Sąsiedzi z listą nazwisk

opublikowano: 2026-02-19, 10:33
wszelkie prawa zastrzeżone
We wrześniu 1939 roku na Pomorze wkraczał nie tylko Wehrmacht – rodziła się też lokalna machina śmierci tworzona przez sąsiadów, nauczycieli i rzemieślników. Śledztwo prowadzi do prawdy o Volksdeutscher Selbstschutz: zorganizowanej formacji, która z list nazwisk uczyniła narzędzie pierwszych masowych egzekucji na Polakach…
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Marka Łuszczyny „Bękarty Polski”.

Członkowie Selbstschutzu z Łobżenicy

Siedział teraz w małym pokoju przesłuchań i szukał słów, by udzielić odpowiedzi na zadane mu pytania: kogo, gdzie konkretnie i na czyj rozkaz pochował sześć lat temu? Nikt z nas nie uderzył go nawet ręką. Globke został rozkuty. Niemiec od początku zachowywał się dziwnie. Dygotał, odchrząkiwał, prosił o wodę, robił bardzo długie przerwy; widać układał w sobie to wszystko. „Panowie nie wiecie, co tu się działo przed wojną. W ogóle nie znacie realiów wcześniejszych. Polacy nas tu prześladowali jedynie dlatego, że byliśmy Niemcami. A już tak od maja 1939 roku to na porządku dziennym były wyzwiska, tłucznie okien, przebijanie opon w kołach od wozów i pogróżki, że jak zaczniemy wojnę, to nas wszystkich wystrzelają. Składaliśmy zażalenia i prosiliśmy policję o pomoc, ale tylko nas zbywano. Wiadomo – skarżyliśmy się Polakom na Polaków. Była potrzeba, żeby się jakoś przeciwstawić temu wszystkiemu, bo te szykany wzbudzały w nas coraz większy strach. Z troski o własne dzieci i żony w kilku powiatach wpadli na pomysł utworzenia takich oddziałów samoobrony społecznej. Małe grupki, takie po kilku chłopaków, niektórzy to z zabytkową bronią. W jednej wsi to nawet sołtys się w to zaangażował. Nazwali się Volksdeutscher Selbstschutz. Samoobrona, bo właśnie o to chodziło o to, żeby się bronić. Jednak jak wszędzie, w każdej grupie zdarzają się źli ludzie, czarne owce. Kiedy wybuchła wojna i rozpoczął się szał zabijania zarówno po niemieckiej, jak i po polskiej stronie, to przyszło do mnie do domu dwóch takich i owakich i powiedzieli mi, że mają Żydów do zakopania i żebym brał łopatę, bo muszę pomóc. To było dziewiętnastego września. Jak się dowiedziałem, ciał było dwadzieścia pięć. Leżały na wozie nakryte jakimiś katanami. Dzień wcześniej wezwano tych ludzi do ratusza pod pozorem omówienia jakichś spraw związanych z obroną przeciwlotniczą. Po zapadnięciu zmroku poprowadzono ich związanych do pobliskiej synagogi i tam pobito do nieprzytomności a później, już leżących na podłodze, zastrzelono”.

„Miasto było całkowicie opanowane przez Wehrmacht od trzeciego września, prawda?” Nie mogłem oderwać oczu od jego trzęsących się dłoni. Globke nie potrafił nad nimi zapanować. „Od drugiego września. Tamci kazali wziąć ze sobą łopatę. Zawieźli samochodami na miejsce. Kopali Polacy i Niemcy. Kilkanaście osób”. „Pamiętasz kogoś?” „Znałem jednego z nich, Harry’ego Schultza z Łobżenicy. Nie wiem, czy przeżył wojnę. Cała akcja trwała dwie godziny”. „Skoro Starogard był już drugi tydzień niemiecki i stacjonowały tam regularne odziały wojska, a także z całą pewnością SS, to skąd pewność, że mordu dokonali akurat ci watażkowie, co się skrzyknęli w samoobronę?”

reklama

Spojrzałem na niego z uwagą. Już kończyliśmy. „No przecież oni tam cały czas ze sobą rozmawiali podczas naszego kopania. Jeden opowiadał, jak ich strzałami w szyję dobijał”. „Naprawdę? Takie były rozgadane te czarne owce zrodzone ze strachu przed sąsiadami Polakami?” Niemiec pochylił głowę i odezwał się wyjątkowo spokojnie: „Tak, bo wtedy wszyscy myśleli, że jak Rzesza nastała, to będzie już z nami na zawsze”. Rauch spojrzał na mnie, a potem błyskawicznym ruchem sięgnął po pałkę i z całej siły rąbnął Globkego w te trzęsące się łapy. „Gdzie dokładnie ludzi zakopywałeś?” Niemiec nawet nie jęknął, jakby te ręce nie były jego. „W Lesie Szpęgawskim, dziesięć kilometrów od Starogardu, niedaleko Jeziora Jamertal”. „Jutro tam sobie wszyscy pojedziemy na wizję lokalną”, wtrąciłem się i przerwałem przesłuchanie, żeby go Rauch nie zatłukł. Ale nie przewidziałem, że za wyjątkową skłonnością Ferdynanda Globkego do zwierzeń stoi poczucie winy. A może był to strach przed karą? Jeszcze tej samej nocy – w zbiorowej celi, nie obudziwszy nikogo – skutecznie podciął sobie żyły.

Następnego ranka wiedzieliśmy zatem, że zbrodni na dwudziestu pięciu Żydach ze Starogardu dokonało kilkunastu niemieckich cywilów z polskim obywatelstwem, volksdeutschów, spontanicznie zorganizowanych w samoobronę społeczną.

Ale to nie była cała prawda.

Egzekucja przeprowadzana przez Selbstschutz w Piaśnicy

Zleciliśmy starogardzkiemu urzędowi powiatowemu odnalezienie Harry’ego Schultza, którego nazwisko wypłynęło podczas przesłuchania a sami pojechaliśmy do Szpęgawska, małej wsi w pobliżu miejsca, które wskazał Globke. Nie było sensu szukać jednej zbiorowej mogiły w wielkim lesie. Zakładaliśmy, że Niemiec zeznał prawdę, ale najpierw chcieliśmy sprawdzić, czy którykolwiek z mieszkańców pobliskiej osady był tam we wrześniu 1939 roku i słyszał coś o zabijaniu starogardzkich Żydów. We wsi stało kilkanaście nienaruszonych chałup, szlak bojowy Armii Czerwonej najwyraźniej tędy nie przebiegał. Po kilkudziesięciu minutach zorientowaliśmy się, że mieszkają tam wyłącznie Niemcy. Jeszcze niewysiedleni, ale już niespokojni, czujni, mówiący po polsku; powołujący się na wieloletnie z Polakami sąsiedztwo. Życzliwi nowej władzy. Wróciliśmy tam tydzień później.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Marka Łuszczyny „Bękarty Polski” bezpośrednio pod tym linkiem!

Marek Łuszczyna
Bękarty Polski
cena:
59,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Znak Literanova
Rok wydania:
2026
Okładka:
twarda
Liczba stron:
288
Premiera:
25.02.2026
Format:
135x205 mm
EAN:
9788384271902
reklama

W domu stojącym szczytem do drogi mieszkał z rodziną Oskar Bauer, czterdziestoletni nauczyciel o ciemnych oczach i nieruchomej twarzy. Nasze niezapowiedziane odwiedziny bardzo go przestraszyły. Kiedy weszliśmy we czterech z długą bronią i rozsiedliśmy się wokół niego, zauważyłem na jego policzkach łzy. O morderstwie w lesie nieopodal wsi nie słyszał, ale pamiętał, że w ostatnim roku wojny przyjechał batalion SS i w cztery dni wystrzelał wszystkie okoliczne psy, lisy i wilki. „Widziało się ciężarówki pełne martwych zwierząt”, powiedział tonem kończącym rozmowę. Spojrzałem na niego z uwagą. „Panie Bauer, prowadzimy poważne śledztwo. Nie chodzi nam o koniec, tylko o początek wojny. Druga połowa września. Selbstschutz ze Starogardu przywiózł i rozstrzelał dwudziestu pięciu Żydów. Słyszeliście o takich spontanicznie tworzonych oddziałach samoobrony?” „A skąd wiadomo, że to był Selbstschutz ze Starogardu? Mógł być z każdego innego powiatu, decyzje zapadały na szczeblu dowódców inspektoratów”. Spojrzeliśmy na siebie ze Skarzyńskim. „To były jakieś inspektoraty? Sądziliśmy, że nie istniały żadne struktury, że to byli wiejscy watażkowie”. „Były struktury. Samoobrona to była zorganizowana formacja quasi-policyjna”. „I kogo do niej rekrutowano?” „Niemców z polskim obywatelstwem w wieku od siedemnastu do czterdziestu lat”. „Jak wyglądało dowodzenie?” „W obrębie miejscowości organizację tę podporządkowywano lokalnemu dowódcy. Powiaty łączono w inspektoraty, podległe komendantom. O ile to było możliwe do zrealizowania, członkowie Selbstschutz, w ramach powiatów, byli łączeni w Hundertschaften – sotnie, a te w oddziały”. „Ile wynosił żołd”, zapytał z głębi pomieszczenia Rauch. „Co do zasady służba była bezpłatna i dobrowolna, przysługiwały jednak prowiant oraz biała opaska z czarnym nadrukiem”, odparł volksdeutsch.

reklama
Członkowie Selbstschutzu prowadzący polskich nauczycieli na egzekucję w „Dolinie Śmierci” pod Bydgoszczą

W chałupie panował zaduch, nasze twarze błyszczały od potu. „Bardzo dużo na ten temat wiecie, Bauer”, zauważyłem. „Mój syn był członkiem tej organizacji. Nie przeżył wojny”. „A czym się zajmował we wrześniu 1939 roku?” „Dokładnie tym samym, co każdy inny członek Selbstschutzu. Ochraniał strategiczne zakłady i budynki: mosty, stacje energetyczne. Patrolował ulice. Dbał o porządek. Tyle wiem. Nie mówił o tym zbyt wiele”. „Spokój i porządek”, odezwał się Czarny po raz pierwszy, odkąd weszliśmy do domu Oskara Bauera. „Ruhe und Ordnung. Powiedz nam: skoro ta samoobrona zajmowała się ochroną obiektów, to dlaczego od razu wiedziałeś, że decyzja zamordowania starogardzkich Żydów mogła zapaść na szczeblu jakichś inspektoratów?” Niemiec nic nie odpowiedział, a Czarny wstał, podszedł do szafy, otworzył ją i zaczął przetrząsać ubrania. Po krótkiej chwili wyrzucał na łóżko wszystko, co znalazł: koszule, spodnie, czapki. Bauer przyglądał się tej niespodziewanej rewizji z niepokojem, dopóki Skarzyński nie klepnął go w kolano i nie zapytał w jego ojczystym języku: „Żona i córka są tam, w pokoju obok, prawda?”. Gospodarzowi nie drgnął na twarzy ani jeden mięsień. Stefan wpatrywał się w niego chwilę, a później zaczął mówić bardzo spokojnie, prawie jak do dziecka: „Oskar, jak na razie mieliśmy informacje, że starogardzkich Żydów zabili ludzie z formacji, o której nikt z nas dotąd nie słyszał. Teraz dowiadujemy się od ciebie, że była ona świetnie zorganizowana i miała wiele szczebli dowodzenia. Sporo na ten temat wiesz. Sądzimy, że możesz powiedzieć nam więcej”. Czarny odwrócił się gwałtownie od szafy i pokazał nam dwie białe opaski na ramię z zielonym napisem VOLKSDEUTSCHER SELBSTSCHUTZ.

„Obie należały do twojego syna?”, mruknął ponuro Skarzyński, a Rauch wstał, wyjął z kabury tetetkę i przytknął lufę do drzwi, za którymi siedziała rodzina Niemca. Widzieliśmy ją przez okno, gdy robiliśmy wcześniej obchód domu. Zauważyłem, że do oczu Bauera znowu napływają łzy. Podszedłem więc do krzesła, na którym siedział, wsadziłem ręce za pasek, oparłem podeszwę buta o jego kolano i powiedziałem mu prawdę: że wojna skończyła się niemiecką klęską, a my jesteśmy nową władzą na tych terenach. Władzą totalną. Z założenia mamy pomagać w organizacji struktur państwa polskiego, jednak faktyczna rola, którą odgrywamy, wykracza daleko poza urzędowe regulacje, co stawia nas ponad nową lokalną administracją, milicją oraz wojskiem polskim, a w wielu przypadkach też sowieckim. Oznacza to, że podejmujemy decyzje związane z osadnictwem, wysiedleniami, aresztowaniami oraz wszelkie inne. Również te dotyczące życia i śmierci. Spojrzałem wtedy na Raucha, który wciąż stał z pistoletem przystawionym do tamtych drzwi, i wtedy Oskar Bauer zaczął mówić. Usłyszeliśmy głos wydobywający się jak gdyby z jego wnętrza.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Marka Łuszczyny „Bękarty Polski” bezpośrednio pod tym linkiem!

Marek Łuszczyna
Bękarty Polski
cena:
59,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Znak Literanova
Rok wydania:
2026
Okładka:
twarda
Liczba stron:
288
Premiera:
25.02.2026
Format:
135x205 mm
EAN:
9788384271902
reklama

„Selbstschutz formalnie powstał w połowie września 1939 roku z rozkazu władz berlińskich. Rozwiązano go 26 listopada podczas uroczystego apelu w Bydgoszczy, na który przyjechali eksperci Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS. Gratulowali wykonania zadania”. Przerwał, potarł dłonią twarz. „Na dowódcę Selbstschutz – Westpreussen, Samoobrony Pomorze, kierownictwo wyznaczyło Ludolfa-Hermanna von Alvenslebena. Wymagał on od swoich podwładnych zdecydowania i energii. Dowódcy powiatowi i okręgowi musieli tłumaczyć się z braku stanowczości i bezwzględności. Tych, których uznał za słabych lub zbyt wrażliwych, po prostu zwalniał do domu. On wiedział, że ma do czynienia ze zwykłymi ludźmi, mieszkańcami tych ziem, którzy nie przeszli żadnego szkolenia, nawet zwykłego wojskowego, nie mówiąc o tym specjalnym, dla SS. Alvensleben mógł jednak liczyć na żarliwość pomorskich volksdeutschów, na ich niemieckiego ducha, na to, że ponad wszystko będą pragnęli zamanifestować swoją narodowość. Sukcesy Wehrmachtu napełniały ich prawdziwym podnieceniem”. Opuścił głowę i mówił jak gdyby do siebie; nie usiłował wyswobodzić kolana spod mojego buta. „Czuliśmy, że żyjemy, chcieliśmy być częścią historii, bo działa się na naszych oczach”.

„Jak wyglądała rekrutacja?” Rauch wciąż stał z wyciągniętą bronią. „Wszędzie podobnie. Na przykład u nas, w powiecie starogardzkim, rozklejano odezwy, w których apelowano, aby mężczyźni z roczników 1900–1923 stawili się 15 września w budynku niemieckiej szkoły imienia Goethego. Przyszli niemal wszyscy Niemcy z powiatu: nauczyciele, zegarmistrzowie, rolnicy, lekarze, ślusarze. Setki ludzi. Na spotkaniu powiedziano im, że będą bronić gospodarstw i miast przed polskimi bandytami. Friedrich Brendt został wtedy mianowany na dowódcę. W pierwszym okresie rozdzielał on rozkazy osobiście. Chwilowo Polaków nie było, bo prawie wszyscy uciekli przed nacierającym Wehrmachtem. Powiedziano nam jednak, że wielu z naszych sąsiadów na pewno wróci do swoich domostw w Starogardzie i okolicach po przetoczeniu się frontu. Właśnie na tę sytuację musieliśmy się szczególnie przygotować. Ten czas oczekiwania przeznaczono na sporządzanie list i wyposażanie nas w broń. Odpowiadało za to Einsatzkommando 16, konkretnie Rudolf Oebsger-Röder”.

reklama
SS-Oberführer Ludolf-Hermann von Alvensleben przed kwaterą główną Selbstschutz Westpreussen w Bydgoszczy

Zmarszczyłem brwi. „Jakich list?” Zawiesił na mnie mętny wzrok. „Każdy miał napisać nazwiska i zawody wszystkich znanych mu Polaków i Żydów z okolicy. Wygłoszono również odezwę”. Próbował wstać, być może po to, by znaleźć jej tekst i go nam odczytać, ale Czarny natychmiast położył mu dłoń na ramieniu i przycisnął do krzesła. „Stworzono tę formację na trzy miesiące, a potem zatarto po niej ślady”, pomyślałem głośno i spojrzałem na niego. Jeszcze nie wiedziałem, co będzie dalej, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że ciągniemy za sznur biegnący wprost do piekła. To przesłuchanie było tylko początkiem. Zeznania ocalonych, a także przesłuchania pomorskich Niemców miały nas wkrótce doprowadzić do wiedzy, że to właśnie tutaj, w podlegających nam dziś powiatach, reżim hitlerowski po raz pierwszy przekroczył próg zorganizowanej, systematycznie uporządkowanej polityki Zagłady.

Życie naszej czwórki, które pod jarzmem niemieckich nazistów miało być pasmem strachu, ucieczek i głodu, toczyło się już wówczas swoim strasznym torem, ale Zagłada miała nadejść dopiero w połowie roku 1941. I miała się zacząć właśnie od kul. Jej preludium czy raczej próba generalna przed tym, czego miały dokonać oddziały Einsatzgruppen A, B i C po wkroczeniu do Związku Radzieckiego, dokonała się na polskim Pomorzu w trzech pierwszych miesiącach wojny.

Czarny otworzył drzwi do pokoju, w które kilka minut wcześniej celował Rauch. Kobieta na łóżku instynktownie objęła ramieniem siedzące obok niej dziecko, kilkuletnią dziewczynkę. Bauer patrzył na to nieruchomy. „Czyli sformowano z was wszystkich, mieszkających tu dwadzieścia lat z Polakami, oddziały zabójców”, powiedziałem spokojnie. „Jak wyglądały aresztowania? Posługiwaliście się swoimi listami sąsiadów?”, zapytał Czarny, a Bauer skinął głową i dodał, że zatrzymanie Polaka lub Żyda wymagało złożenia podpisów przez trzech sąsiadów – volksdeutschów, zaświadczających o jego anty niemieckiej postawie. Dopiero wtedy można było po takiego człowieka pojechać i go aresztować. Dokumenty z nazwiska mi trafiały bezpośrednio do SS-Gruppenführera von Alvenslebena. To on podejmował decyzję o ewentualnej likwidacji.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Marka Łuszczyny „Bękarty Polski” bezpośrednio pod tym linkiem!

Marek Łuszczyna
Bękarty Polski
cena:
59,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Znak Literanova
Rok wydania:
2026
Okładka:
twarda
Liczba stron:
288
Premiera:
25.02.2026
Format:
135x205 mm
EAN:
9788384271902
reklama

Naturalnie odpowiedzialność spoczywała także na dowódcach powiatowych, takich jak Reinhold Hartwig, Kurt Falkenheim czy Helmut Zaporowicz. Niektóre jednostki Selbstschutzu – tak było na przykład w powiecie chełmińskim – stosowały podział pracy. Jedna grupa volksdeutschów wydawała wyroki śmierci, druga zatrzymywała oraz przewoziła aresztowanych na miejsce egzekucji, a kolejna już czekała z bronią i zapasem magazynków. Starano się przyjmować zasadę, że członkowie samoobrony z jednej wsi mają zatrzymywać Polaków z innej miejscowości. Były sporządzone listy, więc wszystko i tak odbywało się gładko. Ale chodziło o to, żeby uniknąć sytuacji, w której sąsiad musiałby aresztować i zawieźć na miejsce rozstrzelania swojego znajomego. Znajdowali się też tacy, którzy celowo – w taki właśnie sposób – rozwiązywali wieloletnie spory. Ponoć zdarzały się chlubne wyjątki. Lekarz Willi Schelisinger, stojący już w wykopanym dole, odmówił zabicia swojej ciężarnej sąsiadki Marii Lewandowskiej. Bauer zapewniał, że niektórzy sąsiedzi bardzo Polakom pomagali, ostrzegali przed aresztowaniami, zaświadczali, że nie są elementem antyniemieckim, a nawet starali się o ich zwolnienie z obozów.

Pusty karnister po benzynie, którą oblano akta pomorskiego Selbstschutzu w zainscenizowanym wypadku samochodowym

„Z jakich obozów? Z podobozów Stutthofu?”, zdziwił się Skarżyński. Niemiec pokręcił głową. „Selbstschutz miał własne obozy koncentracyjne zlikwidowane w listopadzie 1939 roku, było ich dziewiętnaście. Brodnica, Chełmno, Dorposz Szlachecki, Kamień Krajeński, Bydgoszcz, Karolewo, Lipno, Łobżenica, Nakło, Nowy Wieck, Piastoszyn, Nowe nad Wisłą, Płutowo, Sępólno Krajeńskie, Solec Kujawski, Tuchola, Wąbrzeźno, Wolental i Wyrzysk”, wyrecytował. „I dopiero stamtąd element antyniemiecki był wywożony do Lasu Szpęgawskiego, Kaliskiego, Kujawskiego, Gdańskiego oraz Lasów Skaryszewskich, Gniewkowskich, Rybienieckich, Karnkowskich i Radomickich. Nieprzerwanie to trwało, przez trzy pierwsze miesiące wojny”.

reklama

Przez moment panowała całkowita cisza. Pierwszy otrząsnął się Skarzyński. „Oskar, ty jesteś nauczycielem, nie odczuwałeś żadnych moralnych zahamowani, żeby tak zabijać znajomych?” „To, co się robi dla ojczyzny, jest zawsze słuszne. Tak myślał każdy, bez wyjątku. Każdy mężczyzna, a było nas w sumie, etnicznych Niemców, w samoobronie czterdzieści tysięcy. Wszyscy pomorscy mężczyźni i młodzieńcy, niemal bez wyjątku”. Usłyszeliśmy hałas silnika na podwórzu, ale żadnego z nas to nie zaniepokoiło. Co oczywiste, nasza wizyta w domu Oskara Bauera była dobrze zaplanowana. Niemiec ożywił się nagle i raptownie podniósł głowę. „Panowie musicie wiedzieć, że najliczniejszy element antyniemiecki stanowili Polacy. A Żydzi nam czasami pomagali. Na przykład bracia Cukiermanowie z Rypina. Z tego, co mi doniesiono, do ich zadań należało utrzymywanie porządku w celach, w których przetrzymywano osadzonych. Potem Izrael Cukierman szył nam ubrania. Obie te opaski, co pan oficer znalazł w szafie, to efekt zaangażowania Izraela i pracy dla etnicznych pomorskich Niemców”.

Egzekucja w lesie Barbarka pod Toruniem, jesień 1939 roku

Możliwe, że przemawiała przez niego moralność narodowosocjalistyczna, która podszeptywała mu takie próby ratunku. Robił, co mógł, żeby przeżyć. Mówił więc dalej: „Zapewniam, że wiele tłumaczy tekst wygłoszonej odezwy. Panowie, ona stanowiła szczególną inspirację”. Wspomniał o niej po raz drugi. Tym razem nikt z nas nie zareagował, więc wstał i podszedł do małej komody w kącie pokoju. Potem wszystko zdarzyło się w trzy sekundy. Zobaczyłem go odwróconego z wycelowanym w moją stronę MP3008. Nacisnął spust i pojął, że musi przeładować. Ten ułamek chwili dał Czarnemu czas, żeby rzucić się na niego i skierować broń w podłogę. Strzał zadudnił w dziwny sposób, jak gdyby było coś nie tak z nabojem. Możliwe, że już się nie nadawał, ostatecznie od ostatniej sąsiedzkiej rzezi minęło prawie sześć lat. Wyjąłem z kabury tetetkę i zapewne bym zastrzelił tego Niemca, gdyby do domu nie wpadł Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Mieli czekać, aż skończymy, ale uznali, że huk wystrzału zwalnia ich od tego rozkazu.

Teraz już wiedzieliśmy więc, że Volksdeutscher Selbstschutz był doskonale zarządzaną, quasi-policyjną służbą, mającą szereg obozów związanych z aresztowaniami i rozstrzeliwaniami polskich oraz żydowskich mieszkańców regionu.

Samoobrona zrzeszała niemal wszystkich pomorskich Niemców, pomijając dzieci, kobiety i starców.

Ale to nie była cała prawda.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Marka Łuszczyny „Bękarty Polski” bezpośrednio pod tym linkiem!

Marek Łuszczyna
Bękarty Polski
cena:
59,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Znak Literanova
Rok wydania:
2026
Okładka:
twarda
Liczba stron:
288
Premiera:
25.02.2026
Format:
135x205 mm
EAN:
9788384271902
reklama
Komentarze
o autorze
Marek Łuszczyna
(Ur. 1980) Polski dziennikarz, reporter i pisarz, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor kilku książek.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone