Autor: Paul Lieberman
Tagi: Beletrystyka, Książki, 1945-1989, Ameryka Północna
Opublikowany: 2013-01-31 08:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Przed kim trzęsie się mafia w Los Angeles?

Co robić, gdy właśnie zakończyła się największa wojna w dziejach, a w twoim mieście panoszy się przestępczość? Na takie pytanie musieli sobie odpowiedzieć policjanci z Los Angeles w roku 1946...
REKLAMA

Zobacz też:

– Dzwonił Willie Burns – powiedziała Connie O’Mara, kiedy jej mąż Jack wrócił do domu.

– Czego chciał?

– Żebyś wrócił na komendę.

– Okej, szefie.

W Los Angeles było chłodne, jesienne popołudnie, więc sierżant John J. O’Mara wyciągnął z szafy płaszcz i zdjął fedorę z wieszaka za prowadzącymi do ogrodu drzwiami mieszkania (wynajmowali je, od kiedy wrócił z wojny). Na jego piersi, w kaburze na szelkach, spoczywał rewolwer.

Al Capone, legendarny mafiozo z Chicago, kwiecień 1931

Ich stary plymouth stał zaparkowany naprzeciw katolickiego kościoła św. Anzelma, którego proboszcz wrobił O’Marę w zbieranie na tacę podczas mszy, uważając, że młody irlandzki sierżant idealnie nada się do tej czynności. Odpowiedzią było spojrzenie niebieskich oczu.

Mieszkanie O’Marów znajdowało się zaledwie trzy mile od komendy policji Los Angeles przy 77 ulicy, na skraju dzielnicy Watts, więc podczas jazdy Jack nie miał zbyt wiele czasu na zastanawianie się, dlaczego porucznik Burns wzywa go po godzinach. O’Mara był podpadnięty, ponieważ przyskrzynił szajkę złodziei, wśród których znajdował się nastoletni syn komendanta policji. Niektórzy starzy wyjadacze uważali, że Jack powinien pozwolić, aby dokumentacja sprawy znikła bez śladu. Nie pozwolił.

Kiedy dotarł na komendę, w pomieszczeniu wydziału znajdowało się osiemnastu mężczyzn. Niektórzy z nich byli ogromni; Jack nigdy w życiu nie widział większych gliniarzy. Nie, nie chodziło o tamto. Większość zgromadzonych, podobnie jak O’Mara, nosiła płaszcze i kapelusze. Porucznik Willie Burns opuścił rondo swojego nisko na oczy, wzorem czarnych charakterów.

Czekał na końcu sali. Twardy, niski facet, który wcześniej służył jako artylerzysta w marines. Na początku swojej kariery w policji został postrzelony. Stał za ławką, na której leżał maszynowy thompson.

– Dostaliśmy polecenie utworzenia jednostki specjalnej – powiedział, zabawiając się rozkładaniem i składaniem broni. Robił to absolutnie bez wysiłku.

Tak właśnie wówczas to nazwał: jednostka specjalna. Później, przed sądem, zeznawał: „Moim głównym obowiązkiem było rozprawienie się z gangsterskimi porachunkami i utrzymanie niektórych twardzieli pod kontrolą”. Teraz jednak podał osiemnastu mężczyznom konkrety: jeśli się do niego przyłączą, ich celem staną się między innymi Benjamin „Bugsy” Siegel, playboy i były członek nowojorskiego gangu Murder Inc., czy Jack Dragna, sycylijski importer bananów, który cichcem zarządzał w Los Angeles nielegalnym hazardem i powiązanymi z nim interesami. Większość policjantów nawet o nim nie słyszała, choć pociągał za wszystkie sznurki zorganizowanej przestępczości w mieście.

Kojarzyła natomiast kolejne nazwisko, choćby dlatego że ­Mickey Cohen rok wcześniej zabił grubego bukmachera. Można było powiedzieć, że facet jest człowiekiem stąd. Urodzony w Brook­lynie jako Meyer Harris Cohen, w dzieciństwie przeniósł się z matką na Zachód, dorastając w Boyle Heights, dzielnicy biedy w Los Angeles. Najpierw jako gazeciarz walczył o narożniki ulic, później, mierząc zaledwie metr sześćdziesiąt pięć, boksował za kasę w wadze muszej. Mickey był drobnym mężczyzną, który wkrótce się przekonał, że broń może uczynić go potężniejszym. Z boksu wszedł płynnie w branżę gry w kości i napadów rabunkowych na kasyna w okolicach Cleveland i Chicago, aż w końcu ten „żydowski dzieciak” zwrócił uwagę starej mafii Capone’a. Poradzono mu, aby przeniósł się na Zachód, przyuczył do rzemiosła u noszącego kaszmirowe garnitury Bena Siegela i być może pomógł mięśniakom Bugsy’ego w usunięciu z Los Angeles drugorzędnych graczy. Mickey nie cieszył się w nowym środowisku uznaniem aż do tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego, kiedy to do jego słabo zakamuflowanego salonu hazardu, urządzonego w sklepie z farbami w Santa Monica, wparował studziesięciokilogramowy Maxie Shaman. Mickey twierdził, że Maxie zjawił się tam z czterdziestkąpiątką znalezioną później przy jego ciele, a on sam, nie mając wyboru, strzelił do napakowanego bukmachera z trzydziestkiósemki, którą trzymał w biurku.

Jakiś czas później siedem strzałów na jednej z ulic w Beverly Hills dostał inny bukmacher, Paulie Gibbons. W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym przyszła kolej na dwóch chicagowskich bandziorów: Benniego „Ciepłe Kluchy” Gamsona i George’a Levinsona, o których podwójnej egzekucji prasa krzyczała nagłówkiem: HAZARDOWA WOJNA GANGÓW! Władze Los Angeles uznały, że ta kropla przepełniła czarę.

Oto dlaczego porucznik Willie Burns spotkał się w październiku tego roku z osiemnastką wybrańców.

– To będzie wasze narzędzie pracy – oznajmił, podnosząc thompsona i wsuwając na miejsce okrągły, pięćdziesięciostrzałowy magazynek.

Propozycja była następująca: nadal figurują na listach dyżurów w swoich dotychczasowych posterunkach, podczas gdy tak naprawdę miejscem ich pracy są dwa stare, zardzewiałe fordy. Nie dokonują aresztowań. Jeśli trzeba kogoś zatrzymać, dzwonią do wydziału zabójstw, rabunkowego albo do obyczajówki. Wykonują „inne roboty”, jak to określił komendant C.B. Horrall. Do dyspozycji mają gotówkę, fundusz tajnych służb przeznaczony na opłacanie informatorów rozpracowujących Bugsy’ego, Dragnę czy Mickeya Cohena. Nie dostaną biura. Spotkania będą się odbywać na ulicach, parkingach i wzgórzach. Przestaną istnieć.

Burns dał im tydzień na zastanowienie się i przemyślenie kilku rad udzielonych przez starego porucznika z „siedemdziesiątki siódemki”, który stwierdził, że robota w podobnej jednostce robi wrażenie na przełożonych i na dodatek może uczynić z człowieka bohatera.

– Albo pomaga skończyć gdzieś w San Pedro, we mgle – dodał.

Sierżant Jack O’Mara zapalił fajkę.

– Cokolwiek zdecydujecie, nie pakujcie się w żadne tarapaty – przestrzegał stary wyga.

Po tygodniu wróciło zaledwie siedmiu. Łącznie z Burnsem jednostka specjalna składała się więc z ośmiu ludzi. Jednym z nich był O’Mara, który musiał wytłumaczyć żonie, co znajduje się w stylowym futerale na skrzypce pod łóżkiem.

Powyższy tekst pochodzi z książki Paula Liebermana pt. „Gangster Squad. Pogromcy Mafii”.

Paul Lieberman
„Gangster Squad. Pogromcy mafii”
35,00 zł
Okładka: miękka
Liczba stron: 544
Format: 142 x 202 mm
ISBN: 978-83-7839-418-1
REKLAMA
Eliot Ness, lider "Nietykalnych", główny przeciwnik Ala Capone

SIERŻANT GERARD „JERRY” WOOTERS dołączył do nich później. Nie służył do mszy, nie palił fajki, wolał cygara i papierosy, które zawsze zwisały mu z kącika ust. Był chudy, kościsty i zawsze dopinał swego. Ot, syn wędrownego poszukiwacza złota, który przybył do Kalifornii popychany marzeniem o szybkiej fortunie, ale przez większość czasu klepał biedę. Jerry próbował uniknąć wojny, ale mu się nie udało; na Pacyfiku został postrzelony i wylądował samotnie na dryfującym pontonie. Wiedział, że jeśli pierwsi znajdą go Japończycy, będzie martwy, lecz trafił na swoich i skończyło się na medalach. Po powrocie do domu zachował zdjęcia z atrakcyjnymi, pomagającymi mu w powrocie do zdrowia pielęgniarkami… Jako policjant bywał hardy i opryskliwy, zarówno w stosunku do bandziorów, jak i przełożonych. Już w swojej pierwszej sprawie w wydziale gangsterskim poprowadził dochodzenie, które na zawsze zmieniło reguły obowiązujące w policji w Los Angeles.

Sierżanci Jerry Wooters i Jack O’Mara nie mieli ze sobą nic wspólnego. Poza obsesją na punkcie Mickeya Cohena.

W końcu Jack postanowił zastawić na winnego morderstwa Cohena pułapkę i pokonać go jego własną bronią, podczas gdy Wooters zawarł tymczasem sojusz z rywalem Mickeya, potężnym Jackiem „Gorylem” Whalenem. Mężczyzną, który szczycił się tym, że nie potrzebuje broni (wystarczały mu pięści), i marzył o karierze w Hollywood.

Żaden nie powiedział drugiemu o tym, co zrobił.

PRZEZ DZIESIĘĆ LAT, jakie minęły od potwierdzenia przez FBI J. Edgara Hoovera istnienia mafii w Mieście Aniołów, wydział podjął wszelkie środki, żeby z życia Mickeya Cohena i jego kumpli uczynić piekło. Jego członkowie ostrzeliwali samochody gangsterów i zabierali przyjezdnych bandziorów na pogawędki do Mulholland Drive, strasząc ich i odsyłając do domu. Pod pretekstem likwidacji termitów i montażu telefonów założyli pluskwy w telewizorze i przy łóżku kochanki Mickeya (pal licho nakazy!). Zneutralizowali też niewygodną dziennikarkę i wyświadczyli kilka poufnych przysług Jackowi Webbowi, który chwalił miejską policję w swoim telewizyjnym show. Kradli gangsterom pistolety i notesy z adresami, zamiast czekoladek zostawiając im na poduszkach anonimowe wiadomości.

Pojawiały się sygnały o zamknięciu jednostki – jakieś pozwy, sprawy sądowe, jeden czy dwaj sceptyczni szefowie policji – ale lata pięćdziesiąte dało się przetrwać. To właśnie wtedy jeden z procesów oparł się o stanowy sąd najwyższy, a członek wydziału, Jerry Wooters, trochę zbyt lekkomyślnie podszedł do swych obowiązków podczas pamiętnej nocy w Valley. Kula, którą dostał między oczy, oznaczała koniec żywota jednostki specjalnej, podobnie zresztą jak pewnej ery w historii Los Angeles.

Jednostka działała w czasach i miejscach, w których prawda chowała się po kątach, a sprawiedliwość, zamiast w marmurowych budynkach sądów, wymierzano na ulicach. To właśnie było ich Los Angeles, słoneczne miasto pełne palm i pomysłów na życie, które przez sto lat udawało, że zło przychodzi doń z daleka…

Fred Whalen nauczył się przekrętów nad Missisipi, która dzieli Amerykę na dwie części, podczas gry w bilard i podczas religijnych obrzędów. Urodził się w roku 1898 w Alton, w stanie Illinois, w górę rzeki od St. Louis. Jeszcze kiedy był nastolatkiem, przejrzał na wylot wędrownych kaznodziejów organizujących przedstawienia w namiotach, stodołach, a czasem nawet w prawdziwych kościołach. Widział ludzi wijących się podczas kazań w „boskiej” ekstazie i natychmiast wyczuwał, o co w tym chodzi; byli to podstawieni oszuści, naganiacze. Mały Freddie nie był wyższy od kościelnej ławki, ale doskonale rozumiał, że ci, którzy wyginają ciała w bocznych nawach, zwyczajnie udają, więc nakrywał ich swoją kurtką, psując widowisko… Dopóki ich mocodawcy nie zaczęli płacić mu po pięć dolarów, aby trzymał się z daleka.

Na tych, którzy nie korzystali z usług podrygujących podczas kazania świętych wijców, Freddie miał inny sposób. Nie potrzebował śpiewnika – znał na pamięć wszystkie słowa standardowych pieśni. Takich jak choćby Czyś skąpany we krwi?, więc wstawał razem z tłumem i śpiewał na cały głos ostatnie wersy:

Czy twe szaty są bez skazy?

Czy białe lśnią jak śnieg?

Czyś skąpany we krwi Baranka?

Kaznodzieja, chcąc przejść do rzeczy, dawał sygnał, by wierni zajęli miejsca w ławkach, a ludzka rzesza potulnie odnosiła się do zaleceń. Wszyscy, z wyjątkiem Freddiego. Stojąc, zaczynał od nowa: „Czyś skąpany we krwi?”. Wierni, naturalnie, wstawali i przyłączali się do chłopca, powtarzając pieśń raz jeszcze, od początku do końca. Kaznodzieja ponownie zapraszał gestem obecnych, by ci usiedli, jednak Freddie po raz kolejny intonował refren. Umowa z tymi pasterzami była dokładnie taka sama jak poprzednio: pięć dolców i już mnie nie ma.

Powyższy tekst pochodzi z książki Paula Liebermana pt. „Gangster Squad. Pogromcy Mafii”.

Paul Lieberman
„Gangster Squad. Pogromcy mafii”
35,00 zł
Okładka: miękka
Liczba stron: 544
Format: 142 x 202 mm
ISBN: 978-83-7839-418-1
REKLAMA

Jako bilardzista Freddie okazał się prawdziwym geniuszem – w piątej klasie, bez żadnych podstępów, potrafił pokonać w Alton każdego. Stary wyga, znany jako Tennessee Brown, zobaczył kiedyś, jak chłopak ogrywa kilku całkiem dobrych zawodników za kubek pełen drobnych, i ubłagał jego rodziców, by pozwolili mu wziąć go pod swe skrzydła. Ojciec Freddiego pracował jako zwrotniczy w Illinois Terminal, ale dorastał w Irlandii podczas zarazy ziemniaczanej i klęski głodu, więc znał wartość dodatkowego zarobku. Wkrótce młody brał udział w pokazach, podczas których porywał tłumy, strącając bile ustawione na butelkach po coca-coli. Popisywanie się przed publicznością było przyjemne, ale prawdziwym zyskiem okazało się doskonalenie sztuki udawania słabego i zwyciężania w taki sposób, aby rywal był przekonany, że przegrywa wyłącznie z własnej winy. Freddie rzucił szkołę i wyruszył w drogę ze swoim kijem pod pachą i mentorem, który prowadzał go po kolejnych nadrzecznych knajpach i salach bilardowych, szlifując umiejętności podopiecznego. Niekiedy Tennessee Brown proponował komuś grę, w której on miał wbijać tylko do jednej łuzy, podczas gdy przeciwnik do pozostałych pięciu. Odbierał wygraną i zapalał cygaro za dwadzieścia pięć centów.

– Założę się, że nie ograsz nawet tego dzieciaka – mówił do pokonanego.

Dzieciństwo Freddiego oficjalnie skończyło się w chwili, kiedy jego ojciec zapadł na gruźlicę i nie mógł przestać kaszleć. Nasłuchawszy się o cudownych lekarstwach, John Whalen wybrał się bez rodziny do pięknego, odległego miejsca zwanego Kalifornią. Powrócił cztery tygodnie później, stęskniony i kaszlący jak przedtem. Gdy umarł w tysiąc dziewięćset dwunastym, Freddie miał czternaście lat.

Chłopak przeniósł się do Chicago i wszystko, czego nauczył się na temat ludzkiej natury, wykorzystywał jako domokrążny sprzedawca. Był szczupły, ale mierzył blisko metr osiemdziesiąt, a szary garnitur przydawał mu dojrzałości. Nawet jeśli niektórym nie podobał się jego przesadny uśmiech (naturalny grymas handlarza), nawet jeśli wydawał się im fałszywy, trudno. Większość lubiła oglądać go w swych domach. A kiedy Freddie przekonał dwa miejscowe zakłady fotograficzne, że zostanie ich przedstawicielem, mógł dodatkowo zaproponować każdej odwiedzanej rodzinie kupno certyfikatu na familijny portret o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Za dolara. I nigdy nie pozwolił, by jedno studio dowiedziało się, że reprezentuje drugie, i na odwrót.

Wkrótce zaczął handlować bardziej wyszukanym towarem – urządzeniami do wypisywania czeków. Ludziom obawiającym się, że ktoś może sfałszować wystawione przez nich polecenia wypłaty, oferował aparat przypominający maszynę do pisania, który wbijał czcionki w papier, perforował go, pozostawiając kwotę i dosłownie wycinając czek. Freddiemu z łatwością udawało się przekonywać klientów, że bez tego urządzenia ich konta bankowe znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie, więc wkrótce producent zaproponował mu wyjazd do Nowego Jorku w charakterze tamtejszego przedstawiciela. Odmówił z powodu dziewczyny.

Charles Lucky Luciano, jeden z liderów mafii nowojorskiej, 1948

W pamięci rodziny Whalenów zachowały się dwie wersje spotkania Freddiego z Lillian Wunderlich. Pierwsza z nich czysto amerykańska, słodka, romantyczna i niewinna. Według niej praca zawiodła chłopaka do St. Louis, gdzie zatrzymał się w tętniącym życiem pensjonacie prowadzonym przez matkę Lillian. Rodzina Wunderlichów była ogromna – szesnaścioro dzieci, z których wiele dorastało, pracując na farmie w Pacific, w stanie Missouri. Być może dlatego chłopcy mieli tyle siły. Jeden z nich, Augustus, zwany Gusem, potrafił jedną ręką podnieść najcięższe krzesło w domu, ale to najstarsza dziewczynka była powodem powrotów Freddiego. Urodzona w roku 1899, rok młodsza od niego Lillian miała czternaście lat, kiedy po raz pierwszy wyszła z nim w towarzystwie kilku Wunderlichów, którzy chcieli mieć oko na grywającego w bilard sprzedawcę o przesadnym uśmiechu.

Druga wersja sugerowała, że Wunderlichowie doskonale wiedzieli, kogo wpuszczają do rodziny. Młody Gus uwielbiał religijne widowiska organizowane w okręgach z trocin; po obejrzeniu jednego z nich, kolejnej nocy zaciągnął do stodoły swoje siostry.

– Musicie to zobaczyć – przekonywał Lillian i Florence.

Usiedli na antresoli, obserwując kaznodzieję.

– WIEM, że jest wśród was grzesznik – nawoływał do tłumu mężczyzna. – Pijący, uprawiający hazard i uganiający się za kobietami grzesznik. Lecz jeśli wszyscy pochylimy głowy, on zbliży się DZIŚ do Pana. Ujawnij się, grzeszniku. UJAWNIJ SIĘ!

Po tych słowach wystrojony młody mężczyzna, ciemnowłosy i patykowaty, zerwał się na równe nogi.

– Ja nim jestem! – wykrzyknął, zalewając się łzami, i ruszył na kolanach po zbawienie.

Oczywiście, był to Fred Whalen. Po ceremonii Gus poprowadził siostry na tyły stodoły.

– Same zobaczcie.

Powyższy tekst pochodzi z książki Paula Liebermana pt. „Gangster Squad. Pogromcy Mafii”.

Paul Lieberman
„Gangster Squad. Pogromcy mafii”
35,00 zł
Okładka: miękka
Liczba stron: 544
Format: 142 x 202 mm
ISBN: 978-83-7839-418-1
REKLAMA

Freddie wymieniał właśnie uścisk dłoni z odzianym w sutannę mężczyzną, który przekazywał mu jednocześnie coś zielonego. Skruszony grzesznik najwyraźniej nie był już wrogiem wędrownych kaznodziejów.

Lillian Wunderlich została oczarowana w jednej chwili; później lubiła opowiadać, że mniej więcej w połowie ubiegłego wieku również jej babcia chodziła na tańce z Frankiem i Jessiem Jamesami, którzy obrabiali pociągi, więc fascynację określonym typem mężczyzn ona, Lillian, miała we krwi. Wyszła za zaledwie siedemnastolatka Freda, gdy sama skończyła szesnaście lat. Miesiąc miodowy spędzili w hotelu Mineral Springs w Alton, reklamującym się terapeutycznymi właściwościami sprzedawanych w butelkach wód bąbelkujących pod jego fundamentami.

Najpierw urodziła im się córka Bobie, a potem syn Jack. Kilkadziesiąt lat później rodzina utrzymywała, że chłopiec był olbrzymi – ważył po porodzie dobrze ponad cztery kilogramy, może sześć, a może nawet siedem… Rodowe legendy różniły się w tej kwestii. Akt urodzenia sporządzony w stanie Missouri nie zawierał jednak informacji o wadze noworodka. Potwierdzał tylko fakt, że Jack Fredrick Whalen urodził się tuż po północy 11 maja 1921 roku.

ROK PÓŹNIEJ Fred Whalen poprowadził cały klan na Zachód, zabierając ze sobą młodą żonę, dwójkę dzieci i tłum Wunderlichów. Pojawił się w ich pensjonacie w modnym ubraniu, z dwudziestoma sześcioma dolarami w kieszeni, kijem bilardowym i dwoma samochodami.

– Kto chce jechać do Kalifornii, niech się zaraz pakuje. Wyjeżdżamy – oświadczył.

Meyer Lansky (w kapeluszu), prawa ręka Lucky'ego Luciano, 1958

Do dwóch czekających na zewnątrz aut wcisnęło się dwanaście osób.

Jednym z samochodów był czarny „miejmy-nadzieję-że-odpali” sedan, wyprodukowany przez fabrykę Dorris Motor Car Company z St. Louis („Podnosimy nasze standardy, nie zniżając ich do naszych cen”), która wkrótce miała zostać zlikwidowana. Drugim natomiast okazał się zachwycający marmon touring, dzieło firmy z Indianapolis, mającej również na koncie żółtego, jednoosobowego speedstera, który zwyciężył w pierwszym zorganizowanym w mieście ośmiusetkilometrowym wyścigu. Obecnie fabryka Marmon oferowała wymagającym kierowcom „wielki samochód o wielkiej klasie”, z dużą przestrzenią z tyłu dla pasażerów, stopniami nadwozia po obu stronach, pionierskim rozwiązaniem w postaci wstecznego lusterka i z kratą na masce ozdobioną srebrnym ornamentem. Podobną dekorację można było zobaczyć na autach milionerów, właścicieli potężnych korporacji, a właśnie na kogoś takiego w małych, mijanych po drodze miasteczkach zgrywał się Fred.

Zatrzymywali się na piaszczystych, przydrożnych obozowiskach na obrzeżach amerykańskiego Gdziekolwiek, po czym wysiadali z samochodu. Wszyscy, oprócz Freda, jego młodej żony i Gusa o żelaznych muskułach. Nad małym Jackiem, podróżującym w prowizorycznej kołysce umocowanej liną przedniego siedzenia, opiekę przejmowała ciotka. Podczas gdy Wunderlichowie wędrowali po okolicy w poszukiwaniu jakiejś farmy i polowali na zabłąkane kurczęta, które mogliby ugotować, Fred wkładał swój trzyczęściowy garnitur, Lillian wdziewała suknię z falbankami i odpowiedni kapelusz, Gus zaś stroił się w białą koszulę, kamizelkę i… czapkę szofera. Cała trójka udawała się imponującym marmonem w kierunku głównej ulicy miasteczka; małżonkowie siedzieli z tyłu, a Gus za kierownicą. Fred nazywał go „dzieciakiem” albo „młodym”, ale chłopak, mający praktykę w prowadzeniu wszelkich pojazdów na wsi i majsterkujący przy silnikach, od kiedy rzucił szkołę w szóstej klasie, nadawał się na szofera idealnie.

W każdym mieście szukał najbardziej obleganego baru i parkował auto naprzeciwko. Kiedy podnosił maskę, wokół zbierali się gapie, zapatrzeni zarówno w samochód (który z pewnością nie był fordem), jak i na siedzącą w środku królewską parę w nieskazitelnych strojach. Gus sprawdzał coś w silniku i kręcił głową, pytając, czy ktokolwiek wie, gdzie w pobliżu można dostać narzędzia. Następnie podchodził do tylnych drzwi.

– Przepraszam pana, ale naprawa potrwa chwilę – mówił do Freda. – Może wejdą państwo do środka i odpoczną? Tam na pewno jest chłodniej.

Fred chwytał Lillian za rękę i prowadził do baru. Znikali w środku, a któryś z miejscowych natychmiast zadawał pytanie.

– Kto to taki?

Szofer Gus opowiadał wtedy o instytucji finansowej zarządzanej przez Freda, zajmującej się konsolidowaniem i stowarzyszaniem tego i owego.

– Macie tu jakiś stół bilardowy? – pytał.

– Jasne.

– Wiecie, mój szef uważa się za bilardzistę. Myśli, że potrafi grać…

Rozglądając się na prawo i lewo, jakby upewniając, że „pracodawcy” nie ma w pobliżu, Gus wyjawiał, że jeśli tylko ktoś wie, co robi, i jest trzeźwy, może z łatwością pokonać pyszałka. Prosił przy tym jedynie, by ewentualny zwycięzca odpalił coś z wygranej miłemu służącemu, który dał mu cynk, w uznaniu zasług, jak już puści jego szefa w skarpetkach. Wiadomość, że w mieście przebywa bogaty i łatwy do oskubania cel, rozprzestrzeniała się bardzo szybko.

W ten właśnie sposób Whalenowie i Wunderlichowie finansowali swoją podróż na Zachód. Z pieniędzy wygranych przez Freda od wszystkich frajerów zaludniających serce Ameryki.

Powyższy tekst pochodzi z książki Paula Liebermana pt. „Gangster Squad. Pogromcy Mafii”.

Paul Lieberman
„Gangster Squad. Pogromcy mafii”
35,00 zł
Okładka: miękka
Liczba stron: 544
Format: 142 x 202 mm
ISBN: 978-83-7839-418-1
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Paul Lieberman
Przez lata pracował jako dziennikarz i publicysta dziennika „Los Anglees Times”. Uhonorowano go wieloma dziennikarskimi nagrodami, m.in. Robert F. Kennedy Awards Grand Prize, George Polk Award, Gerald Loeb Award i American Society of Newspaper Editors Award. Jako członek redakcji „Los Angeles Times” był honorowany Nagrodą Pullizera.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy