Autor: Michał Rogalski
Tagi: Artykuły, Historia kultury i sztuki, Sylwetki i biografie, 1945-1989, Historia współczesna, Ameryka Północna, Wyspy Brytyjskie
Opublikowany: 2016-12-28 17:09
Licencja: wolna licencja

Lemmy Kilmister, David Bowie: żywoty równoległe

Lemmy Kilmister, lider Motörhead zmarł rok temu. Dwa tygodnie później odszedł David Bowie. Postaci te łączą nie tylko daty zgonu, ale i daty narodzin – Bowie był od Lemmy’ego młodszy o 381 dni. Choć Kilmister sprzedał mniej płyt, to obaj stali się ikonami popkultury. I choć byli postaciami tak różnymi, to ich życiorysy są niewątpliwie dobrym punktem wyjścia dla opowieści o jednej z najbardziej dynamicznych epok w historii muzyki.
REKLAMA

Lemmy Kilmister i David Bowie

Przełom 2015 i 2016 roku był smutnym okresem dla kultury masowej. W ciągu kilku miesięcy zmarli: wybitny aktor Alan Rickman, popularny eseista i powieściopisarz Umberto Eco, piosenkarka jazzowa Natalie Cole czy wokalista rockowy Scott Weiland. Zresztą dalsza część roku tez zebrała ponure żniwo: odeszli Prince, Leonard Cohen, Chór Aleksandrowa, George Michael czy Carrie Fisher. Wśród zmarłych gwiazd znaleźli się także Lemmy i Bowie. Media i internet orzekły, że nad światem kultury zapanowało fatum.

Kwiaty i wyrazy żałoby przed domem Davida Bowiego dzień po jego śmierci (fot. David Shankbone, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution 3.0 Unported).

Jak to zwykle bywa w przypadku śmierci postaci cieszących się szacunkiem i podziwem licznej grupy ludzi, także tym razem ogłoszono, że oto kończy się swego rodzaju złoty wiek, a zmarli nie mają godnych spadkobierców. Ale o ile często sądy takie są raczej podyktowane naturalną skłonnością ludzi do idealizowania przeszłości, w wypadku odejścia Lemmy’ego i Bowiego, w stwierdzeniu, że kończy się pewna epoka może być ziarno prawdy.

Obydwaj panowie urodzili się tuż po zakończeniu II wojny światowej i dorastali w powoli dochodzącej do siebie po wojnie Wielkiej Brytanii. Przyszli na ten świat w czasach, w których człowiek jeszcze nie postawił nogi na Księżycu, odeszli w epoce internetu i smartfonów. Obydwaj obserwowali narodziny kultury młodzieżowej w latach pięćdziesiątych i brali czynny udział w rozwoju kultury punkowej w latach siedemdziesiątych. Przyglądali się też z bliska przełomowi w popkulturze, jakim była eksplozja popularności zespołów The Beatles i The Rolling Stones w latach sześćdziesiątych.

Maczo w kowbojskim kapeluszu

Lemmy Kilmister (fot. MarkMarek, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported).

Ian Fraser Kilmister, znany później pod pseudonimem Lemmy, przyszedł na świat w bożonarodzeniową wigilię 1945 roku w angielskim miasteczku Burslem w dystrykcie Stoke-on-Trent. Ojciec opuścił rodzinę w trzy miesiące po jego narodzinach, więc Lemmy najpierw wychowywał się jako jedynak, później w patchworkowej rodzinie z dwójką przyszywanego rodzeństwa i ojczymem. I szybko zaczął pakować się w kłopoty, wkrótce porzucając szkolną edukację na rzecz dorywczych prac i grania na gitarze w lokalnych zespołach.

Jako dwudziestolatek odniósł pierwsze sukcesy z zespołem The Rockin’ Vickers, z którymi występował nawet w Jugosławii, gdzie zespół – zaproszony przez władze na oficjalny bankiet – miał poznać osobiście Josipa Broza Tito. Później Kilmister przeniósł się do Londynu, gdzie rzucił się w wir szalonych lat sześćdziesiątych – epoki przekraczania granic świadomości za pomocą wszelkich dostępnych substancji chemicznych z LSD na czele. Oczywiście doskonale się odnalazł w świecie wolnej miłości, imprez i narkotyków. Ale to go nie zadowalało – chciał sam odnieść sukces jako muzyk. Koniec lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych spędził grając rock psychodeliczny z zespołami Sam Gopal i Hawkwind. W tym pierwszym po raz pierwszy miał okazję popisać się jako wokalista i songwriter, choć słuchając dziś muzyki zespołu trudno uwierzyć, że to ten sam Lemmy, znany ze swojego zachrypniętego głosu i ciężkiego, topornego brzmienia Motörhead. W Hawkwind Lemmy zabawił nieco dłużej, przy okazji zamieniając gitarę na bas, w niektórych piosenkach obejmując także funkcję wokalisty. Tak było w przypadku największego hitu zespołu – piosenki „Silver Machine” – która przy okazji walnie przyczyniła się do powstania nowego gatunku muzyki, ochrzczonego nazwą space rocka. Jednak coraz częstsze konflikty z innymi członkami Hawkwind wkrótce sprawiły, że Lemmy opuścił grupę. Dzięki „Silver Machine” miał już jednak wyrobione nazwisko, co w przypadku, gdy założył swój własny zespół, zwiększyło szanse na sukces.

W 1975 roku – gdy Kilmister opuścił Hawkwind – epoka wolnej miłości i otwierania drzwi percepcji za pomocą narkotyków była już przeszłością, a rock psychodeliczny odchodził do lamusa. Rodził się za to punk i heavy metal. Muzyka nowego zespołu Lemmy’ego łączyła w sobie pierwiastki obydwu tych – często wrogich sobie – subkultur. W przeciwieństwie do psychodeli Sam Gopal i Hawkwind dla której inspiracją było LSD, szybkie tempa piosenek Motörhead napędzane były amfetaminą. Był to narkotyk, który miał Lemmy’emu towarzyszyć bardzo długo – a według niektórych relacji – do końca życia. Początkowo zespół ze swym surowym brzmieniem odnosił mniejsze sukcesy, niż życzyliby sobie tego jego członkowie, jednak po kilku latach nastąpił przełom pod postacią najsłynniejszych płyt grupy: „Overkill” i „Ace of Spades”, które zainspirowały powstanie thrash metalu.

Lemmy nie zaniechał swego trybu życia przez następne trzydzieści lat: wciąż regularnie wydawał płyty i nieustannie koncertował, nie odmawiając sobie przy tym oczywiście alkoholu, tytoniu, amfetaminy i seksu. Nigdy się nie ożenił i nie ustatkował. I to właśnie stało się źródłem największego sukcesu Lemmy’ego, jego wizerunku niezniszczalnego boga rock and rolla, ostatniego proroka z gniewnych lat, który nie obrastał w tłuszcz. Autentyzmu jego wizerunkowi dodawał fakt, że w latach dziewięćdziesiątych zamieszkał w Los Angeles, blisko tak zwanego Sunset Strip, mekki rock and rollowców, gdzie wynajmował dwupokojowe mieszkanie, a wolne dni spędzał zazwyczaj przy drinku w pobliskim klubie Rainbow.

Mainstreamowy eksperymentator

David Bowie w 1975 roku (domena publiczna).

David Robert Jones, znany później jako David Bowie, urodził się 8 stycznia 1947 roku w południowym Londynie, dzielnicy mocno zniszczonej w czasie niemieckich bombardowań. Wychowywał się w rodzinie należącej do brytyjskiej klasy średniej, często bawiąc się z kolegami w lejach po bombach i w zrujnowanych budynkach, co rozpalało bujną wyobraźnię chłopca, który szybko zainteresował się sztuką i muzyką. Zainteresowania te zaowocowały nauką w Bromley Technical High School – liceum zorientowanym na przedmioty związane ze sztuką i designem. Szkoła ta dała mu kompetencje przydatne przy częstych zmianach wizerunku, które miały stać się później znakiem rozpoznawczym Bowiego.

Po paru próbach osiągnięcia sukcesu w kilku rock and rollowych zespołach, w których przeważnie udzielał się jako wokalista albo saksofonista, zniechęcony brakiem ambicji swych kolegów, postanowił działać pod własnym szyldem i przyjął pseudonim David Bowie. Pierwszego solowego singla wydał jeszcze jako nastolatek, ale prawdziwy rozgłos przyniósł mu utwór z jego drugiej płyty – piosenka zatytułowana „Space Oddity”. Złapawszy wiatr w żagle, pracował nad kolejnymi albumami, zapełniając je piosenkami, które – choć czasem eksperymentatorskie – były popowymi utworami bazującymi na gitarze akustycznej czy pianinie. Do pierwszej w karierze Bowiego radykalnej wolty artystycznej miało dojść w 1972 roku, kiedy założył napędzany głośną, przesterowaną gitarą glam rockowy zespół Spiders from Mars, a sam wcielił się w postać rockmana Ziggy’ego Stardusta, zakładając błyszczący kombinezon, farbując włosy na czerwono i nakładając makijaż. Ziggy Stardust i Spiders from Mars szybko podbili zarówno Wielką Brytanię, jak i Stany Zjednoczone, do których wkrótce się przenieśli. Bowie jednak po wydaniu zaledwie dwóch albumów rozwiązał zespół i z dnia na dzień porzucił wcielenie, które przyniosło mu światową sławę.

Polecamy e-book Michała Rogalskiego – „Bohaterowie popkultury: od Robin Hooda do Rambo”

Michał Rogalski
„Bohaterowie popkultury: od Robin Hooda do Rambo”
Wydawca: Michał Świgoń PROMOHISTORIA (Histmag.org)
Liczba stron: 87
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-06-8
REKLAMA

Lata siedemdziesiąte upłynęły mu na romansowaniu kolejno z rock and rollem w stylu Stonesów, soulem i kokainą. Modny wówczas narkotyk był pierwszą używką po papierosach i kawie, w której artysta naprawdę zasmakował. W drugiej połowie dekady zmęczony uzależnieniem, postanowił opuścić Los Angeles i środowisko, w którym trudno było uniknąć zażywania narkotyków i przeniósł się do Berlina. Z przeprowadzką do Niemiec zbiegła się zmiana nie tylko w stylu uprawianej muzyki, ale i w sposobie jej tworzenia. Napisane na pianinie czy gitarze tradycyjne piosenki odeszły do lamusa i zostały zastąpione utworami powstałymi w wyniku improwizacji i eksperymentów – twórczość Bowiego powędrowała w kierunku ambientu i nowej fali.

W latach osiemdziesiątych piosenkarz wykonał kolejny gwałtowny zwrot, tym razem w kierunku estradowego, tanecznego popu, co spotkało się z dezaprobatą krytyków i aprobatą publiczności – Bowie często okupował czołówki list przebojów. W kolejnych dekadach częściej podążał za nowymi trendami, niż sam je kreował. Trzeba jednak przyznać, że wciąż zadziwiał przemianami – mógł przecież odcinać kupony od swoich wcześniejszych sukcesów, tworząc wtórne piosenki i albumy. Każdej zmianie stylu muzycznego towarzyszyła oczywiście także zmiana wizerunku. Pozostawał przy tym innowacyjny w innych dziedzinach – album „Hours” z 1999 roku był pierwszym albumem mainstreamowej gwiazdy, który można było ściągnąć z internetu, zanim znalazł się w sklepach na nośniku CD.

Dzieci swojej epoki

Lemmy zasłynął z wierności rock and rollowym ideałom. Muzyka Motörhead – choć ewoluowała – nigdy nie schodziła poniżej odpowiedniego poziomu głośności i bezkompromisowości, wciąż charakteryzowała się prostotą i bezpretensjonalnością. W świecie wciąż zmieniających się mód, Lemmy cały czas nosił ten sam kapelusz, kowbojki i bokobrody. David Bowie wciąż próbował nowych rzeczy. Nieustannie się zmieniał i nie były to zmiany ewolucyjne, lecz rewolucyjne. Gdy pewne wcielenie, pewien styl wynosiły go na sam szczyt, dokonywał gwałtownej zmiany kursu, by robić coś zupełnie nowego.

Lemmy uosabiał męskość. Mimo wątpliwej urody, nie mógł (i nie chciał) opędzić się od groupies. Nieodłączne Marlboro i Jack Daniels, ubiór przypominający kierowcę ciężarówki oraz zachrypnięty głos wzmacniały jeszcze jego maczystowski wizerunek. Bowie natomiast, niezależnie od persony, w którą w danym momencie się wcielał, zawsze pozostawał androgyniczny i eteryczny. Zawsze szczupły, nienagannie ubrany, często w makijażu i z pofarbowanymi włosami. By wzmocnić swój wizerunek, w latach siedemdziesiątych głośno wypowiadał się na temat swego rzekomego homoseksualizmu – później przyznał, że zrobił to, by przyciągnąć uwagę mediów.

Obydwu artystów różniło też podejście do fanów. Lider Motörhead przesiadujący w barze, grający w jednorękiego bandytę, chętnie pozujący do zdjęć i opowiadający anegdotki, wzmacniał wizerunek osoby wyznającej etos rock and rollowej bezpretensjonalności. Bowie – otoczony świtą ochroniarzy i menadżerów, stroniący od udzielania wywiadów i nierzadko tworzący swoje albumy w tajemnicy przed mediami – często odcinał się od fanów, budując raczej nastrój tajemniczości i dystansu.

Pomimo tak ogromnych różnic, Kilmistera i Bowiego wiele łączyło, co w dużej mierze wynikało właśnie z epoki, w której żyli i tworzyli. W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych coś, co dziś wydaje się być historią starożytną, wówczas było przyszłością i fascynowało swą tajemniczością. Mowa oczywiście o podróżach kosmicznych. Eksploracja przestrzeni kosmicznej zapładniała nie tylko wyobraźnie autorów książek i komiksów science fiction, ale także twórców muzyki popularnej.

Piosenka Bowiego „Space Oddity” – zainspirowana filmem Stanley’a Kubricka „Odyseja kosmiczna”, który swą premierę miał w 1968 roku – odniosła sukces chyba nie przypadkiem. Singiel został wydany 11 lipca 1969 roku. 10 dni później astronaucie Neilowi Armstrongowi wystarczył mały krok, by stać się pierwszym człowiekiem na Księżycu. Telewizja BBC wykorzystała nawet utwór młodego piosenkarza jako ścieżkę dźwiękową do transmisji na żywo z tego wydarzenia. David Bowie powracał jeszcze do tematyki kosmicznej na kolejnych płytach, między innymi w piosenkach „Life on Mars?” i „Starman”.

Zespół Hawkwind – w którego składzie znalazł się między innymi pisarz science fiction Robert Calvert – uformował się listopadzie 1969 roku. Tytuły płyt i piosenek – „In Search of Space”, „Space is Deep”, „Space Ritual” czy zaśpiewany przez Lemmy’ego „Silver Machine” mówią same za siebie.

Co istotne zarówno w przypadku Bowiego, jak i Hawkwind, fascynacja przestrzenią kosmiczną znajdowała ujście nie tylko w sferze lirycznej, ale i muzycznej. Tak „Space Oddity”, jak i „Silver Machine” okraszone są efektami dźwiękowymi mającymi w ten czy inny sposób oddawać tajemniczość, inność czy obcość przestrzeni kosmicznej.

Kontakt z narkotykami nie wyróżniał Lemmy’ego i Bowiego na tle pozostałych wykonawców muzyki popularnej w drugiej połowie XX wieku. Obydwu łączy za to fakt, że używki nie służyły wyłącznie przyjemnościom czy ucieczce od rzeczywistości. Miały służyć pracy, pomagać w realizacji artystycznych przedsięwzięć.

Dla Kilmistera amfetamina była substancją pozwalającą nie spać przez kilka dób i nie wyglądać na zmęczonego, gdy po setkach przejechanych zespołowym vanem mil móc wejść na scenę i zagrać pełen tak oczekiwanej przez fanów energii koncert. Dla Davida Bowiego – który przeważnie stronił od narkotyków, ale nadużywał za to kawy i papierosów – kilkuletni okres zażywania kokainy był czasem artystycznych poszukiwań i rozszerzenia granic świadomości za pomocą narkotyku. Z relacji zarówno współpracowników Lemmy’ego, jak i autora „Starmana” wynika, że poza kilkoma może wyjątkami, używki nie wpływały negatywnie na prace w studiu czy występy na żywo, czego nie można powiedzieć o wielu innych artystach, dla których alkohol czy narkotyki oznaczały kres kreatywności i początek artystycznego końca.

Dziękujemy, że z nami jesteś! Chcesz, aby Histmag rozwijał się, wyglądał lepiej i dostarczał więcej ciekawych treści? Możesz nam w tym pomóc! Kliknij tu i dowiedz się, jak to zrobić!

REKLAMA

To właśnie etos pracy łączył obydwu brytyjskich artystów. Choć Bowie rzadziej koncertował, ponieważ bardziej lubił pracę w studio i eksperymenty producenckie, to obydwaj panowie byli przez całe swe artystyczne życie bardzo aktywni – gdy przegląda się ich dyskografie, trudno znaleźć między jednym a drugim wydawnictwem przerwę dłuższą, niż trzy lata. A bywało, że na jednej pozycji rocznie się nie kończyło.

Lemmy Kilmister w Warszawie, 2006 rok (domena publiczna).

Ta gigantyczna aktywność nie oznacza oczywiście, że mamy do czynienia z smutnymi, nudnymi pracoholikami. Zarówno lider Motörhead, jak i David Bowie umieli korzystać z życia. Lemmy – według niego samego – miał dzielić łoże z ponad tysiącem kobiet. Liczba kobiet (i prawdopodobnie również mężczyzn), z którymi spał Bowie – na początkowym etapie swojej kariery był żonaty z Angie Barnett, choć obydwie strony zgodziły się na to, że będzie to małżeństwo otwarte – nie jest znana, ale można szacować, że podobna do podawanej przez Kilmistera.

Tak duża aktywność wydaje się naprawdę imponująca z dzisiejszej perspektywy. Jak to możliwe, że Jim Morrison czy Jimi Hendrix zdołali nagrać te wszystkie płyty przed śmiercią w wieku zaledwie dwudziestu siedmiu lat, cały czas pijąc alkohol i biorąc narkotyki? Być może to specyfika tej epoki, a być może i dzisiaj istnieją artyści tak płodni, tylko jeszcze nie odkryliśmy, jak genialne są pisane przez nich piosenki? Nie podejmując nawet próby odpowiedzi na te pytania, można zaryzykować stwierdzenie, że David Bowie i Lemmy Kilmister pod względem swej aktywności – zarówno artystycznej, jak i poza artystycznej – są dziećmi swej epoki.

Obaj muzycy byli zresztą nie tylko dziećmi, ale i prawdziwymi świadkami swych czasów. Lemmy jako nastolatek miał szanse obejrzeć jeden z legendarnych koncertów Beatlesów, którzy – zanim wybuchła „Beatlemania” i zanim w ogóle stali się modni – występowali w małym liverpoolskim klubie The Cavern. Później miał okazję zatrudnić się jako techniczny wspomnianego przed chwilą Jimi’ego Hendriksa w czasie jego brytyjskiej trasy. Gdyby nawet sam nigdy nie odniósł sukcesu jako muzyk, z pewnością i tak mógłby udzielać ciekawych wywiadów, opowiadając o narodzinach rock and rolla.

Bowie przyjaźnił się, ale i rywalizował z Mickiem Jaggerem. Pierwsza żona Bowiego miała później twierdzić, że piosenkę „Angie” Rolling Stonesi mieli napisać właśnie dla niej. Często spotykał się też z Johnem Lennonem, którego nagła śmierć z ręki niezrównoważonego psychicznie fana wywołała na Bowiem tak silne wrażenie, że zaczął odcinać się od słuchaczy i otoczenia jeszcze bardziej, niż miało to miejsce przed śmiercią Beatlesa. Zawsze ciekawy świata i nowych trendów w sztuce czy muzyce Bowie bywał częstym gościem w nowojorskim środowisku związanym z Andym Warholem. Tam też poznał tak barwne postaci jak Lou Reed czy Iggy Pop, na które początkowo spoglądał z perspektywy fana, później zaś nawiązał z nimi artystyczną współpracę i zawarł przyjaźń, pełną zresztą wzlotów i spektakularnych upadków.

Legendy muzyki

Jednak obydwaj panowie byli świadkami nie tylko lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – swoistej epoki heroicznej w dziedzinie muzyki rozrywkowej – ale także świadkami (i aktywnymi współtwórcami) epoki, w której prym wiedli ludzie wychowani na ich twórczości. Lemmy przyjaźnił się z perkusistą Nirvany i liderem Foo Fighters Davem Grohlem, który wciąż wymienia Motörhead jako jedną ze swoich głównych inspiracji. Bowie występował z Trentem Reznorem i jego Nine Inch Nails oraz z Placebo – zespołami, w których wpływy Bowiego można zauważyć już przy pierwszym przesłuchaniu.

Obydwaj artyści zostawili po sobie dorobek muzyczny, który – oprócz tego, że nie znudził się fanom mającym z nim do czynienia od trzydziestu lat – zdobywa wciąż nowych wielbicieli. Obydwaj dokonali przełomu w muzyce popularnej (Bowie uczynił to nawet kilkakrotnie) i zainspirowali zastępy współczesnych nam twórców. Gdyby nie Bowie i przybierane przez niego pozy czy postacie w które się wcielał, nie byłoby zapewne Madonny, Marilyna Mansona czy Lady Gagi – artystów również słynnych z zakładania kolejnych masek. Zresztą autor „Space Oddity” oddziaływał nie tylko przez produkcje sygnowane własnym nazwiskiem. Świat muzyki popularnej nie byłby z pewnością taki sam, gdyby nie wyprodukowane przez Bowiego płyty Lou Reeda „Transformer” czy kamienie milowe w historii punku „Lust for Life” Iggy’ego Popa czy „Raw Power” The Stooges. Gdyby nie styl bycia Lemmy’ego z pewnością wizerunek takich zespołów, jak Guns N’ Roses byłby nieco inny. Gdyby nie Motörhead i ich brawurowo głośne, niesamowicie szybkie utwory, nie zaistniałyby takie zespoły jak Metallica czy Slayer.

David Bowie w 1990 roku na koncercie w Chile(domena publiczna).

Ale Lemmy i Bowie zostawili też coś oprócz muzyki, coś co może jest nawet od niej ważniejsze. Zostawili swoją legendę. Gdy w latach pięćdziesiątych po raz pierwszy zetknęli się z blusem czy rock and rollem, w czasach gdy telewizja dopiero stawała się popularna, czasem nie wiedzieli nawet jak wyglądał ich ulubiony wykonawca zza oceanu. Życie zakończyli w XXI wieku, epoce internetu – kultury obrazkowej, gdzie wizerunek jest wszystkim. Obydwaj niemal od samego początku świadomie tworzyli swój image. Muzyka była oczywiście kluczowa. Ale czy odbieralibyśmy tak samo toporne riffy Motörhead, gdyby nie fotografie przedstawiające Lemmy’ego z papierosem w ustach, popijającego whisky w towarzystwie o kilka dekad od niego młodszych kobiet. Czy album „Aladdin Sane” byłby tak chętnie słuchaną płytą, gdyby okładka nie przedstawiała wychudzonego Ziggy’ego Stardusta z charakterystyczną błyskawicą wymalowaną na twarzy?

Wizerunki Bowiego i Lemmy’ego wykroczyły daleko poza muzykę i stały się samoistnymi zjawiskami w popkulturze. Kilmister był nie tylko kolejnym muzykiem rockowym, ale czymś w rodzaju niezniszczalnego herosa, wzorca idealnego rock and rollowego życia. Bowie – jako człowiek nie z tego świata – często wcielał się czy to w przybyszów z kosmosu, czy to w postacie fantastyczne, także w rolach filmowych czy teatralnych, które chętnie przyjmował.

Polecamy e-book Michała Rogalskiego – „Bohaterowie popkultury: od Robin Hooda do Rambo”

Michał Rogalski
„Bohaterowie popkultury: od Robin Hooda do Rambo”
Wydawca: Michał Świgoń PROMOHISTORIA (Histmag.org)
Liczba stron: 87
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-06-8
REKLAMA

Zresztą w sferze muzycznej często oddawali pola swoim współpracownikom, nadając pracom nad muzyką jedynie określony kierunek. Słynna partia perkusji z piosenki „Overkill”, która dała początek muzyce thrash metalowej, nie została przecież stworzona przez Lemmy’ego, lecz przez perkusistę Motörhead Phila Taylora. Bowie również nie rozpisywał swej muzyki na partytury, często w dużej mierze tworzyli ją jego współpracownicy, powstawała w wyniku improwizacji i wspólnych eksperymentów. Ogromny wpływ mieli też producenci, tacy jak Nile Rogers czy Brian Eno.

Jednak brytyjscy muzycy nie byli kimś, wobec kogo możemy użyć pejoratywnego określenia „pozer”, nie byli oni wyłącznie produktami show biznesu, „zaprojektowanymi” przez sztab dostosowujących się do najnowszych trendów producentów, dobierających repertuar i muzyków sesyjnych. To co odróżniało Lemmy’ego i Bowiego od tak wielu innych artystów, którzy – czy to sami, czy z pomocą specjalnie w tym celu przeszkolonych ekspertów – świadomie budowali swój wizerunek, to jego totalność. Ian Kilmister nie udawał Lemmy’ego – on nim był. David Jones nie udawał Davida Bowiego czy Ziggy’ego Stardusta – on nimi był.

Koniec w wielkim stylu

Chyba koronnym argumentem potwierdzającym powyższą tezę jest sposób, w jaki obydwaj artyści odeszli z tego świata. Lemmy – po delikatnym flircie z nieco lżejszymi i bardziej zróżnicowanymi brzmieniami w latach dziewięćdziesiątych – mniej więcej od 2000 roku powrócił do ciężkich, mięsistych riffów oraz prostych i krótkich piosenek. Już wtedy zaczęły się problemy ze zdrowiem Kilmistera, który zachorował na cukrzycę. I choć Motörhead stał się zespołem, który z pewnością nie zamierzał robić kolejnej muzycznej rewolucji, to ich muzykę – jakby wbrew fizycznemu stanowi lidera – była pełna żywotności i wigoru. Przez ponad dekadę Lemmy’emu prezentował przed publicznością tego samego królika, zmieniając jedynie kolor kapelusza, z którego go wyciągał. A fani zespołu – doskonale zdając sobie sprawę, że to wciąż ta sama, dobrze przećwiczona sztuczka – za każdym razem świetnie się bawili. Ponieważ od Motörhead oczekiwano nie oryginalności czy nowatorstwa, ale właśnie energii i siły.

Lemmy Kilmister (fot. Alejandro Páez, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution 2.0 Generic).

W ostatnich latach zaczęły pojawiać się jednak symptomy pogorszenia stanu wokalisty: wyglądał blado, mało ruszał się po scenie, zapominał tekstu. W końcu zaczęło zdarzać się, że Lemmy musiał salwować się zejściem ze sceny po zagraniu kilku piosenek. Być może zachwiałoby to wizerunkiem odpornego na każdą ilość narkotyków i alkoholu twardziela, gdyby nie fakt, że na ową scenę wracał i ostatkiem sił kończył występ. Zmarł 28 grudnia 2015 roku. Osiemnaście dni po zagraniu ostatniego koncertu. I zaledwie dwa dni po tym, jak zdiagnozowano u niego złośliwego raka. Sprawił tym wrażenie, jakby sam tak właśnie postanowił. Tak jakby Ian Kilmister postanowił odejść pokazując, że nigdy nie przestał być Lemmym. Do ostatnich swoich dni koncertował, pił, palił i brał amfetaminę. Nigdy nie przeszedł na emeryturę. Nigdy nie wyszedł z roli, nigdy nie zdjął kostiumu, który sam sobie uszył. Ian Kilmister po prostu był Lemmym.

David Bowie nigdy nie przestał eksperymentować i próbować nowych rzeczy, choć w latach dziewięćdziesiątych jego gwałtowne artystyczne wolty nie robiły już tak wielkiego wrażenia. Bowie wciąż pozostawał muzykiem o opinii artysty, który poniżej pewnego poziomu nie schodzi, jednak większe emocje czy kontrowersje wzbudzały nowe płyty Radiohead czy Metalliki. Niemniej brytyjski wokalista wciąż mógł z dnia na dzień – bez żadnej akcji promocyjnej – wydać przygotowywaną w tajemnicy płytę i wywołać zainteresowanie mediów. Ale zawsze niesamowicie ambitny Bowie marzył o czymś więcej. Chciał dokonać kolejnego artystycznego ruchu na miarę tych dokonywanych w latach siedemdziesiątych, kiedy to u szczytu popularności nonszalancko rozwiązywał zespół Spiders From Mars i zrzucał maskę Ziggy’ego Stardusta, wprawiając publiczność i krytyków w osłupienie. Dokonać spektakularnej ucieczki, niczym słynny iluzjonista Harry Houdini.

19 listopada 2015 roku ukazał się nowy singiel Davida Bowiego „Blackstar” zapowiadający album o tym samym tytule. Album był nagrywany w tajemnicy we współpracy z nieznanymi szerszej publiczności muzykami jazzowymi. Pełen mocno niepokojącej muzyki, promowany przez równie psychodeliczne teledyski, spotkał się z entuzjazmem krytyków, zbierając najlepsze recenzje od lat. Premiera płyty miała miejsce w dniu 69 urodzin artysty – 8 stycznia 2016 roku. Fala entuzjazmu fanów i szerokiej publiczności nie zdążyła się przelać przez internet, gdy dwa dni później gruchnęła wiadomość o śmierci Bowiego. Informacja o ciężkiej chorobie – tak jak w przypadku Lemmy’ego – również została ujawniona już po fakcie.

David Bowie (fot. Elmar J. Lordemann, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Germany).

W obliczu niespodziewanego odejścia muzyka, jego ostatnia płyta nagle nabrała nowego wymiaru. Wideoklip do ostatniego wydanego przed śmiercią Bowiego singla „Lazarus”, przedstawia wokalistę w łóżku z zabandażowanymi oczami, jakby złożonego ciężką chorobą. W finale piosenki śpiewa: „będę wolny, jak ten niebieski ptak”. Trudno o bardziej wymowny przekaz. Producent płyty i wieloletni przyjaciel Bowiego przyznał, że wokalista tworzył materiał ze świadomością wielkimi krokami nadchodzącego końca i że album miał być swoistym pożegnaniem z fanami. Zatem odejście artysty z tego świata było zaaranżowane równie precyzyjnie, jak jego muzyka. Wizerunek znów wydaje się niemożliwy do oddzielania od muzyki. David Jones umarł jako David Bowie. Świat doznał szoku. Autor „Blackstar” nie odszedł jako wybitny, zasłużony artysta, który swego czasu nadawał ton i wyznaczał trendy. Odszedł jako artysta, który cały czas nadaje ton i wyznacza trendy. Starannie wyreżyserowana „ucieczka Houdiniego” okazała się być zabiegiem udanym.

Era Lemmy’ego Kilmistera i Davida Bowiego była jedną z najbardziej dynamicznych w kulturze popularnej. Zaczęła się w epoce radia i płyty winylowej, zakończyła zaś w epoce szerokopasmowego internetu. Zmieniała się nie tylko technologia. Co dekadę pojawiały się całkowicie nowe gatunki muzyki. Ian Kilmister i David Jones jako dzieci słuchali jazzu i skiffle, jako nastolatkowie folku, bluesa i rock and rolla. Gdy byli dorośli istniał już punk, heavy metal, glam rock, a później elektronika i ambient. Zjawiska muzyczne szybko pojawiały się, były intensywnie eksploatowane, po czym równie szybko znikały, ustępując miejsca kolejnym innowacjom. Jednak Motörhead i Bowie pośród tego szalonego pędu nie odeszli do lamusa – wręcz przeciwnie, byli dalej czczeni, także za to, co stworzyli kilka dekad wcześniej. Być może to dlatego, że schyłek ich życia i śmierć przypadły na czasy nostalgii, mody na retro czy vintage, epokę remake’ów, rebootów i sequeli. A może tak nam się tylko wydaje i gdzieś pośród nas są artyści równie oryginalni i odważni, równie płodni i żywotni? Zapewne będziemy w stanie obiektywnie to ocenić za jakieś siedemdziesiąt lat.

POLECAMY

Kup koszulkę z królową Boną:

Cena koszulki (dostępna wyłącznie wersja damska) wynosi 34,99 zł.

Kup koszulkę, wesprzyj nasz portal!

REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Michał Rogalski
Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się popkulturą, historią nowożytną (szczególnie gender studies i historią wyznań chrześcijańskich), urbanistyką i architekturą. Jest również wokalistą i gitarzystą zespołu 1965.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy