Autor: Maciej Korkuć
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, II wojna światowa, Polska, Małopolska, Niemcy, Austria, Szwajcaria
Opublikowany: 2020-04-19 18:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Policja granatowa w oczach współczesnych

Czym była tzw. policja granatowa i jak Polacy oceniali jej działania? Czy widziano w niej „najemników okupanta" czy raczej niedoskonałą gwarancję bezpieczeństwa?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Społeczeństwo w sposób dość jednoznaczny postrzegało służebną wobec Niemców i podrzędną rolę tych przedwojennych funkcjonariuszy polskiej Policji Państwowej, którzy zostali wcieleni do niemieckiej formacji o nazwie Polnische Polizei. W źródłach z epoki wyraźnie widać, że jako służba na usługach Niemców nie była utożsamiana przez społeczeństwo z przedwojenną Policją Państwową, czyli rzeczywistą polską policją. Widziano w jej funkcjonariuszach „najemników w służbie okupanta” i samo istnienie formacji powodowało silną krytykę. Istnienie takich ocen dostrzegano nawet na łamach polskojęzycznej prasy niemieckiej wydawanej pod okupacją, zwanej przez Polaków prasą „gadzinową”. W tego rodzaju niemieckim „Dzienniku Radomskim” z 1940 r. tłumaczono nawet oględnie owe negatywne oceny niesubordynacją jednostek wobec okupacyjnego prawa: „jednostki, których działalność koliduje z Kodeksem karnym, oraz takie, które niechętnie podporządkowują się zarządzeniom władz, nigdy nie były zadowolone z istnienia organów bezpieczeństwa, ograniczających i tępiących elementy przestępcze, względnie ukrócających samowolę osób, postępujących wbrew przepisom […]”.

Granatowy policjant sprawdzający dokumenty, 1941 (fot. Bundesarchiv, Bild 101I-030-0781-07 / Iffland / CC-BY-SA 3.0)

Wyrazem dystansu ludności do rzeczywistego charakteru Polnische Polizei i jej urzędowej nazwy (wielokrotnie po prostu tłumaczonej na polski) było rozpowszechnienie zastępczej nazwy „granatowa policja” albo niekiedy stosowanie innych form podkreślania dystansu przez użycie cudzysłowu czy poprzedzenie nazwy formułą „tak zwana”. Określenie policja „granatowa” pochodziło od koloru wciąż używanego przedwojennego materiału na mundury. Przed wojną takie pojęcie zasadniczo nie występowało. Nazwa ta pojawiła się już w pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej dla odróżnienia nowo powołanej policji w granatowych mundurach zarówno od przedwojennej Policji Państwowej, jak też od funkcjonariuszy innych formacji niemieckiej policji i żandarmerii. Adam Hempel napisał, że termin „»granatowa« policja” rozpowszechnił się w krótkim czasie: „pojawił się w użyciu już pod koniec 1939 r. i szybko zdobył sobie tak dużą popularność […]”.

Określenie „granatowa policja” pojawiało się w dokumentach polskich władz podziemnych jako synonim zdrady. Na przykład w specjalnie kolportowanym oświadczeniu z 15 października 1942 r. Delegat Rządu na Kraj piętnował „funkcjonariuszy urzędów pracy i członków policji granatowej” za ich udział w działaniach antypolskich: „Polaków z nazwiska i pochodzenia, którzy [służąc Niemcom], się podjęli hańbiącej roli chwytania własnych rodaków. […] To, co czynią ci urzędnicy Polacy, jest w rozumieniu obowiązujących przepisów polskich zdradą [wyróżnienie – M.K.]. Grożą za nią kary najcięższe, aż do kary śmierci włącznie. Ci, których ręka sprawiedliwości nie dosięgnie teraz, będą postawieni przed trybunałem, gdy wymieciemy wroga z Kraju”.

Z kolei w obwieszczeniu polskiego podziemnego Kierownictwa Walki Cywilnej na temat wyroków działającego z upoważnienia polskich władz państwowych konspiracyjnego Cywilnego Sądu Specjalnego w Warszawie opublikowano informację o orzeczeniu z 12 lutego 1943 r. Dotyczyło ono wyroku na wspomnianym „oficerze tzw. Policji Granatowej” – Romanie Leonie Święcickim. Orzeczona kara śmierci została wykonana przez żołnierzy Armii Krajowej już dwa dni później, 15 lutego 1943 r. To przejaw działalności państwa polskiego w stosunku do funkcjonariusza niemieckiego.

Nie przypadkiem znajdujemy w dziennikach z tamtego czasu stwierdzenia ukazujące społeczną obojętność bądź afirmację dla zabójstw (lub ich zapowiedzi), dokonywanych na „granatowych” policjantach. Stawiano je na równi z likwidacjami policjantów niemieckich. Przykładem może być zapis z dziennika przedwojennego urzędnika magistratu krakowskiego, Edwarda Kubalskiego, z 28 lipca 1943 r.: „Nic dziwnego, że w wyczerpanym społeczeństwie trafiają się akty samoobrony, jak np. w Rzeszowie, gdzie zabito kilkudziesięciu policjantów niem[ieckich] wysłanych tam dla »pacyfikacji« kraju. W Podgórzu przybito gdzieś wyrok śmierci na 10 policjantów »granatowych«”. Trudno sobie wyobrazić tego rodzaju narrację publicznego urzędnika w stosunku do jakiegokolwiek zabójstwa policjanta przed wojną, w niepodległej Polsce. Z podobnym dystansem wspominali tę formację nawet jej funkcjonariusze, w pełni świadomi charakteru Polnische Polizei. I tak na przykład kpt. Józef Wraubek pisał „ta tzw. Policja Polska”.

Mimo przedwojennych przyzwyczajeń granatowy kolor munduru szybko zaczął budzić skojarzenia jednoznacznie negatywne, ściśle wpisując się w ogólny obraz niemieckiej rzeczywistości okupacyjnej. O społecznej (ale i państwowej) ocenie tej służby świadczy fakt, że we wspomnianym rozporządzeniu podziemnej Krajowej Rady Ministrów z 1 sierpnia 1944 r. O rozwiązaniu korpusu Policji Państwowej i obowiązkach jego [przedwojennych] funkcjonariuszy zamieszczono wyraźne wskazanie: „Noszenie granatowego munduru przepisanego [przed wojną] dla Policji Państwowej jest zakazane (art. 24)”.

W oczach obywateli wykorzystanie przedwojennych polskich sortów mundurowych w granatowej służbie tworzyło tylko dodatkowo przykry kontrast ze wspomnieniami sprzed 1939 r.: „Tu, w Krakowie, ściągnięto masę policji niemieckiej i polskiej. Rola tej ostatniej przykra. Mundury polskie na usługach obcych, mundury tak cenione niedawno […]. Dziś u nas bije serce, a u nich dryl niemiecki zabija wszystko, co najdroższe”. Z kolei Gombiński symbolicznie wkłada w usta żydowskiego dziecka (jednego z opisywanych podopiecznych Janusza Korczaka) narrację na temat oglądanego świata: „Ojej! A ci w granatowych ubraniach z psami – to są polscy policjanci. Dawno, bardzo dawno temu, przed wojną, byli tylko tacy policjanci, wszędzie. Ale wtedy nie było getta. A ci w szarych mundurach – to są Niemcy”.

Zdarzało się, że o funkcjonariuszach Polnische Polizei mówiło się nawet z pominięciem słowa policjant, czyli krótko „granatowy” lub „granatowiec”, co oznaczało „policjanta polskiego w służbie niemieckiej”. Niemiecki status tej służby podkreślano niekiedy słowem „policaj” (od niemieckiego Polizei).

Granatowy policjant w czasie kontroli dokumentów na terenie krakowskiego getta (fot. Bundesarchiv, Bild 183-L22984 / CC-BY-SA 3.0)

Używano też polskiej wersji określenia urzędowego lub skrótu, które stosowali Niemcy na określenie tej formacji – przy tym było oczywiste, że charakter owej „polskości” był wówczas odpowiednio, a nie błędnie rozumiany. Mówiono (i pisano) „polski policjant”, używano skrótu PP (od Polnische Polizei, względnie od tłumaczenia niemieckiej nazwy na język polski „Policja Polska”) lub nawet „policja PP”. Zdarzało się, że dystans zaznaczano przez użycie formuły „tzw. policja polska” albo poprzez użycie tej nazwy w cudzysłowie „policja polska”. Już na początku 1941 r. na temat „istniejącej przy władzach okupacyjnych »policji polskiej«” stwierdzano, że „jest ona w społeczeństwie nie tylko niepopularna, lecz wręcz znienawidzona”.

W ważnych oświadczeniach Polski Podziemnej, a także w projektach ustaw dotyczących tych zagadnień konsekwentnie wykazywano staranie o to, aby podkreślać dystans do tej formacji przez branie jej nazwy w cudzysłów (była to nazwa nadana przez cudze państwo) lub poprzedzać zwrotem „tak zwana”. W oficjalnych dokumentach pisano na przykład „tzw. Policja Granatowa”. Podobnie używano cudzysłowu w takich dokumentach, jak rozporządzenie podziemnej Krajowej Rady Ministrów z 1 sierpnia 1944 r. O rozwiązaniu korpusu Policji Państwowej i obowiązkach jego [przedwojennych] funkcjonariuszy.

Ten tekst jest fragmentem artykułu Macieja Korkucia, Niemiecka Polnische Polizei. Historyczny i państwowo-prawny kontekst funkcjonowania granatowej policji w Generalnym Gubernatorstwie 1939–1945 zamieszczonego w pracy zbiorowej „Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939–1945” pod redakcją Tomasza Domańskiego i Edyty Majcher-Ociesy:

Tomasz Domański i Edyta Majcher-Ociesa (red.)
„Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939–1945”
30 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Okładka: twarda
Liczba stron: 296
Premiera: 6.04.2020
ISBN: 978-83-8098-838-5
EAN: 9788380988385

W różnych źródłach, jeśli pisano nazwę tej formacji bez cudzysłowu, czyniono to z reguły ze zrozumieniem różnicy między taką „polską” nazwą a rzeczywiście niemiecką przynależnością państwową tej służby. Było oczywistością, że innych służb niż te podległe Rzeszy Niemieckiej na terenie GG nie było – bo być nie mogło. Pisano więc tak, aby odróżniać różne formacje, którymi posługiwali się Niemcy. I tak jest na przykład w zapisie z dzienników Stanisława Grodziskiego z 20 października 1943 r.: „U nas bezustanne rewizje i poszukiwania. Dzisiaj otoczył Pychowice silny oddział policji PP [sic!] i policji niemieckiej w towarzystwie policji kryminalnej i Arbeitsamtu”. W innym miejscu autor relacjonuje, że informacje o dokonanym na jego dom napadzie rabunkowym jego córka złożyła „na posterunku PP”.

Pełne rozumienie w tamtych warunkach i czasach przynależności tych policjantów do służby niemieckiej znajdowało także odzwierciedlenie w przekazywanych z ust do ust anegdotach i żartobliwych opowieściach. To także widać w zapiskach z tamtego okresu. I tak na przykład Edward Kubalski 5 czerwca 1942 r. z zadowoleniem opisywał zasłyszany sposób potraktowania Niemców i „granatowych” policjantów Polaków na niemieckiej służbie: „Opowiadają zabawny epizod [!], że taka banda, dopadłszy ekspedycję niem[iecką] do kolczykowania świń – zamiast nierogacizny kolczykowała Niemców przez nos, a policję polską przez uszy”. Z tych samych powodów 26 marca 1943 r. bez zdziwienia opisywał, jak to Niemcy mszczą się na Polakach zakładnikach w odwecie za zabójstwo oficera policji granatowej w Warszawie. Również bez śladów empatii notuje 15 maja 1943 r.: „Wczoraj przy ul. Czystej zabito przodownika PP, prawdopodobnie zbyt gorliwego służbistę”. Wydaje się jasne, że autor nie ma żadnego współczucia ani wobec niemieckiego okupanta, ani wobec tych, którzy mu służą.

Policjant kierujący ruchem drogowym (fot. Bundesarchiv, Bild 121-0282 / CC-BY-SA 3.0)

Niemcy z własnych powodów dbali o rozróżnienie policyjnych formacji niemieckich od stworzonych przez siebie „polskich” czy „żydowskich”. „Polskie” były w ich oczach formacjami podlejszego gatunku rasowego, „żydowskie” – jeszcze gorszego. Ale i tak wszystkie mieli do swojej dyspozycji i je wykorzystywali. Językowa codzienność zawsze jest bogatsza niż jakiekolwiek reguły.

Język dla uproszczenia komunikacji na różne sposoby może uwzględniać zróżnicowanie odmienności formacji okupacyjnych, używając dookreśleń narodowych, co wpisywało się w rozumienie, że wszystkie wymieniane formacje są służbami Rzeszy Niemieckiej. Uwzględnienie zastosowanych przez Niemców rasowych czy narodowych podziałów formacji policyjnych w okupowanym kraju ułatwiało opis okupacyjnej rzeczywistości. Nie należy jednak tego mylić z refleksją państwowoprawną. W relacji Stanisława Gombińskiego z warszawskiego getta możemy przeczytać: „Niemców na ulicach getta mniej niż przez zamknięciem […], widziało się […] gdzieniegdzie granatowy mundur polskiego policjanta, często żółtą opaskę żydowskiego milicjanta […]”. W innym miejscu pisał: „Przy wylocie [ulicy z getta] zawsze ruch. Stoją posterunki policyjne – niemiecki, polski, żydowski”. Autor tych słów, podobnie jak jemu współcześni, doskonale rozumiał, że w każdym z tych przypadków nie chodzi o formacje trzech państw (co byłoby absurdem), tylko o formacje jednego państwa: zróżnicowane służby powołane przez Rzeszę Niemiecką, realizujące polecenia Niemców. W podobnym charakterze Gombiński używa terminu „posterunki Policji Polskiej”.

Inna rzecz, że nawet gdy nie nazywano wprost narodowości, już samo rozróżnienie formacji pociągało za sobą konotacje narodowe. Wiadomo było, że np. żandarmeria to formacja złożona z Niemców, granatowa policja to przede wszystkim Polacy, a policja w gettach – Żydzi. W spisywanym do 1943 r. pamiętniku Marii Bojarkowej znajdujemy zapis: „Żandarmi wszędzie chodzą i strzelają [do] Żydów. Jest wiele policji granatowej”. Takie stwierdzenie było komunikatywne: w pierwszym zdaniu chodzi o Niemców, w drugim o Polaków na służbie niemieckiej. Skądinąd w tym źródle połączono to z niedowierzaniem, że są to prawdziwi Polacy, a nie tylko Niemcy przyuczeni do mówienia po polsku („Ktoś mówi, że są to hitlerowcy, Niemcy, którzy przeszli 4-letnią szkołę, gdzie wykładano w polskim języku, 4-letnia specjalna szkoła do rządzenia na polskich terenach”).

Czasem polska narodowość gorliwych „granatowych” policjantów była przyczyną dodatkowego wstydu i innych negatywnych emocji u świadków. Szczególnie bulwersował każdy przejaw służalczego zachowania „granatowych” wobec niemieckich zwierzchników. Kubalski z przykrością odnotowywał takie fakty, zaznaczając dystans do nadanej przez Niemców nazwy formacji. 5 listopada 1940 r. stwierdził: „Tzw. policja polska – niestety czasem gorliwsza od niemieckiej – otrzymała na mankietach płaszcza przepaski z napisem »Generalgouvernement«”. O śmierci kilku żołnierzy AK w podkrakowskim Łęgu z rąk Niemców pisał Stanisław Grodziski, zaznaczając oburzenie wykrzyknikiem, że to „jakiś policjant polski (!) podonosił do władz niemieckich”. I po przeszło tygodniu wrócił do tych wydarzeń, wciąż nie kryjąc oburzenia na postępowanie Polaka w niemieckiej służbie: „przed kilkoma dniami była potyczka w Krakowie w Łęgu, gdzie zginęło sześciu chłopców oraz kilku Niemców. Bojówka polska zdradzona przez polskiego policjanta”. Jest przy tym dla niego oczywiste, że to żołnierze – jak to ujął – „armii AK” byli w tym starciu reprezentantami polskiego państwa walczącego z Niemcami, a policjant ucieleśniał tę formację, która – mimo jego narodowości – była na usługach Rzeszy.

Trudno było w takich okolicznościach mówić o kontynuacji przedwojennej Policji Państwowej – służby suwerennego państwa. Działo się tak, mimo że przynajmniej na niwie zwalczania przestępczości pospolitej policjanci wykonywali również zadania, które przed wojną realizowała policja polska. Dla Polaków, którzy byli ofiarami przestępstw pospolitych, posterunek granatowej policji był pierwszym miejscem, gdzie mogli się udać po pomoc. Jednak i skuteczność tych działań była z reguły niezbyt wielka. Cytowany już pracownik krakowskiego magistratu celnie ujmował ten problem, 15 kwietnia 1942 r. pisząc o rozszerzającym się pospolitym bandytyzmie: „tak się dzieje, gdy policja, zamiast czuwać nad bezpieczeństwem, używana jest przez władze niemieckie do zupełnie innych praktyk”. Nieprzypadkowo – jak pokazują to cytowane wyżej dzienniki, świadczące o akceptacji akcji wymierzonych w „granatowych” policjantów – z wyrokami śmierci włącznie.

Granatowy policjant podczas pełnienia czynności służbowych, 1941 (fot. Bundesarchiv, Bild 101I-030-0780-12 / Kintscher / CC-BY-SA 3.0)

Wizerunek policjantów usłużnych wobec Niemców, całkowicie im podporządkowanych i traktowanych przez nich z góry, a jednocześnie angażowanych do działań przeciwko własnemu społeczeństwu, w tym do udziału nie tylko w mordowaniu cywilnej ludności żydowskiej i polskiej, ale także w działaniach przeciwko oddziałom AK i innym strukturom podziemia niepodległościowego, pozostał jednoznacznie negatywny. Każdy przejaw nadgorliwości w służbie Niemcom, nadużywania władzy czy brutalnego traktowania mieszkańców był zauważany, działania te często wykonywane były wręcz ostentacyjnie. Szybko stawały się tematem opowieści przekazywanych z ust do ust i tworzyły obraz całej formacji.

Nie zapobiegły temu obrazowi skrywane przejawy tolerancyjnego stosunku do ludności, a tym bardziej tajna współpraca niektórych funkcjonariuszy z podziemiem. W czasie wojny żaden z nich nie mógł przecież wspomnieć o swoich powiązaniach z konspiracją. Prowadząc działania niepodległościowe, musieli zachowywać pozory wiernej służby Niemcom. To nie wpłynęło na poprawienie wizerunku reprezentowanej przez nich formacji, podobnie jak rozmaite działania potajemnie sabotujące represyjne zarządzenia niemieckie.

Ten tekst jest fragmentem artykułu Macieja Korkucia, Niemiecka Polnische Polizei. Historyczny i państwowo-prawny kontekst funkcjonowania granatowej policji w Generalnym Gubernatorstwie 1939–1945 zamieszczonego w pracy zbiorowej „Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939–1945” pod redakcją Tomasza Domańskiego i Edyty Majcher-Ociesy:

Tomasz Domański i Edyta Majcher-Ociesa (red.)
„Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939–1945”
30 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Okładka: twarda
Liczba stron: 296
Premiera: 6.04.2020
ISBN: 978-83-8098-838-5
EAN: 9788380988385

Przymykanie oczu na pokątny handel czy uciekinierów z gett było poważnym naruszeniem dyscypliny. Ale musiało być dyskretne. Z natury rzeczy nie mogło więc znacząco poprawić powszechnie istniejącego wizerunku policjantów, który tworzono przede wszystkim na podstawie codziennie oglądanego i zapamiętywanego jawnego zachowania „granatowych” policjantów, tym bardziej że oprócz zwyczajnej kontroli „granatowych” funkcjonariuszy Niemcy mieli w ich szeregach także swoich zaufanych ludzi czy zwerbowanych konfidentów gestapo. Tak więc każdy ludzki odruch naruszający obowiązki służbowe musiał być skrywany, mógł bowiem pociągnąć za sobą groźne konsekwencje.

Wielu funkcjonariuszy granatowej policji związanych z Państwem Podziemnym w sposób naturalny liczyło na to, że po odzyskaniu suwerenności zostanie poznana ich prawdziwa rola i ukazana prawda o tej części funkcjonariuszy, którzy – obok gorliwców – pozornie służąc Niemcom w ramach Polnische Polizei, faktycznie działali przeciwko Rzeszy na rzecz wolnej Polski. Po odzyskaniu niepodległości miało wyjść na jaw, którzy z nich zostali wierni przedwojennej przysiędze Policji Państwowej. Pozwoliłoby to jednoznacznie oddzielić ich od tych „granatowych” policjantów, którzy dopuścili się zdrady i kolaboracji z okupantem, biorąc udział w zbrodniach przeciw współobywatelom RP.

Niestety po wojnie Polska nie odzyskała niepodległości. Cały obszar kraju został poddany dominacji sowieckiej. Powołane do życia przez Hitlera Generalne Gubernatorstwo i formacje policyjne budowane przez Niemców zostały zastąpione stworzonymi przez Stalina marionetkowymi strukturami komunistycznymi, w pełni zależnymi od Moskwy, tzw. Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego, dość szybko na polecenie Kremla przekształconym w „Rząd Tymczasowy”. Pod ich egidą powstawały kolejne formacje policyjne. Tym razem były to komunistyczne struktury podległe Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Struktury wojewódzkich i powiatowych urzędów bezpieczeństwa (i podporządkowana im Milicja Obywatelska) formowane były pod nadzorem sowieckiego NKWD i – tak jak całość komunistycznych struktur narzuconej Polakom władzy – działały pod ochroną sił zbrojnych Związku Sowieckiego.

Policjanci zaangażowani w działalność niepodległościową nie tylko nie mogli ujawnić swej prawdziwej roli w czasie wojny, ale doświadczyli prześladowań ze strony komunistów i to zarówno dlatego, że służyli w granatowej policji, jak i z racji bycia żołnierzami ZWZ-AK, służby w PKB czy innych strukturach niepodległościowych. Do tego doszły represje za ich przedwojenną służbę w Policji Państwowej, którą w propagandowym języku komunistycznym zaczęto zrównywać czy wręcz utożsamiać ze służbą w okupacyjnej Polnische Polizei.

Środowiskom, które na mocy decyzji Stalina formowały powojenne komunistyczne struktury państwa, zależało na stworzeniu wrażenia ciągłości instytucjonalnej między przedwojenną Policją Państwową a okupacyjną granatową policją, przedstawianych jako jednolita formacja „burżuazyjnego państwa”. Miał to być element budowania negatywnego wizerunku II RP, działanie z gatunku czarnego public relations, ukierunkowane na zrównanie organów wolnego, suwerennego państwa sprzed 1939 r. z organami okupującej ziemie polskie Rzeszy Niemieckiej. Zarazem miało to być przykrywką dla faktycznie antypaństwowego charakteru działalności komunistów w latach 1918–1939 w interesie obcego państwa przez sugerowanie, że już wtedy ich przeciwnikiem była granatowa policja, a więc służba ze swej istoty nie zasługująca na szacunek i uznanie.

Tego rodzaju ahistoryczne, ale propagandowo użyteczne przenoszenie określenia „granatowy” policjant z czasów wojny na przedwojennych funkcjonariuszy Policji Państwowej były upowszechniane. Nawet w tytule i treści dekretu PKWN z 15 sierpnia 1944 r. świadomie dokonano przekłamania, pisząc „o rozwiązaniu policji państwowej (tak zwanej granatowej policji)”. Zabieg taki, jednoznacznie obraźliwy dla funkcjonariuszy Policji Państwowej sprzed 1939 r., pojawia się zarówno w publikowanych, jak i niepublikowanych wspomnieniach komunistów, dotyczących ich przedwojennej działalności (np. „granatowy policjant zabierał ojca z domu do aresztu” albo „zawiść przeciw granatowym nie pozwoliła jednak wytrzymać nerwowo”).

Warto zauważyć, że w oczach stalinowskiej władzy większym przestępstwem była niekiedy służba w przedwojennej Policji Państwowej niż w granatowej policji w czasie wojny, chociaż w propagandzie komunistycznej nie szczędzono wysiłków, aby jeszcze bardziej pogłębić czarny obraz granatowej policji. Wymowny jest przykład Józefa Kaźmierczaka, który jako funkcjonariusz wydziału śledczego Policji Państwowej zajmował się rozpracowywaniem między innymi organizacji komunistycznych oraz zwalczaniem agentów i dywersantów niemieckich. Pod koniec grudnia 1939 r. wysłano go do Zamościa, gdzie znalazł się w szeregach granatowej policji. Na miejscu podjął współpracę z organizacjami podziemnymi. Po wojnie władze komunistyczne zrehabilitowały go za okres służby w Polnische Polizei. Natomiast w 1951 r. za służbę w Policji Państwowej niepodległej Polski przed 1939 r. został skazany na 15 lat więzienia.

Dopiero w schyłkowym okresie istnienia PRL i po jej upadku pojawiła się możliwość bardziej rzeczowej analizy roli granatowej policji. Mimo to generalnie w polskich publikacjach naukowych oraz w ujęciach obiegowych w czasie wojny i po jej zakończeniu oraz po odzyskaniu niepodległości po 1989 r. granatowa policja była i jest w Polsce oczywistym synonimem służby na usługach Rzeszy Niemieckiej. Nie miał co do tego wątpliwości Adam Hempel. Opisując stan świadomości polskiego społeczeństwa, stwierdzał wówczas jednoznacznie: „Mamy sytuację, kiedy prawie każdy Polak zna termin »policja ’granatowa’«, pod którym nie kryje się jednak bardziej określona treść merytoryczna. Najczęściej jest to synonim zdrady i kolaboracji”. W dyskursie zarówno publicystycznym, jak i naukowym jako postacie pozytywne traktowani byli przede wszystkim ci funkcjonariusze, których represjonowano za odmowę gorliwej służby Niemcom, lub tacy, którzy podjęli współpracę ze strukturami Polskiego Państwa Podziemnego przeciwko Niemcom.

Podobnie w publikacjach ukazujących się w następnych dekadach jako oczywiste traktowane było stwierdzenie, że policja ta przeszła do historii „jako wspomnienie o kolaborantach, zdrajcach i renegatach. Taka a nie inna ocena […] wyniknęła m.in. z poddania jej ścisłemu i bezpośredniemu nadzorowi niemieckiemu (dowódcy [niemieckiej] policji porządkowej, BdO), a także z wykonywania przez nią w zasadzie tych samych czynności i obowiązków co niemiecka policja porządkowa”.

Ten tekst jest fragmentem artykułu Macieja Korkucia, Niemiecka Polnische Polizei. Historyczny i państwowo-prawny kontekst funkcjonowania granatowej policji w Generalnym Gubernatorstwie 1939–1945 zamieszczonego w pracy zbiorowej „Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939–1945” pod redakcją Tomasza Domańskiego i Edyty Majcher-Ociesy:

Tomasz Domański i Edyta Majcher-Ociesa (red.)
„Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939–1945”
30 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Okładka: twarda
Liczba stron: 296
Premiera: 6.04.2020
ISBN: 978-83-8098-838-5
EAN: 9788380988385

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Maciej Korkuć
Historyk, absolwent Wydziału Historycznego UJ, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie. Adiunkt w Akademii Ignatianum w Krakowie. Od 2016 r. naczelnik oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Krakowie oraz naczelnik oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa. Koordynuje działania IPN na rzecz przeciwdziałania gloryfikacji systemów totalitarnych w przestrzeni publicznej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy