Autor: Mieczysław Rakowski
Tagi: Wspomnienia, Historia polityczna, Pamięć zbiorowa i polityka historyczna, Sylwetki i biografie, Historia współczesna, Polska
Pierwsza publikacja: 2015-01-27 16:39, aktualizacja: 2019-12-15 10:39
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Ostatnie dni PZPR

Jak wyglądał zmierzch Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wspomina Mieczysław Rakowski. W swoim dzienniku opisuje ostatnie dni siły rządzącej Polską przez pół wieku.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

1 stycznia

Mieczysław Rakowski (fot. Dawid Skoblewski, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5)
Rozpoczyna się rok 1990. Co przyniesie Polsce i mnie? Ekipa rządowa prowadzi politykę zmierzającą do odbudowy kapitalizmu. W ostatnich dniach grudnia wprowadzono zmiany w konstytucji. W Sejmie pojawił się prymas, łamano się opłatkiem itp., jest też kapelan sejmowy (dotychczas taki kapelan był tylko w Iranie). Stajemy się państwem wyznaniowym. To, co najbardziej trwoży, to szalony wzrost cen (zamierzony), który powoduje poważne obniżenie stopy życiowej całego społeczeństwa, z wyjątkiem bogaczy, którzy nie będą musieli zaciskać pasa.

Co się mnie tyczy, kończę ten rok w nastroju znacznie gorszym aniżeli 1988. Po odejściu ze stanowiska premiera stałem się chłopcem do bicia. Doznałem tak licznych upokorzeń, że aż trudno zrozumieć, iż do tej pory nie miałem zawału. Co mnie czeka w tym roku? Trudno powiedzieć. Myślę, że raczej życie emeryta niż czynnego polityka.

2 stycznia

O godzinie 9 przyjąłem szefa mojego gabinetu w URM-ie, Wojtkowskiego. Mazowiecki pozostawił go na tym stanowisku. Ryszard opowiadał, co dzieje się w rządzie, sygnalizował narastające rozdźwięki między Mazowieckim i Wałęsą, ostrzegał przed lekceważeniem premiera, który sprawia wrażenie łagodnego, miękkiego, ale to tylko pozory. Zdaniem W., jest to twardy zawodnik.

Przyjąłem ambasadora Szwecji. Wybiera się do Sztokholmu i chciał poznać mój punkt widzenia na obecną sytuację w Polsce.

Rozmowa z Oleksym. Nigdy nie jestem pewien, kiedy ten człowiek mówi prawdę, a kiedy nie. Nie mogę mu do końca zaufać. Rozmawialiśmy o zjeździe. Niektórzy (np. Orzechowski i Fiszbach) już przebierają nogami.

Odwiedził mnie Szlachcic. Przekonywał, że powinienem ubiegać się o przywództwo nowej partii. „Tylko ty - mówił - możesz tę nową partię poprowadzić”. Rzecz jednak w tym, że obecnie prowadzona jest już zaciekła kampania przeciwko mnie.

Dwa wywiady; dla tygodnika „Wybrzeże” i dla „Christian Science Monitor”.

3 stycznia

O 10.00 posiedzenie BP Zbliżamy się do końca naszej działalności. Część członków Biura jest już kompletnie nieaktywna. W ogóle nie udziela się Marian Stępień (nie jest delegatem, wie, że do kierownictwa nowej partii nie wejdzie, a więc wszystko ma w nosie). No i Bóg z nim. To ja zaproponowałem go na sekretarza KC. Jedna z moich pomyłek kadrowych. Drugą był Marek Król. Okazał się kompletnym niewypałem.

4 stycznia

Budynek KC PZPR, tzw. Biały Dom (fot. Beax, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
Rano wyjazd do Katowic, na spotkanie z delegatami na XI Zjazd. Dyskusja była żywa, sporo pytań. Przemawiał Owczarz (twardy) i Dziedziuchiewicz z Ruchu 8 lipca (nie brakuje w tym ruchu wiecznych adiunktów, którzy w poparciu nurtu reformatorskiego dojrzeli swoją życiową szansę). Były także wypowiedzi dotyczące mojej osoby, a ściślej moich zamiarów. Pojawiało się żądanie: nowa partia, nowe twarze.

Po spotkaniu z delegatami spotkanie z wojewódzkim aktywem PZPR. Bardzo dobra atmosfera. Po zakończeniu podszedł do mnie emeryt z Sosnowca i powiedział: „Towarzyszu Rakowski, ratujcie nas, bo te sk... zagłodzą nas na śmierć” i zaczął wyliczać, co ile kosztuje. Płakał. Było to wstrząsające. Istotnie, ceny skaczą w górę jak pchły, a płace trzymane są na uwięzi. Balcerowicz od 1 stycznia przystąpił do realizacji polityki gospodarczej, która ma przynieść uzdrowienie gospodarki w postaci nadania jej wszelkich cech gospodarki kapitalistycznej. Założono ponad 30-procentowe obniżenie stopy życiowej. Słowem - biegun biedy i nędzy będzie się powiększał.

5 stycznia

O 10.00 wiceprezydent Warszawy, Michał Szymborski. Odniosłem wrażenie, że facet zaczyna się już przestawiać na nowy porządek, ściślej - na nowych panów. Nie potępiam, ponieważ trzeba zrozumieć tych członków partii, którzy zajmują różne stanowiska w aparacie władzy i wiedzą, że w każdej chwili mogą być wywaleni na bruk. I co potem?

Po południu na Rozbrat spotkanie z pierwszymi sekretarzami KW. Omawiamy przygotowania do zjazdu. Większość z nich sygnalizuje postępujący rozkład struktur partyjnych, ucieczkę najzdolniejszych ludzi z aparatu. Pozostają słabi, ci, którzy wiedzą, że niczego innego nie potrafią robić. Zaczynają się dramaty ludzkie. Myślę, że mogą mieć pretensje do kierownictwa, bo przecież gdy przyjmowano ich do pracy, to nikt takiej wizji przed nimi nie roztaczał. Ale i tak, jak na razie, likwidacja jedynowładztwa PZPR przebiega w miarę spokojnie. Nie tak, jak np. w NRD, gdzie NSPJ faktycznie przepędzono z zajmowanych lokali. Sekretarze sygnalizują, że już „chodzi” temat przywódcy. Ostrożnie, jak na nich przystało, informują, że nie mam zbyt wysokich notowań. Wiem o tym. Upowszechnia się żądanie zmiany pokoleniowej. Trudno byłoby uznać je za bezrozumne. Odnoszę wrażenie, że w najbliższych tygodniach nałykam się sporo przykrości.

6 stycznia

Rano posiedzenie Biura Politycznego. Omawiamy wyniki głosowania w Sejmie nad zmianą konstytucji. Zastanawiamy się nad odpowiedzią, jakiej trzeba będzie udzielić, jeśli ktoś z członków KC zada pytanie w tej sprawie.

O 10.00 ostatnie posiedzenie plenarne KC. Zatwierdzenie dokumentów zjazdowych. Fiszbach referował projekt deklaracji programowej (ideowej), a Kwaśniewski projekt statutu. Nie było nic bulwersującego.

8 stycznia

Logo PZPR (autor nieznany, domena publiczna)
Rano wywiad dla japońskiego „Tokyo Simbum”.

Codzienne troski. Borowicz po spotkaniu w Katowicach zaproponował spotkania strefowe. Przyjąłem tę propozycję, chociaż oznacza to cholerną harówkę, ale uzyskam w ten sposób wiedzę o stanie ducha delegatów. Będzie to także okazja do uporządkowania towarzyszom pewnych spraw w ich głowach.

9 stycznia

Rozmowy, rozmowy. Urban, Werblan, Józef Zych (przewodniczący PSL-Odrodzenie). Coraz więcej uwagi w partii przykuwają sprawy personalne. Orzechowski lansuje Fiszbacha, przedstawiciele młodej generacji - Kwaśniewskiego.

Moje „akcje” stoją dość nisko. Wściekłe ataki na mnie obozu solidarnościowego, trwające od czerwca ubiegłego roku, zrobiły swoje. Przedstawiano mnie jako premiera, który ponosi winę za stan gospodarki, czyli za to wszystko, co złe i co nagromadziły dziesięciolecia. Na tę wściekłą nagonkę nakłada się akcja prowadzona przeciwko mnie przez Ruch 8 lipca (nowa partia - nowe twarze).

10 stycznia

Orzechowski na całego angażuje się w poparcie Fiszbacha („uczciwość, wiarygodność, socjalizm”) i w coraz bardziej wyraźne lansowanie poglądu, że nikt z kierownictwa noszącego na sobie brzemię przeszłości, a szczególnie stanu wojennego, nie powinien kandydować.

Wieczorem spotkanie noworoczne w Pałacu Rady Ministrów. Gospodarzem był prezydent. Na jego toast odpowiedział dziekan korpusu dyplomatycznego, nuncjusz apostolski, arcybiskup Józef Kowalczyk. Sporo rozmów, sporo życzeń, ciepłych słów pod moim adresem od spotkanych tu osób.

11 stycznia

W Łodzi strefowe spotkanie z delegatami na zjazd. Wiele interesujących wypowiedzi. Wątek personalny coraz bardziej natarczywy. Pytanie wprost: powiedzcie, towarzyszu Rakowski, czy będziecie kandydować? Odpowiedziałem: na dziś, podkreślam - na dziś, zamierzam kandydować.

Powyższy fragment pochodzi z "Dzienników politycznych 1987-1990" Mieczysława F. Rakowskiego

Mieczysław F. Rakowski
„Dzienniki polityczne 1987-1990”
53,10 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 650
Data i miejsce wydania: I
Premiera: maj 2005
Format: 145x200 mm
ISBN: 83-207-1788-4

12 stycznia

Leszek Moczulski, wieloletni przewodniczący Konfederacji Polski Niepodległej (fot. Romana Kahl-Stachniewicz, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana)
Wokół PZPR robi się coraz goręcej. Bojówki KPN i innych radykalnych organizacji młodzieżowych wdzierają się do budynków partyjnych, okupują je etc. Na względnie spokojne przechodzenie w Polsce od naszego systemu do demokratycznego zaczynają oddziaływać wydarzenia w CSRS i NRD. Tam demonstracje i strajki dosłownie zmiotły partie. Prawie nic z nich nie zostało. Padły także wszystkie inne instytucje państwowe, na których opierała się władza. W tej sytuacji i u nas rozlegają się coraz silniej głosy, że trzeba szybciej skończyć z „komuchami”. Obawiam się jeszcze wielu bardzo przykrych dla nas sytuacji. Jeszcze może dojść do białego terroru.

W południe z Januszem Zemke wyjazd do Borów Tucholskich. Wygospodarowałem sobie niepełne trzy dni na napisanie referatu na zjazd. W czasie podróży Janusz mówił o układzie sił w partii. Zalecał rozważenie tandemu Rakowski-Kwaśniewski (sekretarz generalny). Wyraził pogląd, że tandem Rakowski-Miller nie przejdzie bądź napotka duży opór.

15 stycznia

Późnym wieczorem powrót do Warszawy. Na biurku te same sprawy co zawsze. Dotkliwie odczuwamy kłopoty finansowe. Trzeba na gwałt redukować aparat partyjny. Nowa partia będzie mogła zatrudniać nie więcej jak tysiąc pracowników politycznych w skali kraju i to jeszcze może okazać się zbyt wygórowaną liczbą. Dziś płace w aparacie są żenująco niskie. Sporo wartościowych pracowników już uciekło do lepiej płatnej pracy.

Leszek opowiada, co zaszło w minionych trzech dniach. Struktury partyjne rozpadają się, trwają ataki na siedziby komitetów. Również gmach KC stał się obiektem ataku (szyby wybite kamieniami), przy pełnej indolencji sił porządkowych. Trudno powiedzieć, co będzie jutro. Jedno jest pewne; na moich oczach definitywnie kończy się epoka realnego socjalizmu. W przeszłość odchodzi ruch komunistyczny. Rozpada się imperium radzieckie. Nasilają się plotki o rychłym odejściu Gorbaczowa, którego obecnie cały Zachód chciałby jak najdłużej widzieć na stanowisku genseka. Co się mnie tyczy, uważam, że ktoś (czyli właśnie G.) będzie musiał zapłacić za upadek NRD, co już jest faktem. Zjednoczenie Niemiec jest nieuchronne. Ktoś będzie też musiał zapłacić za upadek „wspólnoty socjalistycznej”. Praktycznie biorąc, już jej nie ma. Europa Wschodnia i Środkowa maszeruje w kierunku rządów prawicy.

Wałęsa przypuścił szturm na mnie. Usiłuje odrobić spotkanie ze mną. Telewizja dwukrotnie nadała jego wypowiedź w Gdańsku, na wiecu przed kościołem św. Brygidy. Mówił, że bez wątpienia jestem świetnym politykiem, ale muszę odejść. Rekomendował Fiszbacha na przywódcę nowej partii. Nie sądzę, żeby Tadeuszowi ta pomoc się przydała. Inna rzecz, że z niego takie potulne cielę, które nagle poczuło się wielkim politykiem. Jeździ po kraju i wygłasza banalne przemówienia. Kreuje się na prześladowanego, ponieważ po wprowadzeniu stanu wojennego został odwołany ze stanowiska I sekretarza KW w Gdańsku i „zesłany” na radcę-ministra ambasady w Helsinkach.

16 stycznia

Rano posiedzenie Biura Politycznego. Cypryniak przyszedł do mnie z pytaniem, co zrobić z odkrytym wśród akt CKR sporym archiwum z lat pięćdziesiątych. Widocznie ktoś po październikowym przełomie 1956 r. powtykał niezbyt przyjemne teczki w akta CKR.

Przyjąłem dwóch towarzyszy z kierownictwa KP Izraela. Odnoszę wrażenie, że byli nieco zdumieni brutalnością, z jaką mówiłem o tym, co stało się z tzw. realnym socjalizmem.

17 stycznia

Dawna siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR we Wrocławiu (fot. Robert Niedźwiedzki, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
Wczesnym rankiem, o piątej, wyjazd do Wrocławia na spotkanie z delegatami z kilku województw. Pierwsza część upłynęła pod znakiem krytyki przeszłości. W gruncie rzeczy, chodzi zawsze o jedną zasadniczą sprawę: dlaczego oddaliśmy władzę. Żal za komfortem posiadania władzy, oto, co leży u podstaw wszystkich stanów frustracyjnych. Podobnie jak na poprzednich spotkaniach, raz po raz zgłaszany jest postulat, żeby wybrać nowych przywódców i coś w rodzaju apelu pod moim adresem: jesteście, towarzyszu, wybitnym politykiem, zasłużonym itp., ale nowa partia musi mieć nowych przywódców.

Utwierdzam się w przekonaniu, że nie powinienem ubiegać się o przywództwo. Nie tylko dlatego, że należy ustąpić młodym. Uważam, że nie ma najmniejszego powodu, żebym wysłuchiwał ataków na siebie różnej maści towarzyszy, którzy mają sporo grzeszków na sumieniu i żeby się wybielić, wybierają sobie kozłów ofiarnych. Ja staję się jednym z najważniejszych. Po co mi to?

Wieczorem w Poznaniu. Mieszkamy w hotelu, ponieważ gmach KW został zajęty przez grupy NZS. Spotkałem się z generałem Łukasikiem, I sekretarzem KW, którego niezwykle cenię. Ma wokół siebie mądrych i światłych towarzyszy. Jest wśród nich Janek Kołodziejczak, fachman pełną gębą, dyrektor Teletry, członek KC, uczestnik stolika ekonomicznego „okrągłego stołu”. Janek jest klasycznym poznaniakiem. Nie buja w obłokach. Twardo chodzi po ziemi. Jest rzeczowy, a slogany są mu obce.

Na kolacji u przyjaciela Marcina Borowicza, Nowotnego [Stanisław], do niedawna dyrektora Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych. Usunęła go z tego stanowiska Rada Pracownicza, opanowana przez „Solidarność”, ponieważ nie zgodził się na żadne podwyżki płac. Cywińska, mimo że go świetnie zna i wie, że jest to wspaniały menedżer, nie obroniła go.

18 stycznia

W Azerbejdżanie walki między Azerami i Ormianami. Od 11 stycznia zginęło 56 osób. Władze wprowadziły stan wyjątkowy i postanowiły wysłać wojsko celem zaprowadzenia porządku. Prasa, informując o tym, pisze o wojnie domowej. Imperium sypie się na naszych oczach.

Kolejne strefowe spotkanie z delegatami. Ton wypowiedzi ten sam, co we Wrocławiu. Kilku mówców z Ruchu 8 lipca, m.in. szef poznańskiej grupy. Przez 10 lat był adiunktem i z powodu braku jakichkolwiek postępów w pracy naukowej Fisiak (rektor UAM) wylał go z pracy. Łukasik postarał się o etat dla niego w Instytucie Zachodnim. Sporo takich osób w tym ruchu.

Z Poznania do Szczecina, na kolejne spotkanie z delegatami.

19 stycznia

Kardynał Józef Glemp (fot. Ricardo77,udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
W Szczecinie. Spotkanie podobne do poprzednich. Objawia się coraz więcej reformatorów. Jeśli chciałoby się pogrzebać w ich życiorysach, to bez trudu można odkryć, że w wielu przypadkach są to byli pracownicy aparatu partyjnego. Nie kwestionuję prawa do zmiany poglądów, ale ich wołanie o nowe twarze w partii jest nieco śmieszne. Przypominam sobie spotkanie w Łodzi. Wstał facet i zaczął udowadniać, że trzeba wybrać przywódcę, który będzie akceptowany przez społeczeństwo. Na to ktoś inny powiedział: mam takiego, prymas Glemp. Zapytałem Walczaka, kim jest ten facet. Okazało się, że to były pracownik wojewódzkiej szkoły partyjnej, a teraz główny bojownik w Ruchu 8 lipca.

Ze Szczecina do Gdańska. Po drodze wymiana poglądów z Borowiczem. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że należy zrezygnować z ubiegania się o przywództwo nowej partii.

20 stycznia

Spotkanie w Gdańsku z delegatami z kilku województw. Wchodząc na salę, miałem świadomość, że jest to bardzo trudny dla mnie teren. Wypowiedzi dyskutantów przepojone agresją. Także apelowanie do mnie, żebym nie kandydował (nowa partia - nowe twarze). Widać, że starania facetów z 8 lipca, żeby odebrać mi ochotę na kandydowanie, robią swoje. Rzecz jednak dziwna: Gdańsk wcale nie zalicza się do zwolenników Fiszbacha, który z coraz większą natarczywością jest lansowany przez Wałęsę i Orzechowskiego. Marian zapowiedział, że nie będzie ubiegał się o żadne stanowisko w partii.

Podsumowanie - jak zwykle - osłabia istniejącą na początku spotkania niechęć do mnie. Był I sekretarz KW ze Słupska, Kurylczyk, pisarz, internowany w grudniu 1981 r., wspaniały człowiek; nader sympatyczny. Chwalił moje wystąpienie. Wiem, że w tym, co mówił, nie ma cienia pochlebstwa. To jeden z tych ludzi, którym można ufać.

Powyższy fragment pochodzi z "Dzienników politycznych 1987-1990" Mieczysława F. Rakowskiego

Mieczysław F. Rakowski
„Dzienniki polityczne 1987-1990”
53,10 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 650
Data i miejsce wydania: I
Premiera: maj 2005
Format: 145x200 mm
ISBN: 83-207-1788-4

22 stycznia

Wyjazd do Lublina na spotkanie z delegatami. To już przedostatnie. Pozostała jeszcze Łomża, Kraków i województwo stołeczne. Do Łomży nie pojadę, ponieważ jutro lecę do Bonn na spotkanie z Willy’m Brandtem.

W Lublinie sporo demagogii. Delegat, kapitan MO, powiedział, że „trzeba rozliczyć towarzysza Rakowskiego za to, że nie zabezpieczył prawnych podstaw majątku partii”. Przejechałem się po nim. „Może was też trzeba rozliczyć?” - zapytałem. Inny dyskutant stwierdził, że „towarzysz Rakowski na pewno nie jest największym grzesznikiem czterdziestolecia”. Też powiedziałem mu kilka „miłych” słów. „Mogę się uznać za grzesznika, ale pod warunkiem, że razem z wami, grzeszącymi, będę się spowiadał „- powiedziałem.

Lubelskie spotkanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie powinienem brać na siebie przywództwa partii. Po jakiego diabła mam się męczyć? W imię jakich celów? Dziś już wiadomo, że formacja komunistyczna (albo ściślej, realny socjalizm) przegrała. Koła historii już nie da się zatrzymać. Obraca nim prawica. Miałem rację, mówiąc miesiąc temu w wywiadzie dla „El Pais”, że epoka partii komunistycznych należy do przeszłości. Jeśli komuniści będą się upierać przy podtrzymywaniu tego ruchu, staną się nic nie znaczącą sektą.

23 stycznia

Rano Lufthansą do Dusseldorfu, z Kuczą. Na lotnisku oczekiwał nas ambasador Karski. W ambasadzie personel jeszcze ten sam, co w ubiegłym roku, ale „nowe” już idzie. (Notabene, Skubiszewski przedstawił listę 19 ambasadorów, których zamierza odwołać. Są wśród nich m.in.: Porębski, Mokrzyszczak, Bejger, Baryła, Ciastoń, Czechowicz, Wożniak, Obodowski).

O 14.45 pierwsza rozmowa z Voglem. Niezbyt ciekawa. Nie przepadam za tym panem. Przedstawiłem mu rozwój sytuacji w Polsce, nasze zamierzenia partyjne itp. Po tej rozmowie powrót do ambasady, obiad, spotkanie z prasą i znowu do Bonn. O 17.40 spotkanie z Ehmke. Znowu o Polsce, ale znacznie więcej o NRD i Związku Radzieckim. Od niego do Brandta. Świetnie wygląda. Widać, że służy mu młoda żona. W pewnej chwili powołał się na nią. „Rozmawialiśmy o panu - powiedział - z żoną i stwierdziliśmy, że to smutne, iż taki polityk, jak pan, nie ma możliwości skonsumowania tego wszystkiego, co zaczął”. Opowiedziałem Brandtowi szczegółowo o naszych zamierzeniach i prosiłem, żeby ułatwił nam wejście do Międzynarodówki Socjalistycznej. Przed-stawiłem mu także mój pogląd na rozwój sytuacji w Europie Wschodniej i Środkowej, wskazując, że mamy tam do czynienia z natarciem prawicy i że jeśli socjaldemokraci i socjaliści nie będą teraz aktywni w tej części Europy, to osłabią także swoją pozycję na europejskiej scenie politycznej.

Kanclerz Willy Brandt (fot. Reineke, Engelbert, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
Brandt sporo czasu poświęcił na omówienie sytuacji, jaka powstała w NRD. Potwierdził, że faktycznie władza nie istnieje, a partia całkowicie się rozpadła. Mówił też, że parcie na zjednoczenie jest niezwykle silne, ale on - w przeciwieństwie do mnie - nie przewiduje zjednoczenia, lecz coś w rodzaju konfederacji. Jego szczególną troską jest rozwój sytuacji w ZSRR. Podobnie jak inni politycy zachodni, obawia się skutków rozpadu imperium i los Gorbaczowa widzi raczej w ciemnych barwach.

Po rozmowie w jego kwaterze kolacja, która trwała trzy godziny. Mówiliśmy o wielu sprawach. W gruncie rzeczy, dokonaliśmy przeglądu sytuacji międzynarodowej, szans lewicy itp. Brandt, jak zawsze wobec mnie serdeczny, ciepły, uważnie słuchający.

24 stycznia

Przed południem powrót z Bonn. Jestem okrutnie zmęczony. Musiałem wstać o piątej rano. Odwiózł nas na lotnisko radca ambasady i I sekretarz POP, Dobrzański. Jest po czterdziestce, wraca do kraju i zamierza z bratem założyć turystyczny biznes. Nie chce wracać do MSZ.

Po jednym dniu nieobecności nic nowego w kraju się nie zdarzyło. Nadal napaści na budynki partyjne i stałe powracanie do sprawy majątku PZPR. Kilkanaście dni temu poseł „S”, Łopuszański [Jan], którego poznałem latem ubiegłego roku, gdy zwrócił się do mnie, żebym umożliwił im odbycie mszy przed tablicą upamiętniającą wydarzenia radomskie (na co się zgodziłem, mimo sprzeciwu Prusa, I sekretarza KW), zgłosił wniosek, podpisany przez 133 posłów, o przyjęcie przez Sejm uchwały o pozbawieniu PZPR wszelkiego majątku. Jaruzelski poinformował mnie, że Mazowiecki powiedział, iż nic o tym nie wiedział. Podobno Geremek też nic o tej inicjatywie nie wiedział. Nie wierzę. Ale mniejsza z tym. Wniosek uduszono, ale powołano Komisję Rządową do zbadania stanu majątkowego PZPR (z naszym udziałem). I tak będziemy musieli większość tego majątku oddać. Faktycznie już oddajemy. Budynek Komitetu Krakowskiego został siłą zajęty. Napastnicy wycofali się, ale gmach został opieczętowany. Ciężko jest godzić się z tym, co się z nami wyrabia, ale i tak przechodzenie od systemu autorytarnego do demokracji (jakiej?) odbywa się u nas znacznie bardziej pokojowo aniżeli w krajach ościennych.

29 stycznia miało się odbyć plenum KC KPZR. Zostało jednak przełożone na 5 lutego. Podobno Gorbaczow ma przedstawić inną (spowolnioną) wersję pierestrojki. MSG znajduje się w poważnych opałach.

Im bliżej zjazdu, tym większa gorączka, przede wszystkim wokół spraw personalnych. Jeśli ja nie będę kandydował, a to jest już pewne, to największe szanse ma Olek Kwaśniewski.

Rozmawiałem z generałem. Ciągle jeszcze łudził się, że to ja powinienem być przywódcą nowej partii. Wreszcie przekonałem go, że to nie ma najmniejszego sensu.

Fiszbach gorączkowo zabiega o dobry wizerunek. Telewizja i radio popularyzują go na wszelkie sposoby. Ponownie pojechał do Gdańska i wspólnie z Wałęsą wystąpił w TV. Wałęsa bez najmniejszych zahamowań wskazuje na niego jako szefa nowej partii. Wątpię, czy delegatom będzie się podobać to, że „Ojciec Narodu” wyznacza im przywódcę. WJ nie szczędzi słów krytyki Orzechowskiemu. Faktem jest, że to właśnie Marian wszczął dyskusję na temat Fiszbacha i jednoznacznie wypowiedział się przeciwko mojej kandydaturze.

Pracuję nad referatem. Chciałbym, żeby był udany.

25 stycznia

Marian Orzechowski (fot. Ryszard Świtacz - Pracownia Reprografii Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
Przed południem udzieliłem wywiadu dziennikarzowi „La Stampa”.

15.00 rozpoczęło się spotkanie z delegatami z województwa stołecznego. Wypowiedzi i pytania takie jak wszędzie. Zadziwił mnie Poręba, szef „Grunwaldu”, który na koniec swojego wystąpienia wypowiedział się za Fiszbachem, jako liderem przyszłej partii. To wręcz zabawne.

Wieczorem praca nad referatem.

Wczoraj w Interpressie odbyła się konferencja prasowa Orzechowskiego i Fiszbacha. Zachodni dziennikarze pytali F., czy zechce być liderem nowej partii, jeśli będzie ukształtowana przeze mnie. Tadeusz jak zwykle był zagadkowy. Odpowiedział, że pierwszoplanową sprawą jest charakter nowej partii. Nie da się w niej pogodzić ognia z wodą. Jeśli powstanie taka partia, jakiej chce Klub Poselski PZPR, to obecny wicemarszałek Sejmu, czyli on, będzie do dyspozycji tej partii. Na mój temat nie powiedział ani słowa. Orzechowski był bardziej rozmowny. Zaczął od deklaracji, że formacja przywódców z okresu stanu wojennego nie powinna ubiegać się o przywództwo w nowej partii i dlatego kwestionuje moją kandydaturę, po czym dodał, że opowiada się za kandydaturą Fiszbacha, gdyż „Polsce i nowej partii potrzebny jest dialog i porozumienie W odpowiedzi na inne pytania przyznał jednak, że „M. Rakowski jest reformatorem, że zwrot w partii po X Plenum KC jest jego zasługą, chociaż nie tylko jego zasługą. Jednakże instynkt samozachowawczy nowej formacji sprawi, że nie powoła go ona na kierownicze stanowisko”.

Może zawodzi mnie pamięć, ale nigdy nie słyszałem, żeby po 1981 r. Marian choć jednym słowem pisnął, choćby gdzieś na boku, że ekipa Jaruzelskiego jest fe, ponieważ wprowadziła stan wojenny.

26 stycznia

Jutro XI Zjazd PZPR. Dość mocno się denerwuję. To będzie jednak duże przeżycie. Wewnętrznie jestem całkowicie pogodzony z tym, że nie będę się ubiegał o żadne stanowisko w partii. Należy mi się wypoczynek, a także mądrość życiowa nakazuje ustawienie się z boku i zajęcie postawy obserwatora. Ciekawe, co z tego wszystkiego wyjdzie. Z góry też cieszę się na chwilę, gdy ogłoszę, jakie jest moje postanowienie. Wyobrażam sobie miny tych, którzy do dziś są przekonani, że będą musieli ze mną stoczyć walkę.

Powyższy fragment pochodzi z "Dzienników politycznych 1987-1990" Mieczysława F. Rakowskiego

Mieczysław F. Rakowski
„Dzienniki polityczne 1987-1990”
53,10 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 650
Data i miejsce wydania: I
Premiera: maj 2005
Format: 145x200 mm
ISBN: 83-207-1788-4

27 stycznia

Przed południem ostatnia kosmetyka referatu. Wpisałem jedno zdanie, że nie zamierzam ubiegać się o przywództwo partii.

O 12.00 otwarcie Zjazdu. Mazowiecki przysłał krótki list. Na sali był WJ i Kozakiewicz oraz kilka pomniejszych osobistości. Ponieważ Leszek Miller i jego koledzy obawiali się, że już przy przedstawianiu porządku dnia może dojść do kłótni, po otwarciu zjazdu natychmiast przystąpiłem do wygłaszania referatu. W ten sposób zaskoczyłem chyba wszystkich, którzy chcieli rozrabiać. To, co działo się na sali w trakcie referatu, mam zapisane na taśmie wideo, a więc nie ma potrzeby powtarzania. W jednym zdaniu: odniosłem zwycięstwo nad salą. Gdy powiedziałem, że nie będę się ubiegał o przywództwo nowej partii, sala zareagowała burzliwymi oklaskami. Później, w niezliczonych wprost rozmowach z delegatami, słyszałem jedynie słowa pochwały. Niektórzy wyrażali żal, że zrezygnowałem. Przez moją rezygnację, a także przez zgłoszenie propozycji, by nowa partia przyjęła nazwę Socjaldemokracja, pokrzyżowałem plany Fiszbachowi i jego zwolennikom.

Już w trakcie referatu dostrzegłem bardzo zadowoloną twarz WJ. Gdy zszedłem z trybuny, poczułem się tak lekko jak nigdy dotychczas. Czułem, że zrzuciłem z siebie ciężar wprost niezwykły. W następnych godzinach siedziałem na sali, mając poczucie, że już niewiele obchodzą mnie spory, procedury, personalne rozgrywki itp.

28 stycznia

Drugi dzień w Sali Kongresowej. Dziś obraduje Kongres Założycielski. XI Zjazd został przerwany, ponieważ chodziło o to, żeby można było przekazać majątek PZPR już istniejącej partii. Wokół tej przyszłej partii pojawiła się groźba rozbicia. Fiszbach i jego grupa wyszli z sali obrad i stało się jasne, że nie biorą udziału w obradach kongresu. Dochodziły wiadomości, że Tadeusz obraduje w jakiejś sali ze swoimi zwolennikami. Rozległy się pytania, gdzie jest Fiszbach? Pod wieczór powrócił jak gdyby nigdy nic. Mimo to wiadomo już było, że postanowił utworzyć swoją partię. Zatem, nie udało się wyjść z Sali Kongresowej jednymi drzwiami. Może to i lepiej?

Sporo czasu spędziłem w kuluarach. Odbyłem wiele rozmów. Część moich rozmówców wyrażała żal, że wycofałem się z walki o przywództwo. Kurylczyk w dłuższym wywodzie przekonywał mnie, że źle się stało, że jednak powinie-nem być przywódcą itp.

Późną nocą, o 1.30, ponownie zebrał się XI Zjazd PZPR. Przyjęliśmy odpowiednie uchwały, ktoś zaintonował „Międzynarodówkę”. Po odśpiewaniu jej zabrałem jeszcze raz głos. Powiedziałem kilka słów o PZPR i poprosiłem o wyprowadzenie sztandaru. Na sali zaległa śmiertelna cisza. Później dowiedziałem się, że wśród delegatów byli tacy, którzy płakali. Wcale się temu nie dziwię. Ja też z trudem panowałem nad wzruszeniem.

29 stycznia

Sala Kongresowa (fot. Przemysław Jahr, domena publiczna)
Przed południem wystąpił Fiszbach. Przemawiał smętnie, ględził o uczciwości, wiarygodności, dowodził, że on zawsze z narodem itp. Wczoraj wieczorem rozmawiałem z nim, czy nie jest gotów, razem ze swoją Polską Unią Socjaldemokratyczną, która w międzyczasie ukonstytuowała się, wejść do nowej partii, wszakże też socjaldemokratycznej. „Nie, Mieczysław - mówił swoim wiecznie zatroskanym głosem. - To jest niemożliwe, bo co powiedziałyby doły”. Machnąłem ręką na to głupie gadanie. Fiszbach pociągnął za sobą 140 delegatów (w tym 31 posłów) i utworzył Polską Unię Socjaldemokratyczną (PUS).

Późnym wieczorem kongres zakończył swoje obrady. Sala Kongresowa opustoszała. Byliśmy zmęczeni, bo przecież nie był to łatwy dzień. Mimo to odczuwaliśmy potrzebę porozmawiania o tym, co działo się na sali. Ktoś zaproponował szklaneczkę whisky. Na zapleczu sceny stał fortepian. Stanęliśmy przy nim. Olek, Leszek, Marek Ungier, Marek Siwiec i ja, ale nie na długo. Żegnając się, powiedziałem: no, chłopy, za wasze zdrowie i powodzenie. Za dziesięć, piętnaście lat lewica stanie twardo na nogi.

30 stycznia

Czuję się wolny i oswobodzony od licznych trosk. Nie zazdroszczę Olkowi i Leszkowi Millerowi, na których barki spadną wszystkie kłopoty. Przede wszystkim ludzkie. Tysiące pracowników aparatu partyjnego traci pracę i czarno widzi swoją przyszłość. Rzecz w tym, że różne instytucje nie chcą przyjmować ludzi, którzy pracowali w aparacie partyjnym. Dotyczy to nawet kierowców. Na nowych przywódców spadnie także zadanie zbudowania nowej partii. Nie będą tego robić adiunkci z 8 lipca. Ci byli dobrzy do gadania. Olek Kwaśniewski, który zdobył prawie wszystkie głosy, ma zamiar być społecznym przewodniczącym.

Zastanawiam się, gdzie umiejscowić SdRP Wydaje mi się, że jest to partia zajmująca centrową pozycję, z lekkim skłonem na prawo. Mamy też partię Fiszbacha, która wyszła z Sali Kongresowej innymi drzwiami. Faktycznie brakuje lewicowej partii, która wcale nie musi być postpezetpeerowską, a tym bardziej betoniarską.

31 stycznia

Gmach KC pustoszeje. Pracownicy otrzymują wymówienia. Jeśli nowej partii uda się utrzymać kilkudziesięciu pracowników politycznych, to będzie to wielki sukces. Nie jest zbyt przyjemnie patrzeć na coś, co ostatecznie umiera. Gmach jak gmach, ale łączyło mnie z nim wiele przeżyć; dobrych i złych. Widzę smętne twarze i coś w rodzaju wyrzutu w oczach. Niestety, nie mogło stać się inaczej.

Powyższy fragment pochodzi z "Dzienników politycznych 1987-1990" Mieczysława F. Rakowskiego

Mieczysław F. Rakowski
„Dzienniki polityczne 1987-1990”
53,10 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 650
Data i miejsce wydania: I
Premiera: maj 2005
Format: 145x200 mm
ISBN: 83-207-1788-4

Tekst opublikowano pierwotnie 12.04.2014 r.

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Mieczysław Rakowski
Polski polityk komunistyczny, premier PRL w latach 1988–1989, poseł na Sejm PRL VI, VII, VIII i IX kadencji, ostatni I sekretarz KC PZPR, wieloletni redaktor naczelny "Polityki".

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy