Autor: Przemysław Mrówka
Tagi: Wywiady, Sylwetki i biografie, 1945-1989, Polska
Opublikowany: 2019-05-25 19:28
Licencja: wolna licencja

„Młody oficer wywiadu jest sam. Jego bronią jest spryt” – wywiad z Filipem Hagenbeckiem, byłym oficerem I Departamentu MSW

O specyfice wywiadu PRL, życiu codziennym rezydenta na zagranicznej placówce i tym, kim jest oficer wywiadu opowiada podpułkownik Filip Hagenbeck, były pracownik MSW i autor książki „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Przemysław Mrówka: Na pierwszych stronach „Zwyczajnego szpiega” swoje motywacje do rozpoczęcia służby oficera wywiadu opisuje Pan tak oględnie, że można odnieść wrażenie, że zdecydował przypadek i kwestia finansów. Czy było tak w istocie?

Filip Hagenbeck – oficer wywiadu. Weteran długoletnich misji poza granicami kraju. Na terenach trudnych i gorących, także w warunkach wojennych. Zweryfikowany pozytywnie w 1990, współpracował ze służbami III RP oraz licznymi think tankami zajmującymi się bezpieczeństwem i analizą danych. Ponoć urodził się 1 kwietnia, ale nie wyciągajcie z tego zbyt daleko idących wniosków. Do niedawna myślał, że resztę swego życia spędzi jak wszyscy szpiedzy – w cieniu. W kapciach, przy kominku, z ukochanym psem, głaszcząc siwiejącą brodę. Pomylił się.
Filip Hagenbeck: Tak było. W książce czytelnicy odnajdą ten temat zaraz na początku. A także dowód na to, że świat jest naprawdę mały. Zaskakująco mały. Pana Czytelnicy zapewne stanowią dość nietypową intelektualnie grupę w naszym społeczeństwie, dlatego odwołam się też do nietypowych objaśnień.

Istnieje teoria, że nasz świat nie jest zdeterminowany, ale że rządzi nim deterministyczny chaos. I ten właśnie chaos dopadł mnie na początku dorosłego życia. Gdybym nie spotkał na swojej ścieżce mojej przyszłej żony, to być może nie miałbym tak wcześnie potrzeby założenia rodziny. Gdyby nie narodziła się moja pierwsza córka, to być może jako student balangowałbym razem z koleżankami z roku. I nie zwracał bym uwagi na konieczność utrzymania młodej rodziny. Gdybym nie był zajęty płukaniem pieluszek, to być może byłbym aktywistą opozycji i obalał komunę lub zakładał Niezależne Zrzeszenie Studentów razem z Ludwikiem Dornem, też socjologiem.

Ale nie byłem, nie obalałem i nie zakładałem. Stałem na korytarzu Instytutu Socjologii i czytałem ogłoszenia o pracy dla absolwentów. Reszta pikantnych szczegółów w książce... Nota bene: jeden z moich kolegów-socjologów stwierdził, że wtedy, w latach 70., „kwiat polskiej młodzieży” podzielił się i połowa poszła do opozycji, a połowa do MSW. Śmiałem się. Ale coś w tym jest.

P.M.: W przedmowie przytacza Pan słowa badaczki IPN, narzekającej na mały odsetek ludzi służb opisujących swoją historię. Zdaje się jednak, że całkiem sporo oficerów wywiadu się na to zdecydowało: de Marenches, Shackley, Rezun, a u nas Makowski czy Zacharski, teraz także Pan. Co motywuje ludzi służb do sięgnięcia po pióro?

F.H.: Polska to dziś szpiegowski zaścianek. Do tego zaścianka krok po kroku wprowadziły nas „elity” polityczne niebyt rozumiejące narzędzie, jakim jest wywiad. Wyliczył Pan prawidłowo WSZYSTKICH trzech polskich „pamiętnikarzy” z cywilnego wywiadu. Wszyscy publikują broniąc swojego „dobrego, szpiegowskiego imienia”, cokolwiek to nie znaczy. Zawodowcy milczą tak długo jak się da. Jeden z moich starszych kolegów twierdził nawet, że prawdziwi szpiedzy nie piszą pamiętników. Ale – jak Pan zauważył – jednak piszą, a kolega zapewne nie miał racji. Choć diabeł tkwi oczywiście w szczegółach. Czyli w definicji „prawdziwego szpiega”. Ale ja jestem „zwyczajny”. Co nie znaczy, że nieprawdziwy.

Na Pańskie pytanie mogę odpowiedzieć uczciwie tylko mówiąc o sobie. Pozostałych musi Pan spytać osobiście.

P.M.: W swych wspomnieniach konsekwentnie definiuje Pan siebie jako „zwyczajnego szpiega”, co brzmi trochę jak oksymoron. Skąd takie określenie?

F.H.: Jeśli zna Pan coś, co nazywamy krzywą Gaussa, krzywą w kształcie dzwonu, to zorientuje się Pan, a razem z Panem nasi Czytelnicy, że także w świecie szpiegów występują nieliczni geniusze i równie nieliczni nieudacznicy. Bo tych pierwszych jest w naturze mało. A choć tych drugich mamy w świecie w nadmiarze, to każdy wywiad świata stawia sita i bariery, aby nieudaczników pozostawić na zewnątrz. A jak już na nieszczęście przesiąkną do tajnej służby, to stara się ona takich egzemplarzy szybko pozbyć. To zjawisko odzwierciedlone jest w skrajnych ramionach krzywej. I tych i tamtych jest relatywnie mało. Cała reszta to grupa „przeciętnych” i „zwyczajnych”.

Niezwyczajnymi byli Zacharski, Czempiński czy Makowski. A ja nie aspiruję do tego miana. I cieszę się, że los zgotował mi tylko umiarkowaną wersję ich przygód. Umierałem tylko trzy razy na malarię, strzelano do mnie jedynie kilka razy... Byłem na wojnie, ale bez jakiejkolwiek broni poza własnym mózgiem... No, nie mogę narzekać...

Lagos: największe miasto Nigerii i dawna stolica (fot. Benji Robertson, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 1.0).

P.M.: Pierwsza część Pańskich wspomnień skupia się na początku służby oraz działalności w Nigerii. Pytałem już o przyczyny rozpoczęcia służby, proszę jednak powiedzieć, co Pana motywowało do tej pracy? Jak Pan ją samemu postrzegał?

F.H.: Dla młodego absolwenta socjologii oferta, aby zostać wykładowcą tej dyscypliny jest nobilitująca. A jeśli mój „własny” uniwersytet oferował pozycję „asystenta” za całe 1400 złotych miesięcznie, to stanowisko „wykładowcy” w strukturze resortu spraw wewnętrznych za 3500 złotych było bardziej kuszące. Ale wtedy – podobnie jak Pan zadając to pytanie – nie zwracałem uwagi na subtelną różnicę pomiędzy „pracą” a „służbą”. Kolega pracował w MSW i mógł mnie tam wprowadzić. Ideologicznie nie miałem oporów. Mentalnie byłem po stronie przodującego proletariatu, wcześniej upośledzonego, a obecnie... Kiedy powiedziano mi, że chętnie mnie przygarnie wywiad, zadziałał stereotyp. Już nie pamiętam czy James Bond, czy Hans Kloss. Szczegóły na temat służby w wywiadzie, rzeczywistych dylematów i ryzyk nie były wtedy publikowane na łamach „Trybuny Ludu”. To było jak ruletka albo gra na giełdzie. Wtedy.

To dopiero dziś młody człowiek ma luksus, że zanim złoży aplikację do Agencji Wywiadu lub odpowie pozytywnie na ofertę wstąpienia do tej służby, przemieli przy pomocy Google cały internet i dowie się o blaskach i cieniach. Ja takiej szansy nie miałem. Musiałem decydować w ciemno. I tak zrobiłem.

Polecamy książkę Filipa Hagenbecka pt. „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”:

Filip Hagenbeck
„Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”
39,99 zł
Wydawca: Czarna Owca
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
Premiera: 15 maja 2019
Format: 135 mm x 215 mm
ISBN: 978-83-8143-124-8

P.M.: W Lagos przebywał Pan pod legendą konsula PRL. Poświęca Pan jej tak wiele miejsca, że można odnieść wrażenie, że to właśnie praca konsularna wypełniała Panu całe dnie. Czy było tak w istocie, czy też zdecydował się Pan tak dużą część swojej aktywności pozostawić utajoną? Jak wyglądało życie codzienne oficera wywiadu?

F.H.: No właśnie. Gdybym był „nielegałem” to bym musiał skutecznie udawać na przykład Nowozelandczyka. Albo Chorwata. A najlepiej jakiegoś Kanadyjczyka lub Szwajcara. Czyli wcielić się całkowicie w taką osobę. A to jest trudne z wielu względów. Dlatego wywiad korzysta z „przykrycia” dyplomatycznego, bo ono zapewnia iluzoryczną często ochronę przed aresztowaniem. Immunitet. Jednocześnie takie „przykrycie” ma mnóstwo wad.

Opowiadam o codziennym życiu konsula na 50%, a potem na 100%, bo to na tej platformie musiałem realizować polecenia Centrali. Codzienne życie oficera wywiadu w takiej sytuacji to zjedzenia śniadania i odwiezienie dziecka do szkoły. To także wizyta w innej ambasadzie. To uczestnictwo w spotkaniu dyplomatycznym czy oficjalnym przyjęciu. To sumienne wykonywanie oficjalnych obowiązków. Po to, aby w „przerwach”, niejako „pomiędzy”, wykonywać zadania o charakterze wywiadowczym.

A praca wywiadu to mozolne kolekcjonowanie faktów. To czujna obserwacja otoczenia, w którym może pojawić się coś lub ktoś mogący zagrozić naszym planom. To umiejętność rozmawiania z ludźmi i wyłuskiwania z ich opowieści rzeczy istotnych dla służby. To sztuka dostrzegania zjawisk i wydarzeń mających znaczenie dla interesów naszego kraju. Nawet jeśli „Wielki Brat” to Związek Radziecki. Albo inne mocarstwo... I to podejście ma zastosowanie również dziś.

Tzw. blok wschodni (fot. Piastu, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Unported).

P.M.: Pisząc o swej pracy w Lagos skupia się Pan raczej na swej funkcji „legalnego” rezydenta i „białym wywiadzie”. Czy spotykał się Pan także z innymi formami pracy operacyjnej, na przykład „nielegałami” albo SIGINT-em [rozpoznanie elektromagnetycznym – dop. red.]?

F.H.: Tak. Spotykałem się. Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo lubię moją służbę i nie chcę jej zaszkodzić. Wbrew pozorom polskie służby wywiadowcze (cywilne i wojskowe) w czasach niesłusznych starały się nadążać za potentatami, choć nie miały do dyspozycji setek satelitów na orbicie.

P.M.: Pisząc o innych formacjach wywiadowczych, z jakimi Pan się spotykał, wspomina Pan właściwie tylko agencje wówczas wrogie, jak CIA czy FBI. Czy miał Pan też jakieś kontakty ze służbami „bratnich” krajów? Czy w ogóle funkcjonowała jakaś forma współpracy wywiadowczej?

F.H.: Dziwi się Pan, że nie analizuję dawnych służb sojuszniczych? Przecież ich nie rozpracowywaliśmy. Tak jak dziś nie rozpracowujemy wywiadu brytyjskiego, niemieckiego czy francuskiego. Sojusznikom najwyżej patrzy się na ręce. Specyfika wywiadu polega także na tym, że strzeże on pilnie własnych tajemnic. Własnych operacji, kierunków zainteresowań, zasobów materialnych. I tożsamości kadry. Wbrew licznym opowieściom, że Moskwa „prześwietliła” nasz wywiad w dawnych latach, mogę powiedzieć, że poza rutynową wymianą informacji, dokładnie taką, jaką prowadzimy dzisiaj w ramach Unii Europejskiej i NATO, służby innych państw w owych czasach nie miały do nas dostępu. Nawet radzieckie.

Byliśmy dość hermetyczni. Oficjalnego łącznika KGB z naszym wywiadem z czasów PRL, o nazwisku Dożdaljow, widziałem raz w życiu na korytarzu III piętra, jak eskortowany przez naszego oficera szedł z wizytą do naszego dyrektora, generała Słowikowskiego. W czasach stalinowskich bywało inaczej. Ale ja się urodziłem już po śmierci Stalina. I za ówczesne grzechy nie odpowiadam.

Z mojej praktyki znany mi jest jeden przypadek, gdy wywiad ZSRR pomógł nam odwrócić uwagę FBI od naszych oficerów w Stanach Zjednoczonych. Liczna grupa oficerów służb radzieckich – na naszą prośbę – ruszyła w miasto, skutecznie wiążąc znaczne siły tamtejszej służby obserwacji. A jak wiadomo, służby nie są z gumy. I nasi oficerowie mieli wtedy szansę na skuteczną realizację własnych planów.

To dziś, współcześnie, realizuje się sojusznicze złożone przedsięwzięcia operacyjne, gdzie oficerowie różnych państw ramię w ramię docierają do źródeł wspólnych, transnarodowych zagrożeń.

Pieczęć MSW PRL (fot. Piotr VaGla Waglowski, domena publiczna).

P.M.: Czy można powiedzieć, że wywiad PRL miał jakąś swoją specyfikę? Powiedzmy, jakiś aspekt, w którym byliśmy wyjątkowo dobrzy i jakiś, z którym sobie nie radziliśmy?

F.H.: Cechą szczególną polskiego wywiadu cywilnego była Szkoła Szpiegów w Starych Kiejkutach. Jedyna taka poza ZSRR. Inne kraje obozu socjalistycznego wykorzystywały szkolenia w Związku Radzieckim. O ile koledzy z wywiadu wojskowego zawsze musieli uwzględniać fakt, że polska armia funkcjonowała w części jako komponent sił Układu Warszawskiego, to my w wywiadzie cywilnym pozwalaliśmy sobie na znaczną niezależność. Nasi adepci kształceni byli bez wyjazdów do ZSRR. Wywiad wojskowy za to w sposób naturalny musiał wchodzić w styk z innymi służbami wojsk Układu.

Jako państwo nie mieliśmy satelitów na orbitach okołoziemskich i samolotów U-2. Ale to nie była jakaś znacząca słabość. Tak jak dziś korzystamy ze wsparcia sojuszniczego z NATO, wtedy, na poziomie strategicznym, pomagały nam inne służby z Układu Warszawskiego, w tym zwłaszcza radzieckie. A ponieważ w czasach „zimnej wojny” byliśmy ważnym elementem tego Układu, to odpowiednio do tej „wagi” nasi sojusznicy wspomagali nas własnymi, unikatowymi informacjami. Przed zakusami „amerykańskich imperialistów” i „chińskich hunwejbinów” chroniła nas tarcza strategicznych wojsk rakietowych ZSRR. Dziś mamy gorzej. Nie ma tarczy jądrowej...

Polecamy książkę Filipa Hagenbecka pt. „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”:

Filip Hagenbeck
„Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”
39,99 zł
Wydawca: Czarna Owca
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
Premiera: 15 maja 2019
Format: 135 mm x 215 mm
ISBN: 978-83-8143-124-8

P.M.: Dzisiaj myśląc o MSW skupiamy się raczej na Departamentach III, IV i V, zapominając, że to wywiad i kontrwywiad były clou organizacji. Czy w latach 70. i 80. postrzeganie Firmy było podobne?

F.H.: Mogę sensownie, z poczuciem odpowiedzialności, oceniać tylko to, czego byłem świadkiem. W latach 70. i 80. – tak jak i dawniej – dostać się do wywiadu było relatywnie trudno. Trzeba było spełniać dość wygórowane kryteria. I zdrowotne i psychologiczne i intelektualne. Kto nie przekraczał tych barier musiał „zadowolić się” służbą w kontrwywiadzie lub departamentach służby bezpieczeństwa. Z biegiem lat kryteria naboru czasem falowały i poprzeczki niekiedy obniżano, choć niewiele. Jeśli ktoś na przykład słabo znał jakiś obcy język, nie było to przeszkodą, bo zdaniem fachowców tego można było nauczyć. Jednak niektórych komponentów poziomu intelektualnego i emocjonalnego, cech temperamentu itp. już się nauczyć nie da. Dlatego w bramie wiodącej do siedziby wywiadu nie obserwujemy korporacyjnych tłumów.

Pieczęć MSW PRL (fot. Piotr VaGla Waglowski, domena publiczna).

Bezpieczeństwo wewnętrzne jest dla każdego państwa równie ważne jak zewnętrzne. Jednak co do zasady wywiad odróżnia się od pozostałych komponentów tym, że jego kadra nastawiona jest na kradzież tajemnic, a taki kontrwywiad – na ich ochronę. Jak to ładnie określił kiedyś mój kolega, pisarz i szpieg Vincent Severski, to jak złodzieje i policjanci. Dwie skrajnie różne mentalności. Dlatego stawianie na czele wywiadu ludzi z kontrwywiadu, jak to się zdarzało często w historii, nie zawsze służyło Firmie. Czasem mentalność szefa-kontrwywiadowcy przeważała i wywiad bardziej skupiał się na ochronie własnych tajemnic niż na zdobywaniu cudzych. Na szczęście czasem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Wracajmy do postrzegania służby w wywiadzie. W moich czasach „elitarności” wywiadu (elitarności w sensie trudności do wstąpienia do takiej służby) nie postrzegano w resorcie spraw wewnętrznych zbyt dobrze. Ponieważ byliśmy odseparowani od pozostałych służb z racji tajności spraw i ochrony tożsamości naszych oficerów, niektórzy uznawali to jako „wywyższanie się” i „zadzieranie nosa”. I to chyba zostało do dziś, bo gdy odchodziłem z Agencji Wywiadu na emeryturę w roku 2007, to później jeszcze przez kilka lat ślady takiego podejścia widziałem u koleżanek i kolegów z ABW.

Młody oficer wywiadu nie różnił się specjalnie od swojego rówieśnika – kolegi z kontrwywiadu. Obaj byli wykształceni, oczytani i znali języki obce. Różnice pojawiały się potem. Bo oto młody kontrwywiadowca w ciągu pierwszych lat służby zostaje wytrenowany w wykorzystywaniu całej potęgi swojego państwa przeciwko złodziejom tajemnic. Ma do dyspozycji służbę obserwacji, służby wewnętrzne, policję, straż graniczną, prokuratorów i sędziów oraz rozmaite instytucje państwowe.

Siedziba Agencji Wywiadu przy ulicy Miłobędzkiej 55 w Warszawie (fot. Panek, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe).

A tymczasem młody oficer wywiadu oddelegowany po raz pierwszy do służby w zagranicznym ogniwie wywiadowczym musi sobie radzić sam przeciw całej machinie państwowej przeciwnika. Na terytorium wroga nie ma za sobą grupy uzbrojonych po zęby komandosów. Jest sam. Jego bronią jest spryt, umiejętność przewidywania, elastyczność w reagowaniu na to co się dzieje i swoista „niewidzialność” w tłumie. Zdolność do zniknięcia. Tak, aby śledzący go kontrwywiad uznał, że popełnił błąd i sam – z racji błędów lub nieudolności – zgubił szpiega...

Czasem pomocą służy starszy wiekiem, stażem i doświadczeniem oficer kierujący rezydenturą. Ale generalnie oficer wywiadu samotnie konfrontuje się z silniejszym z definicji przeciwnikiem. To nas odróżnia od innych służb. Bo nie jest to łatwy fach. I czasem nasz wysiłek nie spotyka się z uznaniem. Niekiedy obrywamy od własnej Ojczyzny. Za grzechy, których nie popełniliśmy.

P.M.: „Zwyczajnego szpiega” kończy Pan słowami „Ciąg dalszy nieuchronnie nastąpi”. Dość naturalnie nasuwa to pytanie, kiedy możemy się spodziewać tego momentu?

F.H.: Trochę się drocząc z Panem Redaktorem odpowiem, że ten ciąg już przecież nastąpił, że to już się stało. Tylko jeszcze tego do końca nie opisałem. I nie da rady tego wytrzeć gumką, jakby chcieli niektórzy „entuzjaści”. Opowieść w pierwszej części memuarów „Zwyczajnego szpiega” zakończyłem wydarzeniem z późnej jesieni roku 1990. Co się działo potem? Ja wiem. I moi koledzy wiedzą. Było ciekawie, bo w Polsce zmienił się system polityczny. I sytuacja geostrategiczna. A i moje życie jako „zwyczajnego szpiega” nie straciło na urozmaiceniu i atrakcyjności. Opiszę to w szczegółach, ale ważąc słowa, aby nie zaszkodzić mojej starej/nowej służbie. Wywiadowi Rzeczypospolitej.

Bo nasz kraj potrzebuje sprawnego, skutecznego wywiadu. Polska nie zniknęła z mapy i nadal – jak przed laty – leży między Odrą a Bugiem, między Bałtykiem a Tatrami. I oby tak zostało. Na zawsze.

Redakcja: Paweł Czechowski

Polecamy książkę Filipa Hagenbecka pt. „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”:

Filip Hagenbeck
„Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”
39,99 zł
Wydawca: Czarna Owca
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
Premiera: 15 maja 2019
Format: 135 mm x 215 mm
ISBN: 978-83-8143-124-8

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Przemysław Mrówka
Absolwent Instytut Historycznego UW, były członek zarządu Koła Naukowego Historyków Wojskowości. Zajmuje się głównie historią wojskowości i drugiej połowy XX wieku, publikował, m. in. w „Gońcu Wolności”, „Uważam Rze Historia” i „Teologii Politycznej”. Były redaktor naczelny portalu Histmag.org. Miłośnik niezdrowego trybu życia.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy