Autor: Magdalena Mikrut-Majeranek
Tagi: Wywiady, Sylwetki i biografie, Późne średniowiecze, XVI-XVII wiek, Polska
Opublikowany: 2021-05-31 05:11
Licencja: wolna licencja

Sławomir Koper: Przypadek w dziejach Polski, szczególnie w historii Jagiellonów, miał szczególne znaczenie

Jagiellonowie byli jedną z najpotężniejszych dynastii Europy. Władali Rzeczpospolitą w latach 1386–1572, a po ich rządach pozostało zarówno wiele cennych zabytków architektonicznych, jak i rozwiązań legislacyjnych. W podróż po Polsce śladem Jagiellonów zaprasza Sławomir Koper, autor książki „Jagiellonowie. Złoty wiek” , który ze swadą przybliża dzieje władców, mało znane fakty z ich życia czy anegdoty.
REKLAMA
Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie na obrazie Jana Matejki – symboliczne przedstawienie końca dynastii: w trakcie ostatniego namaszczenia monarchy dworzanie i karierowicze z otoczenia króla rozkradają jego klejnoty (domena publiczna)

Magdalena Mikrut-Majeranek: Pana najnowsza książka „Jagiellonowie. Złoty wiek” stanowi połączenie przewodnika turystycznego z historycznym, powieści, literatury faktu z elementami reportażu. Z myślą o jakiej grupie docelowej powstała?

Sławomir Koper: To w zasadzie taki przewodnik topograficzno-geograficzno-historyczny. Książka kierowana jest do wszystkich, zarówno do młodzieży, jak i do starszego czytelnika. Myślę, że to bardziej literatura familijna. Trochę różni się od poprzednich części, czyli książek „Piastowie: wędrówki po Polsce pierwszej dynastii” i „Jagiellonowie. Schyłek średniowiecza”, ponieważ Grześ, z którym podróżuję, dorasta i siłą rzeczy w miarę upływu czasu zmienia się, a nasze rozmowy wyglądają już zupełnie inaczej.

M.M.-M.: Podczas zbliżających się wakacji warto zaopatrzyć się w tę publikację i wyruszyć na wycieczkę śladem Jagiellonów, którzy rządzili Polską stosunkowo długo.

S. K.: Prawie 200 lat. Grzegorz kiedyś powiedział mi, że w Polsce jest tak mało renesansu, dlatego też wyruszyliśmy w trasę, aby zwiedzać renesansowe miasta. Warto zapoznać się nie tylko z architekturą tego okresu, ale z dziejami ludzi, którzy wówczas żyli. Same mury nam nic nie powiedzą. Można się nimi zachwycać lub też nie, ale ważne jest to, co działo się w tych murach.

M.M.-M.: W miejscowościach związanych z Jagiellonami kryje się wiele tajemnic i architektonicznych perełek, które warto zobaczyć. Pierwszym przystankiem na trasie jest Lewocza, miasto dziś leżące na Słowacji, które wydaje się mało atrakcyjnie turystycznie, a prawda okazuje się inna…

S. K.: Słowacy popełnili ogromny błąd marketingowy. Dla mnie Lewocza wcale nie odbiega od czeskiego Krumlova, który jest bardzo popularny i co roku odwiedzają go tłumy turystów. Z kolei Lewocza jest mało znana, ale wcale mu nie ustępuje. Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Centrum czeskiego Krumlova wyłączone jest z ruchu samochodowego. Z kolei Lewocza nie, a to ma duże znaczenie dla turystyki. Podejrzewam, że inaczej traktowalibyśmy krakowską Starówkę, gdyby jeździły po niej samochody. Lewocza to piękne miasto, które polecam każdemu. Będąc tam obowiązkowo trzeba zobaczyć Ołtarz Mistrza Pawła z Lewoczy, który znajduje się w kościele św. Jakuba. To największy ołtarz gotycki, większy od tego autorstwa Wita Stwosza.

M.M.-M.: W publikacji zwraca pan uwagę na to, że „dziwnie los obszedł się z synami Kazimierza Jagiellończyka”. Najzdolniejsi umierali młodo, a sędziwych lat dożyli ci najmniej szczodrze obdarzeni zdolnościami przywódczymi. Przewrotność losu?

S. K.: Tak się stało. Można dodać, że Kazimierz Jagiellończyk, czyli najzdolniejszy z synów Kazimierza IV Jagiellończyka oraz przyszły patron Polski i Litwy, zmarł na gruźlicę mając zaledwie 26 lat. Z kolei zarówno Jan Olbracht, jak i jego brat i prymas Polski - Fryderyk Jagiellończyk zeszli z tego świata przez świeży wówczas nabytek, który przyniesiono z Ameryki Północnej, a więc popularną francę, czyli chorobę weneryczną zwaną kiłą. Szkoda. Przypadek w dziejach Polski, szczególnie w historii Jagiellonów, miał szczególne znaczenie. Gdyby królowa Bona nie wybrałaby się na polowanie w Niepołomicach i nie poroniłaby syna, to Zygmunt August miałby brata i pewnie dzieje Polski i Litwy potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Śmierć Barbary Radziwiłłówny, obraz pędzla Józefa Simmlera, 1860 rok

M.M.-M.: Jedyny syn królowej Bony nie do końca sprawdził się w powierzonej mu roli.

S. K.: Zygmunt August był człowiekiem o ogromnej wiedzy, gruntownie wykształcony, ale najbardziej interesowały go kontakty damsko-męskie. W swoim księgozbiorze miał książki z całej Europy, łącznie z woluminami heretyckimi, zakazanymi przez Kościół. Nie prześladował innowierców, a co więcej nawet zdarzyło mu się powiedzieć nuncjuszowi papieskiemu, że nie wierzy, że w hostii znajduje się krew Chrystusa.

Warto zwrócić uwagę też na pewną sprawę, o której się właściwie nie wspomina. Jego panowanie, z wyjątkiem wojny północnej, to był czas pokoju w Rzeczpospolitej – rzecz nieprawdopodobna w tamtej epoce. Potrafił zachować pokojowe stosunki ze wszystkimi sąsiadami. Natomiast do wojny północnej przystąpił tylko dlatego, że chodziło mu o Inflanty. Był pokojowym władcą, którego interesował rozwój kraju, ale bez wojen. Potrafił też zmieniać swoje poglądy. Na początku opierał się na magnatach, ale później stanął po stronie ruchu szlacheckiego. Doszło do tego wtedy, kiedy zorientował się, że umrze bezpotomnie, a dynastia Jagiellonów wygaśnie.

Kolejną sprawą jest to, że bywa postrzegany przez pryzmat małżeństwa z Barbarą Radziwiłłówną. To najbardziej romantyczna historia w dziejach polskiej monarchii, czy w ogóle w dziejach Polski. Zygmunt August naprawdę bardzo kochał wybrankę swojego serca. Szkoda tylko, że wszystko skończyło się tak szybko i tak tragicznie.

M.M.-M.: Z parą tą związana jest pewna zagadkowa kwestia, a mianowicie dalsze losy pewnych pereł, które mogły trafić do królowej Elżbiety I, władczyni Anglii.

S. K.: Fakt jest taki, że perły Barbary Radziwiłłówny zniknęły. Prawdopodobnie nie trafiły do jej grobowca w Wilnie. Specjaliści jednak twierdzą, że perły nie mogłoby się zachować do naszych czasów i podobno to dlatego ich nie znaleziono. Po śmierci Zygmunta Augusta biżuteria zaginęła, a perły mogły zostać wywiezione na Zachód, gdzie przez swoich agentów kupiła je Elżbieta I Tudor, która była doskonale zorientowana w tym, co dzieje się na wawelskim dworze. Uchodziła też za wyjątkową wielbicielkę pereł. Mówiło się, że perły widziano u członków dynastii Hanowerskiej, czyli spadkobierców tronu brytyjskiego na początku ubiegłego wieku. Co się z nimi później stało? Tego nie wiadomo. Podobna historia jak z perłami księżnej Daisy von Pless z Pszczyny i Książa. Miała zostać pochowana z naszyjnikiem z pereł, ale został on wykradziony z jej trumny po nadejściu Armii Czerwonej.

M.M.-M.: Tak wartościowe perły były obiektem pożądania wielu możnych.

S. K.: Tak, jak najbardziej. Zarówno Zygmunt, jak i Barbara byli wielbicielami klejnotów. Król przechowywał ogromne skarby, a po jego śmierci część z nich zniknęła, a część została przekazana jego siostrom, z zastrzeżeniem, że po ich śmierci przejdą na własność Rzeczypospolitej. Podobnie zresztą stało się z arrasami wawelskimi. Były to niesamowicie kosztowne tkaniny, a Zygmunt August był do nich tak przywiązany, że woził je ze sobą praktycznie wszędzie. Tam, gdzie wypoczywał, nie odmawiał sobie luksusów. Nie przepadał za Wawelem, bardziej wolał Wilno, ale najchętniej zatrzymywał się w drewnianych dworach.

Sławomir Koper
„Jagiellonowie. Złoty wiek”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 438
Format: 145×205 mm
EAN: 9788311157965
REKLAMA
Portret Zygmunta I warsztatu Lucasa Cranacha Młodszego, ok. 1555 r.

M.M.-M.: Jak dynastia Jagiellonów oceniana jest z perspektywy czasu i przez pryzmat tak zróżnicowanych osobliwości zasiadających na polskim tronie?

S. K.: Prawda jest taka, że wśród Jagiellonów nie było tak fatalnych władców jak za czasów królów elekcyjnych, ani jak za Piastów. Mam zresztą wrażenie, że poza Stefanem Batorym i Władysławem IV podczas elekcji następowała selekcja negatywna. Natomiast Jagiellonowie to indywidualności. Chyba najmniej roztropny był z nich Aleksander, wielki książę litewski. Miał jednak tę zaletę, że potrafił doskonale dobierać sobie doradców, a to doradca świadczy o mądrości króla. Król nie musi być orłem intelektualnym, ale od tego ma doradcę, żeby mu podsuwać najlepsze możliwe rozwiązania.

Królowa brytyjska Wiktoria też nie należała do najbardziej rzutkich i mądrych władców, ale wśród jej doradców znajdował się m.in. wicehrabia Henry Palmerston czy Beniamin Disraeli. Z kolei król Aleksander Jagiellończyk miał kanclerza wielkiego koronnego Jana Łaskiego. O konstytucji Nihil novi, która została wprowadzona za jego rządów, mówiło się wiele złego – m.in., że to przykład szlacheckiego warcholstwa, ale tak naprawdę konstytucja ta stworzyła podwaliny pod drogi rozwoju Rzeczpospolitej na kolejne stulecia. Autentycznie była to republika szlachecka, gdzie rządzili wspólnie: król, senat i posłowie. Za czasów późnych Wazów nastąpiło wynaturzenie tego ustroju, ale przez pewien czas funkcjonował znakomicie.

M.M.-M.: Z kolei król Władysław dorobił się niepochlebnego przydomka „rex bene”.

S. K.: Poczciwy władca, ale chyba najmniej inteligentny z Jagiellonów. Władysław byłby dobrym królem na czas pokoju, ale trafił na kiepskie czasy ciągłych wojen. Nie miał zbyt mocnego charakteru, więc ulegał swoim doradcom, którzy bezwzględnie go wykorzystywali. Niestety, nie posiadał też wystarczających umiejętności, żeby dobrać sobie naprawdę dobrych współpracowników, w związku z czym u jego boku często pojawiali się karierowicze. Mówiono, że „jest doskonałym człowiekiem, ale żadnym królem”. Kiedy zaczął panowanie w Czechach, okazał się człowiekiem, który dał sobą pomiatać i spełniał zachcianki doradców. Węgrzy zdawali sobie z tego sprawę, dlatego wybrali go na swój tron. Po śmierci Jana Olbrachta wielu polskich magnatów chciało koronacji Władysława, ponieważ taki „rex bene” bardzo im odpowiadał. Na szczęście wybrano Aleksandra, a po jego śmierci – Zygmunta I, który co prawda też nie miał mocnego charakteru, ale miał tę przewagę, że jego żoną była Bona Sforza. Szkoda, że nie ulegał jej częściej.

Wojna kokosza (obraz Henryka Rodakowskiego, 1872 rok)

M.M.-M.: Bona – kobieta politykująca miała duży wpływ na politykę prowadzoną przez Zygmunta I Starego.

S. K.: Bona była świetnie wykształcona, władała wieloma językami, jeździła konno, świetnie tańczyła. To wyjątkowa osobowość, którą ukształtowała włoska szkoła polityczna, gdzie liczył się cel, a nieważne były sposoby jego osiągnięcia. Bona szybko przekonała się, że w Polsce na gościńcach leżą dukaty, tylko trzeba było po nie sięgnąć. Wiedziała, że biedny władca to słaby król. Twierdziła, że nie po to Bóg dał nam pieniądze, żebyśmy kupowali za nie naszych stronników. Uważała, że należy je dać wrogom, żeby stali się zwolennikami władcy.

Bona zamierzała rządzić w Polsce i prawie jej się to udało. Była osobą o horyzontach europejskich i nie żyła z dnia na dzień – tak, jak jej małżonek. Myślała przyszłościowo. Szkoda, że jej apodyktyczny charakter sprawił, że Zygmunt August bał się swojej matki. Podsyłała mu dwórki, żeby nauczyły go miłosnych technik i prawdopodobnie od jednej z nich zaraził się chorobą weneryczną, w efekcie czego stał się bezpłodny.

M.M.-M.: W Polskiej historiografii i w szkolnych podręcznikach Bona pokazywana jest dość pejoratywnie.

S.K.: Prawda jest taka, że w Polsce wybitne kobiety z reguły nie cieszą się specjalną sympatią. Ostatnio zapytano mnie, która z pań: Jadwiga Andegaweńska czy Bona powinna znaleźć się na banknocie 1000-złotyowym. Najchętniej wybrałbym je obie – wizerunek jednej zdobiłby awers, a drugiej – rewers. Mam jednak wrażenie, że na banknocie zobaczymy Jadwigę, ponieważ jest świętą, a w dodatku żyła zdecydowanie krócej i nie „dorobiła się” tylu wrogów, co Bona. Włoszka była bowiem wielką indywidualnością, a przy okazji przerastała intelektualnie i charakterologicznie otaczających ją mężczyzn. Dla mnie Bona była najwybitniejszym politykiem tamtej epoki.

M.M.-M.: Jan Olbracht także uchodzi na pechowego króla. Mówiono, że za jego panowania wyginęła szlachta, a sam król stał się też ofiarą pewnej ulicznej burdy.

S.K.: Jan Olbracht był najbardziej ambitny ze wszystkich synów Kazimierza Jagiellończyka. Faktycznie pewnego wieczora, po uczcie, kiedy wybrał się na przechadzkę po mieście oberwał tak, że przez kilka miesięcy dochodził do siebie. Zmarł w trakcie przygotowań do wyprawy na Krzyżaków. W odróżnieniu od Zygmunta I, on z pewnością rozpędziłby ich na cztery wiatry, gdyż bardziej wierzył w siłę oręża niż w dyplomację. Gdyby tak potoczyłyby się jego dzieje, prawdopodobnie nie powstałyby ani Prusy Książęce, ani państwo pruskie, a Brandenburgia nie osiągnęłaby takiego znaczenia. To kolejny przypadek i ewidentny pech.

M.M.-M.: Następcą Jana Olbrachta na tronie polskim był Aleksander Jagiellończyk, z którym związany jest wątek demokracji szlacheckiej. Był władcą małomównym, za czasów którego zredukowana została rola władcy i krystalizowała się demokracja szlachecka.

S.K.: To świadczy o tym, że stan szlachecki, a dokładnie izba poselska potrafiła zadbać o swoje interesy, a przy tym interesy kraju. Powiedzmy otwarcie, że kiedy Aleksander wyjechał na wschód z powodu wojny litewsko-moskiewskiej, to panowanie senatorów okazało się nic nie warte.

Sławomir Koper
„Jagiellonowie. Złoty wiek”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 438
Format: 145×205 mm
EAN: 9788311157965
REKLAMA
Najstarsza panorama Piotrkowa z 1657 (domena publiczna)

M.M.-M.: Z demokracją szlachecką łączy się kolejna opisana w książce wycieczka. Mianowicie, wybrali się panowie do Piotrkowa Trybunalskiego, który dziś w zasadzie jest miastem zapomnianym, a to przecież stolica polskiego parlamentaryzmu.

S.K.: Tak, zresztą to określenie Trybunalski wzięło się stąd, że tam znajdowała się siedziba Trybunału Koronnego, czyli najwyższego sądu apelacyjnego Korony Królestwa Polskiego I Rzeczypospolitej dla spraw prawa ziemskiego normującego stosunki pomiędzy szlachtą. Trybunał dla Małopolski znajdował się z kolei w Lublinie.

Piotrków został wybrany ze względu na położenie geograficzne, a poza tym prowadziły do niego dobre drogi. Później, kiedy powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów, sejmy częściej zwoływano do Warszawy i Grodna. Wcześniej jednak wykorzystywano centralne położenie Piotrkowa. To było wygodne zarówno dla Wielkopolan, jak i Małopolan, którzy mieli do niego stosunkowo blisko. To w Piotrkowie doszło do sytuacji, kiedy sejm rozpadł się na dwie izby: senat i izbę poselską. Stało się tak, kiedy senatorowie nie dopuścili do obrad posłów, zamykając przed nimi drzwi. Wtedy tamci zebrali się oddzielnie, wybrali własnego marszałka i tak już zostało. Ta sytuacja także świadczy o tym, że o ważnych sprawach często decyduje przypadek.

M.M.-M.: Co warto zwiedzić dziś w Piotrkowie Trybunalskim?

S. K.: Na pewno warto zobaczyć Zamek Królewski zbudowany na polecenie Zygmunta I Starego, który wygląda jak wieża obronna i przespacerować się po starówce oraz zajrzeć do Małej Synagogi, w której dziś mieści się biblioteka publiczna. Piotrków to urokliwe miasteczko. Choć od czasów Jagiellonów granice ziem polskich znacznie się zmieniły, miasto to nadal znajduje się w centralnej części kraju.

M.M.-M.: W książce porusza pan także wątek dynastii Gryfitów i pewnego króla-pirata. Kim był?

S.K.: Dziś już mało kto pamięta, że przez 500 lat na Pomorzu panowała słowiańska dynastia Gryfitów, która później uległa germanizacji. Faktem jest, że na przełomie średniowiecza i renesansu na Pomorzu działy się interesujące wydarzenia. Niejaki Eryk I, książę słupski i stargardzki w wyniku różnych koligacji dynastycznych został nagle królem Norwegii (jako Eryk III w latach 1389–1442), później królem Danii (jako Eryk VII w latach 1396–1439) i królem Szwecji (jako Eryk XIII), a więc państw zjednoczonych unią kalmarską. Był kiepskim władcą i na koniec został zdetronizowany. Przeniósł się wówczas na wyspę Gotlandię, gdzie przez dekadę żył jak prawdziwy pirat. Jego siedziba znajdowała się w Visby i to stamtąd wyruszał na łupieskie wyprawy. Napadał na swoich byłych poddanych i na statki kupieckie, najczęściej należące do Hanzy. Kiedy go wypłoszono, przeniósł się do ukochanego, rodzinnego Darłowa. Po przyjeździe rozbudował tamtejszy zamek i spędził w nim ostatnie lata swojego życia. Jego biografia to temat na serial czy film, niestety obecnie jest to postać zupełnie nieznana w Polsce.

Eryk I, książę pomorski z dynastii Gryfitów. Król Norwegii (jako Eryk III) w latach 1389–1442, król Danii (jako Eryk VII) w latach 1396–1439 i król Szwecji (jako Eryk XIII) w latach 1396–1434/1435–1439, książę słupski i stargardzki jako Eryk I w latach 1449–1459 (domena publiczna)

M.M.-M.: A skąd w tej historii mumia kota?

S.K.: Koty w średniowiecznej Polsce nie cieszyły się specjalnie popularnością. Uważano je za dzieło szatana. Gdy realizowano jakąś inwestycję to żywcem w zamurowywano kota jako ofiarę wotywną. W tym konkretnym przypadku chodzi o budowę Zamku Książąt Pomorskich w Darłowie i kota zamurowanego w wieży zamkowej. Jego mumię odkryto dopiero w latach 30. ubiegłego wieku.

M.M.-M.: Z Pomorzem Zachodnim związana jest jeszcze jedna ciekawa historia, która została opisana w książce. Mówi się, że klątwa rzucona przez pewną niewiastę skreśliła przyszłość jednego z potężnych rodów.

S.K.: To jedyna taka historia w Polsce. Z dynastią Gryfitów, książąt pomorskich, łączą się dzieje Sydonii von Borck, szlachcianki, uchodzącej za czarownicę. Zakochała się w jednym z przedstawicieli dynastii Gryfitów - Erneście Ludwiku. Ten obiecał, że ją poślubi, choć byłby to mezalians, ale danego słowa nie dotrzymał. Kiedy ożenił się z księżniczką brunszwicką, Sydonia opuściła jego dwór i rzuciła klątwę na dwór Gryfitów, mówiąc, że nie minie 50 lat, a wszyscy wymrą.

W tamtym czasie żyło kilkunastu książąt reprezentujących tę dynastię, ale w pewnym momencie rozpoczęła się zadziwiająca seria bezpotomnych zgonów. Jako pierwszy umarł niewierny narzeczony Ernest Ludwik, kilka lat później zmarł jego brat Jan Fryderyk, a za nim kolejnych trzech książąt.Kiedy plotki o klątwie się nasilały, książę Filip II poprosił Sydonię o zdjęcie klątwy. Ta odmówiła. Wierzono, że jest czarownicą. Mówiło się, że gdy się z kimś pokłóciła, ten ktoś umierał. W końcu oskarżono ją o czary i torturami zmuszono do przyznania się do winy, po czym skazano ją na śmierć. Tuż przed egzekucją po raz kolejny poproszono ją o zdjęcie klątwy, oferując ułaskawienie, ale nie przyjęła tej propozycji. Stwierdziła, że jako szlachcianka ma prawo do miecza, dlatego nie została spalona na stosie, a ścięta, a dopiero jej zwłoki rzucono na pastwę ognia. Natomiast dynastia Gryfitów faktycznie wymarła. Rzadko zdarza się tak, że w ciągu jednego pokolenia umiera bezpotomnie kilkunastu młodych książąt. Przypadek?

M.M.-M.: Tych „przypadków” w dziejach Polski jest znacznie więcej, a na „Jagiellonach” pewnie się nie skończy. Pozostaje zapytać kiedy powstanie kolejna książka z cyklu historyczno-podróżniczego?

S.K.: W przyszłym roku powstanie kolejna część serii. Tym razem bohaterami będą Wazowie, a akcja będzie toczyła się między innymi na terenie zupełnie zapomnianej dziś części Rzeczpospolitej, czyli na Inflantach. Jest tam sporo ciekawych zabytków do zwiedzenia, historii do opowiedzenia, ale przede wszystkim to tam znajdowała się siedziba dynastii Kettlerów, rządzących Księstwem Kurlandii i Semigalii, lennem Korony Królestwa Polskiego. Mało kto o tym dzisiaj pamięta. A potem kolejne ksiązki…. Mam nadzieję, że uda mi się dociągnąć historię do 1918 roku.

M.M.-M.: Materiał do kolejnych książek zbiera pan podczas podróży odbywanych z synem?

S.K.: Tak. Zawsze sami organizujemy sobie wakacje. Nawet Białoruś udaje się nam wyjeżdżać na własną rękę. Ostatni raz na zorganizowanym wyjeździe byłem chyba 30 lat temu.

Pozostaje nam zaprosić do zwiedzania Polski tropem historii Jagiellonów. Dziękuję serdecznie za rozmowę!

Sławomir Koper
„Jagiellonowie. Złoty wiek”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 438
Format: 145×205 mm
EAN: 9788311157965
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Magdalena Mikrut-Majeranek
Doktor nauk humanistycznych, kulturoznawca, historyk i dziennikarz. Autorka monografii "Historia Rozbarku i parafii św. Jacka w Bytomiu" oraz współautorka książek "Miasto jako wielowymiarowy przedmiot badań" oraz "Polityka senioralna w jednostkach samorządu terytorialnego", a także licznych artykułów naukowych. Miłośniczka teatru tańca współczesnego i dobrej literatury. Zastępca redaktora naczelnego portalu Histmag.org.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy