Opublikowano
2016-10-09 13:54
Licencja
Wolna licencja

Wołyń – reż. W. Smarzowski – recenzja i ocena filmu

Może zabrzmi to dramatycznie, ale „Wołyń” to najlepsza produkcja historyczna od lat. Piszę to z pełną świadomością konsekwencji tego stwierdzenia. Nie stawia politycznych tez, nie sądzi katów, nie wychwala ofiar. Po prostu boli… i nie pozostawia miejsca na dyskusje o racjach jednych albo drugich, bo zło zawsze pozostaje złem.


Tytuł: Wołyń
Reżyseria: Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Wojciech Smarzowski
Gatunek: Dramat, Wojenny
Czas trwania: 150 minut
Produkcja: Polska
Data premiery: 7 października 2016 (Polska), 23 września (świat)

Ocena naszego recenzenta: 10/10

Zobacz też: Rzeź wołyńska – historia i pamięć o zbrodni UPA

W momencie, gdy powstaje ta recenzja, w głowie brzmi mi ludowa muzyka oraz weselne przyśpiewki po polsku i po ukraińsku. Budzi się we mnie polski romantyk, który Kresy chce postrzegać poprzez mit o idyllicznej krainie szczęśliwości i tolerancji. Pewnie dlatego, że prawda jest zupełnie inna i boli jak rana posypana solą. Film zaczyna się sceną wesela między Polką i Ukraińcem. Radosne sceny są tylko przykrywką. Już podczas zabawy rodzą się demony, wspólna nieufność, stereotypy zaczynają królować we wzajemnych relacjach. Polak to pan, Ukrainiec to cham i parobek, a po wódkę chodzi się oczywiście do Żyda. Wołyńskie wesele pozwala widzowi wejść w ten świat, poznać głównych bohaterów, przez pryzmat których poznajemy całą opowieść. To czas, by wejść w świat młodej Zosi, zakochanej w Ukraińcu Petrze, ale wbrew swojej woli wydanej za bogatego gospodarza Skibę.

Pierwsze kilkadziesiąt minut filmu Wojciecha Smarzowskiego wbijają się w świadomość tak mocno, że nie sposób o nich zapomnieć nawet wtedy, gdy na ekranie zaczyna królować ogień i krew. Zabieg celowy – ponieważ nic tak nie uwypukla zła – jak czas, gdy kaci i ofiary żyli obok siebie, pili i bawili się razem, kłócili, a potem godzili w imię wspólnego dobra. Nic nie boli tak jak obraz tego co poprzedza nienawiść. Szczególnie, że może ją poprzedzać miłość. A tej w filmie nie brakuje. Rzecz w tym, że umiera ona w bólu i cierpieniu. I w tym właśnie tkwi siła najnowszego obrazu Smarzowskiego. „Wołyń” nie epatuje przemocą, nie stawia jej w centrum. To opowieść o rosnącym napięciu, o życiu na tykającej bombie zegarowej, która w końcu wybucha i świat różnych narodów, kultur i politycznych racji spłyca się do zadawania bólu i cierpienia, do rzek krwi wylewanych tylko dla tego, że ktoś powiedział o jedno słowo za dużo. A wtedy cały świat młodych – często naiwnych – ludzi przestaje istnieć. Wiara, że mogą zrobić wszystko byle mieć siebie i miłość, zastąpiona zostaje brutalnym biologicznym determinizmem – byle przeżyć. Całość uwiarygodnia realizm jaki bije z ekranu. Pod względem kostiumów, scenografii, ruchu kamery filmowi temu blisko do perfekcji rzadko spotykanej w polskim kinie. Zaledwie minutowa scena przedstawiająca jak polscy i ukraińscy rekruci ramię w ramię walczą podczas kampanii wrześniowej pozostawia daleko w tyle wszystkie polskie produkcje wojenne z ostatnich lat.

Zobacz też:

Wojciech Smarzowski bardzo mądrze prowadzi swoich aktorów, każdemu dając okazję do zagrani roli życia, ale bez przesadnego epatowania aktorskim kunsztem. Idealnie osadził w głównej roli debiutantkę Michalinę Łabacz. Ta drobna blondynka o delikatnej urodzie sprawnie prowadzi widza przez proces przemian jakie następują w świecie i w niej samej. Jej oczyma widzimy jak rodzą się wielowątkowe przyczyny ludobójstwa. Nie tylko na Polakach, ale także na Żydach i samych Ukraińcach. Gdy przez Wołyń przetaczają się kolejne armie – radziecka, niemiecka czy bojówki OUN lub banderowcy – grana przez Łabacz Zosia z dnia na dzień, z roku na rok traci powoli swoją radość, miłość, młodzieńczą naiwność. Jej oczyma widzimy jak Wołyń powoli pogrąża się w mordach na tle narodowościowym. Postacie drugoplanowe i trzecioplanowe są tak dobrane i zagrane, że budzą sympatię widza. Pojawiają się nawet na chwilę i zostają w naszej pamięci, ale tak szybko jak się pojawiają tak szybko znikają – zastrzeleni, powieszeni, utopieni, rozerwani końmi lub zatłuczeni siekierami. Zosia z każdą tą śmiercią staje się coraz bardziej wypalona, a widza boli każdy skrawek jego ciała i duszy.

„Wołyń” Smarzowskiego to film głęboki, wielopłaszczyznowy, skrywający coś więcej niż historyczna opowieść o zbrodni dokonanej nie tyle na Polakach – co na wszystkich mieszkańcach Kresów. To uniwersalna opowieść o demonach nacjonalizmu i tego co mogą zrobić z człowiekiem. Niczym zdjęcia z Rwandy czy relacje o mordach na pograniczu Kirgistanu i Uzbekistanu po upadku ZSRR – film ten jest przestrogą dla wszystkich, którzy chcą uwierzyć, że nacjonalizm jest lekiem na każdy spór, narodowe smutki i kompleksy. Czasem ma się wrażenie, że zabieg by pokazać różne racje, różne nacjonalizmy, wchodzić w niuanse społeczne, ukazuje naiwność samego Smarzowskiego, który może nawet popadać momentami w kicz. Są sceny, które mogą tak wyglądać – wspólne kazanie dwóch popów, z których jeden wzywa do mordów, drugi do tolerancji; weselna walka na cepy jako metafora rodzącego się konfliktu, symboliczny pogrzeb Polski czy w końcu odcięcie dziewczęcego warkocza siekierą – tą samą, którą potem ukraiński bohater będzie zabijać Polaków. Są to proste symbole, z których wyłania się jednak bardzo ważna konstatacja – człowieczeństwo może umrzeć w każdej chwili, zło tkwi w nas przez cały czas i tylko czeka na impuls. Obudzi się, zbierze krwawe żniwo i być może zniknie, gdy ktoś się w końcu opamięta.

Ostatnie minuty filmu, gdy Zosia szuka pomocy, przemykając pomiędzy kolejnymi mordami, budują wrażenie, że bohaterka w końcu odnajdzie spokój, że w świecie opanowanym przez potwory wyłoni się ostatni człowiek, a ostatni szlachetny odruch serca przypomni nam, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Smarzowski przez półtorej godziny buduje świat antagonizmów, zbrodni popełnianych w imię zemsty za krzywdy sprzed pokoleń, kreuje obraz atawistycznych podziałów na swoich i obcych, ale zostawia nadzieję na ocalenie wszystkiego co ludzkie. Nadzieja okazuje się jednak płonna, nic takiego bowiem nie następuje. Zosia ratuje swoje życie, ale brakuje tu szlachetności. W finale filmu pozostaje cisza i beznamiętny koniec. Bolesny. Potworny… ale ludzki. Smarzowski jak przystało na rasowego humanistę pokazuje kim jest człowiek, ale nie po to, by go skrytykować, tylko ostrzec. „Wołyń” to przestroga przed utratą człowieczeństwa w okrutnych czasach.

Mógłbym skończyć w tym momencie, ale nie sposób przejść obojętnie obok jeszcze jednego ważnego pytania – czy ten film pozwoli nam rozmawiać o bolesnej przeszłości, da szansę na pojednanie? Nie wiem, ale tuż po seansie rozmawiałem z przyjacielem z Ukrainy, który w pewnym momencie powiedział wprost: „Teraz to chyba nie masz ochoty ze mną rozmawiać”. Pół żartem, pół serio odparłem, że właśnie teraz rozmowa z nim jest mi najbardziej potrzebna. Uderza mnie jak głęboko te słowa tkwiły w mojej świadomości, i jak bardzo były, są i będą konieczne, by nas oczyścić.

Zobacz też: Rzeź wołyńska – historia i pamięć o zbrodni UPA

Polecamy książkę: „Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych”

Tytuł: „Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych”
praca zbiorowa

Wydawcy: Histmag.org i Instytut Wydawniczy ERICA

ISBN: 978-83-89700-80-3

Oprawa: miękka, ze skrzydełkami

Liczba stron: 480

Format: 160*230 mm

Zobacz spis treści

Media o „Źródłach nienawiści”

29 zł

(papierowa)

14,9 zł

(e-book)
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Orzoł |

czy ktos wie gdzie mozna kupic/wypozyczyc/obejrzec online ten film? Zyje na emigracji i do kina nie da rady.



Odpowiedz

Gość: Litwin |

Jakie kresy? Od kiedy ten termin jest uzywany i pisany dużą literą. Jak można inne kraje uważać za swoje "kresy". Żyjemy my bałtowie od czasów Chrystusa (finowie jeszcze wcześniej) na swojej ziemi przy morzu - od jakieś 1000 lat non stop kolonizują nas Polacy: a to wyrżneli Prusów i Jaćwingów, skolonizowali Litwę i Łotwę i nazywają naszą ziemię "nasze kresy'. Podłe, i godne najgorszej kary.



Odpowiedz

Gość: Antoni Walendzik |

Nie będę pisał długo. Po znakomitej "Róży" Smarzowskiego oraz skuszony pochwalnymi recenzjami szedłem na ten film z dużymi oczekiwaniami. Efekt tych nadmiernych oczekiwań, to oczywiście potężne rozczarowanie. Film okazał się słaby. Czy przyczyną był brak środków finansowych, podobnie jak w przypadku Miasta 44, czy 1920 Bitwa Warszawska ? Chyba jednak nie. Znaczna cześć filmu to zbędne dłużyzny. Reżyser mało udanie, próbuje pokazać przyczyny konfliktu m.in. odwieczną pogardę Polaków do Ukraińców, niekonsekwencje polityki II RP wobec Ukraińców (tego właściwie nawet nie ma). Ja wiem, że zaraz ktoś napisze, że to film, a ponadto reżyser pokazał ten konflikt widziany oczami ludzi na dole, bez wielkiej polityki i dlatego nie ma na to w nim miejsca. Pozwolę sobie jednak powiedzieć, że moim skromnym zdaniem, można to było zrobić. Podobnie nieudolnie, a właściwie bełkotliwie poruszona jest kwestia mieszania się w ten spór Niemców i Rosjan (celem większego zantagonizowania obu społeczności), a to oni wyciągnęli z konfliktu polsko-ukraińskiego największe korzyści i bezwzględnie wykorzystywali go dla własnych interesów. Dobrze się również stało, że ten film nie reprezentuje Polski w wyścigu do Oscara czego mocno pragnęłyby środowiska, szczególnie te mocno upolitycznione. Jednak niechcący napisałem dużo, więc kończę i już nie denerwuję apologetów twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Jedyny plus tego filmu to dobrze, że powstał.



Odpowiedz

Gość: |

@Antoni Walendzik: "Reżyser mało udanie, próbuje pokazać przyczyny konfliktu m.in. odwieczną pogardę Polaków do Ukraińców, niekonsekwencje polityki II RP wobec Ukraińców (tego właściwie nawet nie ma)". Czyli uważa Pan, że przyczyną nieludzkich zbrodni UPA na Polakach była odwieczna pogarda Polaków do Ukraińców? Może Pan sprecyzować o jaką "odwieczną pogardę" Panu chodzi i czym konkretnie ona się przejawiała? Czy sugeruje Pan, że psychopatyczne zbrodnie dokonywane przez Ukraińców na kobietach, małych dzieciach i noworodkach są usprawiedliwione przez rzekomą "niekonsekwencję polityki II RP wobec Ukraińców"? I pytanie o pomordowanych Żydów, Ormian, Czechów i sprawiedliwych Ukraińców: czy oni również zostali zamordowani, bo przejawiali "odwieczną pogardę wobec Ukraińców"? A może prowadzili "niekonsekwentną politykę" wobec nich??? "Podobnie nieudolnie, a właściwie bełkotliwie poruszona jest kwestia mieszania się w ten spór Niemców i Rosjan (celem większego zantagonizowania obu społeczności), a to oni wyciągnęli z konfliktu polsko-ukraińskiego największe korzyści i bezwzględnie wykorzystywali go dla własnych interesów". Czy sugeruje Pan, że to wina Rosjan i Niemców (a może Putina, który wg modnej narracji winny jest wszelkiemu złu???), że Ukraińcy ruszyli z siekierami na swych polskich (i nie tylko) sąsiadów i nierzadko na krewniaków? Doncow, Szuchewycz, Kłym Sawur, Bandera, Stećko to byli sowieccy agenci??? Czy państwo polskie w czasie tzw. rzezi wołyńskiej okupowało tereny Wołynia? Czy okupantem był ktoś inny? Dlaczego zatem UPA mordowała polską chłopską ludność? To oni okupowali tamte ziemie? Dziecko wyrywane z łona matki przez psychopatów było okupantem?



Odpowiedz

Gość: RobRoy |

Bardzo ciekawa recenzja "Wołynia" o kwestiach, które w tym filmie są i odkładają się w głowach, a na które mało kto zwraca uwagę: "Kręgi piekieł wg.Smarzowskiego"-cz.1-http://www.blogmedia24.pl/node/76027 cz.2-http://www.blogmedia24.pl/node/76037



Odpowiedz

Gość: Adam |

Końcowa scena filmu,to wg mnie śmierć Zofii i jej synka.Zofia wjeżdza do raju,do raju przepuszczają ją strażnicy niebiescy,do raju wiezie ją emisariusz ,który już od dawna nie żyje.Za piękną rzeką roztacza się piękna kraina,do tej krainy wiecznej szczęśliwości wjeżdza Zofia ze swoim synkiem.Chyba tak należy rozumieć ostatnią scenę filmu Wołyń.



Odpowiedz

Gość: JESTEM ŚWIEŻO PO OBEJRZENIU FILMU I DOKŁADNIE TAK |

@Adam



Odpowiedz

Gość: Dymek |

Nie. Moim zdaniem końcowa scena przedstawia symboliczny wyjazd z Ukrainy zmaltretowanej ale żywej Zosi. Jej synek niestety już nie żyje. Zosia tak naprawdę idzie sama, a towarzyszą jej duchy syna i jego ojca.



Odpowiedz

Gość: Chyba ty masz rację |

@Dymek



Odpowiedz

Gość: kasia |

Film wspaniały. Tak samo odebrałam zakończenie.Zosia umarła i umarł jej synek.W końcowej scenie miłość jej życia jest z nimi,czyli są wśród zmarłych.



Odpowiedz
Marcin Sałański

Historyk, dziennikarz prasowy i telewizyjny, wieloletni współpracownik Histmag.org, autor popularnych e-booków. Współpracował m.in. z portalem Historia i Media, Wydawnictwem Bellona i Muzeum Niepodległości w Warszawie. Był również członkiem redakcji kwartalnika „Teka Historyka”. Interesuje się historią średniowiecza, dziejami gospodarczymi, popularyzacją historii i rekonstrukcją historyczną.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org