Autor: Witold Kieżun
Tagi: Artykuły, Wspomnienia, Książki, II wojna światowa, Polska, Warszawa, Mazowsze
Opublikowany: 2014-02-21 14:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Jak żyć w okupowanej Warszawie? (cz. 1)

We wrześniu 1939 roku Witold Kieżun miał siedemnaście lat. Gdy zaczęła się II wojna światowa, jego uporządkowany świat runął w gruzy...

Witold Kieżun, 2008 (fot. Mariusz Kubik, domena publiczna)
7 września 1939 roku. Słynny apel radiowy pułkownika Umiastowskiego wzywający młodych mężczyzn do opuszczenia Warszawy. Wiązało się to z zamysłem sformowania w jakimś miejscu odległym od stolicy oddziałów rezerwowych Wojska Polskiego. Spowodowało straszliwy zamęt, chaos, tysiące mężczyzn opuszczało Warszawę kierując się przez mosty na Pragę, nikt zresztą nie wiedział, dokąd idzie i gdzie będzie do tego wojska powołany. Nawiasem dodam, że komisarz wojskowy miasta stołecznego Warszawy major prezydent Starzyński uzyskał od dowódcy obrony Warszawy, generała Czumy, odwołanie nieroztropnego apelu. Należy też dodać, że razem z młodymi mężczyznami udającymi się nie wiadomo dokąd ruszyły samochodami, dorożkami, rowerami i wszystkim, czym się dało, grupy zdezorientowanych i przerażonych cywilów, w tym kobiet z dziećmi.

W Warszawie na Żoliborzu znalazła się wtedy pani Felicja, żona pańskiego stryja, podpułkownika rezerwy Jana Kieżuna. Zatelefonowała do pana matki, że niedaleko na Żoliborzu stoi w garażu samochód nieobecnego stryja i że syn jej przyjaciółki, młody student prawa, ma prawo jazdy, więc można z nim wyjechać z Warszawy.

– Tak było istotnie. Wyjechaliśmy w trójkę razem z moim młodszym kolegą z Gimnazjum Poniatowskiego, Janem Kunertem, oraz wspomnianym kierowcą. Szybko jednak okazało się, że w baku jest niewiele benzyny. Na wszelki wypadek załadowaliśmy do samochodu rowery. Miałem wezwanie do wojska w Trauguttowie pod Brześciem, więc zdecydowałem, że jedziemy w tym kierunku. Już jednak pod Mińskiem Mazowieckim wyczerpała się benzyna. Wszelkie próby jej zdobycia nie powiodły się. Zostawiliśmy więc samochód u jakiegoś wieśniaka w stodole i ruszyliśmy na rowerach, wtapiając się w dużą falę ewakuującej się ludności. Wszyscy parli na wschód. Są to znane wrześniowe dramaty. Przemieszczająca się bezładnie polska ludność cywilna masakrowana z karabinów maszynowych przez nisko lecące niemieckie samoloty. Trupy ludzi i koni. Przeraźliwe jęki rannych. Płacz przerażonych dzieci. Wspominam te sceny jednym słowem: koszmar.

Do Trauguttowa dotarliśmy chyba 13 września. Piękne, nowoczesne budynki szkoły podchorążych świeciły pustką. Spotkaliśmy jedynie otwarty samochód wojskowy z żołnierzem kierowcą i jakąś panią z dzieckiem. Do pojazdu szybko zmierzał umundurowany oficer. Podbiegłem do niego i stając na baczność, zameldowałem: „Poborowy z cenzusem Witold Kieżun melduje posłusznie swoje przybycie zgodnie z kartą poborową na dzień 15 września!”. Kapitan krzyknął: „Zwiewaj jak najszybciej, podchorążówka już się ewakuowała. Niemcy są niedaleko!”. Po czym wsiadł do samochodu i odjechał z żoną i dzieckiem.

Udało nam się znaleźć jakiś nocleg. Wieczorem usłyszeliśmy radiowy apel prezydenta Starzyńskiego: „Młodzi warszawiacy, Warszawa walczy. Wracajcie jej bronić!”.

Natychmiast zdecydowałem o powrocie. Koledzy jednak tego nie zaakceptowali. Postanowili jechać dalej na południe, do Rumunii. Rozstaliśmy się. Miałem szczęście, bo we wsi pod Trauguttowem spotkałem dwóch warszawiaków, którzy również postanowili wracać na apel prezydenta Starzyńskiego. Byli to tramwajarz i student Politechniki Warszawskiej. Jechaliśmy szybko na rowerach. Drogi już nie były bombardowane. 17 września dotarliśmy do okolic Kołbieli i tutaj natknęliśmy się na pierwszy patrol niemiecki. Zostaliśmy aresztowani. Skonfiskowano nam rowery i dołączono do dużej, paręsetosobowej grupy polskich żołnierzy jeńców. Znajdowali się tam również zatrzymani cywile. Noc spędziliśmy w miejscowym kościele. Rano wyprowadzono nas i włączono do uformowanej kolumny. Konwojowani przez żandarmów otaczających nas z obydwu stron ruszyliśmy pieszo na północ, w kierunku Prus Wschodnich. W naszej szeregowej czwórce szedł też młody Żyd z Kołbieli. Zdecydowaliśmy się uciekać przy pierwszej okazji. Co pewien czas na skraju lasu pędzeni przez Niemców aresztanci prosili o zatrzymanie, by mogli załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Nasz przygodny kolega żyd kucnął pod drzewem. Błyskawicznie podniósł się i skoczył między drzewa. Na próżno. Jeden z żandarmów celnym strzałem położył go na ziemię. Niemiec podszedł, sprawdził, że uciekinier nie żyje, i wśród głośnych gratulacji kolegów żandarmów, zachwyconych jego celnym strzałem, wydał rozkaz dalszego marszu. Ale mnie i przygodnemu koledze studentowi udało się uciec na wąskiej drodze prowadzącej przez wieś. Skoczyliśmy do otwartych drzwi chaty stojącej bezpośrednio przy drodze. Widząc schody prowadzące na strych, błyskawicznie wbiegliśmy na górę, ale zaraz za nami wszedł gospodarz: „Panowie, wracajcie, bo was tu znajdą i spalą mi chatę”. Krzyknąłem na niego: „To taki z pana Polak, że chcesz nas Niemcom wydać?! Nikt nie zauważył naszej ucieczki. Gdyby zauważyli, toby już tu wpadli”.

Chłop się zmitygował: „Stoją tu dwie puste beczki, właźcie”. Przesiedzieliśmy w przykrytych beczkach do czasu przejścia całej kolumny. Gospodarz pokazał nam drogę przez pola do lasu. Mój towarzysz pożegnał się pod Otwockiem, bo miał tam znajomych. Ja natomiast dotarłem do Józefowa, gdzie aptekę prowadził ojciec mojego kolegi gimnazjalnego, Andrzeja Büchnera. Państwo Büchnerowie przyjęli mnie serdecznie i u nich doczekałem kapitulacji Warszawy.

Szklarz z Bożej łaski

I co się z panem dalej działo?

– Po powrocie do Warszawy na rodzinny Żoliborz zauważyłem, że większość budynków nie ma szyb po niemieckich bombardowaniach. To był wielki problem. Zrobiło się już zimno, padał deszcz. Szklarze nie nadążali z wstawianiem nowych szyb. Postanowiłem więc, że sam je wstawię w oknach mieszkania matki w domu na rogu Krasińskiego i Dziennikarskiej. Jednak nigdy w życiu tego nie robiłem. Poszedłem więc do gimnazjalnego nauczyciela robót ręcznych, pana Baranowskiego, który mieszkał na Żoliborzu. Ów przyjął mnie bardzo życzliwie. Okazało się, że organizuje zespół do oszklenia domów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Miał w mieszkaniu diament do cięcia, szkło i stół do jego krajania. Polecił mi, żebym z uwagą przyglądał się, jak on diamentem wycina z wielkich płatów szkła mniejsze kawałki, gotowe do wstawienia. To najważniejsza umiejętność szklarza. Od właściwego kąta nachylenia diamentu i zdecydowanego cięcia tak, by nie naruszyć struktury szyby, zależy całe przedsięwzięcie. Okazało się, że szybko pojąłem tę sztukę i mogłem już na własna rękę wstawiać szyby. Zresztą samo wprawianie szyb w ramy okienne i kitowanie nie jest trudne. Wymaga tylko ostrożności i uwagi przy operowaniu szybą w momencie brania jej do rąk i manipulowania nią aż do momentu umocowania w ramie okiennej. Pod okiem tego życzliwego i cierpliwego nauczyciela na jakimś mniej cennym kawałku szkła kilkakrotnie wykonałem cięcie, najpierw na połowę, a potem do określonych rozmiarów. Pan Baranowski pochwalił mnie i wyraził żartem opinię, że jak nabiorę wprawy, to będę mógł oszklić pół Żoliborza i zostanę konkurentem dla jego spółdzielczego zespołu.

Po tym krótkim, powodzeniem zakończonym szkoleniu kupiłem diament do krajania szkła i sporą skrzynię z szybami. Zamówiłem też 50 kolorowych ogłoszeń: „Tanie i solidne, szybkie szklenie okien. Krasińskiego 6 m. 24”. Podałem adres, pod którym mieszkałem z matką. Ogłoszenia rozlepiłem na słupach i drzwiach na terenie całego Żoliborza, poza Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową.

Tak się zaczęła moja kariera rzemieślnika szklarza. Po pewnym czasie na parterze naszego domu firmę szklarską otworzył uciekinier z Płocka, pan Arens. Nawiązałem z nim współpracę. Pan Arens czasami dawał mi zlecenia. Przeważnie jednak pracowałem sam wraz z wyszkolonym już przez siebie starszym o jedną klasę kolegą, zawodowym podchorążym z podchorążówki sanitarnej. Był to Zbyszek Ostyk-Syrewicz. Do tragicznej Śmierci w grudniu 1939 roku pracował też Zdzisław Kozak, żydowski kolega szkolny. Zamówień było coraz więcej. Pracowaliśmy całymi dniami, odżywiając się jedynie kanapkami, częstowani przez klientów. Zarobki były na tyle dobre, że już po paru tygodniach mogłem dokonać remontu gabinetu dentystycznego mojej matki. Później zakupiłem nowy fotel dentystyczny. Pracowałem tak do lata 1940 roku. Okazjonalnie jeszcze raz, latem 1943 roku, udało mi się dostać zlecenie na oszklenie paropiętrowego budynku magazynu monopolu tytoniowego przy ulicy Nowogrodzkiej po nalocie samolotów radzieckich.

Kilka lat później umiejętność cięcia diamentem szkła i wstawiania szyb okazała się zbawienna dla przeżycia. Ale o tym później.

Zatrzymajmy się jeszcze przy końcu 1939 roku i w początkach 1940. Jak się przedstawiała sytuacja pana i matki?

– Pod koniec listopada lub na początku grudnia 1939 roku przyjechała do nas Irena Kiełmuciowa. Pamiętam wieczorny dzwonek do drzwi. Wchodzi łódzka ciocia Kiełmuciowa – obraz nędzy i rozpaczy. Wybucha płaczem i opowiada, że nielegalnie przekroczyła granicę Generalnej Guberni. Bo, jak wiadomo, Łódź, nazywana przez Niemców Litzmannstadt, została włączona do Rzeszy niemieckiej. Jej mąż, adwokat, został aresztowany i zamordowany, a ona prosi o pomoc i ratunek. W ten sposób mieliśmy już w domu na Krasińskiego dwójkę uciekinierów: Leona Gieysztora, zwanego w rodzinie Lolem, który po zakończeniu kampanii wrześniowej nie poszedł do niewoli, ale nie mógł już wrócić do Katowic, również przyłączonych do Trzeciej Rzeszy (do wybuchu wojny zajmował tam kierownicze stanowisko na kolei), oraz wspomnianą ciocię Irkę o żydowskim pochodzeniu. Mama utleniła cioci włosy, a ja w ciągu paru tygodni załatwiłem przez Bogdana Grycnera i naszego prefekta szkolnego, księdza Barańskiego, fikcyjną metrykę chrztu, a także jakiś warszawski dokument tożsamości na prawdziwe nazwisko Kiełmuć. Już nie pamiętam, czy był to polski dowód osobisty, czy niemiecka kenkarta. Ciocia Irka mieszkała u nas do końca 1939 roku. Chyba od 1 stycznia 1940 roku wynajęliśmy jej dwupokojowe mieszkanie na drugim piętrze przy ulicy Gdańskiej 2. Mama przedstawiła ją sąsiadom jako swoją kuzynkę. Litewskie brzmienie jej nazwiska i wygląd blondynki nie budziły podejrzeń o semickie pochodzenie. Mieszkała na Gdańskiej zupełnie spokojnie, kontaktując się stale z moją mamą i siostrą mamy, ciotką Janką Dokontową. Janka też uciekła z Łodzi i mieszkała ze swoim mężem w pobliskim sąsiedztwie, przy ulicy Słowackiego 27. Ciotka Irka brała udział w rodzinnych przyjęciach imieninowych i była też zapraszana do Aleksandrostwa Gieysztorów na Wilczą 8. Chyba pod koniec 1943 roku skończyły się jej własne pieniądze i korzystała z pomocy finansowej naszej i ciotki Janki. Wuj Dokont pracował w Otwocku jako adwokat i nieźle zarabiał. Nasza sytuacja finansowa też była nie najgorsza. Mama znowu zaczęła pracować w szkole zawodowej utworzonej w miejsce dawnej szkoły im. Aleksandry Piłsudskiej w Hotelu Oficerskim przy placu Inwalidów. Miała też dużo pacjentów w swoim prywatnym gabinecie dentystycznym.

Ta pozorna idylla skończyła się w marcu 1944 roku. Pamiętam zapłakany głos ciotki Irki w telefonie: „Witeczku, poproś mamę!”. Po przyjęciu telefonu mama powiedziała: „Idziemy szybko do cioci!”. Ciotka Irka otworzyła drzwi i rzuciła się w objęcia mamy, szlochając: „To już koniec. Następna będę ja”. Dowiedziała się bowiem, że gestapo aresztowało w innej klatce schodowej ukrywającą się rodzinę żydowską. Ciotka podejrzewała dozorcę, że to on mógł donieść do gestapo, już dawno wydawał się jej podejrzany. Atak histerii zahamowała ciotka Janka Dokontowa, lekarz psychiatra. Telefonicznie wezwana zjawiła się błyskawicznie i ostatecznie została na noc u ciotki Irki.

Uzgodniliśmy nowy tryb życia. Ciotka Irka nie wychodzi z domu. Wpuszcza tylko nas na znak dzwonka, to jest pierwszego taktu V symfonii Beethovena. Zakupy robią mama i ciotka Janka. Ja pomagam je przynosić, wynoszę Śmiecie, załatwiam jakieś niezbędne naprawy. Tłumaczymy ciotce Irce, że są to już ostatnie miesiące wojny, że ma Świadectwo chrztu i autentyczne dokumenty fikcyjnej pracy. Wkrótce przekonamy się, że Warszawa będzie wolna i cały problem się skończy.

W czasie Powstania ulica Gdańska nie była opanowana przez powstańców. Tutejszych mieszkańców Niemcy wywieźli do obozu w Pruszkowie. Według relacji kogoś z dawnych mieszkańców tego domu wszystkich zdrowych lokatorów wywieziono do Niemiec na roboty. Nie dotarł do nas jednak żaden znak życia od ciotki Irki po wojnie. Nie dowiedzieliśmy się nigdy, co się z nią stało. Ale i nasz adres na Krasińskiego 6, który znała, zdezaktualizował się, gdy budynek wyleciał w powietrze. Ciotka Janka Dokontowa też już nie wróciła do Kochanówka, ja zaś wróciłem do Warszawy dopiero w 1949 roku. Ale to już inna historia…

Inni uciekinierzy, dla których nasze mieszkanie było krócej czy dłużej schronieniem, to rodziny ze strony mamy, z Kresów: z Magdulki, Grajewa i Nowogródka. Brat ojca pułkownik pilot Jan Kieżun już przed wojną kupił w Warszawie przy ulicy Mickiewicza na Żoliborzu mieszkanie w domu „Pod Matką Boską”. Siostry wyrzucone przez Niemców w piętnaście minut z mieszkania w Bydgoszczy przyjechały do niego, a następnie wynajęły duże mieszkanie w centrum Warszawy. Jedna z nich, ciocia Mucha, lekarz dentysta, od razu urządziła elegancki gabinet dentystyczny i podobnie jak w Bydgoszczy prowadziła dom otwarty z dużą liczbą znajomych.

Witold Kieżun, sierpień 1944

Sowieci wchodzą do Magdulki

Co się działo z Gieysztorami w Magdulce?

– W Magdulce w chwili wybuchu wojny byli jeszcze wakacyjni goście: córka wujostwa Gieysztorów Janeczka Oborska z czteroletnim synkiem Andrzejem, której mąż, zawodowy wojskowy kapitan Artur Oborski, już był zmobilizowany, oraz Edward Gieysztor z córką Danką, będący już w separacji z żoną, a mieszkający w Krakowie. Nie mogli już wrócić do stałego miejsca zamieszkania. 17 września około południa na olbrzymie podwórko wszedł tłum wieśniaków prowadzony przez trzech enkawudzistów. Stanęli przed domem, wołając: „Dawaj pana!”. Wyszła zaskoczona ciocia i zapytała po rosyjsku, o co chodzi. „Zawołaj pana!” – odpowiedzieli enkawudziści. Akurat tego dnia wuj rozpoczął coroczny jesienny przegląd wszystkich narzędzi rolnych: kosiarek, żniwiarek itd., w które majątek był bogato zaopatrzony. Wuj lubił sam majstrować i zabezpieczać te urządzenia na zimę. Ubrany w robocze spodnie na szelkach, przy pomocy dwóch parobków rozbierał maszyny, smarował i przygotowywał do składowania. Wszystkie te maszyny znajdowały się w tzw. odrynie – budynku gospodarczym najczęściej przeznaczonym do składowania siana. Wychodzi więc w tym swoim roboczym ubraniu, wyciera zabrudzone ręce w chustę zwisającą z dużej kieszeni spodni i zbliżając się do Rosjan, pyta czystym rosyjskim: „O co chodzi?”. Enkawudziści pytają: „Ty kto?” – tłum odpowiada: „To jest pan”. Enkawudziści nie dowierzają: „Co za pan, to raboczyj!”. Wuj wyjaśnia, że to jest ośrodek szkoleniowy, finansowany przez państwo polskie. enkawudziści pytają: „To znaczy polski sowchoz?”. Wujostwo potwierdzają: „Tak, tak, to sowchoz, państwowy majątek”. Enkawudziści zwracają się do tłumu: „Wracajcie, okłamaliście nas, to sowchoz, precz, wracać do domu! Dawaj nazad!”.

Przestraszony tłum odchodzi, a ciocia zaprasza enkawudzistów do dworu, stawia herbatę. Edward i Janka przynoszą materiały: korespondencję i sprawozdania wysyłane do kuratorium w Nowogródku. Udobruchani Rosjanie mówią: „No to będziecie tu pracować jako radziecki sowchoz”. Oczywiście temu porozumieniu dobrze służyła biegła znajomość rosyjskiego. Rosjan drażnił język białoruski, podobno robiący na nich wrażenie Śmiesznego, denerwującego przekręcania języka rosyjskiego. W kontaktach z Rosjanami starsze polskie pokolenie, które jeszcze w czasie zaboru kończyło szkoły rosyjskie i biegle znało ten język, spotykało się z pochwałami: „Kak charoszyj ruskij jazyk u was!”.

Okazało się, że w Horodzieju udekorowanym czerwonymi flagami (przez odcięcie białej części polskich flag) zdążyła już powstać miejscowa milicja składająca się głównie z młodych miejscowych żydów i niewielkiego procentu białoruskiej młodzieży wiejskiej. W Horodzieju na jakieś 1500 mieszkańców było około 90 procent żydów. Polacy to tylko obsługa stacji, poczty, apteki, ksiądz i obsługa parafii, policja, pracownicy służb miejskich, personel szkoły, kilka zakładów rzemieślniczych, obsługa medyczna, ale lekarz też był żydem. Olbrzymia większość żydów to byli ortodoksi z pejsami, ubrani w czarne chałaty, zamężne kobiety chodziły w perukach. Większość słabo znała język polski, spory procent mówił po rosyjsku. Tak wyglądała struktura wielu małych miasteczek w tej części Polski.

Komisarzem na Horodziej został miejscowy zrusyfikowany żyd, fryzjer Zelikow. Był on dobrze znanym wujostwu Świetnym fachowcem. Latem, kiedy było dużo gości, zapraszano go do dworu. Pięknie ondulował paniom włosy, a nam je fachowo strzygł. Gdy byłem małym chłopcem, kazał mi przy strzyżeniu nie ruszać się, mówiąc: „Stoj, stoj, Witoczek!”. Był życzliwie traktowany we dworze, zawsze częstowany herbatą, a gdy pracował dłużej, to i czymś więcej. Był przywożony i odwożony „drepczakiem” i dobrze wynagradzany za swoją robotę.

Masakra w Bochni, grudzień 1939

Teraz złożył wizytę wujostwu i oświadczył, że Edward (Dziunio) i Janka mają uczyć rachunków i fizyki starsze dzieci w szkole w Horodzieju, a wuj poprowadzi sowchoz, bo majątek przejmuje państwo. Poczęstowany nalewką zapewniał, że będą mogli spokojnie pracować. Była to wyjątkowa sytuacja, bo w międzyczasie miała miejsce masakra polskich osadników wojskowych, weteranów wojny 1920 roku, którzy dostawali po 15 hektarów ziemi na wieloletnie spłaty. Tych, a szczególnie ich dorosłe potomstwo, z reguły członków paramilitarnego stowarzyszenia Strzelców, mordowano, nieraz okrutnie torturując przed Śmiercią. Aresztowano również sąsiada, właściciela majątku Górny Horodziej, pana Hołowieckiego, wiadomo było też, że aresztowano cała rodzinę Radziwiłłów z Nieświeża.

W tej atmosferze we względnym spokoju magdulecka rodzina dożyła do połowy lutego 1940 roku. Którejś nocy w lutym do okna sypialni wujostwa ktoś mocno zastukał. Ciocia otworzyła lufcik. Był to komisarz Zelikow. Powiedział: „Macie tu pozwolenie na kupno biletów kolejowych, o godzinie drugiej w nocy przyjeżdża pociąg do Białegostoku. Uciekajcie, bo jutro rano wywiozą was na Sybir”. Cała rodzina szybko zapakowała trochę rzeczy i przez ogród, zamarzniętą rzekę Horodziejkę, zaśnieżone pola dotarła na stację. Mając „propusk”, mogli kupić bilety i w ten sposób dojechali do Białegostoku. Mieli pieniądze, szybko więc się urządzili i wysłali do nas depeszę z zapytaniem o zdrowie. Zrozumieliśmy, o co chodzi, bo w Warszawie już byli uciekinierzy zza wschodniej granicy. Odpowiedziałem telegramem, że jesteśmy zdrowi i że wszystko u nas w porządku. W Białymstoku rodzina z Magdulki spotkała wuja Jasia Bokuna z Grajewa, który ukrywał się tu razem z rosyjską rodziną swojej żony – cioci Zanki: bratem Kolą i siostrą Milą. Ogółem było więc jedenaście osób rodziny szykującej się do nielegalnego przekroczenia granicy Generalnej Guberni. Przejście granicy było zorganizowane przez zawodowych przemytników, którzy za wysoką opłata trudnili się tym procederem. Cała rodzina została podzielona na małe grupy i jednej nocy wszyscy ruszyli w stronę granicy z zadaniem dotarcia do Łap. Już po drugiej stronie Edwarda (Dziunia) z córką złapali strażnicy radzieccy. Tłumaczył, że ucieka z Generalnej Guberni do sowieckiego raju, pokazał swój polski dowód osobisty z Krakowa. Rosjanie wydali ich Niemcom, a ci, zobaczywszy dokument, puścili go wolno jako obywatela strefy niemieckiej. Jance Oborskiej z synem Andrzejem udało się przekroczyć granicę, ale i ją złapali Niemcy. Na podstawie dowodu osobistego z Warszawy puścili ją jednak wolno. Grupa grajewska z wujem Jasiem przeszła bez problemu.

Najgorzej wypadła przeprawa dla starszych już wujostwa Gieysztorów. W nocy, już przy granicy, widząc w niedalekiej odległości patrol radziecki, przewodnik szybko uciekł, a oni ukryli się, zakopawszy się w Śniegu. Cały następny dzień spędzili w chacie u miejscowego chłopa, za odpowiednią opłata. Dopiero następnej nocy samodzielnie przeszli granicę i zmęczeni zatrzymali się w Łapach. Tymczasem cała kresowa rodzina – bez dwojga najstarszych – dojechała do Warszawy i kolejno docierała do naszego mieszkania, radośnie witana w Wielką Sobotę 1940 roku. Pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy i rozpacz, że nie ma wujostwa. Pamiętam, że ich najstarszy syn Lolo, mieszkający u nas już od września, chodził po pokoju i płakał: „Tacy biedni, starzy, i tak tragicznie zaginęli”. Raptem dzwonek do drzwi i wchodzą zagubieni staruszkowie. Można sobie wyobrazić radość całej rodziny! W sumie zebrało się razem z nami czternaście osób. Oczywiście większość spała na dywanach na podłodze, ale w ciągu mniej więcej dwóch tygodni goście z Magdulki ulokowali się w mieszkaniu przy Słowackiego 27, a trójka z Grajewa: brat mojej matki wuj Jaś Bokun z żoną ciocią Zanką i synem „Białym” Jurkiem zamieszkali u nas. Brat i siostra cioci Zany wyjechali poza Warszawę do swoich przyjaciół.

Nie udało się jednak sprowadzić młodszego brata mojej mamy, Edwarda Bokuna, dyrektora Urzędu Ziemskiego w Nowogródku. Uratował go przed aresztowaniem zaprzyjaźniony żyd, kolega ze studiów, u którego ukrywał się przez dwa tygodnie, później dostał się do Wilna i tu niestety w ostatniej obławie, już w czerwcu 1942 roku, został aresztowany i zesłany na Syberię. Umarł w czasie transportu, jego żona, ciocia Hela z domu Łętowska, wydostała się z ZSRR z armią Andersa i ostatecznie dotarła po wojnie do Londynu. Z dalszej rodziny cioteczny brat mojej matki Stasio Szabłowski 17 września został od razu zastrzelony w swoim majątku przez NKWD, a powinowaty mamy Gustaw Łętowski został zamordowany przez chłopów w swoim majątku Prusowszczyzna pod Słonimem; jego żona i dwóch synów zostało od razu wywiezionych na Sybir. Najlepiej udało się wileńskiej rodzinie ojca. Wydziedziczeni z Karłowszczyny osiedlili się początkowo w Wilnie, po wojnie przenieśli się do Łodzi, Bydgoszczy i Gdańska. Babci Marysieńce Wojewódzkiej udało się wyjechać oficjalnie w 1948 roku do Londynu do córki i zięcia, pułkownika doktora Maszadro, szefa służby medycznej polskiej armii w Anglii. Podobno udało się jej przemycić legendarne brylanty.

Tak wyglądał los mojej kresowej rodziny. Magdulka znikła zupełnie z powierzchni ziemi. W latach siedemdziesiątych minionego wieku mój kuzyn, profesor Aleksander Gieysztor, wracając z jakiejś konferencji w Moskwie, zatrzymał się w Horodzieju. Okazało się, że cały zabudowany teren majątku, olbrzymi sad z paruset drzewami, stuletnie lipy, duża obora, odryna, domy mieszkalne itd. nie istnieją, cały ten teren to już tylko pole zasiane zbożem. Gdy słyszałem tę relację, przypomniało mi się spotkanie z białoruskim mieszkańcem wsi Dolny Horodziej. Wracałem z gułagu pociągiem z Moskwy do Brześcia pod strażą, w wagonie towarowym z piętrowymi pryczami. Rozmawiałem z pasażerami. Okazało się, że jeden z nich to chłop z Horodzieja, który mnie pamiętał jako gościa w Magdulce. Po obowiązkowej służbie w wojsku polskim mówił biegle po polsku. Opowiadał mi o losach mieszkańców w czasie wojny. Wysiadając w Horodzieju, powiedział: „Ale wie pan, za Polski było jednak najlepiej…”.

Przejdziemy do pana przeżyć i spraw z pierwszego okresu okupacji.

Nowy napęd dla silnika

– Jak wiadomo, uczelnie wyższe, jak również Średnie szkoły ogólnokształcące władze niemieckie zlikwidowały. Z dnia na dzień tysiące maturzystów, a także studentów znalazło się od jesieni 1939 roku w sytuacji, która sprowadzała się do poszukiwania możliwości dalszej nauki. Oczywiście jesienią i zimą 1939 roku nikt nie przewidywał wojny trwającej ponad pięć lat. Kierowano się znanym hasłem nawiązującym do wiosny: „Im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej”. Dopiero po klęsce Francji latem 1940 roku nastąpił powszechny spadek optymizmu i nadziei na szybki koniec wojny.

Zamek w Nowogródku

Mniej więcej od początków 1940 roku został zorganizowany podziemny system nauki gimnazjalnej i licealnej oraz studiów wyższych. Dla wielu młodych ludzi równocześnie jednak pilnym obowiązkiem było zdobycie jakichś źródeł zarobkowania, by pomóc rodzicom.

Latem 1940 roku dowiedziałem się, że przedwojenna renomowana prywatna szkoła, uczelnia techniczna Wawelberga i Rotwanda, ma być na nowo otwarta, tyle że jako rodzaj pomaturalnej szkoły zawodowej, z dwuletnim tylko programem nauczania. Niemcy, nie chcąc dopuścić Polaków do pozycji dyplomowanych, zawodowych inżynierów, ze względów pragmatycznych uznali jednak za pożyteczne dla siebie wykształcenie pewnej liczby polskich techników, w ich mniemaniu półinżynierów. Udało mi się dostać do tej szkoły od października 1940 roku dzięki specjalnej protekcji profesora Politechniki Warszawskiej Witolda Thiemego, kuzyna męża ciotki Muchy, a siostry nieżyjącego ojca – Marii Thieme. Zaświadczenie tej szkoły chroniło słuchacza w czasie ulicznych łapanek, a później również przed wywózką na roboty do Niemiec. Oczywiście nie zabezpieczało przed gestapo, ale do zwykłego poruszania się po mieście było tak zwanym dobrym papierem. Nauka w tej pomaturalnej szkole w rzeczywistości była prowadzona na poziomie politechnicznym, a jej wykładowcami byli profesorowie przedwojennej uczelni Wawelberga i Rotwanda oraz wielu ich znakomitych kolegów z Politechniki Warszawskiej, i tak np. profesor Wolfke, dawniej współpracownik Einsteina, a także profesor Huber.

Moim kolegą był Jasio Bytnar, „Rudy”, bohaterski bojownik dywersji AK, zmarły po odbiciu go z rąk gestapo w Akcji pod Arsenałem. Ja byłem najwyższy wzrostem, a on najniższy w naszej szkole i ta rozbieżność od razu nas połączyła. Siedzieliśmy zawsze obok siebie w pierwszym rzędzie ławek. Szybko się okazało, że Jasio konkuruje jedynie z Tadkiem Wróblem, później wybitnym polskim matematykiem Trajdosem (po wojnie zmienił nazwisko). Na wykładzie – nie pamiętam, czy prof. Wolfkego, czy Hubera, obydwaj byli Światowej sławy uczonymi w zakresie nauk ścisłych – miał miejsce następujący incydent. Profesor długo wyprowadzał jakieś twierdzenie matematyczne, udowadniając w końcu, o ile sobie przypominam, że symbolicznie oznaczona wielkość A równa się zawsze zero. Jasio pilnie notował wywód i stwierdził, że A może też być większe od zera. Mówię mu: „Powiedz to profesorowi”. Ponieważ Jasio nie chciał, ja głośno zawołałem: „Panie profesorze, kolega udowadnia, że A może być też większe od zera!”. Profesor się zdziwił, ale zaprosił Jasia do tablicy. Jasio wolno i starannie prowadził wywód i stwierdziwszy na końcu, że A jest równe lub większe od zera, powiedział: Quod erat demonstrandum. Profesor wolno i starannie analizował wywód Jasia, i wreszcie przyznał: „Panowie, chapeau bas, czapki z głów, wasz kolega ma rację! Jak pan się nazywa?”. Nawiasem mówiąc, w podobnej historii z innym profesorem bohaterem był z kolei Tadeusz Wróbel (Trajdos). On też był żołnierzem AK i powstańcem warszawskim, ale udało mu się przeżyć.

Niemiecka defilada w październiku 1940, (Bundesarchiv, Bild 183-L16175/ CC-BY-SA)

W tej szkole wiodło mi się całkiem dobrze. Na pierwszym roku oczarowała mnie wyższa matematyka i stałem się pilnym słuchaczem wszystkich wykładów. Ale gdy na drugim roku pojawiły się takie przedmioty, jak nitowanie walczaków kotłowych czy budowa parowozu, moje zainteresowanie zgasło. Postanowiłem jednak dokończyć naukę w tej szkole i w 1943 roku uzyskałem dyplom, przedstawiwszy własny projekt silnika Diesla na olej roślinny. To była nawet mała sensacja. W bibliotece szkoły znajdowała się obszerna bibliografia historii powstania tych silników: mowa o projektach autorstwa samego Rudolfa Diesla. Znalazłem informację, że paliwem pierwszego zaprojektowanego przez Diesla silnika był olej roślinny z orzeszków ziemnych. Wynalazca przeprowadził na tym paliwie wiele udanych prób. Kolejne prace konstrukcyjne obejmowały próby na paliwie uzyskanym z ropy naftowej. Koncentrowały się też na eksperymentowaniu z benzyną syntetyczną pozyskiwaną z węgla, no i na wspomnianym paliwie pochodzenia roślinnego. Gdy udowodniłem, że sam Diesel na początku swej kariery wynalazcy silników eksperymentował z olejem z orzeszków ziemnych, moją pracę przyjęto z zainteresowaniem i bez żadnych zastrzeżeń.

W jakim języku odbywały się zajęcia i egzaminy? Czy po niemiecku?

– W całości po polsku. Ale w szkole tej obowiązywała rozszerzona nauka niemieckiego. To mi później procentowało. Już jako dwudziestoletni młodzian dobrze czytałem i mówiłem w tym języku. Oczywiście władze niemieckie traktowały ten stan rzeczy, tzn. wykładanie po polsku, jako rozwiązanie przejściowe. Po wygraniu wojny przez Trzecią Rzeszę niemiecki miał całkowicie wyprzeć polski nawet z nauczania podstawowego.

Zrezygnowawszy z zawodu inżyniera, wróciłem do swoich zainteresowań humanistycznych i zdecydowałem się na studia prawnicze. Uzyskałem kontakt na podziemny uniwersytet i zostałem przyjęty razem z moim szkolnym kolegą Olgierdem Budrewiczem na Wydział Prawa tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, którego dziekanem był Józef Rafacz, profesor historii prawa. Już od roku akademickiego 1942/1943 rozpocząłem tajne studia. Przed Powstaniem Warszawskim zdałem wszystkie egzaminy z pierwszego roku oraz egzamin z prawa kościelnego z drugiego roku.

Prof. Rafacz wchodził w skład komisji egzaminacyjnej przy obronie pracy doktorskiej Aleksandra Gieysztora na podziemnym uniwersytecie.

– Bez mała rok przed rozpoczęciem nauki w szkole Wawelberga i Rotwanda przystąpiłem do konspiracji wojskowej. A było to tak. W październiku 1939 roku mój starszy kolega z Gimnazjum i Liceum Poniatowskiego Adam Rzewuski, który miał już za sobą wojskowe zaliczenia w podchorążówce, zorganizował dla znajomych kolegów podziemne szkolenie. Przypuszczalnie zrobił to na rozkaz utworzonej już z końcem września organizacji Służba Zwycięstwu Polski, późniejszego Związku Walki Zbrojnej, a w dalszej kolejności Armii Krajowej. Złożyłem przysięgę razem z kolegami, również uczniami z Poniatowskiego – braćmi Jacynami, na ręce wspomnianego Adama Rzewuskiego w obecności Zbigniewa Ostyk-Syrewicza, podchorążego ze Szkoły Podchorążych Służby Sanitarnej. Przyjąłem wtedy pseudonim „Krak”. Akt ten miał miejsce w willi Zbigniewa Ostyk-Syrewicza przy placu Słonecznym na Żoliborzu. Przystąpiłem do konspiracji w tajemnicy przed matką, podobnie zresztą jak mój kolega Zbyszek.

Jak brzmiały wtedy, w październiku 1939 roku, słowa przysięgi?

– Nie pamiętam dokładnie słów, ale była ona potem modyfikowana, zwłaszcza w fazie funkcjonowania Armii Krajowej. W każdym razie miała tonację religijną.

Powstanie Warszawskie na Starówce. Z lewej Danuta Magreczyńska, przyszła żona Witolda Kieżuna

Byłem głęboko wzruszony i zdecydowany na bezwzględną walkę z niemieckim okupantem. W tym pierwszym okresie zadania konspiracyjne naszej grupy sprowadzały się, poza szkoleniem, do szukania i przechowywania broni ukrytej w czasie kampanii wrześniowej. Do zadań konspiracyjnych należał również kolportaż podziemnej prasy z wiadomościami z nasłuchu radiowego stacji BBC. Pamiętam, że pierwszy numer powielonego pisma z połowy listopada 1939 roku zaczynał się apelem zaadresowanym: „żołnierze Bicze!”. Debiutem wojskowym naszej grupy był transport skrzynek z granatami ukrytych przez polską załogę w bunkrach na stokach wałów Cytadeli żoliborskiej. Niemcy zajęli Cytadelę, ale nie przeszukali jeszcze małego polskiego bunkra na stoku od ulicy Kaniowskiej. Informacja o tym dotarła do szefów konspiracji wojskowej. Ostatniej niedzieli października 1939 roku wraz ze Zbigniewem Syrewiczem przeszliśmy przez zakratowany pomost nad fosą od ulicy Kaniowskiej na teren Cytadeli. W bunkrze znaleźliśmy zielone drewniane skrzynki z uchwytami, z ułożonymi wewnątrz granatami. Były dość ciężkie. Wzięliśmy po jednej skrzyni i szybko ruszyliśmy do pomostu na Kaniowskiej. W tym momencie na odległym szczycie wzgórza ukazał się niemiecki żołnierz. Widząc nas, schodzących z nasypu, krzyknął: Halt, halt! Przyspieszyliśmy kroku. Wówczas Niemiec strzelił w naszym kierunku z karabinu. Byliśmy już w znacznej odległości, ale wobec groźby złapania zostawiliśmy jedną skrzynkę, obaj uchwyciliśmy drugą i biegiem przeskoczyliśmy pomost. Wpadliśmy w boczną ulicę Kniaźnina. Skrzynkę zakopaliśmy w nocy na pustym placu przy ulicy Czarnieckiego, na wprost Szkoły Rodziny Wojskowej. Przed Powstaniem, w lipcu 1944 roku, przez trzy noce przekopywaliśmy ten teren, szukając zakopanej skrzynki, ale nie znaleźliśmy jej. Dopiero w czasie Powstania ppor. Zygmunt Kawecki, wiedząc ode mnie o miejscu zakopania skrzynki, odnalazł ją. Granaty były zdatne do użytku.

Pod koniec 1939 roku przeszliśmy podziemne przeszkolenie wojskowe obejmujące regulaminy służb i inne przedmioty przewidziane w kursie podchorążówki. Wykładali: Adam Rzewuski, Bogdan Grycner, a także Zbigniew Syrewicz. Bywali okazjonalnie jeszcze inni instruktorzy. Ja miałem już za sobą gimnazjalne przeszkolenie z obowiązującego nas przedmiotu przysposobienie wojskowe. W mundurowych płaszczach wojskowych defilowaliśmy 11 listopada 1938 roku w Alejach Ujazdowskich przed marszałkiem Rydzem-Śmigłym. Była to ostatnia defilada Święta Niepodległości przed wojną. Jako najwyższy wzrostem szedłem w pierwszym szeregu gimnazjalnej kompanii. W czasie zimowych wakacji szkolnych na przełomie 1938 i 1939 roku przez dwa tygodnie byłem skoszarowany w twierdzy Modlin w ramach szkolenia praktycznego z przysposobienia wojskowego. Było to obowiązkowe zgrupowanie dla wszystkich uczniów ostatniej klasy liceum, czyli klasy maturalnej. Obowiązywało tych, którzy nie mieli za sobą letniego obozu z 1938 roku. Zostałem wówczas z niego zwolniony ze względu na chorobę i dlatego musiałem zgłosić się do Modlina. W ten sposób zresztą straciłem zaplanowane wakacje narciarskie w Bukowinie Tatrzańskiej. W mundurze szeregowca brałem udział w ćwiczeniach razem z poborowymi bez cenzusu odbywającymi obowiązkową dwuletnią służbę wojskową. To była twarda szkoła. Codziennie lekcje musztry na ośnieżonym terenie koszar i zgroza powtarzanej wielokrotnie komendy: „Padnij, powstań! – padnij, powstań!”, a potem: „padnij – czołgaj się na Śniegu!”, co nawet dla mnie, choć byłem już wtedy wysportowany, było czynnością przykrą. Poza tym obowiązywało wielokrotne słanie łóżka po rozrzucaniu pościeli przez zawodowego kaprala, dowódcę drużyny: „Nie umiecie, łamago, Ścielić łóżka, ale ja was nauczę!”. Po obiedzie kapral uczył nas regulaminu wojskowego. Chwalił się, że Śpi zawsze z regulaminem służby pod poduszką, bo jest on dla nie o jak książeczka do nabożeństwa. Spaliśmy w olbrzymiej sali na żelaznych, piętrowych łóżkach. Rankiem śpiewaliśmy Kiedy ranne wstają zorze, a wieczorem Wszystkie nasze dzienne sprawy. Jedzenie w menażkach było pożywne, ale dla takiego „panicza” jak ja – niesmaczne. Ostry reżim ćwiczeń wykańczał wielu moich kolegów. Lądowaliśmy więc w izbie chorych. Ja jednak wytrzymałem, przeszedłem test odporności fizycznej i psychicznej. Na przykład w grupie paru kolegów wybiegłem rano rozebrany, żeby natrzeć się Śniegiem, po czym znowu biegiem wróciłem do koszar. Była to swoista manifestacja, a jednocześnie satysfakcja z osiągniętej tężyzny fizycznej. Dziś byśmy powiedzieli, że te dwa tygodnie były dla mnie swoistym kursem przetrwania. Myślę, że w dalszych moich przygodach wojennych i tuż powojennych to się sprawdziło.

Druga część tekstu: Jak żyć w okupowanej Warszawie? (cz. 1)

Powyższy tekst pochodzi z książki „Magdulka i cały świat. Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego”:

„Magdulka i cały świat. Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego”
59 zł

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Witold Kieżun
Ur. 1922; polski ekonomista, profesor. Teoretyk zarządzania, przedstawiciel polskiej szkoły prakseologicznej, w ramach której rozwija teorię organizacji i zarządzania. Uczeń Tadeusza Kotarbińskiego i Jana Zieleniewskiego, żołnierz Armii Krajowej, podporucznik czasu wojny, uczestnik powstania warszawskiego, więzień sowieckich łagrów. Pracownik naukowy Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy