Autor: Maciej Przybylski
Tagi: Opinie, Historia polityczna, Wczesne średniowiecze, Polska
Opublikowany: 2005-11-15 20:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Pierwsze Powstanie (Wielko)Polskie

Początek dziejów Polski – jak cała dalsza jej historia – to zapis heroicznej walki o tożsamość. Czy pierwsza okupacja i pierwsze powstanie miały miejsce dużo wcześniej niż nam się wydaje – bo w wieku IX? Czy pierwszym jego wodzem był potomek legendarnego Lecha…? Czy więc we wzajemnych stosunkach między Gnieznem a Kruszwicą doszło wówczas nie do buntu, a do regularnego powstania i odzyskania prawowitej władzy…?

Lubię czytać moim córkom legendy. Lubię zagłębiać się wraz z nimi w ten nie do końca realny świat, świat wydarzeń na poły baśniowych, posadowiony jednak, jak rzekłby archeolog, na prawdziwym, historycznym calcu. Lubię im czytać, szczególnie legendy polskie, legendy, które znają już chyba na pamięć, które potrafią powtórzyć nieomal słowo za słowem. A jednak i one lubią ich słuchać, lubią, abym czytał je wieczorami tak często, jak się da.

Jedną z moich ulubionych legend jest ta o Piaście i Popielu. Ale również i ta, opowiadająca o długiej wędrówce Lecha przez bezludne rejony dzisiejszej Polski i o kresie tej wędrówki nad brzegiem trzech jezior, pod drzewem zamieszkałym przez orła… Te dwie legendy bardzo mocno działają na moją wyobraźnię. To miłe wiedzieć, że cała dosłownie historia naszego narodu i naszego państwa jest uchwycona, pełna i zapisana w annałach.

Wszyscy znamy te dzieje, wszyscy wiemy, kim był Lech, kim Piast, czym dla historii naszego kraju była „Mysia Wieża”, czym piastowski pług… Ejże, wiemy? Weźmy takiego Piasta. Kim był? Skąd pochodził, kim byli jego przodkowie?

Zarówno Gall, jak i Kadłubek (w innych miejscach zupełnie się ze sobą w kwestii imion rozmijając) są całkiem zgodni co do tego, że Piast był synem Chościska. Przez długie lata interpretacja tego imienia zdawała się oczywista: Chościsko to Chwost, dla niektórych „rzadka czupryna”, dla innych „miotła”. Dla jeszcze innych, dodajmy – nielicznych – Chłost to kawaler, mężczyzna nie mający żony, tzn. zwyczajny chłystek (odcinam się od tej ostatniej koncepcji, albowiem pociąga ona za sobą oczywisty, acz absolutnie nie do przyjęcia wniosek, że Piastowie to dynastia pochodząca od nieślubnego syna – zatem stanowcze nie!). Czy można to imię zinterpretować inaczej? Można.

W swojej arcyciekawej książce „Kolebka Siemowita” redaktor Janusz Roszko przytacza ciekawą interpretację tego imienia, które, być może, okaże się… zwykłą pomyłką pisarską. Otóż „Kazania gnieźnieńskie” zawierają pewne zdanie, które redaktora naprowadziło na niezwykle pasjonujący trop. To zdanie brzmi: „…gdisczy szo kthoremy krolevy, albo xoszoczu szin narodzy…”. Roszko próbuje skupić się na słowie „xoszoczu”, które tutaj oznacza księcia. Wywodzi mianowicie, że skoro u schyłku XIV lub na początku XV wieku, a więc wtedy, kiedy powstał ten zabytek piśmiennictwa, zapisanie szeleszczących dyftongów i nosówek wymawianych wszak już przez Polaków sprawiało takie trudności, to o ile bardziej problematyczne było to w wieku X czy XI. A przecież można sądzić, że Gall pisząc swoją Kronikę, korzystał z notatek wcześniejszych pisarzy, które – co nie jest wykluczone – zawierały mnóstwo naleciałości greckich w pisanej łacinie. Jeśli tak było, nagle jasnym staje się, co kronikarz chciał zawrzeć w słowach „Pzt, filius Chossistconis” czyli Piast, syn Chościska. Bo jeśli przyjrzymy się przechowywanemu w paryskiej Bibliotece Narodowej XI-wiecznemu rękopisowi zwanemu „Komentarz Beatusa” z Saint Sever, znajdziemy tam kilka przykładów na to, że nawet w centrum romańskiej kultury, w samym sercu romanizmu, naleciałości greckie się pojawiały. Oto w tymże Komentarzu, pod jedną z rycin widzimy słowo „antixps” – Antychryst. Literka x oznacza tutaj głoskę ch i tak ją się powinno wymawiać.

Czy jest to dowód na to, że nieszczęsny Gallowy Chossistconis wcale nie jest imieniem, tylko lekko zniekształconą formą znanego z Kazań gnieźnieńskich słowa xoszoczu, gdzie pierwszą literkę tego słowa powinniśmy czytać jako „ch”? Kto wie… Ale jeśli to prawda, to wówczas należałoby stwierdzić, że to nie Piast był pierwszym nominalnym władcą Polan, ale jego ojciec… Co najmniej. Na potwierdzenie tej tezy mamy niewiele dowodów, jednak jednego z nich dostarcza nam sam Gall. Nie tylko piastowego ojca zwie bowiem Chościskiem, Popiela też! A jeśli tak, to w istocie nie może to być imię, ale raczej ranga lub funkcja… Co więcej – Kronika Wielkopolska bez ogródek mówi o Piaście jako o: „pochodzącym z rodu Lechitów”.

No dobrze, ale w takim razie coś tu nie pasuje. No bo skoro jest książę, może nawet książę w którymś tam pokoleniu (a więc mamy wręcz do czynienia z dynastią), to gdzie jego dominium? Czy Piast, czy Chościsko władali Polanami? Czy można przyjąć, że silną ręką dzierżyli bogaty kraj i bronili przed najazdami z zewnątrz? Mnie się wydaje, że jednak nie… Przecież to Popiel był panem na grodzie, nie Piast. To Pompiliusz II (jak chce trochę zbyt egzaltowany, moim zdaniem, Kadłubek) był księciem, zaś Piast, choć syn Chościska, tylko oraczem… Skąd więc książęcy tytuł u Piastowego ojca? Może jednak domysły pana Roszki były chybione, może Chościsko to nie książęcy tytuł, ale rzeczywiście imię..?

Szczerze mówiąc nie wydaje mi się. To znaczy (spieszę donieść natychmiast, że nie należę do szaleńców rzucających bezpodstawne teorie) niewątpliwie teza pana redaktora jest karkołomna, ale mnie się podoba, wszak mówimy o legendach, więc nie powinniśmy być chyba dla śmiałych koncepcji zbyt surowi… Spróbujmy pofantazjować nieco na manowcach historii. Zapuśćmy się w zakamarki neantyki, czyli nauki o bytach nieistniejących. Tym bardziej, że… No właśnie – niespodziewanie w sukurs przychodzą nam… źródła.

Ściślej jest to kilka roczników karolińskich, datowanych na rok 805. Pod tą właśnie datą wymienia się akcję zbrojną Karola, syna Karola Wielkiego przeciw Czechom, którzy napadli na Awarów. Cesarz miał Awarów i ich ochrzczonego kagana w opiece, zatem atak Czechów na sprzymierzeńca cesarskiego mógł wywołać i wywołał słuszny gniew tego ostatniego. Zmasowany atak złamał opór pogan, a co dla nas najciekawsze, w jednej z bitew zginął niejaki… Lech. Ciekawe, prawda? A co to za jeden, można spytać? Nasz, czy obcy? Nie wiadomo. Można się tylko domyślać, można snuć domysły o pochodzeniu tego rzekomo czeskiego woja. Bo faktycznie mógł to być jakiś czeski znamienity wojownik, który zginął w jednej z bitew prowadzonych metodą partyzancką, jako że Czesi nie stawili czoła Karolowi w otwartym polu. Czy jednak nie możemy założyć, że ten Lech, uśmiercony gdzieś na południe od Karpat miał coś wspólnego z naszym legendarnym Lechem, protoplastą Polaków…?

Owszem, możemy. Tym bardziej, że jeśli Lechem nie był żaden Czech (a dzisiejsi czescy badacze niezbyt chętnie przyznają się do tego Lecha, który znany jest też jako Bech), to mógł być nim tylko przybysz znad Warty lub Gopła. Wieleci – ówcześni sprzymierzeńcy Czechów – zostali bowiem przez jedną z armii Karola sklinczowani w okolicy Ganewara, zaś Głomaczom inna armia frankońska skutecznie popsuła szyki przekroczywszy Solawę. Wynika z tego, że jeśli ktokolwiek mógł pójść Czechom na pomoc, to byli to tylko… Polanie lub Goplanie. Kiedy w 1926 roku Roman Grodecki odrzucał możliwość polańskiego pochodzenia „Lecha A.D. 805”, nie było jeszcze wtedy wiadomo, że w istocie data ta w sposób niezwykły pokrywa się z innym, arcyciekawym okresem dotyczącym… Gniezna. Ale po kolei.

Załóżmy wstępnie, że tym legendarnym Długoszowym Lechem, założycielem potęgi Polan, był ów Karolowy przeciwnik, ów dzielny woj, stawiający czoło potędze Franków (woj znamienity, inaczej jego imię nie byłoby chyba godne zaszczytu umieszczenia w annałach). Załóżmy, że w istocie Lechici, czy też – jak chce historia – Polanie, już u zarania IX wieku stanowili taką siłę, iżby mogli pokusić się o zbrojne rozwiązywanie konfliktów z największymi potęgami ówczesnej Europy… Czy mamy na to jakiekolwiek dowody, czy ziemia pomaga nam zweryfikować te – nie przeczę – śmiałe przecież hipotezy? Owszem, ziemia je weryfikuje, nawet pozytywnie.

Jeszcze do niedawna sądzono, że gnieźnieński gród, ten na Wzgórzu Lecha, jego pierwotna forma – gród książęcy z podgrodziem o charakterze sakralnym – powstał w wieku VIII. Sądzono, że być może w drugiej jego połowie. Niestety nie. Według najnowszych badań prof. Zofii Kurnatowskiej, ustalono ponad wszelką wątpliwość, że całe wzgórze zostało przebudowane dopiero w pierwszej połowie X wieku. Co tam przebudowane – zwyczajnie przenicowane. Są w podziemiach katedry ślady słowiańskiej bałwochwalni, ślady paleniska, które interpretuje się jako pogańskie, wcześniejsze jeszcze od samego grodu palenisko świętego ognia… Wokół niego naukowcy zidentyfikowali kamienny wał, który potem, właśnie w latach 40-tych X wieku przysypano grubą warstwą piasku i na tym fundamencie rozpoczęto budowę grodu. Mamy zatem gród o późniejszym rodowodzie, ale posadowiony na niewątpliwie dużo starszych reliktach. To trochę komplikuje sprawę. Ale tylko trochę… Warto przecież zauważyć, że znajdowane na terenie osady targowej, na Wzgórzu Panieńskim fragmenty ceramiki, przęśliki i inne precjoza datowane przez Kostrzewskiego i Kočkę na VIII wiek tylko potwierdzają tezę o wysokim stopniu ucywilizowania tych terenów już za czasów Karola zwanego Wielkim.

Profesor Żurowski, pod koniec lat sześćdziesiątych, bardzo obrazowo przedstawił ten pierwszy, najbardziej pracochłonny etap budowy lechickiej stolicy. Zakładał on, że jeśli osadników było wówczas około 1000, zaś do wykonania była praca w postaci robót ziemnych, tartacznych, prac pomocniczych, takich jak moszczenie faszyną i drewnem podmokłych dołów i bagien, budowa domów mieszkalnych dla robotników i ich rodzin, ulic, mostów i bram, wówczas wyjdzie nam, że praca od świtu do nocy trwać musiała około 200 dni, z założeniem, że spośród tysiąca osadników tylko jedna czwarta faktycznie pracowała przy budowie miasta. Nawet jeśli te rachunki są naciągane i powinniśmy ilość roboczodniówek zwiększyć o drugie tyle, wówczas i tak mamy niezwykle imponujący czas budowy, zamykający się w niespełna 14 miesiącach. Według niektórych archeologów i mediewistów świadczy to o niezwykle zaawansowanej organizacji i sprawnej administracji w społeczeństwie, które na Wzgórzu Lecha postanowiło wybudować potężny gród o wałach dziesięciometrowej wysokości. Sam Żurowski pisał, że „Na założenie i doprowadzenie do końca owych potężnych fortyfikacji mogła sobie pozwolić tylko jednostka zajmująca wysokie stanowisko społeczne i w bardzo dużym stopniu uzależniająca od siebie ludność okoliczną”. No tak, ale to raczej oczywista sprawa, wszak to X wiek. Wróćmy więc do wieku VIII.

Nie mając (prócz Geografa Bawarskiego) żadnych konkretnych przesłanek dotyczących ludu mogącego dokonać na tym terenie tak znacznego dzieła, nie powinniśmy chyba - snując dalsze nasze hipotezy – obawiać się łączyć tego dzieła z wielkim Lechem. Jeśli bowiem ośrodek kultowy w Gnieźnie i otwarta osada targowa, z której później wykształciło się miasto, założony został w VIII wieku, zaś tajemniczy Lech poległ od Franków na przełomie wieku VIII i IX, co nam szkodzi powiązać oba te fakty… Czy więc Lech – sprzymierzeniec Czechów i Lech – założyciel Gniezna to ta sama postać? Bardzo bym chciał.

Ale idźmy dalej. Mamy Gniezno założone u stóp bałwochwalni może w VIII wieku, mamy bohaterskiego Lecha, który pozostawił swoją doskonale funkcjonującą dziedzinę swym potomkom… Mamy… no właśnie, dalej mamy czarną dziurę. Kadłubka wprawdzie też mierzi ta dziura w drzewie rodowym Piastów i próbuje ją załatać fantastycznymi absolutnie dziejami potomków Lecha, którzy walczyli z Rzymianami i Aleksandrem Wielkim, ale zostawmy te mity (które być może są w istocie odbiciem poświadczonych przez kroniki karolińskie potyczek Lecha z Karolem?). Skupmy się na postaci, która w „mitologii polskiej” zamieszała bardziej niż ktokolwiek. Popielem właśnie.

Kiedy w Kronice Wielkopolskiej pojawia się wzmianka o przeniesieniu przez niejakiego Popiela stolicy z Krakowa do Kruszwicy, wszystko zdaje się niepomiernie komplikować. No, bo jakim cudem i dlaczego z Krakowa do Kruszwicy, a nie odwrotnie? Wszyscy wszak wiedzą, że Kruszwica dużo starsza od Krakowa i znacznie odeń wcześniej na miano “sedes centrale” powinna zasługiwać! No cóż… to zwykły zabieg retoryczny, który kazał kronikarzowi pierwociny państwa polskiego lokować w Krakowie – w tamtych, zdominowanych przez Kraków czasach to było zwyczajnie politycznie poprawne, nic więcej. Zaś Kruszwicę na karty dzieła powołać trzeba było, bo wszyscy czytelnicy o niej słyszeli i opisywanie dziejów polskich bez uwzględnienia grodu nad Gopłem byłoby absolutnym nieporozumieniem. Zatem pisarski fortel? Pewnie tak. Dlaczego więc w ogóle o tym bezczelnym kronikarskim picu piszę i jak było naprawdę?

Myślę że zupełnie inaczej: otóż nie z Krakowa do Kruszwicy stolicę przeniesiono w czasach przedhistorycznych, ale z Kruszwicy do… Gniezna. I miało to miejsce grubo po tym, jak Lech pobudował osadę na Wzgórzu Panieńskim. Co więcej – nie stolicę Polan wówczas przenoszono… Poplątanie z pomieszaniem, czyż nie?

Według Kadłubka Popiel I był synem legendarnego pogromcy Cezara – Lestka i siostry Cezara Julii. Zatem według kronikarza Popiel był Lechitą. Pomijając wszelkie absolutnie fantastyczne koligacje z rodziną cesarską, uznaje się powszechnie, że nie było samego Lestka – powołał go do życia Kadłubek – na jakiej podstawie – nie wiadomo. Zatem nie wiadomo, skąd Popiel przybył i jakim się rodowodem mógł pochwalić.

Kiedy bowiem kończy się legenda o Lechu i Czechu, nad pogańskim horyzontem zapada dziejowa noc. Nie wiemy, jak toczą się dalsze losy Lechitów, albowiem następny „odcinek” legendarnych dziejów Polski zaczyna się już w Gnieźnie, w chacie Piasta (Gall).

Naturalnym odruchem byłoby tu podjęcie „przerwanej nici” lechickiego rodowodu i próba ujrzenia w Piaście potomka legendarnego Lecha! Można? Czemu nie. Wszak jeśli przyjmiemy, że Piastowy ojciec – Chościsko (jak chce redaktor Roszko) to faktycznie książę, zachodzi pytanie: książę jakiego rodu? Jakiej dynastii? Może właśnie rodzimej, rdzennej, lechickiej? Kronika Wielkopolska – powtórzę to raz jeszcze – nie ma skrupułów: wali po oczach „Piastem z rodu Lechitów”. Ciekawe, w dodatku pozostaje jeszcze kwestia przeniesienia stolicy. A to bynajmniej już nie jest bajka…

Jeśli wierzyć Geografowi Bawarskiemu, na interesującym nas terenie zamieszkiwały dwa plemiona: Polan i Goplan. Można sądzić – a postaram się to za chwilę udowodnić – iż między tymi plemionami doszło do ostrej rywalizacji. I to nie tylko gospodarczej, również zbrojnej. Co więcej, sądzę, że Polanie tę rywalizację przegrali!

Przyjrzyjmy się mapie. Mamy oto dwa wrogie, czy też rywalizujące plemiona: Polan i Goplan. Mamy dwie potęgi. Mamy nierówną walkę o dominację nad żyznymi terenami dorzecza Warty, Noteci i lewobrzeżnej Wisły. Dlaczego nierówną? Z bardzo prostego powodu. W realiach dziewiątego i dziesiątego wieku jednym z najważniejszych i najsilniej kształtujących potęgę plemienia procesów był proces krzepnięcia zbrojnego. Mówiąc prosto – kto miał przy sobie siłę oręża, ten zwyciężał. Ta krótka, acz celna charakterystyka niezwykle przecież złożonego zjawiska w realnym życiu przekładała się na proste posiadanie broni. Każdy, średnio nawet zaawansowany gracz, przystępując do rozgrywki w jakąkolwiek grę strategiczno-gospodarczą wie, że zanim zacznie tworzyć imperium wojskowe, musi najpierw zadbać o surowce, ich wydobycie i zapasy. Poganie IX wieku w „Settlersów” wprawdzie nie grywali, ale zasada ta była im doskonale znana. Nic więc dziwnego, że potęga plemienia zależna była od ilości surowców zgromadzonych na obszarze przez nie zarządzanym. Pogańskie plemiona właśnie przez to, że pogańskimi były, nie mogły liczyć na stałe i obfite dostawy uzbrojenia. O sprzęt musiały zadbać same. I dbały całkiem nieźle.

Zerknijmy na mapę występowania złóż rudy darniowej, sporządzoną przez Mariana Niecia. Łatwo uchwycić na niej pewną zależność, która zdaje się wiele mówić o ówczesnych czasach, motywach działania i ich konsekwencjach. Otóż największe złoża rudy na interesującym nas obszarze zalegały w dwóch miejscach: na Kujawach – wzdłuż Noteci, ku zachodowi, w kierunku Wisły oraz w dolinie Warty, jednak nie sięgając na północ dalej niż do Słupcy. Ta pobieżna analiza występowania rud żelaza świadczy o względnie dużej dostępności żelaza w obszarach nadgoplańskich – na bezpiecznych od lechickiego rywala północnych ich rubieżach, zaś na terenach zajętych przez osady Polan zasobność rud pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Tak, to miało znaczenie niebagatelne. Dostęp do surowca był decydującym elementem napędzającym „przemysł zbrojeniowy”. On dawał Goplanom strategiczną przewagę nad przeciwnikiem. On utorował im drogę do polańskiego Gniezna. Wydobycie i przetopienie rudy bez oglądania się na dostawców i handlarzy, pchnęło kruszwiczan na drogę zwycięstwa.

Archeologia dostarcza dowodów. Wszystkie one wskazują, że w pewnym momencie dziejów nastąpiło coś na kształt przyłączenia ziem nadgoplańskich do kraju Polan. Tak. Ja jednak widzę w tym fakcie raczej dowód na to, że wódz kruszwiczan, po krwawym najeździe zwyczajnie przeniósł się do Gniezna i stamtąd rozciągnął swoją władzę na pozostałe, należące do niego tereny. Innym dowodem na to może być fakt, że wszystkie prawie grody wielkopolskie zawierają w warstwach datowanych na ten sam okres spaleniznę. Wszystkie grody obrócone w popiół (ooo, czyżbyśmy niechcący wywiedli genezę imienia tego diabła wcielonego?). Wszystkie, prócz Gniezna!

Zatem stało się… klęska Polan i dostanie się w jarzmo niewoli, czy raczej okupacji sprawiło, że Popiel, jako kontynuator okupacyjnej polityki był władcą znienawidzonym. Powtarzający się w legendach wątek niemoralnego prowadzenia się księcia, choć zręczny moralizatorsko, chyba zbyt słabym był powodem do buntu i przewrotu. Tu chodziło o coś więcej. Popiel nie dość, że zaprowadził na polańskiej ziemi swoje porządki, to jeszcze osiedlił się w Gnieźnie. Można patrzeć na ten fakt z różnych stron, ale chyba trudno zaprzeczyć, że nastąpiło tu oczywiste… przeniesienie stolicy z Kruszwicy (lub innego grodu położonego nad Gopłem – nauka bada) do Gniezna…

Ponieważ Gall sugeruje nam, że Popiel rządził w Gnieźnie jako książę, ale ojciec Piasta również pozostawał księciem, mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju dynastycznego konfliktu. To może być faktem – w końcu przecież dochodzi do wybuchu buntu i wojna między chościskowym synem, Piastem (czy raczej jak chce Gall: wnukiem – Siemowitem), a Popielem osiąga kulminację.

Piastowy syn oczywiście tym razem prowadzi lud do zwycięstwa, Popiela gna „poza granice kraju”, jak chce Gall, może na kruszwicką wyspę grodową (dla Polan było to wtedy jeszcze poza granicami państwa, przynajmniej jeśli chodzi o ich zasięg przed najazdem!). No tak, ale zanim to nastąpi, Piastowicz zostanie nowym wodzem.

Ha! Właśnie on… A z jakiej racji, spytam złośliwie? Bo biedny był, bo swoją biedą i pracowitością gwarantem dostatku państwa i wstrętu do korupcji być się zdawał? Wolne żarty… To znaczy biedny był niewątpliwie. Jego ojciec miał wszak jedną tylko żonę. Wziąwszy pod uwagę, że Mieszko, poganinem będąc, miał ich siedem, widzimy, jaka przepaść materialna dzieliła tych dwóch panów… Ale żeby zaraz robić z ubóstwa kryterium pozyskania władzy? Siemowit książęce miano i honory otrzymał, nie dlatego, że orał i siał, ale pomimo tego. Został księciem, bo lud okoliczny wiedział, że z książęcego on rodu, że jako jedyny na władzę zasługuje, bo ojciec jego Chościskiem, jak Popiel był, a praprapradziad, Lech, założycielem dynastii… I tyle.

Jeśli wgryźć się w kronikę Galla i uważnie, słowo po słowie, przestudiować zapisy dotyczące legendarnych dziejów Polski, łatwo zauważyć pewne ciekawe uwagi poczynione przez mądrego mnicha niejako na marginesie głównych wątków. Na przykład w miejscu, gdzie kronikarz opisuje wybranie na księcia syna Piasta – Siemowita, czytamy: „…Siemowit, syn Piasta Chościskowica, wzrastał w siły i lata i z dnia na dzień postępował i rósł w zacności do tego stopnia, że król królów i książę książąt za powszechną zgodą ustanowił go księciem Polski…”. Pozornie sprawa oczywista. Niestety, nie dla specjalistów. Oj lubią oni roztrząsać drobiazgi, lubią… Tym razem wzięli oni pod lupę ciekawy zwrot „za powszechną zgodą”. Część uczonych dostrzega w nim nie mniej, nie więcej tylko dowód na to, że Piast i jego syn faktycznie chłopami i prostaczkami byli, skoro o ich wyborze nie urodzenie, ale powszechna zgoda zadecydowały. Jednak w tej zapisce jest coś, co każe przyjrzeć się jej krytycznie. Tym czymś jest owa powszechność zgody. Co tutaj mi się nie podoba? Mamy do czynienia z doskonale już zorganizowanym społeczeństwem, a jako takie powinno ono też posiadać wszystkie atrybuty cywilizacyjne – przynajmniej w warstwie społecznej. A więc rozwarstwienie – dowiódł tego Żurowski w Gnieźnie (błyskawicznie zbudowany mocarny gród, niezależnie od czasu jego powstania, dowodzi tego rozwarstwienia); a więc niejedną linię podziału politycznego przebiegającego wewnątrz plemienia, a więc konflikty na tle politycznym zwyczajnie… Nie wierzę, że w tak rozległej dziedzinie jakim było polańskie księstwo, nie istniały różne polityczne opcje! Musiały istnieć.

Dlatego też nie sądzę, aby powszechna zgoda była powszechną tylko i wyłącznie dla zalet Siemowita. Zapewne niejeden zaprawiony w bojach woj pogański był znacznie lepszym kandydatem na wodza, był znacznie lepszym pretendentem do książęcego stolca. Nie został nim jednak nikt inny, tylko syn oracza. Dlaczego? Przecież zarówno w Germanii, jak i u Wikingów na wodza w czas wojny (u nas przecież akurat szykował się mały nalot na Popiela) wybierano najbardziej zaprawionego w boju, doświadczonego i odważnego człowieka. U nas wybrano Siemowita. Taki był z niego najemnik, taki chojrak? Chyba nie. Zupełnie niespotykana w wyborach jednomyślność i powszechna zgoda musiała zostać wymuszona czynnikiem nadrzędnym: pochodzeniem młodziana, jego książęcą proweniencją, urodzeniem. Nie widzę innego wyjścia.

Chościsko, Piast, a po nich Siemowit… Istnienie tego ostatniego, nawet przez sceptyków jest już akceptowane… No przecież! To on zasłynął jako przywódca pierwszego „Powstania Wielkopolskiego”. Nie inaczej przecież trzeba patrzeć na przepędzenie znienawidzonego władcy-okupanta. Nie inaczej należy patrzeć na historię o myszach, które zjadły Popiela. Że były to myszy – nie wątpię. Naturalnie były to dość szczególne myszy – dwunogie. Bardzo podoba mi się interpretacja tego podania dokonana przez czołowego deratyzatora legendy o Popielu – Henryka Łowmiańskiego. Pan profesor słusznie przypomina, że we wczesnym średniowieczu imię „Mieszko” pisało się Misica, Misacho, Miseca. Otóż i rzeczone myszki! Mieszkowym imieniem nazwani protoplaści jego rodu, Piast i syn jego z wojami, a więc cała gnieźnieńska dzielna drużyna, zaatakowawszy księcia Popiela w jego wieży, przegnała go na cztery wiatry. Może nawet ścigała aż „poza granice kraju”, może wydusiła głodem w kruszwickiej, drewnianej wieży, a może nie… Ale z poddaństwa, z ucisku z zaboru wydźwignięte polańskie plemię zjawiło się na arenie dziejów, wolne… może z nieco zwichniętą zbiorową świadomością, ale wolne.

Najnowsze badania prof. Kurnatowskiej, potwierdzające nagły boom osadniczy w Wielkopolsce w latach czterdziestych X wieku, mogą być dowodem na to, że to w istocie już przodkowie Mieszka rozpoczęli „marsz ku chwale” zbierając po drodze rozsypane jak dotąd atrybuty prawdziwego państwa. Czy ślady niszczenia dawnego osadnictwa pogańskiego i ustanawianie nowych ośrodków władzy w wieku dziesiątym, powtórzmy, ślady odnajdywane na całym obszarze Wielkopolski, nie są dowodem na wielką rewolucję militarno-społeczną za legendarnych Piastów, na prawdziwość wypadków, których odprysk znamy z legendy o Piaście i Popielu? Czy nie są dowodem na to, że zarówno dawne reguły istnienia politycznego państwa, jak i dawna wiara legły pod zrębami zupełnie nowej świetlanej przyszłości?

W świetle takich wniosków zasadnym wydaje się zapytać: a może to nie Mieszko pierwszy, ale jego ojciec – Siemomysł religię nową do kraju sprowadził i krzewić ją zaczął…? A może Lestek, a może Siemowit? Kto wie… Korci mnie, żeby przyjrzeć się temu bliżej.

Ale to już temat na inną bajkę…

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Maciej Przybylski
Autor nie podał informacji na swój temat.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy