Opublikowano
2014-07-31 13:59
Licencja
Wolna licencja

Piotr Zychowicz: podczas wojny rząd lekkomyślnie szafował polską krwią!

Czy powstanie warszawskie było „obłędem”, a Polska stała się ofiarą naiwności rządu emigracyjnego w Londynie? Rozmawiamy z Piotrem Zychowiczem, autorem głośnej książki „Obłęd '44”.


Strony:
1 2 3 4

Piotr Zychowicz (ur. 1980) - publicysta historyczny, redaktor naczelny "Historia Do Rzeczy", publikował m.in. w "Uważam Rze" i "Rzeczpospolitej". Autor książki "Pakt Ribbentrop-Beck" (2012) Michał Przeperski: W swojej książce nie oszczędza Pan ważnych postaci z historii Polski. Dostaje się m.in. Władysławowi Sikorskiemu, Stanisławowi Mikołajczykowi czy Leopoldowi Okulickiemu. Czy odważyłby się Pan określić ich mianem zdrajców?

Piotr Zychowicz: Nie, zdecydowanie nie. Zacznijmy od tego, że trzy wymienione przez Pana osoby trudno jest postawiać w jednym szeregu. W wypadku Sikorskiego i Mikołajczyka z całą pewnością nie może być mowy o zdradzie. Nie byli oni na usługach żadnej innej obcej potencji i można o nich mówić najwyżej jako o złych, naiwnych politykach, których działalność przyniosła fatalne efekty dla sprawy polskiej. Obu premierów oceniam w mojej książce bardzo krytycznie, ale nie mam wątpliwości, że działali oni w dobrej wierze. Władysław Sikorski był niewątpliwie człowiekiem o gorących uczuciach patriotycznych, ale nie wystarczało to, by w najtrudniejszym momencie dziejów kierować polityką polską. Co do gen. Leopolda Okulickiego – jest to zupełnie inna postać. Ten człowiek stanowi prawdziwą zagadkę, którą próbuję rozwikłać w książce. Jednak bez dostępu do archiwów sowieckich nie będziemy w stanie ustalić co kryło się za jego działaniami, które pchnęły Armię Krajową do powstania, którego Polacy nie byli w stanie wygrać.

Moje pytanie było oczywiście pewną prowokacją, ale wskazuje na ważny problem. Historycy generalnie prezentują zniuansowany obraz rzeczywistości, podczas gdy publicyści historyczni mogą pozwolić sobie na ostrzejsze sądy i rysowanie własnej narracji znacznie grubszą kreską. Proszę powiedzieć, czy bardziej uważa się Pan za historyka czy za publicystę historycznego?

Ukończyłem Instytut Historyczny UW, jestem więc historykiem z wykształcenia. Natomiast nie przez przypadek przy okazji obu moich książek – „Paktu Ribbentrop-Beck“ i „Obłędu ‚44“ — określam się mianem publicysty historycznego. Obie książki to eseje historyczne, w których rzeczywiście pozwalam sobie na wyciąganie daleko idących wniosków, stawianie mocnych ocen. Gdyby była to książka naukowa, byłaby napisana zupełnie inaczej. Inna sprawa, że w moim przekonaniu coś takiego jak „historia obiektywna” po prostu nie istnieje. Jest to absurd – każdy historyk ma swoje poglądy i, silniej lub słabiej, daje im wyraz. Książka naukowa od publicystycznej różni się często tym, że ma przypisy. A więc „Obłęd ’44” to esej, acz oparty na dokumentach, wspomnieniach i wielu przeczytanych monografiach.

Publicystyka historyczna znajduje sobie większą liczbę czytelników niż historia akademicka - jest napisana w przystępniejszej formie, nieprzeładowana faktami i detalami. Czy ma Pan świadomość, że w pewnym sensie na publicyście historycznym ciąży większa odpowiedzialność niż na historyku akademickim? Dlaczego zdecydował się Pan napisać swoje książki?

Wbrew temu co czasem można przeczytać o moich książkach, nie chodzi mi o wywołanie sensacji. Moim celem nie jest „przeczołganie” dawno nieżyjących polityków polskich i pokazanie, że byli skrajnie nieudolni. Sądzę po prostu, że historia powinna nam służyć przede wszystkim do wyciągania wniosków na przyszłość i to dlatego warto solidnie ją przeanalizować. Tymczasem historia jest w Polsce używana do celów propagandowych, do pokrzepiania serc. Moim zdaniem to działanie wbrew własnej racji stanu. W obu moich książkach pokazuję jak koszmarne błędy popełnili polscy politycy przed oraz w czasie II wojny światowej. Tamtych błędów nie możemy już cofnąć, ale nasz fatalny adres geopolityczny nie uległ zmianie – wciąż musimy żyć między Niemcami a Rosją, w najgorszym miejscu na świecie. Dlatego właśnie należy wyciągać wnioski z własnych błędów, aby nie powtórzyć ich w przyszłości.

W pańskiej książce znaleźć można wiele fragmentów budzących w czytelniku emocje. Jednym z nich jest ten, gdzie pisze Pan o kosztach akcji „Wachlarz” sięgających 1,3 mln dolarów. Podkreśla Pan jednocześnie, że pieniądze te nie trafiły do Adama Ronikiera, prowadzącego działalność charytatywną w Generalnym Gubernatorstwie. Czy godzi się podnosić taki argument? Pachnie to populizmem, wszak w czasie wojny liczy się przede wszystkim walka…

Organizacja „Wachlarz” skupiła w swoich szeregach najbardziej patriotycznych młodych Polaków, zarówno z terenów GG jak i z Ziem Wschodnich. Ci najbardziej wartościowi dla Polski ludzie dostawali rozkazy dokonywania dywersji na rzecz Sowietów na tyłach frontu wschodniego. Nie byli jednak do tego przygotowani i ten najbardziej patriotyczny polski element został błyskawicznie rozpracowany przez Gestapo i bestialsko wyrżnięty. Jestem głęboko przekonany, że przyniosło to olbrzymie straty sprawie polskiej, a korzyść odniósł jedynie Związek Sowiecki. Polacy płacą więc potężne kwoty, aby korzyść mogła odnieść Moskwa, a z drugiej strony Adam Ronikier, jeden z najwybitniejszych polskich patriotów, szef Rady Głównej Opiekuńczej, wspomagający swoją działalnością milionowe rzesze Polaków, jest pozostawiony sam sobie. Ronikier dobijał się do czynników rządowych o pomoc i otrzymywał obietnice od Sikorskiego, od Stanisława Kota, od Polskiego Państwa Podziemnego, a tymczasem wsparcie nie nadchodziło. Moim zdaniem jest skandalem, że pieniądze, których było tak mało, wydano na pomoc Sowietom, a nie na wsparcie własnych obywateli. Zresztą, pieniądze są tu rzeczą mniej ważną. Kluczowe jest to, że polskie czynniki rządowe nieprawdopodobnie lekkomyślnie szafowały polską krwią.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: RR |

Obłęd44? Pan Zychowicz pis\e te książki tylko po to aby zyskać duży szum medialny. który przekłada się na nakład ego zysk. To czysta fantastyka. Co do generała Okulickiego to już przegiął na maxa. Pisze , że bez dotarcia do źródeł sowieckich trudno zrozumieć jego decyzje. Super tłumaczenie. ja uważam , że Sikorskiego i JFK w Dallas zabili kosmici, ale bez dotarcia do ich źródeł itd itp.



Odpowiedz

Gość: KRaken |

"Tak więc nasze wojska od 1939 do 1941 zbroją się i szykują wraz z Hitlerem do inwazji na Sowietów a w tym czasie ... Stalin stoi sobie z założonymi rękami i ... nic nie robi (bo nie wolno mu nic zrobić, np zawierać sojuszy, gdyż wtedy cała misternie budowana koncepcja pana Zychowicza weźmie w łeb i legnie w gruzach".Gratuluje doskonałego wpisu i przenikliwości Ksawery. Gdyby Polska przystąpiła do układu antykominterowskiego wraz z hitlerem to sprawy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie sytuację: Hitler wchodzi w sojusz z Polską wymierzony w Sowietów. Najpierw jednak (zgodnie z Zychowiczem) chce zaatakować Francję i WIelką Brytanię. Stalin zdaje sobię sprawę z powagi sytuacji, nie był przecież głupcem. Wyprzedza więc ruchy Rzeszy i Polski i zawiera pakt militarny z Wielką Brytanią, Francją i USA. Te 3 kraje atakują Rzesze od zachodu podczas gdy Stalin otwiera front na wschodzie i rozprawia się z Polską. Polska zostaje potraktowana na równi ze swoim nazistowskim partnerem. I co na to Pan Zychowicz?



Odpowiedz

Gość |

można wiedzieć co to jest "Patryjotyzm" ?



Odpowiedz

Gość: ffamousffatman |

"Polska to kraj rządzony czasami przez zdrajców, czasami nieudaczników, zawsze patriotów." Patryjotyzm nie jest usprawiedliwieniem.



Odpowiedz

Gość: Żołnierka |

Mój przedmówca, Artur ze Świdnicy, napisał: " Nie mówi się o tym, że ludzie mieli dość głodu, braku wody, lekarstw i stałego zagrożenia swego życia i swoich rodzin." Nie jestem taka pewna, czy się "nie mówi". Nie "siedzę" głęboko w temacie powstania, ale wystarcza lektura niewielkiej ilości monografii czy wspomnień, żeby dostrzec ludność i jej cierpienia, jej wspaniałą postawę w powstaniu warszawskim. Książkę Zychowicza na pewno warto przeczytać, miejscami można nawet zgodzić się z twierdzeniami, które stawia. Nie ze wszystkimi oczywiście. Jest jednak coś, co wg mnie podważa wiarygodność tej pozycji.Zapoznałam się z jej treścią i jestem wzburzona tym, co autor napisał. Nie o powstaniu warszawskim czy Armii Krajowej, ale o majorze Henryku Dobrzańskim-Hubalu. W rozdziale „Uczciwie panu z twarzy patrzy”, traktującym o gen. Okulickim, zamieścił następujący akapit: To on był bowiem tym oficerem – nosił wówczas pseudonim „Miller” - który przyjechał do wsi Gałki, do kwatery majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala” i nakazał mu rozpuszczenie oddziału. Motywował to właśnie troską o zachowanie substancji biologicznej narodu. Niemcy w odwecie za partyzancką działalność „Hubala” spalili bowiem kilka wsi. Między obydwoma oficerami doszło wówczas do dramatycznej rozmowy. To do Okulickiego „Hubal” powiedział słynne słowa: „Rozkazy takowe mam w dupie”. Nie wiem, z jakich źródeł bądź opracowań korzystał pan Zychowicz, pisząc cytowany fragment. Wiem natomiast, że zawiera on błędy i zbytnie uproszczenia, które czytelnikowi mogą przedstawić majora „Hubala” w złym świetle. Niekoniecznie słusznie. Jeżeli reszta książki pisana jest z podobną starannością, to obawiam się, że pod względem wiarygodności jest ona niewiele warta. Przede wszystkim, Okulicki przybył do Hubala nie z rozkazem swoim, ale Grota-Roweckiego. Zatem to ten ostatni troszczył się o „zachowanie substancji biologicznej narodu”. O tym, od kogo pochodził rozkaz, dostarczony w marcu 1940 roku przez „Millera” mówi właściwie każde opracowanie Hubalowi poświęcone. By służyć przykładem: Z. Kosztyła, Oddział Wydzielony Wojska Polskiego majora Hubala, Warszawa 1987, s. 154, T. Wyrwa, W cieniu legendy majora Hubala, Londyn 1974, s. 37, a z nowszych pozycji: J. Lombarski, Major Hubal. Legendy i mity, Koński 2011, s. 42. Ostatni z wymienionych autorów wiele miejsca poświęca też przytoczonym przez Zychowicza słowom, które miały być jakoby skierowane do płk. Okulickiego w odpowiedzi na przywieziony przez niego rozkaz. Na ss. 159-164, powołując się na dokumenty i relacje osób, które były przy tym wydarzeniu, podkreśla, że odpowiedź taka padła w kwietniu 1940 roku (a więc miesiąc po wizycie „Millera”). Przywieziony przez łącznika rozkaz podpisany był pseudonimem „Grabiec”, a nie: „Grabica”, jakim wówczas podpisywał się gen. Rowecki. Warto przy tym nadmienić, że łącznik przybył nie z Komendy Głównej ZWZ, ale z Komendy ZWZ w Końskich. Dobrzański zatem nie odpowiadał w ten dosadny sposób Komendantowi Głównemu ZWZ, ale jakiemuś osobnikowi, ukrywającemu się pod nieznanym mu pseudonimem. Różnica niby niewielka, ale jakże ważna! Hubala uznaje się za buntownika właściwie już w momencie, kiedy do jego oddziału dociera „Miller”. Według mnie jest to pogląd błędny. Dobrzański dał wolną rękę żołnierzom,z których większa część odeszła do domów. Niektórzy nie mogli – byli bowiem spaleni i musieli pozostać w oddziale. Co ważniejsze, „Miller” zgodził się, aby oddział nie rozwiązać, a skadrować. Potwierdza to relacja Jana Sekulaka ps. „Dago: Jestem jednym z kilkudziesięciu żyjących do dzisiaj [1980] żołnierzy, którzy wówczas, 13 marca stali na ostatniej zbiórce piechoty i osobiście usłyszeli rozkaz: "Oddział zmniejszyć do stanu około 30 ludzi. Z Majorem pójdą najlepiej wyszkoleni, przede wszystkim ułani". A dalej: […] wielu z tych żołnierzy, nawet gdyby chciało, nie miało z sobą co robić. Pochodzili z pobliskich wiosek, wiedziano o nich, że są partyzantami. Nie mogli tam wrócić. Częściowo właśnie z tego powodu, z Hubalem poszło dalej aż siedemdziesięciu ludzi. (Jan Sekulak, Zapiski z oddziału Hubala, "Kontrasty", nr 11/1980). Każdy ma prawo popełniać błędy. Historyk musi się jednak liczyć z tym, że obniżają one wiarygodność tego, co napisał. Jest dla mnie zrozumiałe, że po wskazaniu mu tych błędów, historyk potrafi jakoś ustosunkować się do merytorycznej krytyki, np. powiedzieć "Faktycznie, w tym miejscu nie miałem racji". Wysłałam tych kilka uwag panu Zychowiczowi, przed miesiącem. Niestety, nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Wychodzi więc na to, że maszerując na czele krucjaty przeciwko jednym narodowym mitom, pan Zychowicz nie ma nic przeciwko utrwalaniu innych.



Odpowiedz
Michał Przeperski

Pasjonat historii i słowa pisanego. Absolwent historii w Instytucie Historycznym UW oraz prawa na Wydziale Prawa i Administracji UW; doktorant Instytutu Historii PAN i pracownik Instytutu Pamięci Narodowej. Od stycznia 2012 r. do czerwca 2014 r. redaktor naczelny portalu „Histmag.org”. Publikował m.in. w „Polityce”, „Znaku”, „Frondzie LUX”, „44 / Czterdzieści i Cztery. Magazynie Apokaliptycznym” i „Nowych Książkach”. Przygotowuje rozprawę doktorską o działalności politycznej Mieczysława F. Rakowskiego. Autor książki „Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku” (2016).

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org