Paweł Machcewicz: Terror istniał po obu stronach

75 lat temu, 26 kwietnia 1937 r. lotnicy z Legionu Condor zbombardowali położone na północy Hiszpanii miasteczko Guernica. Wydarzenie to stało się jednym z symboli okrucieństw hiszpańskiej wojny domowej. Trzyletni konflikt wypełniony był licznymi zbrodniami, popełnionymi przez obie walczące strony. O rewolucyjnym i nacjonalistycznym terrorze opowiada prof. Paweł Machcewicz, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Tomasz Leszkowicz: Panie profesorze, zbombardowanie Guerniki jest symbolem zbrodni popełnionych w czasie wojny domowej w Hiszpanii, zwykle przedstawianym jako celowe zniszczenie miasta. Czy jest to obraz prawdziwy?

Paweł Machcewicz (ur. 1966) – historyk, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. W 1993 r. w Instytucie Historycznym UW obronił pracę doktorską pt. Polski rok 1956. Analiza myślenia potocznego i ruchów społecznych. W 2000 r. uzyskał tytuł doktora habilitowanego nauk humanistycznych na podstawie książki Emigracja w polityce międzynarodowej. W 2009 r. otrzymał nominację profesorską. Był stypendystą m.in. Fundacji Fulbrighta oraz hiszpańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Aktualnie jest pracownikiem Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk oraz Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, wykładał także na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i Collegium Civitas w Warszawie. W latach 2000-2006 był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej. Od 2008 r. jest doradcą premiera Donalda Tuska i pełnomocnikiem Prezesa Rady Ministrów ds. Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, w tym samym roku został także dyrektorem tego muzeum. Specjalizuje się m.in. w historii II wojny światowej, historii politycznej PRL, dziejach powojennej emigracji polskiej, historii stosunków międzynarodowych, najnowszej historii Hiszpanii. Autor licznych publikacji, m.in. Polski rok 1956 (1993), Historia Hiszpanii (wraz z Tadeuszem Miłkowskim, 1998), Emigracja w polityce międzynarodowej (1999), „Monachijska menażeria”. Walka z Radiem Wolna Europa 1950–1989 (2007). Redaktor dwutomowego wydawnictwa Wokół Jedwabnego (razem z Krzysztofem Persakiem, 2003). Ostatnio opublikował książkę Spory o historię 2000-2011, poświęconą najważniejszym dyskusjom z pogranicza historii, pamięci i polityki w Polsce w ostatniej dekadzie.
Paweł Machcewicz: Myślę, że Guernika nie zasługuje na miano głównego symbolu okrucieństw wojny domowej. W miesiącach poprzedzających bombardowanie czy nawet w pierwszych tygodniach konfliktu popełniono dużo bardziej drastyczne zbrodnie, których ofiarami padło znacznie więcej ludzi, zresztą po obu stronach. Guernika swoje miejsce w historii zawdzięcza temu, że było to pierwsze w tak wielkiej skali bombardowanie miasta – to zszokowało światową opinię publiczną. Ale do nagłośnienia tego wydarzenia przyczyniła się też propaganda strony republikańskiej, wyolbrzymiająca skalę ofiar i przypisująca frankistom intencje, których prawdopodobnie nie było. Wiele zrobił też oczywiście obraz Picassa, który najpierw wystawiono w pawilonie hiszpańskim na wystawie światowej w Paryżu, później zaś objeżdżał on właściwie cały świat. Jest to jedno z najbardziej znanych przedstawień związanych z wojną.

Co naprawdę zdarzyło się 26 kwietnia 1937 r.?

Wszystko wskazuje na to, że bombardowanie nie było wyrazem świadomego planu zniszczenia całego miasta. Nie da się udowodnić również tego, że była to próba uderzenia w święty symbol Basków - dąb, będący symbolem wolności baskijskich. Dzisiejszy stan wiedzy mówi, że Guernica była celem wojskowym - ważnym węzłem komunikacyjnym w bezpośredniej bliskości frontu w trakcie ofensywy nacjonalistów, której celem było zajęcie całego kraju Basków. W mieście byli też żołnierze republikańscy. Można widzieć w tym bombardowaniu działania militarne, mieszczące się w logice okrutnej wojny. Natomiast skala zniszczeń była większa niż uzasadniałby to wojskowy charakter celu i być może nawet większa niż zakładali dowódcy Legionu Condor. Było tam sporo zabudowy drewnianej, przez co pożar rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Użycie bomb zapalających było zresztą działaniem, które musiało spowodować pożar. Być może niemieccy lotnicy nie zdawali sobie sprawy, że pochłonie on ok. 70% miasta.

Pablo Picasso, Guernica (1937).

I to jest pewna nowość i wyjątkowość Guerniki - w bombardowaniu tym po raz pierwszy w wojnie domowej w Hiszpanii zniszczono większą część miasta. Do dzisiaj natomiast trwa spór o liczbę ofiar. Prawdopodobnie nie było ich więcej niż kilkaset. Pio Moa w swojej książce Mity wojny domowej, nie ukrywając swoich profrankistowskich sympatii, w sposób przekonujący argumentuje, że ofiar bombardowania nie było więcej niż sto kilkadziesiąt. Nie jest to zresztą liczba mała, gdyż jeśli weźmiemy bombardowania niemieckie z początków drugiej wojny światowej, także w Polsce, to mamy tam do czynienia z podobnym rzędem wielkości. Guernica była w jakimś sensie zapowiedzią bombardowań z lat 1939-1945.

Więc może najważniejszym symbolem zbrodni wojny domowej powinien stać się „czerwony terror”?

Terror istniał po obu stronach i zawsze staram się pokazywać pewną jego paralelność oraz porównywalny bilans po jednej i drugiej stronie konfliktu.

Po stronie republikańskiej apogeum terroru były pierwsze tygodnie wojny. Był on bardzo oddolny i spontaniczny, jego sprawcami byli zaś głównie milicjanci anarchistyczni i socjalistyczni, raczej nie komuniści, bo oni na początku wojny byli na hiszpańskiej lewicy najsłabsi. Na szeroką skalę mordowano zarówno tych ludzi, którzy wzięli udział w rebelii (zwłaszcza schwytanych oficerów), ale także prawicowych polityków, duchownych (zamordowano ich ok. 7 tys.) czy też po prostu ludzi zamożnych, właścicieli ziemskich a nawet (są takie relacje z wielkich miast, np. Barcelony) tych, którzy nosili krawaty i garnitury. Był to wybuch nienawiści klasowej, rewolucyjnej. Większość ofiar terroru republikańskiego zginęło w pierwszych tygodniach wojny, głównie w ramach działań oddolnych.

Cmentarz ofiar masakry w Paracuellos de Jarama (fot. SanchoPanzaXXI, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana).

Ale zdarzały się też akty terroru w czasie bardziej uporządkowanej fazy wojny, kiedy władze centralne sprawowały kontrolę nad tym, co działo się w kraju. Najbardziej znanym przykładem są wydarzenia z listopada 1936 r., kiedy nacjonaliści podeszli pod Madryt. Ewakuowano wówczas kilka tysięcy więźniów przetrzymywanych w stolicy, wywieziono za miasto i tam zamordowano. Najbardziej znanym miejscem związanym z tą zbrodnią jest Paracuellos del Jarama. Ta zbrodnia obciąża już bezpośrednio władze republikańskie. W sumie szacuje się liczbę ofiar czerwonego terroru na ok. 50-55 tys. ludzi, większą część z nich zamordowano prawdopodobnie w ciągu pierwszych tygodni wojny. Oczywiście, są to wyliczenia maksymalne.

Czy w tej liczbie znajdują się też osoby zamordowane w wyniku różnego rodzaju konfliktów wewnątrz strony republikańskiej?

W obozie rewolucyjnym również zdarzały się konflikty. Chodzi tu przede wszystkim o działania komunistów hiszpańskich i sowieckiej policji politycznej, która działała na terenie ogarniętego wojną kraju, przeciwko radykalnej lewicy, zwłaszcza partii POUM, z którą związany był George Orwell. Uwiecznił on te wydarzenia w swojej książce Hołd dla Katalonii. Działacze radykalnej lewicy, przede wszystkim z POUM, ale też anarchiści, byli aresztowani przez policję polityczną, torturowani a niektórzy z nich zamordowani. Myślę jednak, że w tym przypadku skala terroru to raczej dziesiątki, a nie setki ofiar, a rozrachunki na lewicy to zdarzenie zupełnie nieporównywalne do ofiar czerwonego terroru rewolucyjnego.

Najwyrazistszym symbolem czerwonego terroru są morderstwa na duchownych. Czy było to również działanie spontaniczne? A może powinno mówić się o wymierzonym w duchowieństwo terrorze centralnym?

To też były działania spontaniczne i mieszczące się w bardzo już długiej tradycji radykalnego antyklerykalizmu. Hiszpania była krajem bardzo katolickim, ale w przeciwieństwie do Polski rewersem religijności był bardzo silny antyklerykalizm sięgający po przemoc. Już w pierwszej dekadzie XX wieku, zwłaszcza w Katalonii, dochodziło do podpaleń kościołów, podobnie jak po upadku monarchii w 1931 r. Wybuch buntu wojskowych w lipcu 1936 r. i stłumienie go na większości terytorium kraju spowodowały akty przemocy wobec tych wszystkich ludzi, których uważano za popleczników buntu czy w ogóle zwolenników prawicy, ale także przeciw Kościołowi. Był to ruch oddolny, głównie realizowany przez bojówki anarchistyczne i socjalistyczne. Władze centralne po uzbrojeniu milicji robotniczych i faktycznym rozpadzie struktur państwowych w dużej części kraju nie sprawowały kontroli nad wydarzeniami. Odpowiedzialność leży tu raczej po stronie lewicy rewolucyjnej.

Czym charakteryzował się terror drugiej strony?

Generał Francisco Franco y Bahamonde (1892-1975), przywódca nacjonalistów, po zwycięstwie w wojnie domowej aż do śmierci sprawował w Hiszpanii dyktatorskie rządy (fot. UPI/Corbis, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).
Terror nacjonalistów miał bardzo metodyczny charakter. O ile można mówić o tym, że działania republikańskie były oddolne (choć były wyjątki takie jak wydarzenia z listopada 1936 r.) to po stronie nacjonalistów dowódcy wojskowi zarządzali egzekucje schwytanych milicjantów oraz tych oficerów regularnej armii czy policji, którzy wystąpili przeciwko buntowi. Podobnie jak w wypadku terroru rewolucyjnego mordowano nie tylko ludzi, którzy czynnie, z bronią w ręku, wystąpili w wojnie domowej, ale zabijano również za poglądy. Tam gdzie buntownicy odnieśli sukces oraz w kolejnych miastach czy wioskach zajętych przez armię nacjonalistów rozstrzeliwano nie tylko milicjantów, ale też działaczy lewicy i jej sympatyków, aktywistów związków zawodowych a nawet ludzi, o których było wiadomo, że oddali głos na Front Ludowy w wyborach w 1936 r.

Ocenia się, że w czasie wojny nacjonaliści zamordowali ok. 40 tys. ludzi. Tutaj też większa część ofiar została wymordowana w ciągu pierwszych, najbardziej krwawych miesięcy wojny. Symbolem terroru nacjonalistów są wydarzenia z miasta Badajoz w Estremadurze, bardzo blisko granicy z Portugalią. Podobnie jak Guernica są one przedmiotem sporów. Przez długi czas większość historyków przyjmowała, że milicjantów i działaczy lewicy spędzono na arenę walki byków i tam rozstrzelano. Mówiono o wielu tysiącach ofiar. W swojej monografii wojny domowej, moim zdaniem bardzo rzetelnej, Hugh Thomas przyjmuje liczbę dwóch tysięcy zamordowanych. Ale już wspomniany Pio Moa w bardzo przekonujący sposób argumentuje, że nie było egzekucji na arenie walki byków, tylko rozstrzeliwania milicjantów i ludzi lewicy w innych miejscach Badajoz. Twierdzi on, że zamordowano wówczas kilkaset osób, nie zaś 2 tys. Zważywszy na to, że było to małe miasteczko, skala jest straszliwa. To pokazuje (zresztą nie tylko w wypadku Hiszpanii, ale i wszystkich konfliktów dwudziestowiecznych), jak trudno o precyzyjne liczby ofiar, jak wojna domowa od początku była eksploatowana propagandowo i ile mitów wokół niej powstało.

Czy terror nacjonalistów był w jakiś sposób zróżnicowany, tak jak zróżnicowany był sam ten ruch, w którym byli m.in. konserwatyści, falangiści czy monarchiści?

Oczywiście, obóz nacjonalistów składał się z różnych „rodzin” i ugrupowań, jego spoistość była jednak dużo większa na początku wojny niż w wypadku republikanów. To dowódcy wojskowi wydawali rozkazy, także Falandze czy karlistom.

Należy powiedzieć jeszcze o tym, co działo się po zwycięstwie Franco. Orzeczono wówczas kilkadziesiąt tysięcy wyroków śmierci i ocenia się, że z tych ok. 50 tys. orzeczeń wykonano mniej więcej połowę, czyli dwadzieścia kilka tysięcy. Muszę przyznać, że jest to liczba szokująca, to działo się w czasie pokoju. Dla porównania, w czasach stalinowskich, czy szerzej od 1944 do 1956 r. w Polsce wykonano kilka tysięcy wyroków śmierci (prawdopodobnie 3-4 tysiące). To pokazuje, jaka była skala terroru, oczywiście z tą różnicą, że w Hiszpanii toczyła się krwawa wojna domowa i często wykonywano egzekucje na ludziach, którzy popełnili rzeczywiste zbrodnie wobec drugiej strony. W każdym dobrze widać, jak konsekwentny i brutalny w eliminowaniu przeciwników był Franco. Jeśli chcemy dokonać ostatecznego bilansu terroru rewolucyjnego i narodowego to trzeba doliczyć tu również tych, którzy padli ofiarą egzekucji po zakończeniu działań wojennych.

Wiele osób czerpie swoją wiedzę historyczną również z literatury pięknej. W wypadku wojny domowej takim sztandarowym dziełem, bardzo wymownym i mówiącym o winie obydwu stron, jest powieść Ernesta Hemingwaya Komu bije dzwon. Czy Pana zdaniem amerykański pisarz trafnie ukazał fenomen tej wojny?

Oczywiście jest to książka będąca wielką pochwałą republikanów i ochotników Brygad Międzynarodowych. Uważam jednak, że jest ona uczciwa przez to, że pokazuje również terror rewolucyjny. Jest tam taka scena, na którą wielu czytelników nie zwraca uwagi, koncentrując się na fragmentach dotyczących Brygad Międzynarodowych. Dotyczący ona masakry w Rondzie w Andaluzji. Rewolucjoniści zgromadzili tam nad wąwozem ludzi uważanych za zwolenników prawicy i puczu i zrzucili ich w dół. Przyznam, że to dość wyjątkowy opis, bo zazwyczaj zwolennicy Republiki nie pisali o terrorze.

Ernest Hemingway (po środku) razem z Ilją Erenburgiem i Gustavem Reglerem, Hiszpania, ok. 1937 r.

Uważam w tym sensie książkę Hemingwaya za, paradoksalnie, bardziej uczciwą, niż książkę Orwella W hołdzie Katalonii. Ten drugi pisze niemal wyłącznie o represjach wobec radykalnej lewicy, ale praktycznie pomija milczeniem to co działo się wcześniej. Orwella nie było wtedy w Hiszpanii, dotarł tam już po głównej fazie terroru rewolucyjnego. Sądzę jednak, że musiał słyszeć o tym co się działo, widział zniszczone i spalone kościoły, a ludzie z POUM, do których miał tak dużo sympatii i których uważał za prawdziwych rewolucjonistów (w przeciwieństwie do stalinowskich komunistów), mordowali zwolenników prawicy latem 1936 r. To mój zarzut wobec dzieła Orwella, które bardzo cenie, ale uważam, że nie jest to jego najbardziej rzetelna książka.

Przejdźmy jeszcze na chwilę do współczesności i polityki historycznej. Trwające przez ostatnie kilka lat rządy socjalistów odnowiły temat wojny domowej i spory o nią w Hiszpanii. Teraz władza wróciła do prawicy. Czy Pana zdaniem spór ten będzie trwał nadal?

Polskie doświadczenie pokazuje, że spory o historie i wokół niej mają charakter cykliczny - po kilku latach wzmożenia przychodzi wyciszenie. Uważam na przykład, że w tym momencie jesteśmy w Polsce w fazie wyciszenia w stosunku do tego, co działo się w poprzedniej dekadzie. Trudno powiedzieć, czy w Hiszpanii będzie podobnie.

Na pewno zainteresowanie historią było tam wielonurtowe. Istniał rzeczywisty ruch oddolny, rodziny ofiar i sympatycy lewicy chcieli zacząć mówić głośno o mordach dokonywanych przez frankistów. O zbrodniach republikanów mówiono przez cały okres rządów Franco, natomiast zbrodnie drugiej strony były wyciszane. Dodatkowo, hiszpańska droga do demokracji miała tę swoistą cechę, że w kwestiach wojny domowej istniał swego rodzaju „pakt milczenia” (takie określenie było zresztą wtedy używane). O historii zaczęto mówić na szerszą skalę dopiero 20 lat po śmierci dyktatora. Powstało m.in. Stowarzyszenie na rzecz Odzyskania Pamięci Historycznej, które przeprowadzało ekshumacje grobów w których spoczywały niezidentyfikowane ofiary terroru frankistowskiego.

Valle de los Caidos - mauzoleum upamiętniające poległych nacjonalistów, w centrum którego pochowany został gen. Franco. Co jakiś czas w hiszpańskiej debacie publicznej pojawia się postulat przebudowy tego miejsca i ekshumacji zwłok generalissimusa (fot. Pablo Forcén Soler).

Z drugiej strony była polityka historyczna rządu Zapatero, który historii używał jako narzędzia mobilizacji swoich zwolenników i piętnowania Partii Ludowej, która miała korzenie frankistowskie. Myślę, że autentyczny ruch oddolny spotkał się z grą polityczną. Socjaliści zostali odsunięci od władzy, ale w Hiszpanii istniały już wcześniej autentyczne emocje wokół historii. Czy będą one trwały? Trudno prognozować.

Od momentu wybuchu wojny była ona bardzo wykorzystywana propagandowo. Wydaje się, że stanowi ona nadal pewien element tożsamościowy zarówno dla lewicy, jak i prawicy (nie tylko zresztą hiszpańskiej). Wojna domowa jest często używana w dyskusjach jako symbol walki z tą drugą stroną. Czy zgodzi się Pan z tą tezą? I czy jest w ogóle jakaś szansa na przepracowanie tego?

Wojna domowa była tak mitotwórczym i formacyjnym (w sensie ideowym) wydarzeniem dla Europy lat 30., że weszła do kanonu wydarzeń, do których jeszcze wiele dziesięcioleci później odwołuje się zarówno lewica jak i prawica, zwłaszcza w wydaniu bardziej radykalnym. Również w Polsce wybuchają co jakiś czas spory o ocenę tamtych wydarzeń – w czasach rządów PiS-u pojawiły się projekty pozbawienia Dąbrowszczaków uprawnień kombatanckich. Tak naprawdę był to spór jak najbardziej współczesny między lewicą a prawicą, spór ideowy, zaś same uprawnienia kombatanckie miały dużo mniejsze znaczenie. Nie wiem, ilu Dąbrowszczaków wtedy jeszcze żyło - sądzę, że co najwyżej kilku lub kilkunastu.

Czy możliwy jest kompromis? Trudno powiedzieć. W trakcie wojny polaryzacja światowej lewicy i prawicy była tak silna, że będzie trwała ona bardzo długo. Trudno uzgodnić tutaj wspólny obraz wojny, kontrowersje trwają do dzisiaj. O wiele łatwiej dyskutuje się o historii na uniwersyteckich seminariach, niż w czasie debaty publicznej.

Zobacz też:

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Tomasz Leszkowicz
Doktor historii, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Autor artykułów w czasopismach naukowych i popularnych. W czasie wolnym gra w gry z serii Europa Universalis, słucha starego rocka i ogląda seriale.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy