Autor: Krystyna Kolińska
Tagi: Wspomnienia, Historia kobiet, Historia życia codziennego i obyczajowości, 1945-1989, Warszawa, Polska, Mazowsze
Opublikowany: 2015-01-25 09:15
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Krystyna Kolińska wspomina czasy PRL

„Włączywszy po godzinie siódmej radio, usłyszałam muzykę Chopina, potem głos spikera zapowiadającego o godzinie ósmej – przemówienie generała Jaruzelskiego... Osłupienie. Stan wojenny!” - tak Krystyna Kolińska wspomina czasy PRL.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7

Zapiski z lat siedemdziesiątych

Lipiec 1970. Kazimierz nad Wisłą. Jestem zaproszona do Marii Kuncewiczowej. Dom na wzgórzu. Drzewa, srebrzysty świerk. Jego gałęzie dochodzą do piętra. Wewnątrz w pokojach – kominek i piec, który przyjechał przed wojną z Huculszczyzny. Nosi datę 1814 i ma kolorowe kafelki, widać na nich Małgorzatkę tańczącą z huzarami, pocztyliona, popa idącego do cerkwi, krzyż z siedzącymi na jego ramionach ptakami.

Maria Kuncewiczowa (Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-K-1593-1)

Gospodarze wrócili tu po wielu latach przebywania na obczyźnie; od zeszłego roku – już na stałe. Autorka popularnej przed wojną powieści czytanej w radiu Dni powszednie państwa Kowalskich teraz kończy pierwszy tom opowieści z własnego życia zatytułowany Fantomy.

Mówi: – Na całym świecie reportaż stał się bestsellerem. Wydaje mi się, że chodzi po prostu o gatunek. Dobry reportaż stoi na pograniczu eseistyki i studium socjologiczno-psychologicznego. Nie jest to tylko dziennikarskie sprawozdanie. Obecnie rzeczywistość jest tak fantastyczna, że fikcja nie może jej dogonić. Ludzie zafascynowani są rzeczywistością, chcą mieć głos, rozumieć sens tych wielu rewolucji – astronautykę, Trzeci Świat, fermenty w Kościele… Pragną wiedzieć, jak w różnych krajach prze- żywa się te liczne apokalipsy.

Pytam: – Była pani przez szereg lat profesorem literatury polskiej w Ameryce. Czy wśród pani słuchaczy było wielu z tak zwanej Polonii?

– Początkowo miałam wyłącznie studentów slawistów, różnych narodowości. Studenci pochodzenia polskiego zjawili się później. Opory wynikały z kompleksów, bo dziadkowie chcieli, by ich dzieci były przede wszystkim Amerykanami, a sami pragnęli zapomnieć jak najszybciej o głodnej przeszłości. W trzecim pokoleniu przyszło jednak zainteresowanie korzeniami, a nawet pojawiła się duma, że ojczyzną przodków była Polska, kraj, skąd przyjeżdżają „Śląsk”, „Mazowsze”, „Poznańskie Słowiki”, gdzie powstaje dobre malarstwo, muzyka Lutosławskiego, Pendereckiego, rodzą się dobre filmy i produkuje się dobrą, prawdziwie polską szynkę.

– Jaka jest pani recepta na życie?

– Prostota i życzliwość… Trzeba dawać kredyt zaufania ludziom, lubić ich. Ja ludzi lubię.

– Jak pani patrzy na Warszawę, porównując z tą sprzed września 1939?

– Warszawa wygląda inaczej, ale parę akcentów wystarcza, abym odczuła dawny klimat. W Łazienkach jest to zegar słoneczny, pamiętam go od dzieciństwa. Na Krakowskim Przedmieściu – balkon wsparty na Atlasach, a w Ogrodzie Saskim – eliptyczne żelazne ogrodzenie fontanny, to samo, przez które przeskakiwałam w wieku sześciu lat w pogoni za piłką. Sentyment do starych rekwizytów nie stanowi bariery między mną a dzisiejszą Warszawą. Podoba mi się nowa postać Starówki na zapleczu Rynku. Robi na mnie wielkie wrażenie sama Nike na placu Teatralnym, ale te sąsiadujące z pomnikiem pobudowane wieżowce, niezgadzające się z całością placu, wprawiają mnie w ponury nastrój.

Lipiec 1971. Upały. Imprezy, głównie koncerty w Łazienkach: w Starej Pomarańczarni „przy świecach”, pod pomnikiem Chopina wśród kwitnących róż. Wystawa Święto róży. Wszędzie róże: żywe oraz na obrazach, na znaczkach pocztowych, na fotografiach. W Pałacu Kultury – Revue 23.15; lekka muza, lecz bilety za ciężkie pieniądze. Przy wejściu wręczają ulotkę z informacją o dziewczętach: Mai, Darling, Dżinie – „tancerkach pięknych jak róże”…

Dla teatrów warszawskich prawdziwe wakacje. Z wyjątkiem Ateneum, Narodowe- go i Lalki (a od połowy miesiąca – Syreny i STS) – wszystkie zamknęły podwoje. Natomiast otworzyły się wrota dla odwiecznych dyskusji w prasie, radiu i telewizji na temat: Czy teatr przeżywa się i czy w obecnej formie służy masom? Jaki powinien być program rozrywek dla przeciętnego mieszkańca stolicy?

Teatr Rozrywki zamknięty na co najmniej dwa lata, ze względu na stan zabezpieczeń przeciwpożarowych. Otwarto natomiast „wesołe miasteczko” przy ulicy Wery Kostrzewy, z zainstalowanymi tam za grube dewizy odpowiednimi urządzeniami. Działało krótko, po kilku dniach zostało po nim smutne pobojowisko. Nie pomyślano bowiem o funkcjonalnym powiązaniu miejsca rozrywki z terenem i w rezultacie wszystko utonęło w kurzu i śmieciach.

Listopad 1971. Wystawa w Pałacu Rzeczpospolitej przy placu Krasińskich w rocznicę urodzin Juliusza Wiktora Gomulickiego. Tegoroczny laureat Nagrody Prezesa Rady Ministrów w dziedzinie literatury zaprezentował się tu nie tylko jako pisarz, varsavianista, ale także jako zamiłowany zbieracz starych ksiąg i rękopisów, związanych szczególnie z Norwidem, z polskim Oświeceniem, z literaturą XIX wieku. Zainteresowały mnie „curiosa” sprzed trzech wieków – astrologiczne, zoologiczne, między innymi O języku zwierząt i O położeniu Raju.

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

Inne jesienne wystawy, zarówno w galeriach, jak i w placówkach muzealnych nie były wydarzeniami na dużą skalę. Odnotujmy jednak powstanie małego Muzeum Rzemiosł Artystycznych i Precyzyjnych przy ulicy Piekarskiej; tam to w domu Cechu Złotników, Zegarmistrzów, Optyków, Grawerów i Brązowników można zobaczyć wiele misternie wykonanych przedmiotów.

Listopad 1973. Przyjechałam z pogrzebu mojej Mamy, który odbył się w Częstochowie, na cmentarzu Świętego Rocha. Czuła się już ostatnio źle, ale zmarła nagle.

Kondolencje przysłał mi Stanisław Nałęcz Komornicki, z którym przed pięciu la- ty pracowałam nad oryginałami meldunków gestapowca Spilkera: „Dowiedziałem się o ciężkiej stracie, jaka Panią dotknęła. Proszę i nas zaliczyć do grona osób, które całym sercem są z Panią w tych trudnych chwilach bólu, kiedy na zawsze odchodzi ktoś najbliższy. Sam doświadczyłem tego niedawno i wiem, że są to najgłębsze doznania, w których na nic się zdają słowa pociechy i wszelka racjonalna myśl. Nielitościwy los zamyka jakąś epokę, o której można już tylko myśleć w samotności, raz jeszcze rozpatrywać stare, kochane listy, z drżeniem serca dotykać przedmiotów, które były dotąd tylko zwykłymi przedmiotami, stawiać niesformułowane przedtem pytania i nie otrzymywać na nie odpowiedzi… Ale to nieprawda, Pani Krystyno, że coś się nieodwołalnie skończyło. W końcu przychodzą odpowiedzi – na wszystko. Wiele serdeczności od całej naszej trójki. Szczerze oddany”…

1975. Wpadła mi w ręce „Kultura”, gdzie w Reportażu o nagości jest opis plaży nudy- stycznej: „Przychodzą tam ludzie różnych zawodów, emeryci płci obojga, a także matki z dziećmi. Ja też. Wszyscy opaleni na całym ciele”. Po publikacji propagator nudyzmu otrzymał list z RFN od doświadczonego działacza ruchu, z propozycją przedruku reportażu w związkowym piśmie naturystów. Zaproszono go też na kongres niemieckich nudystów. Obradowali oni na polu campingowym o nazwie Ponderosa. Naszego rodaka tamtejsi działacze uczyli redagować apele nawołujące do walki z kołtunerią, z ciemnogrodem. Służono też radami, jak organizować „gołe prywatki w mini-klubach” oraz duże imprezy z konkursami na Miss i Mistera Balu Natury.

O. Jacek Salij (fot. Daniel Koć; CC-BY-SA-3.0)

Po powrocie do kraju ciężko było awangardziście wcielać w życie postępowe idee. Protesty mieszkańców kaszubskich wsi, a szczególnie Chałup, jak również mandaty wlepiane przez funkcjonariuszy za nieobyczajne wybryki w miejscu publicznym jeszcze bardziej utwierdzały naszych naturystów w konieczności walki. Ubolewali: – Tu, na Wybrzeżu, naszym oknie na świat – takie mroki średniowiecza? Nie ustąpimy. Wiadomo nie od dziś, że wszystko, co nowe, rodzi się w boleściach.

Styczeń 1976. W Wiedniu – wystawy: Warszawa w fotografii i rysunkach, Sztuka polska w latach 1900–1975. W warszawskiej prasie opis balu w salach Parkhotelu w Schönbrunn: „Był niezwykłej rangi. Mazur odtańczony wspaniale przez artystów z warszawskiej Opery oraz polonez z Halki poprzedziły tańce ogólne. W widzach – serca rosły, a nogi same rwały się do tańca”.

Czerwiec 1976. Niespodziewanie zatelefonowała do mnie koleżanka ze studiów – Elunia E. Po wojnie pracowała w poznańskiej rozgłośni radiowej. Robiła tam pożyteczne audycje o pisarzach. Od czasu, gdy w latach pięćdziesiątych musiałam opuścić Poznań (usunięta z „Głosu Wielkopolskiego” przez redaktora politycznego Janusza M.-L.), nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Od niedawna mieszka i pracuje w Warszawie. Pytam ją o Egona Naganowskiego, który też pracował w poznańskim radiu do jesieni 1956 roku, gdy nagle go zwolniono. Ela mówi, że nie pamięta szczegółów sprawy usunięcia Egona tuż po jego zeznaniach na procesie wytoczonym funkcjonariuszom – sprawcom zabicia robotników w czerwcu 1956.

Ostatnio dowiedziałam się o powodach wyrzucenia Egona z radia. W czerwcu był naocznym świadkiem sceny masakry. Nie potwierdzał wersji, która mogłaby unie- winnić zbrodniarzy. Mówił zgodnie z prawdą.

26 czerwca 1976. Kościół Świętego Jacka. Dużo ludzi. Przed Mszą świętą ojciec Jacek Salij występuje z przemówieniem: „Każda Msza święta jest aktem wiary. My nie możemy i nie chcemy czynić z niej nic innego niż akt wiary. W Kościele Bożym jest taki obyczaj, że szczególnie gorąco modlimy się za zmarłych, którzy odeszli z tego świata niespodziewanie, za tych, którzy nie zdążyli zamknąć swych ziemskich porachunków, nie zdążyli przed śmiercią pojednać się ostatecznie z Bogiem i bliźnimi.

Modlić się będziemy za robotników, którzy dwadzieścia lat temu zginęli w Poznaniu. Ludzie, którzy zginęli na ulicach Poznania, zginęli niespodziewanie. Módlmy się więc za nich szczególnie gorąco, aby dobry Bóg raczył ich przyjąć do wiekuistej wspólnoty pokoju i miłości. Módlmy się tym bardziej, że przecież ich śmierć przyniosła owoce dla nas wszystkich.

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

Jeszcze o jedno się módlmy. Od lat przyjęło się w naszej ojczyźnie, że podczas modlitwy za tych, którzy zginęli za wspólną sprawę, ludzie modlą się zarazem o to, aby już nigdy więcej Polacy nie musieli przelewać swojej krwi. Matka Ojczyzna jest matką, której drogie jest życie każdego jej syna i każdej córki. Matka Ojczyzna potępi każdego, kto by lekkomyślnie wystawiał życie jej dzieci na niebezpieczeństwo. W sprawie ludzkiego życia Matka Ojczyzna jest wyjątkowo skąpa. Tylko w jednym wypadku ojczyzna dopuszcza, a nawet żąda ofiary życia: jeśli alternatywą miałaby być hańba. Wówczas ojczyzna, podobnie jak matka synów machabejskich, żąda od swych dzieci nawet męczeństwa, jeśli ono potrzebne. Dlatego módlmy się dziś o sprawiedliwość, o braterstwo, o prawdę w naszej ojczyźnie, o to, żeby szanowano naszą ludzką godność; bo to jest warunek niezbędny, żebyśmy mogli spokojnie żyć w ojczyźnie ziemskiej i dążyć do ojczyzny niebieskiej.

I jeszcze jedno. To, co się tutaj dzieje na ołtarzu, to jest tajemnica miłości absolutnej. Dlatego jeśli ktokolwiek z was tu obecnych nosi w swym sercu nienawiść do kogokolwiek, niech lepiej stąd wyjdzie i nie kala świętej wspólnoty. Pamiętajmy i nie zapomnijmy o tym, że Chrystus nasz Zbawiciel, do którego teraz zbliżamy się szczególnie, głosił miłość do wszystkich i modlił się nawet za tych, którzy go mordowali”.

Listopad 1979. Sumuję, częściowo z pamięci, częściowo z notatek, swoje wrażenia z różnych imprez – w tym ze spektaklu Brylla Na szkle malowane, z muzyką Katarzyny Gaertner, z którym przyjechał po raz pierwszy do Polski zespół objazdowej Sceny Polskiej z Cieszyna. Po ukończeniu krakowskiej PWST znaleźli się tam Ewa i Józek Sadowscy. W owej śpiewogrze o Janosiku tworzyli parę – Dziewczyny i Zbójnika. Byli świetni w tańcu, w śpiewie, w ekwilibrystycznych wyczynach, podobnie jak Diabeł (Janusz Bobek), Anioł (Władysław Liberda) czy Opowiadacz (Fryderyk Gogółka).

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie (fot. www.klimaro.eu CC BY-SA 3.0)

Mój Boże! Jeszcze niedawno moja bratanica Ewa Badora była małą dziewczynką… Po kilkunastu latach została studentką Szkoły Teatralnej w Krakowie. Z czeskie- go Cieszyna przyjechał tam wtedy Józek Sadowski, był stypendystą Sceny Polskiej, działającej głównie w powiatach zamieszkanych przez ponad sześćdziesiąt tysięcy Polaków, wędrującej po małych miasteczkach z ambitnym repertuarem. Na studiach Ewa i Józek tworzyli nierozłączną parę. Po ukończeniu PWST on podjął obowiązek kilkuletniej pracy w Cieszynie. Ślub wzięli w Częstochowie, poznały się wtedy dwie rodziny: ze strony Józka – matka, bracia, siostra; ze strony Ewy – rodzice, czyli mój brat Jurek, bratowa Lila, rodzeństwo: Anka i Piotrek. Na ślub przyjechał też bliski kolega ze Szkoły Teatralnej – Tomasz Borkowy.

Na przyjęcie weselne wynajęto dużą salę w hotelu Polonia. W sąsiednich salkach przy uchylonych drzwiach zainstalowali się panowie o czujnym wyrazie oczu, z tak zwanej Spółdzielni „Ucho”, udający konsumentów.

1978/1979. Sylwester – Nowy Rok. Obory. W rozległej sali, w świetle płomyków świec składaliśmy sobie życzenia „Do siego roku!” 1979, który według mędrców Wschodu upływał pod znakiem Kozy. Radzieckim „Szampanskoje” spełnialiśmy toasty za zdrowie dziewięćdziesięciojednoletniej pani Marii Bechczyc-Rudnickiej, życząc „dwieście lat!”. Wzruszona jubilatka mówiła, że w Lublinie stoi już na cmentarzu gotowy pomnik – oryginalne dzieło samego Canovy. A na razie wszystkich tu zgromadzonych zaprosiła na jubileusz sześćdziesięciosześciolecia swej pracy twórczej, przypadający w lutym. Myśleliśmy, że będzie tu z nami w Oborach witać Nowy Rok prawnuk autora historycznych powieści – Zygmunta Miłkowskiego, posługującego się pseudonimem Teodor Tomasz Jeż. Prawnuk para się pisaniem wierszy. Komisja DPT przyznała mu zapomogę pieniężną na opłacenie całkiem niewysokich stawek za pobyt. Zawiódł nas, nie przyjechał, lecz usprawiedliwił się na piśmie: „Jestem bardzo leciwy, mam już prawie pięćdziesiąt sześć lat. Starość nie pozwala mi na eskapady i zmusza do pozostawania w domu”.

1979/1980. W nowym sezonie premiery na ogół nie budzą zachwytu, z wyjątkiem Świecznika Musseta we Współczesnym, Lekkomyślnej siostry w Popularnym.

Modna stała się znów zabawa w psychoanalizę, więc i teraz Kwadrat zabawił się na całego! Angielski autor tej purnonsensowej komediofarsy Co widział kamerdyner chciał zapewne wydrwić psychoanalityków, zmuszając aktorów do prześcigania się w wariackiej pogoni za słowem, za spiętrzaniem słów, za dowcipem. W sumie – męczące!

Znacznie lepiej przedstawiał się ubiegły sezon. Potwierdził to plebiscyt widzów wysoko oceniając spektakle: Zemstę Fredry w Teatrze Powszechnym, Treny Kochanowskiego w Narodowym, Dziady w Teatrze Małym, Dziady Kowieńskie w Teatrze Współczesnym, Cyrana de Bergerac – w Polskim.

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

W rozsypce – solidarni!

Na stoliku od piątku leży „Stolica” nr 50 z datą 13 grudnia 1981 roku. Na okładce fotografia tancerki z Wesołej wdówki, a wewnątrz numeru między innymi artykuł o wystawie w Muzeum Historycznym „70 lat harcerstwa polskiego” oraz informacja o pomniku Powstania Warszawskiego.

Rano w sobotę, włączywszy po godzinie siódmej radio, usłyszałam muzykę Chopina, potem głos spikera zapowiadającego o godzinie ósmej – przemówienie generała Jaruzelskiego... Osłupienie. Stan wojenny!

Ubieram się szybko. Wyjść na miasto, spotkać się z ludźmi! – A jeśli nie ma komunikacji? – pyta Włodek. – To idę przez most na piechotę.

O godzinie dziesiątej miał być drugi dzień Kongresu Kultury Polskiej. Moja karta ma numer 95. Po drodze – żołnierze z karabinami. Przed Domem Literatów na Krakowskim Przedmieściu stoi „suka”. Są przechodnie, ale panuje wielka cisza. Nasuwa się określenie: „milczący lud Warszawy”. W autobusie D spotykam Andrzeja Brauna. Nie poznałam go zrazu w tym grubym, jak na Sybir, kożuchu i ciemnych okularach. Przed Teatrem Dramatycznym nerwowo poruszają się ludzie. Na drzwiach – kartka z odwołaniem kongresu przez Urząd Miasta. Ktoś przekreślił wyraz „odwołany” i napisał, że jedynie „zawieszony ustną informacją ministra kultury”. Obok na przyklejonej kartce – informacja o natychmiastowym spotkaniu wszystkich uczestników kongresu w kościele Świętej Anny. Z tyłu słyszę głos Haliny C., odwracam się, w jej oczach – przerażenie: – Krystyna, nic gorszego nie mogło się stać! Spotykam Mariana Brandysa, mówi, że nocą zabrano żonę. Po drodze na Krakowskie Przedmieście, na murach – zdrapane afisze. Z jednego pozostał strzęp: rysunek ze szkieletem ryby i podpis: „Wesołych Świąt życzy Solidarność!”.

W kościele Świętej Anny jesteśmy przed jedenastą. Ktoś prosi uczestników kongresu o przejście do sali, na lewo od ołtarza. Co dalej? Na razie – „rozsypkowo”. A jeszcze niedawno tyle emocji intelektualnych, przemówienie Andrzeja Kijowskiego; on podobno też zabrany nocą. Brandys pyta o możliwość dostarczenia ciepłej odzieży do Białołęki, bo Halina została zabrana nocą niespodziewanie. Słychać głosy o konieczności pisemnego protestu o uwolnienie internowanych. Wielki ścisk. Ktoś głoś- no informuje, że w ZLP i SDP gromadzą się pisarze i dziennikarze, więc trzeba tam iść i dołączyć do kolegów. Kieruję się do wyjścia, widzę Waldorffa. Jest już po opera- cji, idzie pewnie, bez laski, w stronę ołtarza, gdzie ksiądz rozpoczyna Mszę.

Kościół św. Anny w Warszawie (fot. Alina Zienowicz; CC-BY-SA-3.0)

ZLP – zamknięte. Szarpiemy klamkę, walimy pięściami. Nie spuszczając łańcucha, jakaś kobieta uchyla ciężkie odrzwia: – Tu nie ma żadnego zebrania. Pozwala wejść je- dynie Rostworowskiemu, który zatrzymał się tu w hoteliku, na górze. Kilkoro z nas wdziera się za nim; może są tu jednak jacyś pisarze. Będąc już wewnątrz, słyszymy ponowne walenie w drzwi – to następna grupka przyszła na zebranie. W budynku pusto. Kobieta wydusza z siebie, że jacyś tu byli, że było zebranie, ale bardzo krótkie. Już wszyscy wyszli.

W SDP – też pustki. Szatniarz mówi, że nikogo nie ma, że nie wie o żadnym zebraniu. W kawiarence kilka nieznanych osób. W hallu wiszą rysunkowe karykatury jeszcze sprzed 13 grudnia. Są na nich postacie ulicznych sprzedawców, trzymających w ręku pętle, pytających: – Komu?...

15 grudnia. Rano zastukała do drzwi umówiona jeszcze w końcu listopada sprzątaczka z „Pracy Kobiet”. Mieszka w Skierniewicach. Jest blada, niewyspana. Pijemy gorącą herbatę. Martwi się o męża, nie wypuszczają go z fabryki, kolegów też; ich specjalizacja to czołgi – mówi. – A dziś w pociągu to była taka cisza, wszyscy milczeli.

16 grudnia. Jadę autobusem na Krakowskie Przedmieście. Na jezdni dymi samo- chód pancerny, długo obraca lufą strzelecką w górę i w dół, raz po raz celując w stojących na chodniku ludzi, patrzących w głuchym milczeniu. Jeden z nich, młody mężczyzna, odzywa się głośno: – Chcą pokazać, że mogą też walnąć w nas.

Poszłam na Foksal do Dziennikarzy. W hallu pusta już ściana, nie ma rysunków. Wejście na piętro zastawione tablicami, na nich przyczepione pinezkami afisze: „Bal Sylwestrowy 1982”. Ale można wejść na piętro. Jest tam obecny profesor Wątorski. Pielęgniarka Bogusia płacze, mówiąc o samobójstwie Jerzego Zieleńskiego. Był w depresji, brał proszki; gdy usłyszał rano mowę generała, wyskoczył przez okno.

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

Z tą tragiczną wiadomością pojawiam się w ZAiKS-ie. Może jest nadzieja na święta w Konstancinie? W biurze na Hipotecznej spotykam wielu znajomych. Rybarski, Kuśniewicz, Lewin z Krysią. Przygnębiona pani Curyłło informuje, że nie ma szans na świąteczny wyjazd do domów ZAiKS-u. – A Konstancin? – pytamy. Kierowniczce oznajmiono, że nie ma mowy o przydziałach żywnościowych i że naczelnik musi dawać zgodę na każdego, kto pojawi się na terenie. – A Sopot? – Strefa graniczna, nie ma kontaktu. – A Zakopane? – dopytuje się Leopold Rybarski. – Też nie mamy kontaktu. Nie wiemy, czy Lusia zdążyła wrócić tam od córki z Londynu.

Ktoś puka do drzwi. Wchodzi nieznany pan, przedstawia się od progu: Władysław Rynkiewicz. Pyta, czy może złożyć podanie o przydział miejsca. Jest aktorem z zespołu wojskowego „Radar”! Opowiada o wojażach po zachodniej Syberii. – Razem ze sprzętem zapadaliśmy się w błoto. Szczególnie ciężko było zimą. Wszędzie wóda. Pędzenie bimbru – dozwolone. Władza wie, że gdy obywatele piją, to są weseli, zadowoleni i nie za wiele myślą. Podczas pobytu zepsuł nam się samochód, nigdzie nie można go było zreperować, bo jest produkcji jugosłowiańskiej. Nocowaliśmy w koszarach. Żołnierze w butach z podwatowanej ceraty, niezabezpieczającej przed lodowatym zimnem. Bali się z nami rozmawiać.

Dodaje, że zdążył wrócić przed grudniem i że 13 grudnia zastał go w Bydgoszczy. Zapytał wtedy towarzysza pułkownika: – Na kogo idą te czołgi? Na nas?…

Czołgi T-55 na ulicach podczas stanu wojennego

Idę na plac Krasińskich do Biblioteki Narodowej. Mam odebrać od pani Świderskiej reprodukcje rysunków ofiarowanych mi przez Leszka Rózgę. Zatrzymuje mnie facet w cywilnym ubraniu. Nie może wpuścić na górę ani telefonicznie zawiadomić o moim przyjściu, bo numery wewnętrzne nie działają. W końcu jakiś mężczyzna na dyżurze „sprowadza” panią Świderską, aby potwierdziła moją tożsamość. Już w swojej pracowni zaczyna ona opowiadać o strajku w bibliotece na Hankiewicza. Na ścianie dostrzegam oprawioną fotografię Miłosza, nad nią jest duży napis: „Solidarność”.

W drodze na Foksal, koło uniwersytetu, na ścianach domów – wszystkie napisy już zmyte. Bezsłonecznie, chodniki niesprzątnięte. Strzępki kolorowych ulotek leżą w śniegu. Kilku panów w futrzanych czapach zawzięcie szoruje mury drucianymi szczotkami. W gablocie Teatru Polskiego afisz: Ambasador. W jednej z bram przy Nowym Świecie, na szkle kinowej gabloty widnieje duży napis: „Wyrżnąć i dorżnąć wszystkich z Solidarności!”. Ktoś dopisał tuszem pytanie: „Całe 10 milionów?”.

17 grudnia. Jadę autobusem do „Stolicy”. U wylotu Koszykowej, niedaleko od Ministerstwa Sprawiedliwości widać wóz pancerny. Kobieta siedząca obok mnie żegna się trzykrotnie. Na Marszałkowskiej zamalowane napisy na murze; spod farby przeziera hasło: „Pozwólcie nam mówić. Naród”. Redakcja otwarta, lecz mój pokój, dzielony z kolegami, jest opieczętowany. Zostawiłam tam kilka rzeczy w biurku. W korytarzu z wielkim lustrem w ozdobnej ramie (pozostałość po przedwojennym właścicielu mieszkania) miota się pracująca tu od wielu już lat publicystka. Łapie mnie za ramię, namawia, aby odkleić kartkę z drzwi: – Ci koledzy, co pieczętują następne już pokoje, nie zauważą, a ty wejdziesz i zabierzesz z szuflad mojego biurka rajstopy i męskie koszule. Ja stanę na czatach przed drzwiami… Słyszy odpowiedź: – Nie chcę! Nie róbmy magla!...

W redakcji jest mało pracowników. Szofer Julek został oddelegowany do „Trybuny”. Dwaj fotograficy – Sielski i Jurko – poszli oddać sprzęt fotograficzny. Janusz Pokorski razem ze służbowym aparatem fotograficznym jest teraz w Wiedniu, zdążył tam pojechać jeszcze przed zakazem posiadania wiz. Czwarty fotografik, tajemniczy Ludomir W., zniknął bez śladu wraz ze sprzętem. Przedtem wciąż nam opowiadał o prześladowaniu go przez władze ZSRR, gdzie ponoć mieszkał przez wiele lat.

Dziwię się, że nie ma szefa, sekretarza Boczka i reszty kolegium. Pani sekretarka spisująca „akt zdania” informuje, że byli tu już wcześnie rano, jeszcze przed pieczętowaniem, pochodzili po pokojach, potem po kwadransie razem wyszli.

Przed Supersamem dwa długie ogony. Kakao! Dają po jednym pudełku. Stoimy na mrozie, bezskutecznie. Odchodząc, dostrzegam za szybą afisz klubu Ubaw z nagłówkiem: „Andrzej Wajda” oraz programem prelekcji i filmów do końca grudnia. Na 18 grudnia o godzinie dziesiątej rano przewidziany jest Człowiek z żelaza.

W autobusie spotykam Tadeusza Żółcińskiego, stałego uczestnika bibliofilskich spotkań w ZLP, pod kominkiem. Mówi, że mimo swoich ciężkich przeżyć, od września 1939 roku przez wszystkie lata wojny, a nawet i po 1945 roku, nigdy nie chciał opuścić kraju. – Ale dziś wolałbym tu nie być, wyjechać i żreć pod palmą słodkie pomarańcze…

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

Tu – dygresja o ocaleniu kominka po 1989 roku, gdy skończyła się PRL, a wraz z nią obfite dotacje na Domy Pracy Twórczej i trzeba było znaleźć ajenta do prowadzenia dochodowej kawiarni i stołówki dla literatów. Zgłosił się kandydat. Wybrany, obrotny meloman, nie miał zbyt wiele czasu na czuwanie nad pracą ekipy. Budowlańcy, nie licząc się z elementami architektonicznymi uważanymi dotychczas za chronione, samowolnie przebijali ściany, łączyli pomieszczenia. Kiedyś zajrzałyśmy z Kasią Meloch do dawnej kawiarni. Dwaj panowie w roboczych kombinezonach, z narzędziami w ręku, zbliżali się do kominka, aby go rozebrać. Podniosłyśmy alarm. Na szczęście – skuteczny. Lubię dziś siadać w pobliżu tego kominka wyodrębniające- go się z całego nowoczesnego „anturażu”.

Jadę na Foksal. Obiad dziennikarski w SDP. Zraz i surówka z kiszonej kapusty. Ohyda, jest to śmierdzący kawałek mazistego pasztetu, ponoć z drobiu. Spotykam Ewę Berberyusz ze Zbyszkiem. Niepokoją się o Kubę, miał tu przyjść o dwunastej, ale jeszcze go nie ma. W kawiarni dosiada się Beta (Benedykta). Serdeczne powitania. Martwi się o męża, który służbowo jako architekt przebywał w Algierii, a teraz jest z synem w Londynie. Ona ma już w kieszeni paszport, zamierzali w trójkę spędzić święta za granicą. Mówi, że w telewizji jest teraz persona non grata. Słyszała o wydarzeniach w Gdańsku i o siedmiu zabitych w kopalni „Wujek”.

Nieznany nam z twarzy kelner otwiera okna i ogłasza, żeby wychodzić, bo już zamyka. Wychodzimy na Foksal. Czujemy dziwny zapach, jakby spalenizny. Jeszcze nie doszliśmy do siedziby Instytutu Włoskiego, gdy jakaś spanikowana kobieta mówi, że przejście na Nowy Świat jest zamknięte, że uciekła tu z kawiarni PTTK, bo poczuła gaz łzawiący i usłyszała jakieś krzyki. Cofamy się. Idziemy na dziedziniec szkolny, a ze Smolnej na plac Trzech Krzyży.

W autobusie ciasno. Na przednim siedzeniu dwie kobiety: – Dlaczego to wszystko? – pyta jedna. I słyszy odpowiedź o deptaniu honoru, o nieliczeniu się ze społeczeństwem. W domu – w radiu skoczna melodia: bossa nova i żołnierskie rytmy przeplatające się z aktualnymi „refleksjami” Marka Barańskiego i z wiadomościami, że władza czuwająca nad bezpieczeństwem obywateli aresztowała groźnych przestępców z tak zwanej bandy Lwa.

Wieczorem oglądam w telewizji reportaż z kopalni „Wujek” po krwawych wydarzeniach. Pierwsze ujęcie: młodzi górnicy idą korytarzem do pracy. Widać wyraźnie ich twarze. Nagle, jakby rażeni promieniami doktora Mabuse, odwracają głowy; widocznie zauważyli wymierzony w ich stronę obiektyw. Potem,w windzie, też kryją twarze. Wstydzą się, boją?... Drugie ujęcie: do tej sceny „zatrudniono” czterech górników z „Wujka”. Milczą. Po długiej chwili odzywa się jeden, opowiada, że strajkują- cy zmuszali groźbami do stawiania oporu.

Wojciech Jaruzelski (z prawej) w rozmowie z Jurijem Andropowem (fot. D. Szlachta; lic. CC BY-SA 3.0)

Nazajutrz – spotkanie z Teresą Dąbek-Wirgową, znakomitą bułgarystką, słuchaczką Magnuszewskiego. Służyła mi zawsze cennymi informacjami; wspomnę choćby tylko o poznanej dzięki niej w Sofii sławnej poetce, tłumaczce – Dorze Gabe. Pani Dora, wtedy już prawie dziewięćdziesięcioletnia, udostępniła mi liczne rękopisy, między innymi wiersz Kasprowicza, listy Marusi oraz swego męża – Bojana Penewa. Penew, goszcząc na Harendzie, opisywał żonie powitanie tam w Poroninie Nowego Roku, gdy „prawie wszyscy byli pijani. Wierzyński upił się i pan Jan oczywiście też, i Zrembowicz”.

Dawne to czasy...

Idziemy na kawę do Europejskiego. Przy stolikach pełno ludzi. Znajdujemy jeden wolny. Po chwili podchodzi Leopold Lewin, przedstawia nam pana Bosaka i prosi o zgodę na „dosiądnięcie się” do nas. Ciekawa rozmowa. Filmowiec podchodzi z dystansem, a nawet i z pewnego rodzaju kpiarskim humorem do wielu spraw i nie ulega emocjom.

W barku, w niedużej od nas odległości siedzą „goście” o bacznych oczach. Uważnie obserwują wejście.

18 grudnia. Obiad w ZLP. Przy grochówce i kopytkach w sosie pieczarkowym toczymy ożywione rozmowy. My – Żesławski, Danka Ćirlić-Straszyńska z córką Dorotą i zięciem filmowcem Trzos-Rastawieckim – siedzimy przy jednym stole. Władek Żesławski męską decyzją zakończył dawne rozterki: „Rzucić legitymację partyjną, czy nie rzucić?”. Teraz już bezpartyjny, w latach przynależności pomagał ludziom, a współtworząc postacie radiowych Matysiaków, przyczynił się do budowy Domu ich imienia.

Zastanawiamy się, co będziemy robić w niedalekiej przyszłości. – Ty zajmiesz się wreszcie dzieckiem – słyszy od matki Dorota. Zięć rysuje scenariusz dalszych wydarzeń. Przewiduje, że nic nikomu nie będzie się chciało robić: – Dotychczas działaliśmy pod wpływem innego ducha, mogła być kamera łączona sznurkiem, ale pracowaliśmy z entuzjazmem, z uniesieniem, i wszystko dało się robić. Zobaczycie, niedługo przyjdzie głód, będą kary.

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

Do stolika podchodzi – ongiś smukły – Kazio Dębnicki. Znany z twórczej fantazji i z powodzenia u kobiet, zyskał przydomek «socjalistyczny Wieniawa». Na twarzy wesoły uśmiech. – Bo co mi teraz zostało? – mówi. – Mam zwariować?... Różne są dziś odmiany wariactwa. Koźniewski jest przykładem wariactwa biologicznego. Czytaliście ten jego artykuł pouczający inteligencję?...

Pojawia się Jacek Bocheński. Witamy go owacyjnie. Wiedzieliśmy, że został uwolniony, bo na wywieszonej w ZLP liście internowanych nazwisko wykreślono już wczoraj. Nie robi z siebie bohatera. Podoba mi się jego opowieść – nie ma w niej nic z egzaltacji, nic z demonizowania, osądzania, co tak razi mnie u różnego rodzaju fanatyków o nieposkromionej chęci narzucania poglądów. Teraz z uwagą słucham spokojnej, na pozór beznamiętnej opowieści o pobycie w Białołęce, o szarej pościeli, o domu w lesie nad jeziorem Drawsko, o żołnierskim, nawet niezłym jedzeniu, o zaziębionym Michniku, o jednym współtowarzyszu w celi, który opowiadał mu o swoich dwóch braciach, że się ukrywają, ale dalej trwają w „Solidarności”. – Ten chłopak był odważny – mówi – gdy strażnik krzyknął: – No, wasz polski burdel skończył się! – to on ze- rwał się: – Jaki burdel, jaki burdel?!... – wołał. – To była nasza walka o wolność!

W Trybunie Ludu codziennie publikowano cytaty z przemówienia gen. Jaruzelskiego z 13 grudnia. Już sam tytuł rubryki, Zastanów się raz jeszcze nad wagą tych słów, wskazywał, że mają one stanowić motto „socjalistycznej odnowy”.

20 grudnia. O godzinie jedenastej. Msza w kościele Świętej Anny. Dużo znanych twarzy: Nehrebecka, Trzeciak z żoną i małym synkiem, Ewa Berberyusz... Nowy zwyczaj: przy przekazywaniu znaku pokoju – uściśnięcie dłoni. Przemówienie prymasa Glempa jest mądre, głębokie, wyważone. Mówił o pognębionej godności, apelował do władzy: czy wie, czy zdaje sobie sprawę z tego, co czują teraz Polacy. Słuchamy z taśmy magnetofonowej przesłania Ojca Świętego. Rozlega się śpiew Boże coś Polskę:

„Racz nam wrócić, Panie!”.

Po Mszy idziemy na kawę do Largactilu w piwnicy Staromiejskiego Domu Kultury. Ładne wnętrze, pomysłowe lampy z butelek na stolikach. Szatnia na parterze. Ziąb. Wysiadł piecyk elektryczny. Szatniarz zmarznięty, mimo to w ciepłych słowach składa nam życzenia. Spacer po rynku. Artyści wystawiają swoje dzieła, na rysunkach – końskie łby, na obrazach olejnych – kwiatki i otwarte paszcze wilków wyjących do księżyca, świecącego na tle ciemnego nieba. Idę na Mariensztat. W alejce cały mur zamalowany białą farbą, ale w kilku miejscach prześwitują napisy o zielonej barwie. I wygląda to teraz tak: „Precz z WR”, „recz z”, „Pr”…

Idziemy z Włodkiem na Smolną, zaproszeni przez Starskich na godzinę trzynastą. Okna ich mieszkania wychodzą na dwie strony – z dużego pokoju mamy widok na budynki dwóch muzeów i gmachu KC. Pan Ludwik jest przygnębiony. To prawdziwie życzliwy mi człowiek. Dużo rozmawialiśmy przedtem przez telefon. Mieliśmy sobie zawsze do opowiadania mnóstwo historii o ludziach i o zabawnych wydarzeniach. Miał specyficzne ogromne poczucie humoru. Teraz jest przygaszony, małomówny. Kieliszek dobrego koniaku nie poprawia nastroju. „Aby tylko nie było rewolucji, walk na ulicach” – powtarza. Marysia wspomina dawne szczęśliwe lata, gdy jeszcze jako panna z warszawskiej rodziny Bargielskich była przed wojną tancerką w teatrze. Potem przyszedł czas wojny, szczególnie niebezpieczny dla Lucia (tak czule nazywa męża). Wspomina też powstanie, gdy z wielkim trudem zdobywali dla małego Alanka mleko, kaszkę… Pokazuje mi fotografię z 1944 roku oprawioną w ramki, trzyma tam synka w ramionach.

Tekst jest fragmentem książki Krystyny Kolińskiej „Preteksty do wspomnień”:

Krystyna Kolińska
„Preteksty do wspomnień”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 452
Format: 240 x 170 x 30
ISBN: 978-83-244-0357-8

Tekst pierwotnie opublikowany 26 lipca 2014

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Krystyna Kolińska
Polska eseistka i prozaik. Absolwentka Uniwersytetu Poznańskiego, W trakcie swojej wieloletniej działalności otrzymała rozmaite nagrody m.in. za całokształt twórczości: nagroda ZAIKS-u im. Karola Małcużyńskiego oraz Związku Rzemiosła Polskiego im. Władysława Reymonta. Odznaczenia m.in. Krzyż Armii Krajowej, odznaka Akcji "Burza", "Gloria Artis" ministra Kultury (2009). Nagrody literackie za poszczególne pozycje m.in. "Szaniawski. Zawsze tajemniczy" odznaczony dyplomem Warszawskiej Premiery Literackiej, jako "Książka lata 20Polska eseistka i prozaik. Absolwentka Uniwersytetu Poznańskiego, W trakcie swojej wieloletniej działalności otrzymała rozmaite nagrody m.in. za całokształt twórczości: nagroda ZAIKS-u im. Karola Małcużyńskiego oraz Związku Rzemiosła Polskiego im. Władysława Reymonta. Odznaczenia m.in. Krzyż Armii Krajowej, odznaka Akcji "Burza", "Gloria Artis" ministra Kultury (2009). Nagrody literackie za poszczególne pozycje m.in. Szaniawski. Zawsze tajemniczy odznaczony dyplomem Warszawskiej Premiery Literackiej, jako "Książka lata 2009 roku". Nagroda im. Cypriana Kamila Norwida (2010). Autorka Ziemskich aniołów (Fryderyk Szopen i George Sand - biografia psychologiczna).09 roku". Nagroda im. Cypriana Kamila Norwida (2010). Autorka "Ziemskich aniołów" (Fryderyk Szopen i George Sand - biografia psychologiczna).

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy