Opublikowano
2014-07-03 18:03
Licencja
Wolna licencja

Wybuch I wojny światowej: prawdy, półprawdy i mity

W ostatnim czasie można dostrzec „kłopotliwe” zainteresowanie polskich mediów, publicystów i historyków Wielką Wojną 1914-1918. „Kłopotliwe”, bo choć w jej wyniku po 123 latach zaborów Polska odzyskała niepodległość, to owo wielkie militarne starcie nie budziło dotychczas większego zainteresowania. Dziennikarze i profesjonalni badacze, którzy z doskoku, bo przecież setna rocznica, znaleźli się na morzu historiografii pierwszowojennej, wpadali na ogół na mieliznę.


Strony:
1 2

Przeczytaj też: Prawdziwy powód wybuchu I wojny światowej

Kto rozpętał wojnę?

Przyznam, że w dużej mierze sprowokował mnie tekst redakcyjnego kolegi – Michała Gadzińskiego – w którym większość mitów i półprawd funkcjonujących w polskim dyskursie oraz powszechnym wyobrażeniu występuje. Zacznijmy jednak od początku.

Ostatnimi czasy zwykło się nad Wisłą uważać, iż na przestrzeni lat historycy doszli do consensusu w sprawie przyczyn Wielkiej Wojny. Niedawno tezę tę pośrednio wsparł choćby Andrzej Chwalba. Otóż nic takiego nie ma miejsca. Consensus nie istnieje.

Żołnierze w maskach przeciwgazowych podczas pierwszej wojny światowej. Czy za jej wybuch winny były wszystkie biorące w niej udział mocarstwa? (domena publiczna).

W okresie dwudziestolecia międzywojennego, także pod wpływem postanowień konferencji paryskiej, przeważała opinia, iż wojna była spowodowana agresywną polityką Niemiec. Po II wojnie światowej historycy wydawali się stopniowo dochodzić do jakiegoś modus vivendi. Było to tym łatwiejsze, iż miejsce Rzeszy, jako zagrożenia dla światowego pokoju i wartości zachodnich, zajął Związek Sowiecki.

Jednak w końcu lat 60. XX wieku Fritz Fischer opublikował swą słynną pracę o wojennych celach Niemiec. Docierając do nieznanych wcześniej materiałów ów niegdysiejszy działacz NSDAP doszedł do wniosku, że to II Rzesza wywołała wojnę dążąc do przejęcia dominacji lub władzy nad światem. Tak zwana „kontrowersja Fischera” wywołała szeroką międzynarodową dyskusję, której echa trudno doszukać się w polskiej historiografii. Fischer był ostro krytykowany i wydawało się, że w końcu lat 80. jego interpretacje miały ulec tezie o współwinie mocarstw.

Jednakże jeśli prześledzimy prace badaczy skupionych wokół Johna Röhla to okazuje się, że wciąż możemy odnaleźć dość jasno sprecyzowane tezy, iż to Niemcy ponoszą gros odpowiedzialności za wybuch wojny. Ostatnio bardzo wyraźnie pogląd ten sprecyzował Mark Hewitson, również w wydanym po polsku Tańcu furii Michaela Neiberga można spotkać się z taką supozycją.

Zobacz też:

Nie ma tu miejsca, abym prezentował i argumentował swój własny pogląd na tę sprawę. Niemniej już skrótowa prezentacja ukazuje, iż sprawa nie jest tak prosta, aby sprowadzić ją do powszechnego consensusu.

Święte Przymierze a koncert mocarstw

Przejdźmy jednak do przyczyn. Mój redakcyjny kolega odnosi się do zagadnień Świętego Przymierza i koncertu mocarstw. Trafnie zauważa, iż instytucje te różniły się, ale większą wagę zdaje się przywiązywać do pierwszej. Tymczasem, wbrew przyjętemu przez Autora założeniu, Święte Przymierze nie miało na celu strzec równowagi europejskiej. Jego zadaniem było, według Klemensa Metternicha, zapobieganie i przeciwstawianie się ruchom rewolucyjnym rozumianym bardzo szeroko. I mój kolega ma rację wskazując, iż instytucja ta nie przetrwała do czasów I wojny światowej. Jednakże koncert europejski, którego celem było zapewnienie równowagi, trwał dalej. To on de facto utrzymywał ład międzynarodowy i to pomimo zjednoczenia Włoch i Niemiec. Zwłaszcza drugi przypadek doprowadził do zmiany w układzie sił, jednakże koncert skoncentrowany na równowadze wciąż funkcjonował, choć w zmienionej formie.

Kongres pokojowy w Paryżu w 1856 r. kończący wojnę krymską (aut. Édouard-Louis Dubufe, domena publiczna).

Ostoją jego musiał stać się Bismarck obawiający się okrążenia i budujący system sojuszy oraz pozycję Niemiec jako mediatora. Sojusz Trzech Cesarzy to wbrew oficjalnej retoryce nie zapewnienie jedności zaborców przeciw Polakom, ale spokoju w tej części Europy i izolowania Francji (blokowanie jej porozumienia z Rosją) przy jednoczesnym wspieraniu jej aspiracji kolonialnych. Polityka ta miała zapewnić ład i względną równowagę. Dowodem tego były kolejne konferencje międzynarodowe. Dla Bismarcka były one niejednokrotnie trudne, ale udało mu się zapewnić II Rzeszy reputację swego rodzaju arbitra. Dopiero za jego następców, a zwłaszcza za Bülowa, ten obraz się zmienia. Niemniej, nawet wówczas koncert funkcjonuje i na kolejnych konferencjach w obliczu kryzysów międzynarodowych mocarstwa dążą do równowagi. Gdy tylko Niemcy zdają się podnosić głowę, aby uzyskać nazbyt dużo, społeczność międzynarodowa ich powstrzymuje. Wystarczy spojrzeć na kryzys marokański. W opinii międzynarodowej opinii publicznej kolejno rozwiązywane pokojowo kryzysy były przejawem sprawdzania się tegoż systemu. To, że nie nazywano go już koncertem mocarstw, nie ma tu nic do rzeczy. Założenie pozostawało takie samo: zapewnić równowagę w Europie.

Oczywisty antagonizm?

Cesarz niemiecki Wilhelm II Hohenzollern (fot. T. H. Voigt, ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. HU 68367, domena publiczna). Michał Gadziński uważa, że konflikt zjednoczonych Niemiec z Wielką Brytanią był nieunikniony. Dowodem miała być rosnąca potęga gospodarcza II Rzeszy. Z argumentacją taką nie mogę się zgodzić z kilku powodów. Po pierwsze, nie tylko gospodarka kraju między Wartą a Renem wyprzedzała brytyjską – podobnie rzecz miała się ze Stanami Zjednoczonymi. Ich gospodarka urosła w latach 1860-1913 ponad 10 razy, podczas gdy brytyjska niespełna 3 a niemiecka ponad 7. Oczywiście, można powiedzieć, że USA i Wielka Brytania to tradycyjni sprzymierzeńcy. Ale nie w XIX w. Jak słusznie podnosił Bradford Perkins, miejsce Albionu w demonologii amerykańskiej było bardzo istotne. Jeszcze w 1895 r. doszło do poważnego międzynarodowego kryzysu o drugorzędną kwestię granicy gujańsko-wenezuelskiej. W jego wyniku oba państwa znalazły się na krawędzi wojny, a część amerykańskich polityków mówiła o zajęciu Kanady. Nawet wiele lat po tym sporze USA miały, just in case, plany ataku na północnego sąsiada, a rząd JKM jej obrony na wypadek amerykańskiej inwazji.

Tezy o nieuniknionym konflikcie nie da się również obronić z innych powodów. Przez niemal trzydzieści lat od zjednoczenia Niemiec Wielka Brytania nie pojawia się jako ich główne zagrożenie na arenie międzynarodowej. Zarówno Bismarck, jak i jego następcy upatrywali wroga zupełnie gdzie indziej, tj. we Francji i Rosji. Mój kolega zdaje się zapominać, że byli to także najwięksi adwersarze Albionu. Polityka Two-Powers Standard, wedle której Royal Navy miała być równa dwóm największym flotom świata, nie odnosiła się do Rzeszy, lecz Rosji i Francji. Nawet ustawy morskie Tirpitza nie wywołały z początku nad Tamizą poważniejszych obaw. Michał Gadziński wspomina co prawda o Faszodzie, jednak nie był to incydent jednostkowy. Antagonizm brytyjsko-francuski i brytyjsko-rosyjski były faktem. Narastały przez lata i to w Petersburgu i Paryżu szukano wroga w pierwszej kolejności. Jeśli sięgniemy do literatury końca XIX w., nawet tak popularnej jak opowiadania o Sherlocku Holmesie Arthura Conan Doyle’a, to międzynarodowego zagrożenia dla Wielkiej Brytanii rzadko doszukamy się nad Szprewą. Kilkukrotne zabiegi o sojusz z Niemcami to nie przypadek. To przemyślana, choć niekoniecznie profesjonalna, polityka rządu JKM zamierzającego do zbudowania oparcia na państwach o najbliższych więzach kulturowych oraz potencjale gospodarczym. W Londynie przewidywano zatem szeroką współpracę z Niemcami i USA tj. dwoma największymi rywalami gospodarczymi, ale i bliskimi etniczne i kulturowo. Gdzie tu zatem dowód na nieuniknioność konfliktu od 1871 r.?

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Przemysław Piotr Damski |

W "Dyplomacji" Kissinger posłużył się uproszczeniem. Zbyt daleko idącym, jeśli weźmiemy pod uwagę zażartą rywalizację Marianny i Albionu w Afryce, czego kulminacją była Faszoda. Po Faszodzie to się szobko zmienia i tu zgoda.



Odpowiedz

Gość: Necrotrup |

Ciekawy tekst, jednakże warto zwrócić uwagę na to, że rosnące w siłę Niemcy po 1871 zaczęły zajmować miejsce Francji jako potencjalne zagrożenie dla Wielkiej Brytanii. Pisał o tym choćby Kissinger w "Dyplomacji".



Odpowiedz

Gość: Przemysław Piotr Damski |

Dziękuję za komentarz. Nie sugeruję, że napięcia nie było i nie rosło. Wręcz napisałem, że tak się działo od początku XX w., zwłaszcza po kryzysie marokańskim. Niemniej badania choćby Neiberga, pokazują, że w 1914 r. Brytyjczycy nie był zdecydowanie antyniemieccy, choć duża ich część i bardzo część establishmentu tak. Neiberg ukazuje większe spektrum reakcji społecznych niż dość powierzchowne obserwacje Fergusona. Nie twierdzę, że Neiberg we wszystkim ma rację. Jego badania skłaniają jednak do większego zastanowienia, aniżeli proste przełożenie "Brytyjczycy byli antyniemieccy". Konstatacja do bólu logiczna: wojna wybuchnąć musiała skoro wybuchła, jest w tym przypadku słuszna i nie kwestionuję jej jako takiej. Jeśli jednak przyjmiemy, że pretensje kolonialne były jedną z ważniejszych przyczyn wojny to znów wylądujemy na mieliźnie. Wbrew bowiem wojowniczej czasem retoryce Berlina nie miał on sił, ani środków na pokonanie Wielkiej Brytanii w koloniach. Austro-Węgry nie były nawet mocarstwem kolonialnym. Wątek kolonialny był istotny dla państw Ententy. Gdyby one się nie porozumiały to wojna zapewne również by wybuchła, ale między nimi, a nie Ententą a Trójprzymierzem. Jeśli chodzi o poszukiwanie winnego, to go nie szukam. Wskazuję jedynie, że w historiografii nie ma zgody co do głównego sprawstwa. Jeśli chodzi o Bałkany, to moim zdaniem, i chyba nie tylko, Bałkany były sprawą drugorzędną dla Zachodu a Niemcy i austro-Wegry liczyły po prostu, ze sprawa rozstrzygnie się jak w przypadku Bośni i Hercegowiny. Jeśli poczytać informacje o reakcjach rządu wiedeńskiego i samego Franciszka Józefa, to nikt specjalnie śmiercią arcyksięcia się nie przejął. Poza tym nie był to pierwszy zamach w Europie, nie pierwszy też skuteczny. Jeśli prześledzić wydarzenia od czerwca do sierpnia 1914 r. to wcale aż tak żwawo to nie wygląda, a w poszczególnych gabinetach widać przerażenie przed tym co w końcu lipca wydawało się już nieuchronne. Austro-Węgry, dla ścisłości, postawiły sprawę na ostrzy noża, ale były do tego gorąco zachęcane przez Niemcy. Uważa się, że bez poparcia Niemiec ultimatum nie byłoby tak stanowcze lub odpowiedź na nie zostałaby przyjęta. Austro-Węgry wiedziały, że Rosja ma żywotne interesy na Bałkanach i atak na Serbię sprowokuje jej reakcję. Liczono jednak, że na protestach się skończy. Niemniej, Niemcy, zanim Rosja ogłosiła mobilizację, podjęły decyzję że ogłoszą mobilizację swych wojsk. Niemcy byli istotnie dość naiwni twierdząc, że współpraca (nie sojusz) brytyjsko-francuska nie jest możliwa. Listy Holsteina i Bulowa pozostają w tej materii jednak jasne. Pozostawało to poza ich wyobrażeniem.



Odpowiedz

Gość: rodak |

Odnosząc się do jednego z wątków poruszonych przez autora: wydaje mi się że jednak od początku XX wieku to napięcie angielsko - niemieckie jest silniejsze niż sugeruje autor. Widać to choćby w nastawieniu społeczeństw i prasy do relacji między państwami (delikatnie tutaj krytykowany Ferguson przytacza m.in. fragmenty rozrywkowych powieści w prasie brytyjskiej, w których czarnym charakterem z biegiem czasu coraz częściej był Niemiec, albo niemiecki szpieg - niby drobnostka, ale pokazuje skąd wieje wiatr). Istotne w tym temacie jest zresztą chyba to, co - jak mi się zdaje - sugeruje Michał. Że wojna wybuchnąć musiała wcześniej czy później. I wynikała z nagromadzonego przez lata napięcia na wielu polach. Od kolonializmu po sprawy europejskie. Od Bałkan po Afrykę. W tym sensie poszukiwanie państwa winnego bardziej czy mniej jest o tyle nieproduktywne, że cała Europa na tą wojnę czekała i w zasadzie była do niej gotowa. Przecież konflikt wybuchnął od zdarzenia doniosłego dla Habsburgów, ale jednak niedotyczącego bezpośrednio ani Niemiec ani Wielkiej Brytanii czy Francji. Żwawość z jaką cała imperialna Europa do konfliktu się przyłączyła świadczy raczej o tym, że tarcia występowały w tak wielu miejscach, że to - kolokwialnie pisząc - musiało pieprznąć. Oczywiście potem narracja zwycięzców wzięła górę, przyjęło się twierdzić, że winni byli Niemcy, zapóźnieni w imperialnych podbojach. Ale przecież sprawę na ostrzu noża postawiły pierwsze Austro-Węgry a w konflikt niedotyczący bezpośrednio jej granic włączyła się szybko carska Rosja. PS. Na marginesie taka bardzo luźna uwaga. Wzmianka o niemieckim przeświadczeniu o niemożności zawiązania sojuszu francusko-brytyjskiego przypomina przeświadczenie pewnego polskiego szefa MSZ o niemożliwości sojuszu Hitlera ze Stalinem :).



Odpowiedz

Gość: Przemysław Piotr Damski |

Michale, Ad. 1. kwestia niby sojuszu jest właśnie jednym z tych mitów, które uproszczenia tego typu rozprzestrzeniają. Sugeruje się bowiem, że Wielka Brytania chciała przystąpić do wojny i miała takie zobowiązania. Tymczasem tak wcale nie było. Ad. 2, dziękuję za docenienie uwag o USA. ;) Ad. 3. Problem jest taki, że w dłuższej perspektywie możemy doszukiwać się konfliktu między większością państw. Dla zwolenników tezy o odwiecznym brytyjsko-niemieckim antagonizmie owe blisko 30 lat pokojowych, czasem wręcz przyjaznych, stosunków między obu krajami jest zaś kłopotem. Nowsza historiografia zauważa, iż kurs antybrytyjski, który jeśli wejrzeć głębiej wcale taki antybrytyjski nie był, nie był motywowany ani nienawiścią narodową, ani racją stanu Niemiec. Był efektem właściwie jednostkowej decyzji Tirpitza popieranej przez Wilhelma II o rozbudowie floty z uzasadnieniem, że jest ona skierowana przeciw Albionowi. Polityka ta była możliwa tylko dlatego, że duet Holstein-Bulow był przekonany o niemożności porozumienia brytyjsko-francuskiego i brytyjsko-rosyjskiego. A gdy to się już stało to dostrzeżono słabość tych porozumień (to nie były traktaty czy sojusze) i starano się wyrwać Albion z tych objęć. Założenie było słuszne, ale realizowane przez niepotrzebną presję międzynarodową. Uważa się, że ta nerwowość dyplomacji niemieckiej była zabójcza. Ale też do pewnego stopnia zrozumiała. Oto bismarckowski koszmar o okrążeniu zawał się sprawdzać. Tyle, że Bismarck umiał sobie z tym radzić, a jego następcy nie. Antagonizm brytyjsko-niemiecki występował, ale zaczyna występować dopiero z początkiem XX w. po ustawach morskich Tirpitza. Przejawia się on na ogół na łamach prasy, wśród urzędników. Polityka brytyjska nie jest jednak antyniemiecka sensu stricto. Tak samo niemiecka nie jest antybrytyjska nie licząc haseł o rozbudowie floty. Jest antyniemiecka, a Albion broni Marianny w celu zachowania równowagi sił. dopiero kryzysy marokańskie istotnie zmieniają sytuację, rozpoczynają pełną parą wyścig zbrojeń i dają przewagę antyniemieckim uczuciom w Wielkiej Brytanii. Jednak pomimo to, nawet w lipcu 1914 r. społeczeństwo brytyjskie i politycy, w tym ówczesny rząd, są bardzo podzielone. Polityka ścisłego antagonizmu przed wojną liczyła sobie ok. 10 lat. Polityka odwrotna blisko 30. To daje do myślenia. W tym samym czasie rywalizacja z Francją, Rosją i USA trwała dziesięciolecia. Nie jest to zatem prosta "naturalność" i "nieuchronność". Kilka innych decyzji nad Szprewą i sprawy wyglądałyby zupełnie inaczej. Niemniej, dziękuję za komentarz. Inny zostawiłem pod tekstem o gentlemanach. ;)



Odpowiedz
Przemysław Piotr Damski

Doktor nauk humanistycznych w zakresie historii powszechnej, specjalista dziejów XIX i XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem lat 1871–1918. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego; wykładowca w Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie; współpracował ze Społeczną Akademią Nauk w Łodzi przy projekcie „Colonisation and Decolonisation in National History Cultures and Memory Politics in European Perspective”, nadzorowanym przez Universität Siegen (Siegen, Niemcy). Stypendysta Roosevelt Study Center (Middelburg, Holandia).

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org