Jerzy V i Wilhelm II - królewscy kuzyni

„Przemiły chłopak” — tak o królu brytyjskim Jerzym V wyrażał się Wilhelm II w rozmowie z Theodore’em Rooseveltem. Kajzer miał wtedy lat pięćdziesiąt jeden, król czterdzieści cztery. Mimo że słowa skłonnego do protekcjonalnego zachowania cesarza niemieckiego trzeba dzielić przez pół, trzeba jednak przyznać, że nowy brytyjski król miał w sobie coś chłopięcego.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

Wielka królewska rodzina - królowa brytyjska Wiktoria (w środku) wraz ze swoją wnuczką Aleksandrą, carycą Rosji, jej mężem, carem Mikołajem II (z tyłu po lewej), oraz synem Edwardem (z tyłu po prawej), rok 1896 (domena publiczna).
W porównaniu ze zmarłym ojcem Edwardem VII, pewnym siebie światowcem o kosmopolitycznych zainteresowaniach, Jerzy V wydawał się nieśmiały, niezbyt wyrafinowany, o dość ciasnym światopoglądzie wyspiarza. Ojcu nie dorównywał też pod względem atrakcyjności wyglądu: był niski i szczupły, miał szczere błękitne oczy oraz schludnie przystrzyżoną bródkę i wąsy. Wszystko to sprawiało, iż robił wrażenie prostolinijnego, bezpretensjonalnego mężczyzny o niewyszukanych gustach i ograniczonych zainteresowaniach — i dokładnie taki właśnie był. W miejscach publicznych rzadko się uśmiechał, a w rozmowach był dość mrukliwy.

Nowy król brytyjski był też szczególnie kiepsko wyedukowany. Jeden z jego biografów twierdzi, że w chwili gdy obejmował tron, czterdziestoczteroletni Jerzy V nie mógł się nawet pochwalić wiedzą, którą posiadał przeciętny abiturient szkoły prywatnej. Pisał z mozołem i nie potrafił mówić płynnie w żadnym języku. Jego umysłu nie zaprzątały filozoficzne czy abstrakcyjne myśli; sztuka, nauka, a nawet polityka były dla niego obcą materią. W zainteresowaniach i konserwatywnych poglądach przypominał właścicieli ziemskich z Norfolk, wśród których spędził sporą część dorosłego życia. Do jego głównych rozrywek należało polowanie i zbieranie znaczków.

Ale Jerzy V nie był głupcem. Ze służby w marynarce wojennej, którą odbył za młodu (zjednała mu nawet przydomek króla-marynarza), wyniósł wiele pożytecznych cech, jak samo­dyscyplina, zamiłowanie do porządku oraz konsekwencja, które przyprawił zdrowym rozsądkiem. Nie było to mało: od dawien dawna u monarchów bardziej była w cenie odpowiedzialność i godność osobista aniżeli bystrość umysłu i oryginalność. Być może królowi brytyjskiemu brakowało wyobraźni i wzlotów intelektu, posiadał za to mocny, zrównoważony charakter i miał dobrze poukładane w głowie. Nigdy też nie opuszczało go niezłomne poczucie obowiązku godne oficera marynarki.

Marynarce zawdzięczał też sposób zachowania — nieco szorstki, niemal koszarowy. Domownicy doskonale znali jego tubalny głos, serdeczny śmiech, żartobliwy sposób mówienia i pikantne docinki. Był w gorącej wodzie kąpany i dysponował imponującym zasobem przekleństw. Ale ta żeglarska szorstkość kryła wrażliwą naturę i łagodne serce. Jerzy V był człowiekiem pełnym dobrych intencji, który swą nieśmiałość starał się pokryć pewną gruboskórnością.

Prywatne życie Jerzego V mogło budzić podziw i szacunek. Jego małżeństwo zawarte w 1893 r. z księżniczką Marią Teck było ze wszech miar udane. Choć ich związek wynikał raczej z rozsądku niż serca, małżonkowie dość szybko zaczęli sobie okazywać przywiązanie i z czasem zaczęli stanowić zaskakująco zgraną parę. Oboje byli dość powściągliwi w zachowaniu i mowie, oboje mieli domatorskie skłonności i zgodnie z burżuazyjnym systemem wartości kładli nacisk na moralność i pracowitość. Możliwe, że królowa Maria miała więcej intelektualnej ciekawości i zainteresowań artystycznych, i przypuszczalnie większą ogładę towarzyską niż król, ale dość szybko przystosowała swoje upodobania i osobowość do stylu życia męża. Mieli sześcioro dzieci, pięciu chłopców i dziewczynkę — w wieku od czterech do piętnastu lat w roku koronacji Jerzego na króla Wielkiej Brytanii. Także i to miało z pewnością spory wpływ na postrzeganie brytyjskiej Korony jako instytucji dającej oparcie i poczucie bezpieczeństwa, niemal swojskiej.

Król Edward VII
Podobny styl życia panował także w otoczeniu pary królewskiej. Nieco dekadencka, wpadająca w wulgarność atmosfera dworu Edwarda VII, z nocnymi partyjkami kart w kłębach tytoniowego dymu, kochankami i watahami nuworyszów — ustąpiła miejsca niemal mieszczańskiej przyzwoitości. „Skłonności króla do domowego i prostego życia są zaiste czarujące — pisał lord Esher, éminence grise, szara eminencja poprzedniego rządu. — Król nie zachowuje dystansu i po kolacji pozwala siadać w swojej obecności, obojętnie, czy sam siedzi, czy nie. W całym domu nie ma za grosz sztywności czy pompy [...]. Z drugiej strony nie uświadczysz tam choćby jednej karty”.

Ulubioną siedzibą króla pozostał York Cottage — skromny, bezpretensjonalny dom w Sandringham, w którym mieszkał jako następca tronu; ulubionym sposobem spędzania wieczoru była kolacja z królową w zaciszu domowym. Swój dzień król układał z precyzją nawigatora; był punktualny, metodyczny, drobiazgowy, a największe szczęście odczuwał wtedy, gdy mógł się ograniczyć do codziennych obowiązków w gronie najbliższych. W porównaniu z hałaśliwością i blichtrem dworu Edwarda VII u Jerzego V było statecznie i spokojnie, wszystko miało swoje miejsce.

Powyższy tekst jest fragmentem książki:

Theo Aronson
„Zwaśnieni monarchowie. Europejskie trony w przeddzień katastrofy 1914 roku”
38,40 zł
Tytuł oryginalny: Crowns in Conflict: The Triumph and the Tragedy of European Monarchy, 1910-1918
Tłumaczenie: Aleksander Glondys
Okładka: twarda
Liczba stron: 380
Data i miejsce wydania: II
Premiera: maj 2014
Format: 165×240 mm
ISBN: 978-83-08-05368-3

Jerzy V
Nie znaczy to, że dwór króla brytyjskiego pozbawiony był splendoru. Nawet jeśli Jerzy V kierował się prostym gustem, królewska cząstka osobowości podpowiadała mu, że w niektórych dziedzinach monarszy przepych jest nieodzowny. „Spotyka się argumenty za istnieniem dworu — wywodził politolog Walter Bagehot — podobnie jak za jego nieistnieniem. Ale o dworze siermiężnym nikt się nawet nie zająknie”. Prawdę tę doskonale rozumiał Jerzy V. Tak doskonale, że nie wyłączając tchnącego barbarzyńskim pięknem Sankt Petersburga czy po wojskowemu krzykliwego Berlina, ani też staroświeckiego przepychu Wiednia czy Madrytu, żadna europejska siedziba monarchów nie dorównywała spokojnemu majestatowi dworu brytyjskiego.

„Nie ma chyba na świecie tak nienagannego i perfekcyjnego, tak dopieszczonego w każdym szczególe miejsca — pisał jeden z europejskich kuzynów króla Jerzego V — jak dwór i apartamenty króla brytyjskiego. Uderza przede wszystkim rodzaj wyważonego przepychu, pozbawionego ostentacji; nienachalna, arystokratyczna swoboda i bogactwo, w którym jednak nie ma nic na pokaz. Wszystko się zazębia, jak naoliwione tryby w zegarku, wszystko ze sobą idealnie współgra, jak w utworze muzycznym: bez jednej niepotrzebnej pauzy, bez jednej fałszywej nuty. Począwszy od uprzejmego i przystojnego dworzanina o nienagannych manierach, który wita cię w holu, do cudownie poważnego i uroczystego, choć jednocześnie serdecznego lokaja, który idąc przodem, prowadzi cię korytarzem, każda osoba i każdy przedmiot są idealnie dobrane, wszystko działa kojąco na oko i zaspokaja poczucie estetyki”.

Podobnie było z gospodarzami: król, mimo nieco staroświeckiego ubioru, prezentował się nienagannie; a królowa, choć jej suknie widziały też lepsze czasy, tchnęła prawdziwym majestatem. Mimo że nie górowała nad mężem wzros­tem — oboje mierzyli około 169 centymetrów — przy swojej wyprostowanej sylwetce i w wysokim kapeluszu wydawała się wyższa niż w rzeczywistości. Ubierała się tak samo jak w pierwszych latach małżeństwa, za co w dużej mierze odpowiedzialny był konserwatywny gust jej męża. Jeden z sekretarzy wspomina, że gdy w 1914 r. pojawiła się w stolicy mody, Paryżu, nawet on przy swojej ignorancji nie mógł nie zauważyć, że stroje królowej są beznadziejnie niemodne.

Nie miało to jednak większego znaczenia. Królowe nie bardziej muszą się przejmować nowinkami w modzie niż ich mężowie nowymi prądami intelektualnymi. Poza tym prezencja to nie tylko strój: gdy widziało się brytyjską monarchinię w jednej z jej brokatowych sukni, z dobranymi do niej skrzącymi się brylantami, „zaczynało się pojmować, co oznacza słowo «królewski»”. Być może Maria była nieco sztywna, może niezbyt komunikatywna, może nawet troszeczkę nudna, ale w każdym calu wyglądała na monarchinię.

Tak więc brytyjscy władcy poruszali się pomiędzy dwoma biegunami: ich życie rodzinne w York Cottage lub Balmoral Castle było bezpretensjonalne i ciche; życie dworskie w oficjalnych rezydencjach — pałacu Buckingham czy w Windsor Castle — oszałamiało bogactwem i wykwintnością. Obracając się w świecie nieskazitelnych pod każdym względem sekretarzy, lordów pełniących dworskie funkcje, pełnych godności lokajów, koniuszych, dam dworu i niezliczonych setek służących, para królewska wyzbywała się stopniowo nieśmiałości i nerwowości, a podczas wystąpień publicznych obydwoje wyróżniali się naturalnością i spokojną pewnością siebie, byli prawdziwym uosobieniem królewskiego majestatu.

Król brytyjski i jednocześnie cesarz największego znanego ludzkości imperium z roku na rok coraz bardziej udowadniał, że jak mało kto nadaje się do pełnienia tego „najwspanialszego urzędu pod słońcem” — jak mawiała jego babka, królowa Wiktoria.

Jedną z podstawowych różnic dzielących króla Jerzego V od Edwarda VII był ich stosunek do Europy kontynentalnej. Edward VII był od stóp do głów Europejczykiem, jego syn na wskroś Brytyjczykiem. Nowy król nie okazywał zbytniego zainteresowania ani europejską polityką, ani też sztuką czy stylem życia, więcej — wprost nie znosił cudzoziemców. Był w takiej postawie żałośnie zaściankowy, a sytuacji nie poprawiała z pewnością beznadziejna znajomość niemieckiego i fran­cuskiego.

Rysunek przestawiający niemiecki stosunek do zawartego w 1904 roku Entente Cordiale. John Bull (uosobienie Wielkiej Brytanii) odchodzi z Marianne (personifikacją Francji) przedstawioną jako ulicznica i ubraną w trójkolorową (o czym świadczą heraldyczne tynktury) spódnicę, podczas gdy Niemiec odwraca się z wyższością, udając, że nic go to nie obchodzi

„Aż trudno uwierzyć — pisał zdumiony brytyjski konsul generalny w Berlinie przy okazji wizyty króla Jerzego V w 1913 r. — że król Jerzy nie zna ani pół słowa po niemiecku, a jego francuski woła o pomstę do nieba”.

Ale król mało się tym przejmował. Całe zainteresowanie skupił na Wielkiej Brytanii i należących do niej zamorskich posiadłościach. Na jego optykę wpłynęły lata spędzone w marynarce i późniejsze podróże do różnych dominiów, kolonii i podległych Koronie prowincji — swój kraj widział przede wszystkim jako centrum imperium, a nie jako część Europy. O wiele łatwiej przychodziło mu utożsamiać się z Brytyjczykami rozsianymi po dalekich koloniach niż ze znajdującymi się tuż pod nosem mieszkańcami Europy kontynentalnej, których tak ukochał jego ojciec. Jerzy V czuł się przede wszystkim królem brytyjskim.

Jak na ironię rządził w czasach największego rozkwitu dynastii Koburgów (z której wszak się wywodził), w okresie gdy na każdym tronie europejskim zasiadał jakiś jego krewny. Do najbliższych kuzynów króla należeli: niemiecki cesarz, car i caryca Rosji, król Norwegii, król Hiszpanii oraz żony następców tronu Szwecji, Rumunii i Grecji. Królowie Grecji i Danii byli jego wujami, a następcy tronu kuzynami. Caryca wdowa była jego ciotką, królowa Norwegii jego siostrą. Królowie Belgii, Portugalii i Bułgarii byli jego dalszymi kuzynami. Jeszcze inni kuzynowie wżenili się (lub mieli się wżenić) w domy panujące w Austrii, Włoszech i Jugosławii. Od jego krewnych — lub krewnych królowej Marii — roiły się księstwa i królestwa cesarstwa niemieckiego. Był także spokrewniony z najbardziej dziwaczną z dynastii — rodziną Bonapartów.

Powyższy tekst jest fragmentem książki:

Theo Aronson
„Zwaśnieni monarchowie. Europejskie trony w przeddzień katastrofy 1914 roku”
38,40 zł
Tytuł oryginalny: Crowns in Conflict: The Triumph and the Tragedy of European Monarchy, 1910-1918
Tłumaczenie: Aleksander Glondys
Okładka: twarda
Liczba stron: 380
Data i miejsce wydania: II
Premiera: maj 2014
Format: 165×240 mm
ISBN: 978-83-08-05368-3

Cesarz Wilhelm II Hohenzollern (fot. Voigt T H, domena publiczna)
Mimo swojej niechęci do podróży, niewielkiej dyplomatycznej zręczności, mizernej znajomości języków i braku zaufania do zagranicznego menu Jerzy V godził się na wizyty w krajach Europy kontynentalnej, ale przede wszystkim u koronowanych głów. Tak więc, kiedy minister spraw zagranicznych, sir Edward Grey, zaproponował mu, by bezpośrednio po koronacji odwiedził Francję, król gwałtownie zaprotestował. Francja, jako republika, musi poczekać, tłumaczył, najpierw odwiedzi trzy największe monarchie — Austro-Węgry, Niemcy i Rosję.

Potem nastąpiły kolejne wizyty i mimo determinacji króla, żeby koncentrować się tylko na sprawach imperium, coraz bardziej wplątywał się w sieć europejskiej polityki. W momencie jego koronacji w 1910 r. Wielka Brytania daleka już była od koncepcji „wspaniałego odosobnienia” i pod egidą Edwarda VII nawiązała porozumienie z Francją i Rosją. Czy to się królowi Jerzemu V podobało, czy nie, jego kraj na dobre i złe związany był z Europą.

Pierwszym monarchą, którego przyjął Jerzy V, był oczywiście Wilhelm II. Był drugi tydzień maja 1911 r., a okazją do zaproszenia niemieckiego cesarza stała się uroczystość odsłonięcia pamiątkowego pomnika poświęconego królowej Wiktorii, wzniesionego przed pałacem Buckingham.

Ze wszystkich kuzynów i kuzynek z kontynentalnej Europy to właśnie z kajzerem łączyło Jerzego V najwięcej. Inaczej było z rodzicami Jerzego V: zarówno Edward VII, jak i królowa Aleksandra dostawali wysypki na widok kajzera — król uważał bratanka za zarozumiałego, pompatycznego i megalomańskiego intryganta, a królowa po prostu nie znosiła wszystkich Prusaków. Choć w młodszym wieku Jerzy V podzielał ich stosunek do kajzera, w miarę upływu lat i poznawania trudów władzy zaczął z większą tolerancją podchodzić do przywar kuzyna.

Z kolei kajzer z niewypowiedzianą ulgą przyjął to, że miejsce jego bête noire, wuja Bertie’ego rozciągającego macki na całą Europę, zajął — jego zdaniem — o wiele bardziej podatny na wpływy kuzynek Georgie. „To rasowy Anglik, nie­nawidzi cudzoziemców — tłumaczył beztrosko Theodore’owi Rooseveltowi. — Mnie to nie przeszkadza, póki nie zacznie nie­nawidzić Niemców bardziej niż innych”.

W listownym podziękowaniu za zaproszenie na odsłonięcie pomnika kajzer uderzył w mocno lizusowski ton: „Nawet sobie nie wyobrażasz, jak raduje się moja dusza na myśl o naszym bliskim spotkaniu i miłych chwilach, jakie nas czekają”. Przysięgał też na wszystko, że nigdy, ale to przenigdy nie zapomni chwil, gdy czuwał przy łożu umierającej królowej Wiktorii, ani też tego, że umarła w jego, kajzera, ramionach.

„Te tragiczne, ale i wzniosłe chwile na zawsze przykuły me serce do twego domu, którego czuję się dumnym członkiem. A to, że w ostatnich godzinach trzymałem Ją w ramionach — tę najczcigodniejszą twórczynię brytyjskiej potęgi — zrodziło w moim umyśle niewidzialną więź pomiędzy Jej krajem i ludem a mną, więź, którą z dumą pielęgnuję w swym sercu. Twoje zaś zaproszenie w pewien sposób potwierdza moje odczucia. Jak miło zaznaczyłeś w liście, jestem Jej najstarszym wnukiem. Napawa mnie to dumą i nigdy o tym nie zapomnę”.

Jaka była odpowiedź Jerzego V na tę erupcję uczuć, pozostaje tajemnicą.

Przymierza wojskowo-polityczne w Europie w roku 1914 (aut. historicair; na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – na tych samych warunkach 2.5 zlokalizowana)

Uroczystość odsłonięcia pomnika królowej Wiktorii, fantastycznego dzieła sir Thomasa Brocka, odbyła się 16 maja 1911 r. i okazała się porywającym wydarzeniem. Po opuszczeniu pałacu Buckingham pochód ruszył powoli w stronę pomnika, którego biel niemal oślepiała w promieniach wiosennego słońca. Na czele kroczyli kolorowo ubrani halabardnicy, za nimi, mając po bokach gwardię szlachecką, sunął powoli król Jerzy V z cesarzową, a za nimi kajzer i królowa brytyjska Maria. Przy wtórze wiwatującego tłumu, salw armatnich i jazgotu orkiestry wojskowej król Jerzy V pociągnął za ozdobny sznur i oczom zgromadzonych ukazała się rzeźbiona podobizna potężnej babki króla i cesarza, królowej Wiktorii.

Kajzer był zachwycony. Uważał, że cała trzydniowa wizyta w Londynie wypadła znakomicie. Tłumy były pełne entuzjazmu, a cały program, łącznie z balem w pałacu, dopięty na ostatni guzik. Cieszyły go nawet pogłoski, skądinąd całkowicie bezpodstawne, o zaręczynach jego jedynej córki z najstarszym synem władcy brytyjskiego. Nigdy jeszcze, zapewniał swojego kanclerza, nie odczuwał w pałacu Buckingham tak otwartej, swobodnej i przyjacielskiej atmosfery.

Podczas wizyty ujawniła się jednak typowa dla cesarza tendencja do brania spraw w swoje ręce, która niedługo potem doprowadziła do groźnego dyplomatycznego zgrzytu.

Przed samym wyjazdem cesarz zaczął omawiać z Jerzym V kwestię Maroka. W Fezie wybuchło powstanie i Francja, odpowiedzialna za utrzymywanie w tym regionie spokoju, wysłała ekspedycję zbrojną. Posunięcie Francji spotkało się z gorącym sprzeciwem ze strony zazdrosnych Niemiec. Bo niby czemu również i im nie miałby się dostać smakowity kawałek z afrykańskiego tortu? W niezobowiązującej pogawędce z Jerzym V Wilhelm II nadmienił, że choć Niemcy przenigdy nie wdałyby się w konflikt zbrojny o Maroko, możliwe, że będą się domagały czegoś w rodzaju rekompensaty w innym zakątku Afryki.

Powyższy tekst jest fragmentem książki:

Theo Aronson
„Zwaśnieni monarchowie. Europejskie trony w przeddzień katastrofy 1914 roku”
38,40 zł
Tytuł oryginalny: Crowns in Conflict: The Triumph and the Tragedy of European Monarchy, 1910-1918
Tłumaczenie: Aleksander Glondys
Okładka: twarda
Liczba stron: 380
Data i miejsce wydania: II
Premiera: maj 2014
Format: 165×240 mm
ISBN: 978-83-08-05368-3

Z raportu niemieckiego kanclerza wiemy, że sugestia Wilhelma spotkała się z milczeniem ze strony brytyjskiego króla.

Kajzer zaś, jakby zapominając o swoim zapewnieniu, że Maroko go nie interesuje, wysłał do Afryki krążownik „Panther”, który zakotwiczył w porcie Agadir. Ta demonstracja siły była formą ostrzeżenia nie tylko dla Francji, lecz także dla jej sojuszniczki, Wielkiej Brytanii.

Incydent wywołał tak poważny kryzys, że latem 1911 r. obawiano się nawet wybuchu wojny. Na szczęście konflikt zażegnano na drodze dyplomatycznej. W apogeum awantury marokańskiej kajzer, wyjaśniając powody swojego postępowania, tłumaczył, że o wysłaniu przez Niemcy okrętu do Maroka uprzedzał Jerzego V podczas rozmowy w pałacu Buckingham. Król brytyjski zdecydowanie zaprzeczył tym enuncjacjom.

Epizod marokański ilustruje nie tylko brak wiarygodności Wilhelma II, lecz także całkowicie fałszywe pojęcie o faktycznym zakresie władzy, jaką rozporządzał jego brytyjski kuzyn, wynikającym wszak z przestrzegania konstytucji. Nadal nie dochodziło do niego, że dni, kiedy monarchowie decydowali o losach świata, należą do przeszłości.

Największe jednak tarcia pomiędzy Wielką Brytanią a Niemcami wynikały w owym czasie ze wzrostu zbrojeń morskich Niemiec. Zazdrosny o panowanie Brytyjczyków na morzu, kajzer postanowił, że zbuduje równie potężną flotę jak brytyjska. W graniczącej z histerią atmosferze szowinizmu Reichstag uchwalił dwie ustawy morskie, zapoczątkowując pełen rozmachu program budowy okrętów. W burzliwej mowie, którą Wilhelm II wygłosił w Hamburgu w 1911 r., przekonywał o konieczności „dalszego wzmacniania naszej floty, ażebyśmy byli pewni, że nikt nam nie będzie śmiał odmówić prawa do miejsca pod słońcem, prawa, które nam się słusznie należy”.

Wszystko to oczywiście spotykało się z jawną niechęcią ze strony Wielkiej Brytanii, „Pani na morzach”. W rezultacie pomiędzy oboma mocarstwami rozgorzał gorączkowy i kosztujący krocie wyścig zbrojeń.

HMS „Dreadnought”, pancernik uznawany za reprezentanta nowej klasy ciężkich okrętów (tzw. drednotów), jeden z symboli brytyjsko-niemieckiego wyścigu zbrojeń (fot. U.S. Navy, domena publiczna).

Motywy kajzera niekoniecznie musiały mieć podtekst wojenny. Wiele światła rzuca na nie wypowiedź kanclerza von Bülowa: „Najbardziej ze wszystkiego Wilhelmowi II zależało na tym, żeby zobaczyć się na czele bajecznej niemieckiej floty, płynącej z pokojową wizytą do Anglii. W Portsmouth przy­witałby go angielski suweren na czele swoich okrętów, a potem obydwie floty kołysałyby się obok siebie na morzu, a obaj monarchowie w marynarskich mundurach stanęliby na mostkach kapitańskich okrętów flagowych. Potem, gdy już uściskaliby się serdecznie, popłynęliby na uroczystą kolację do Cowes i nawzajem raczyli się miłymi przemowami”.

Możliwe, iż rzeczywiście tak było, choć wydaje się, że nawet tak zaślepiony w próżności Wilhelm II widział bardziej konkretne korzyści płynące z posiadania potężnych okrętów niż morska defilada. Silna flota wojenna była w stanie zatrzymać każdego agresora, a stając się symbolem narodowej wielkości, pomogłaby dopiero co okrzepłej i ambitnej Rzeszy pozbyć się kompleksu niższości. Być może skłoniłaby nawet Wielką Brytanię do porzucenia Francji oraz Rosji i przyłączenia się do Trójprzymierza Niemiec, Austro-Węgier i Włoch.

Tak więc praca w stoczniach wrzała, a z każdym nowym okrętem rósł wzajemny brak zaufania pomiędzy oboma wielkimi teutońskimi krajami.

Powyższy tekst jest fragmentem książki:

Theo Aronson
„Zwaśnieni monarchowie. Europejskie trony w przeddzień katastrofy 1914 roku”
38,40 zł
Tytuł oryginalny: Crowns in Conflict: The Triumph and the Tragedy of European Monarchy, 1910-1918
Tłumaczenie: Aleksander Glondys
Okładka: twarda
Liczba stron: 380
Data i miejsce wydania: II
Premiera: maj 2014
Format: 165×240 mm
ISBN: 978-83-08-05368-3

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Theo Aronson
(1929 - 2003) królewski biograf, pasjonat brytyjskiej arystokracji. Autor 23 książek poświęconych biografiom członków brytyjskiej rodziny królewskiej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy