tadeusz zażartował: „To pewnie gestapo”. Błyskawicznie schowałem trzymane pismo pod ceratę przykrywającą biurko i powiedziałem: „Nie wygłupiaj się, schowajcie gazetki, idę otworzyć”.

W otwartych drzwiach ukazało się trzech cywilów w charakterystycznych

tyrolskich kapeluszach. Pierwszy, z wycelowanym pistoletem, wrzasnął: Hände hoch! Więc z rękami do góry cofałem się, idąc tyłem dość długim korytarzem mieszkania, z którego boczne drzwi prowadziły do mego pokoju. Usłyszałem głos któregoś z kolegów: „Witek, nie wygłupiaj się”. Słysząc niemiecką komendę, myślał, że to ja dla kawału udaję głos gestapowca. Po chwili gestapowcy dotarli do pokoju. Widząc dwóch młodych ludzi, pozostali dwaj Niemcy też wydobyli pistolety, krzycząc: Hände hoch! Stanęliśmy w trójkę z rękami do góry. Ukradkiem spoglądałem, czy na kanapie nie ma „Biuletynu

Informacyjnego”. Jeden z gestapowców obmacywał nas, sprawdzając, czy nie mamy broni. Wreszcie pozwolił opuścić ręce. Zapytał, co tutaj robimy. Opanowanym, jakby trochę beztroskim głosem objaśniłem: „Jesteśmy studentami niemieckiej Fachschule für Machinenbaum und Elektrotechnik. Wobec odwołania wykładu postanowiliśmy się spotkać, aby wspólnie przygotować się do egzaminu z matematyki”.

Gestapowcy starannie sprawdzali nasze legitymacje, po czym jeden z nich został w pokoju, a dwaj wyszli do innych pomieszczeń i robili pobieżną rewizję. Matki nie było wówczas w domu. Po rewizji gestapowcy wymienili między sobą jakieś uwagi. Uchwyciłem tyle, że nie chodzi im o żadnego z nas. Wydali jednak rozkaz włożenia płaszczy, co oznaczało decyzję o zatrzymaniu. W tym momencie Jerzy Łapkowski wyciągnął z kieszeni jakiś dokument i pokazał go gestapowcom, mówiąc po niemiecku, że jest członkiem Białoruskiej Partii Narodowo-Socjalistycznej. Gestapowiec wziął tę legitymację i zatelefonował z domowego aparatu wiszącego na Ścianie w korytarzu mieszkania. Podał nazwisko Jerzego i jakiś numer, prosząc o potwierdzenie. Po chwili zwrócił legitymację i cała trójka gestapowców bez słowa wyszła.

Byliśmy zszokowani. Na szczęście jednak włożyliśmy pod poduszki leżące na kanapie kartki „Biuletynu Informacyjnego” AK. W końcu uratowała nas legitymacja Jerzego Łapkowskiego. Ów był synem zawodowego kapitana polskiego, znajdującego się wówczas w niewoli niemieckiej. Wyjaśnił nam, że jego matka pochodząca z Nowogródczyzny, chcąc zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom, zapisała się do proniemieckiego stowarzyszenia Białorusinów. Wcześniej Łapkowski nie przyznawał się nam do tej przynależności, bo byłby przez nas bojkotowany. Teraz jednak dzięki temu wszyscy się uratowali przed torturami Pawiaka i trudnym do ustalenia losem. Parę dni przed Powstaniem Jerzy Łapkowski przyszedł do mnie, deklarując chęć walki w ramach AK. Skierowałem go do ppor. „Zygmy” Kaweckiego. W mojej obecności Łapkowski złożył przysięgę. W czasie Powstania dzielnie walczył na Żoliborzu w zgrupowaniu „żywiciel”. Ciężko ranny w kolano, po kapitulacji Żoliborza został przewieziony do szpitala w Żyrardowie. Zmarł tam jednak wskutek gangreny.

Jeszcze dodam, że po wspomnianej wizycie gestapo złożyłem od razu oficjalny meldunek „Zygmie” Kaweckiemu. Punkt kontaktowy i punkt dystrybucji prasy został u nas zlikwidowany, uznano bowiem nasze mieszkanie za zagrożone.

Była też druga dramatyczna przygoda w tym mieszkaniu, w końcu marca czy też na początku kwietnia 1944 roku. Wracałem do domu z podziemnego wykładu wojskowego, tzw. minerki i nauki o broni. Pod pojęciem „minerka” rozumie się użytkowanie Środków wybuchowych do niszczenia wszelkich obiektów budowlanych oraz do zakładania i rozbrajania min ziemnych i transportowych na drogach oraz liniach kolejowych. Zabrałem wtedy do domu skrypt z minerki i karabin z uciętą lufą i kolbą demonstrowany w celu zapoznania się z mechanizmem zamka. Miałem to oddać następnego dnia. I oto zdarzyło się coś nieprzewidywalnego. Nastąpiła terenowa blokada wschodniej części Żoliborza, przeprowadzana przez niemieckie siły bezpieczeństwa przy osłonie żołnierzy Luftwaffe nad ranem, w porze, gdy jeszcze się Śpi. Około piątej rano obudził mnie szum przejeżdżających pod domem ciężarówek, które zatrzymywały się ze zgrzytem hamulców. Wstałem szybko z łóżka i odchyliwszy lekko zasłonę okna, zobaczyłem w szarzyźnie poranka stanowiska karabinów maszynowych ustawionych przez lotniczą jednostkę niemiecką z Okęcia w charakterystycznych niemieckich mundurach. Rozmieścili się po drugiej stronie Krasińskiego, pod płotem parku Żeromskiego. Po pewnym czasie kolor ich mundurów był już w pełni rozpoznawalny.

Udział takich elitarnych jednostek wojsk lotniczych w akcjach policyjnych przeczy opiniom głoszonych czasem w dzisiejszych Niemczech, że w aktach terroru podczas okupacji w Polsce nie brali udziału „rycerscy z natury” lotnicy. A tymczasem wiadomo, że już we wrześniu 1940 roku oddziały lotnicze z Okęcia wzięły udział w specjalnej policyjnej akcji wyciągania nad ranem z domów na Żoliborzu inteligentów polskich, których potem wywożono pociągami jako pierwszych więźniów do obozu w Auschwitz, znajdującego się dopiero w fazie urządzania i rozbudowy. Ale to dygresja.

– Gdy tego kwietniowego poranka ogarnąłem widok ze swego pokoju, zdałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Chwyciłem skrypt i ucięty karabin, w długiej koszuli nocnej szybko wybiegłem z mieszkania na klatkę schodową. Spotkałem tam sąsiadkę, panią Słomczyńska, która już biegła, wołając: „Niemcy, Niemcy!”. Zapytałem: „Strych czy piwnica?”. Odpowiedziała jednym słowem: „Piwnica”. Zbiegłem szybko i otworzywszy drzwi pełnej węgla piwnicy należącej do naszego mieszkania, wrzuciłem tam skrypt i karabin. Błyskawicznie wróciłem na trzecie piętro. Już będąc z powrotem, usłyszałem kroki Niemców wchodzących na klatkę schodową. Szybko umyłem ręce i położyłem się do łóżka. Łomotanie do drzwi. Matka w szlafroku otworzyła, pytając naiwnie starannie wymodelowaną niemczyzną: „Co się stało?”. Do mieszkania, nie odpowiadając na spokojne słowa matki, wpadło trzech Niemców, jeden oficer gestapo i dwóch żołnierzy: „Hände hoch! Podnieś się! Ubieraj się, schnell, schnell, szybko!” – wrzeszczeli. żołnierze rozbiegli się po pokojach, tymczasem oficer kazał mi usiąść na łóżku, otworzył szafę biblioteczną i systematycznie wyjmował książki, szybko je kartkował w poszukiwaniu jakichś zapisków. Nic nie znalazłszy, rzucał je na podłogę.

Zameldowali się żołnierze przeprowadzający pospieszną rewizję w trzech pozostałych pokojach i kuchni. Alles ist in ordnung! – wszystko w porządku. Gestapowiec zapytał matkę: „Macie piwnicę?”. Otrzymawszy odpowiedź potwierdzającą, kazał żołnierzom pójść z nią i dokładnie zrewidować pomieszczenia piwniczne. Zostałem sam, na łóżku. Od gestapowca dzieliły mnie jakieś dwa metry, Niemiec wciąż był zajęty kartkowaniem książek. Widziałem przy pasie odpiętą kaburę z pistoletem. Niemiec nie patrzył na mnie. Wśród przeglądanych przez gestapowca książek pełno było niemieckich podręczników medycznych, jeszcze z biblioteki mego ojca, z jego podpisem. Studiował przecież w Dorpacie, dawnym uniwersytecie niemieckim. Były też książki stomatologiczne matki, wiele z nich również po niemiecku. Zastanawiałem się, jaką mam szansę ucieczki. Z łatwością mogłem jednym skokiem obezwładnić Niemca i zabrać broń, ogłuszyć go mocnym uderzeniem kolbą i uciec przygotowaną od dawna drogą odwrotu przez strych na dach niższego domu na sąsiedniej ulicy. Miałem umowę z mieszkającymi tam znajomymi, że klapa na dachu stanowiąca wejście na ich strych będzie zawsze otwarta. Ale co dalej w sytuacji blokady? Wprawdzie będę miał pistolet, więc nie dam się schwytać żywy. Ale co z matką i sąsiadami? Z drugiej strony uwiadamiałem sobie, że gdy za chwilę wrócą z piwnicy żołnierze ze skryptem i karabinem wydobytym spod węgla, zostaniemy aresztowani, poddani przesłuchaniom z torturami i w końcu rozstrzelani. Szczególnie przerażała mnie wizja matki poddanej torturom na gestapo. Tak w ciągu paru chwil rozmyślałem, oceniając sytuację. Wahałem się. Wydawało mi się, że to trwa bardzo długo. Ale w pewnym momencie usłyszałem przez otwarte drzwi nieco sztuczny Śmiech matki i bardzo głośno jej rozmowę po niemiecku z żołnierzami. Zrozumiałem, że nic nie znaleźli i że matka w ten sposób mnie uspokaja. Po chwili żołnierze meldowali oficerowi gestapo w czarnym mundurze SS: Alles in ordnung! Oficer wstał, w milczeniu kiwnął głowa i wszyscy wyszli, nawet dość elegancko zamykając za sobą drzwi.

Rewizja i blokada osiedla trwała przez jakieś dwie godziny. Aresztowano rodzinę z sąsiedniej klatki schodowej, podobno znaleziono prasę podziemną. Gdy udało się stwierdzić, że Niemcy wyszli ostatecznie z domu, matka opowiedziała mi, co wydarzyło się w piwnicy. Przez cały czas rozmawiała z żołnierzami, budząc uznanie znajomością niemieckiego. Nawet w pewnej chwili zapytali ją, czy nie jest z urodzenia Niemką. Mama zdaje się opowiadała im o swoich studiach medycznych przed I wojną w Szwajcarii, co u tych prostych żołnierzy również wywołało podziw. Jednym słowem, osłabiła ich czujność i koncentrację na poleconym zadaniu. Reszty dokonał dozorca domu, odważny pan Albinowski. żołnierze, widząc w piwnicy zwały węgla, kazali mu je przerzucać, żeby mogli ocenić, czy czegoś tam nie ukryto. Albinowski umyślnie tak sprytnie przerzucał z jednej strony na drugą małe kawałki marnego, zapylonego węgla, iż w całej piwnicy i w prowadzącym do niej korytarzu powstał wielki tuman pyłu. żołnierze zaczęli kichać i w trosce o swoje nosy, oczy oraz zadbane czyste mundury kazali mu przerwać tę robotę. Uznali, że wystarczy. A gdy wracali na górę, usiłując jakoś doprowadzić do porządku mundury, mama dowcipkowała i głośno się śmiała z siebie, bo także była potwornie obsypana pyłem węglowym. Dawała mi w ten sposób znak, że wszystko w porządku. Wiedziała bowiem o mojej przygotowanej na wszelki wypadek drodze ucieczki i chojrackiej naturze. Bała się więc, czy nie wykonam jakiegoś nieodwracalnego skoku na dach. A więc poszczęściło nam się dzięki wspaniałemu opanowaniu matki i zacności dzielnego dozorcy domu.

Czy kiedyś korzystał pan ze wspomnianej drogi ucieczki przed Niemcami?

– Tylko częściowo, w czasie nocnej wizyty gestapo na sąsiedniej klatce schodowej. Wejście do domu było jedynie przez bramę od ulicy Dziennikarskiej, drzwi do klatek schodowych od ulicy Krasińskiego były na stałe zamknięte. Dzwonek do dozorcy przy żelaznej bramie był naumyślnie uszkodzony. Chcąc więc w nocy dostać się do domu, trzeba było łomotać w żelazną bramę, wywołując silny hałas budzący wszystkich mieszkańców. Na odgłos tego łomotu dozorca, pan Albinowski, wychodził ze swego mieszkania w suterynie i szedł przez podwórko, krzycząc: „Idzie się, idzie się!”. Uspokajał w ten sposób nocnych intruzów, oczywiście tylko Niemców, bo Polaków obowiązywała godzina policyjna. Pamiętam, że dwa razy była taka sytuacja. Gestapowcy przyszli w nocy po Wojciecha, sąsiada z innej klatki schodowej. Okazało się jednak, że już się wyprowadził. Za drugim razem chodziło o kogoś, kto także już nie mieszkał w tym domu. W każdym razie zdążyłem się ulokować na dachu i spotkałem tam innych mężczyzn z sąsiednich klatek schodowych. W takich zresztą okolicznościach poznałem popularnego później aktora Henryka Borowskiego.

Z Wisła nad Wisła

Nie tylko jednak były zagrożenia. Skoro mówimy o młodych ludziach, bywały chyba jakieś chwile rozrywek, zwłaszcza latem?

– Naturalnie, bywały chwile beztroski. Najczęściej w czasie letnich upałów. Wtedy z najbliższymi kolegami szedłem nad Wisłę opalać się i kąpać. Z centralnego Żoliborza było dość blisko do Wisły z rozległa plażą. Braliśmy więc z domu trochę wałówki, a do picia przeważnie domowe kompoty i zgraną paczką lądowaliśmy gdzieś na wysokości Wybrzeża Kościuszkowskiego. Czasem nawet zapuszczaliśmy się bardziej na północ, na obrzeża Lasku Bielańskiego, w pobliże klasztoru Kamedułów. Niektórzy z nas mieli narzeczone lub, jak się dawniej mawiało, sympatie. Inni przychodzili z siostrami, a jeszcze inni nawiązywali znajomości już na plaży. Te najbardziej atrakcyjne niekiedy były towarzysko kontynuowane. Właśnie na plaży wiślańskiej w trakcie upałów poznałem Wisłę (Wisławę) Pankiewicz, przyszła żonę premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego. Była atrakcyjną, elokwentną dziewczyną, studentką podziemnego fakultetu medycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Ideowo bliska radykalnemu nurtowi PPS-u, nie eksponowała jednak tych poglądów. Wspominam ją z żoliborskich czasów okupacyjnych z sympatią niepozbawioną erotycznej nuty. Dodam dygresyjnie, aczkolwiek o tym będzie jeszcze mowa w osobnym rozdziale, że zawiodłem się na niej, a właściwie zawiodła się moja matka, gdy zostałem uwięziony przez NKWD.

Witold Kieżun, sierpień 1944

Skoro mowa o Osóbce-Morawskim, którego żona została pani doktor Wisła, zaraz po wojnie krążył następujący dowcip: „Po gomułce na osóbkę”. Był jeszcze inny, odnoszący się do prezydenta tzw. Krajowej Rady Narodowej: „Nic nie dajut, tylko bierut…”

– Wspominałem o zebraniach imieninowych. Do ówczesnych rozrywek młodzieżowych należały również tak zwane potańcówki. Czasem te zebrania, przeważnie zakrapiane winem i bimbrem, trwały cała noc ze względu na godzinę policyjną. Kiedyś w trakcie całonocnej zabawy w 1942 roku z okazji uzyskania pełnoletności przez Jana Podkańskiego, później kaprala podchorążego „Ślaza”, w willi jego rodziców przy ulicy Dybowskiego odbyła się właśnie całonocna bibka. Zebrał się wtedy zespół kolegów z Liceum Poniatowskiego, przynależących już konspiracyjnie do batalionu „Baszta” Armii Krajowej. Stół suto zastawiony, dużo wina francuskiego, łatwo wtedy dostępnego w Warszawie. Szmuglowali je Niemcy i pokątnie sprzedawali warszawskim kombinatorom. Można było po znajomości kupić cała skrzynkę wina francuskiego po niskiej cenie. Ja obchodziłem swoje 21-lecie w lutym 1943 roku. Na tej uroczystości było kilkanaście osób. W salonie ustawiłem reflektor dentystyczny matki zasłonięty różnokolorowym materiałem, dzięki czemu uzyskałem nastrojowe Światło. Było wino francuskie, wielodaniowa gorąca kolacja, całonocna zabawa ze względu na godzinę policyjną. Nad ranem zmęczeni goście spali na kanapach, fotelach albo na dywanie.

Były też inne całonocne zabawy, ale chyba nie więcej niż cztery czy pięć w ciągu całej wojny. Częstsze były spotkania dyskusyjne przy kawie i herbacie. Po godzinie policyjnej zjawiali się u nas sąsiedzi z tego samego domu. Przy winie dyskutowaliśmy na temat sytuacji międzynarodowej, postępów w wojnie aliantów i własnych perspektyw. Nieraz przechodziłem po godzinie policyjnej przez mur oddzielający nasz trzypiętrowy dom od willowej posesji przy ulicy Tucholskiej. Mieszkała tam liczna rodzina Tadeusza Wróbla z jego kuzynkami, Lusią i Anetką Natansonównymi, także ich bratem Witoldem Natansonem i kuzynami Tadeuszem i Jerzym Dobrzyńskimi. Było to liczne grono inteligentnej i działającej w podziemiu młodzieży, chętnej do dyskusji nie tylko o bieżących problemach, ale także na temat Polski powojennej. Wśród nich był senior „Jowisz” Natanson, który zmienił nazwisko na Nowicki i ukrywał się przez parę miesięcy w sąsiednim mieszkaniu u wdowy z dziećmi, pani Słomczyńskiej. Natanson-Nowicki chętnie spędzał u nas wieczory, słuchając muzyki z adaptera. Bywały też spotkania muzyczne, koncerty w prywatnych mieszkaniach, a także podziemne występy artystyczne. Olgierd Budrewicz z braćmi Kazimierzem i Mieczysławem Skrobikami, Lusią i Anetką Natansonównymi powołali mały zespół satyryczny i występowali w willi państwa Wróblów przy ulicy Tucholskiej. Popisywali się wierszami: Buty, buty, buty, Kriegsgefangenen post oraz ariami Śpiewanymi przez Olgierda Budrewicza.

O przyjęciach imieninowych u Gieysztorów była już mowa, ale równie uroczyste i gromadne odbywały się u mojej matki każdego 9 grudnia. No cóż, nie chodzono do teatrów i kin zgodnie z hasłem: „Tylko Świnie siedzą w kinie”. Te oficjalne imprezy, organizowane przez Niemców, miały na celu propagandę i deprawację. Ale młodzież w okresie okupacyjnym w Warszawie, działająca w podziemiu, miała też Świadomość, że każdego dnia może zostać aresztowana przez gestapo i nie wywinie się wtedy od Śmierci. Stąd czasem i ucieczki w taniec, zabawę, flirt czy nawet młodzieńcza miłość. Przeważał w tych czasach rygor moralny o nieprzekraczalnej granicy przyzwoitości. Większość miłosnych uniesień miała charakter wyłącznie uczuciowy, choć bywało, że niektóre młode pary żyły ze sobą fizycznie. Była też moda na wczesne małżeństwa. Tadeusz Wróbel ożenił się, mając 19 lat, podobnie Danuta Grycnerówna wyszła za mąż w tym samym wieku. Były to okazje do przyjęć. W czasie ostatniego przed Powstaniem sylwestra wraz z kolegami witałem Nowy Rok przy placu Wilsona, w budynku spółdzielni „Feniks”. Jeden z gości, Świetnie wykonujący cygańskie romanse, Śpiewał przy gitarze, a o północy wszyscy wybiegli podpici na dach i strzelali z dwóch „parabellek” do góry. No cóż, był to oczywisty wygłup, ale ponieważ Niemcy w Warszawie na powitanie Nowego Roku też strzelali, spontaniczne strzelanie młodych akowców nie budziło specjalnych podejrzeń. Jednak szkoda było drogocennej amunicji.

Nad rozrywkami przeważały rozmowy i dyskusje o znacznym ładunku intelektualnym. Przez swego przyjaciela Andrzeja Wojnara poznałem u jego matki, pani Zofii Hryniewiczowej, Jana Strzeleckiego. Wojnarowie urządzali – jak by to określić – herbatki intelektualne. Janek Strzelecki lubił i cenił Andrzeja Wojnara, który przychylał się do wyraźnie lewicowego programu Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Pani Hryniewiczowa według mnie miała jeszcze bardziej radykalne poglądy od Strzeleckiego, który w tym ideowym domu czuł się dobrze. Ja również, bo Andrzej był moim bliskim kolegą z Gimnazjum Poniatowskiego, chętnie go odwiedzałem i na prośbę gospodarzy grałem czasem na fortepianie. W 1943 roku aresztowano Andrzeja oraz jego siostrę Jasię i te spotkania się skończyły.

Ciekawi mnie charakter pana kontaktów z Janem Strzeleckim. O czym rozmawialiście? Czy próbował pana wciągnąć w socjalistyczny nurt myślenia?

– Janek, jako człowiek wielkiej delikatności, nigdy nikogo nie indoktrynował. Rozmowy toczyły się na przemian wokół spraw bieżących i walki o odzyskanie niepodległości. Nie używało się wielkich słów. Każdy był przecież żołnierzem Armii Krajowej i brał udział w różnych akcjach jeszcze przed Powstaniem. Obaj domyślaliśmy się swego zaangażowania konspiracyjnego, ale nikt nikomu nie zwierzał się ze szczegółów. Tak zresztą postępowali wszyscy rozsądni ludzie. Strzelecki był ode mnie starszy o trzy lata, co się w tym okresie liczyło. Ważne było również to, że był o wiele lepiej ode mnie zorientowany w naukach humanistycznych, filozofii, historii myśli politycznej, socjologii i ekonomii. W związku z tym był o wiele bardziej intelektualnie wyrobiony, nigdy jednak wyższości nie okazywał. Nadzwyczaj skromny, powściągliwy w lansowaniu swych opinii, wydawał się nieśmiały. Naturalnie czytywałem na bieżąco różne pisma podziemne, w tym „Nowe Drogi” – konspiracyjny organ Stronnictwa Demokratycznego, „Barykadę Wolności” socjalistów oraz „Sztukę i Naród” związaną z nurtem endeckim, więc mogłem w tych sprawach podejmować dyskusję ze Strzeleckim.

Powyższy tekst pochodzi z książki „Magdulka i cały świat. Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego”:

„Magdulka i cały świat. Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego”
59 zł

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Witold Kieżun
Ur. 1922; polski ekonomista, profesor. Teoretyk zarządzania, przedstawiciel polskiej szkoły prakseologicznej, w ramach której rozwija teorię organizacji i zarządzania. Uczeń Tadeusza Kotarbińskiego i Jana Zieleniewskiego, żołnierz Armii Krajowej, podporucznik czasu wojny, uczestnik powstania warszawskiego, więzień sowieckich łagrów. Pracownik naukowy Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy