Wybuch I wojny światowej: prawdy, półprawdy i mity

W ostatnim czasie można dostrzec „kłopotliwe” zainteresowanie polskich mediów, publicystów i historyków Wielką Wojną 1914-1918. „Kłopotliwe”, bo choć w jej wyniku po 123 latach zaborów Polska odzyskała niepodległość, to owo wielkie militarne starcie nie budziło dotychczas większego zainteresowania. Dziennikarze i profesjonalni badacze, którzy z doskoku, bo przecież setna rocznica, znaleźli się na morzu historiografii pierwszowojennej, wpadali na ogół na mieliznę.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Przeczytaj też: Prawdziwy powód wybuchu I wojny światowej

Kto rozpętał wojnę?

Przyznam, że w dużej mierze sprowokował mnie tekst redakcyjnego kolegi – Michała Gadzińskiego – w którym większość mitów i półprawd funkcjonujących w polskim dyskursie oraz powszechnym wyobrażeniu występuje. Zacznijmy jednak od początku.

Ostatnimi czasy zwykło się nad Wisłą uważać, iż na przestrzeni lat historycy doszli do consensusu w sprawie przyczyn Wielkiej Wojny. Niedawno tezę tę pośrednio wsparł choćby Andrzej Chwalba. Otóż nic takiego nie ma miejsca. Consensus nie istnieje.

Żołnierze w maskach przeciwgazowych podczas pierwszej wojny światowej. Czy za jej wybuch winny były wszystkie biorące w niej udział mocarstwa? (domena publiczna).

W okresie dwudziestolecia międzywojennego, także pod wpływem postanowień konferencji paryskiej, przeważała opinia, iż wojna była spowodowana agresywną polityką Niemiec. Po II wojnie światowej historycy wydawali się stopniowo dochodzić do jakiegoś modus vivendi. Było to tym łatwiejsze, iż miejsce Rzeszy, jako zagrożenia dla światowego pokoju i wartości zachodnich, zajął Związek Sowiecki.

Jednak w końcu lat 60. XX wieku Fritz Fischer opublikował swą słynną pracę o wojennych celach Niemiec. Docierając do nieznanych wcześniej materiałów ów niegdysiejszy działacz NSDAP doszedł do wniosku, że to II Rzesza wywołała wojnę dążąc do przejęcia dominacji lub władzy nad światem. Tak zwana „kontrowersja Fischera” wywołała szeroką międzynarodową dyskusję, której echa trudno doszukać się w polskiej historiografii. Fischer był ostro krytykowany i wydawało się, że w końcu lat 80. jego interpretacje miały ulec tezie o współwinie mocarstw.

Jednakże jeśli prześledzimy prace badaczy skupionych wokół Johna Röhla to okazuje się, że wciąż możemy odnaleźć dość jasno sprecyzowane tezy, iż to Niemcy ponoszą gros odpowiedzialności za wybuch wojny. Ostatnio bardzo wyraźnie pogląd ten sprecyzował Mark Hewitson, również w wydanym po polsku Tańcu furii Michaela Neiberga można spotkać się z taką supozycją.

Zobacz też:

Nie ma tu miejsca, abym prezentował i argumentował swój własny pogląd na tę sprawę. Niemniej już skrótowa prezentacja ukazuje, iż sprawa nie jest tak prosta, aby sprowadzić ją do powszechnego consensusu.

Święte Przymierze a koncert mocarstw

Przejdźmy jednak do przyczyn. Mój redakcyjny kolega odnosi się do zagadnień Świętego Przymierza i koncertu mocarstw. Trafnie zauważa, iż instytucje te różniły się, ale większą wagę zdaje się przywiązywać do pierwszej. Tymczasem, wbrew przyjętemu przez Autora założeniu, Święte Przymierze nie miało na celu strzec równowagi europejskiej. Jego zadaniem było, według Klemensa Metternicha, zapobieganie i przeciwstawianie się ruchom rewolucyjnym rozumianym bardzo szeroko. I mój kolega ma rację wskazując, iż instytucja ta nie przetrwała do czasów I wojny światowej. Jednakże koncert europejski, którego celem było zapewnienie równowagi, trwał dalej. To on de facto utrzymywał ład międzynarodowy i to pomimo zjednoczenia Włoch i Niemiec. Zwłaszcza drugi przypadek doprowadził do zmiany w układzie sił, jednakże koncert skoncentrowany na równowadze wciąż funkcjonował, choć w zmienionej formie.

Kongres pokojowy w Paryżu w 1856 r. kończący wojnę krymską (aut. Édouard-Louis Dubufe, domena publiczna).

Ostoją jego musiał stać się Bismarck obawiający się okrążenia i budujący system sojuszy oraz pozycję Niemiec jako mediatora. Sojusz Trzech Cesarzy to wbrew oficjalnej retoryce nie zapewnienie jedności zaborców przeciw Polakom, ale spokoju w tej części Europy i izolowania Francji (blokowanie jej porozumienia z Rosją) przy jednoczesnym wspieraniu jej aspiracji kolonialnych. Polityka ta miała zapewnić ład i względną równowagę. Dowodem tego były kolejne konferencje międzynarodowe. Dla Bismarcka były one niejednokrotnie trudne, ale udało mu się zapewnić II Rzeszy reputację swego rodzaju arbitra. Dopiero za jego następców, a zwłaszcza za Bülowa, ten obraz się zmienia. Niemniej, nawet wówczas koncert funkcjonuje i na kolejnych konferencjach w obliczu kryzysów międzynarodowych mocarstwa dążą do równowagi. Gdy tylko Niemcy zdają się podnosić głowę, aby uzyskać nazbyt dużo, społeczność międzynarodowa ich powstrzymuje. Wystarczy spojrzeć na kryzys marokański. W opinii międzynarodowej opinii publicznej kolejno rozwiązywane pokojowo kryzysy były przejawem sprawdzania się tegoż systemu. To, że nie nazywano go już koncertem mocarstw, nie ma tu nic do rzeczy. Założenie pozostawało takie samo: zapewnić równowagę w Europie.

Oczywisty antagonizm?

Cesarz niemiecki Wilhelm II Hohenzollern (fot. T. H. Voigt, ze zbiorów Imperial War Museum, sygn. HU 68367, domena publiczna).
Michał Gadziński uważa, że konflikt zjednoczonych Niemiec z Wielką Brytanią był nieunikniony. Dowodem miała być rosnąca potęga gospodarcza II Rzeszy. Z argumentacją taką nie mogę się zgodzić z kilku powodów. Po pierwsze, nie tylko gospodarka kraju między Wartą a Renem wyprzedzała brytyjską – podobnie rzecz miała się ze Stanami Zjednoczonymi. Ich gospodarka urosła w latach 1860-1913 ponad 10 razy, podczas gdy brytyjska niespełna 3 a niemiecka ponad 7. Oczywiście, można powiedzieć, że USA i Wielka Brytania to tradycyjni sprzymierzeńcy. Ale nie w XIX w. Jak słusznie podnosił Bradford Perkins, miejsce Albionu w demonologii amerykańskiej było bardzo istotne. Jeszcze w 1895 r. doszło do poważnego międzynarodowego kryzysu o drugorzędną kwestię granicy gujańsko-wenezuelskiej. W jego wyniku oba państwa znalazły się na krawędzi wojny, a część amerykańskich polityków mówiła o zajęciu Kanady. Nawet wiele lat po tym sporze USA miały, just in case, plany ataku na północnego sąsiada, a rząd JKM jej obrony na wypadek amerykańskiej inwazji.

Tezy o nieuniknionym konflikcie nie da się również obronić z innych powodów. Przez niemal trzydzieści lat od zjednoczenia Niemiec Wielka Brytania nie pojawia się jako ich główne zagrożenie na arenie międzynarodowej. Zarówno Bismarck, jak i jego następcy upatrywali wroga zupełnie gdzie indziej, tj. we Francji i Rosji. Mój kolega zdaje się zapominać, że byli to także najwięksi adwersarze Albionu. Polityka Two-Powers Standard, wedle której Royal Navy miała być równa dwóm największym flotom świata, nie odnosiła się do Rzeszy, lecz Rosji i Francji. Nawet ustawy morskie Tirpitza nie wywołały z początku nad Tamizą poważniejszych obaw. Michał Gadziński wspomina co prawda o Faszodzie, jednak nie był to incydent jednostkowy. Antagonizm brytyjsko-francuski i brytyjsko-rosyjski były faktem. Narastały przez lata i to w Petersburgu i Paryżu szukano wroga w pierwszej kolejności. Jeśli sięgniemy do literatury końca XIX w., nawet tak popularnej jak opowiadania o Sherlocku Holmesie Arthura Conan Doyle’a, to międzynarodowego zagrożenia dla Wielkiej Brytanii rzadko doszukamy się nad Szprewą. Kilkukrotne zabiegi o sojusz z Niemcami to nie przypadek. To przemyślana, choć niekoniecznie profesjonalna, polityka rządu JKM zamierzającego do zbudowania oparcia na państwach o najbliższych więzach kulturowych oraz potencjale gospodarczym. W Londynie przewidywano zatem szeroką współpracę z Niemcami i USA tj. dwoma największymi rywalami gospodarczymi, ale i bliskimi etniczne i kulturowo. Gdzie tu zatem dowód na nieuniknioność konfliktu od 1871 r.?

Antagonizm brytyjsko-niemiecki zaistniał m.in. z powodu zazdrości Kaisera Wilhelma II, jego chęci udowodniania przed brytyjskimi krewnymi swej i niemieckiej wartości oraz rozbudowy Kaiserliche Marine i budowy Hochseeflotte. W pierwszym przypadku wystarczy zajrzeć do książek Röhla i Thomasa Kohuta, czy popularnego acz ciekawie ujmującego sprawę studium Dreadnought Roberta K. Massiego. W sprawie następnej należy pamiętać, że gdy przegłosowywano w Reichstagu pierwszą ustawę morską Tirpitza, zagrożenie ze strony brytyjskiej zostało wymyślone specjalnie po to, aby przekonać jego członków o konieczności rozbudowy floty. Parlamentarzyści w zdecydowanej większości nie postrzegali Albionu jako zagrożenia, nie widzieli też sensu w rozbudowie floty. Według nich Niemcy były potęgą lądową i na lądzie też powinny pozostać. Pomimo istnienia partii kolonialnej nie była ona przesadnie liczna. Oczywiście już Bismarck zabiegał o jej poparcie i dlatego pozyskał kolonie dla Niemiec, jednak biorąc pod uwagę jego osobistą niechęć do takiej ekspansji oraz częste batalie z Reichstagiem bardziej uzasadnione jest twierdzenie, że na wypadek jednej z nich chciał mieć poparcie kolonialistów i stąd ta symboliczna ekspansja. Nie udało się udowodnić dotychczas tez o społecznym imperializmie Niemiec, tj. rozbudowy ekspansji w celu finansowania reform państwowych etc. Od samego początku do biznesu trzeba było dokładać, a pozyskanie urzędników chętnych do pracy w koloniach nie było łatwe. Nie dziwi zatem, iż parlamentarzyści nie widzieli sensu w rozbudowie floty. Antybrytyjskość też nie wzbudziła początkowo zbytniego entuzjazmu, ale znalazł się krąg osób z Wilhelmem II na czele, który wsparł te plany i ostatecznie Niemcy uwierzyli w „brytyjskie zagrożenie”.

Okładka czasopisma „Puck” z 1909 r. z karykaturą ilustrującą wyścig zbrojeń morskich (aut. L. M. Glackens, domena publiczna).
Uczucie to wzmagało się, gdy Albion opowiadał się w czasie międzynarodowych kryzysów po stronie Francji. Należy jednak zauważyć, że czynił tak głównie dlatego, iż nerwowa polityka Berlina, odbiegająca od bismarckowskiej, zagrażała równowadze europejskiej. W samym Foreign Office, jak trafnie zdiagnozowała Zara Steiner, wielu urzędników zaczęło przejawiać antyniemieckie skłonności. W tym samym czasie USA zaczęły wyrastać na brytyjskiego przyjaciela, choć ich pozycja startowa do ocieplenia stosunków z Albionem wydawała się na początku lat 90. XIX w. gorsza niż niemiecka.

Ententa to nie sojusz!

Stąd trzeba przejść do sprawy kolejnej. Michał Gadziński zakłada, że wykształcenie się dwóch przeciwstawnych bloków, tj. Trójprzymierza i Trójporozumienia było naturalne. Powyżej wykazałem, że do końca XIX w. nie było nad Tamizą „naturalnej” skłonności do konfliktu z Niemcami. Nie było też „naturalnej” skłonności do sojuszu z Francją i Rosją. W końcu XIX w. i na początku XX w. Zjednoczone Królestwo rzeczywiście rozważało ułożenie spraw spornych ze swymi odwiecznymi rywalami, jednak stosowało się ono do zasad polityki określanej jako splendid isolation. Wyłomem od niej był sojusz zawarty z Japonią w 1902 r. (odnowiony w 1905 r. i 1911 r.). Jednak na Whitehallu nie myślano o sojuszu z mocarstwami europejskimi za wyjątkiem Niemiec, a i to w ograniczonej formie. Wbrew temu co pisze Michał Gadziński, Wielka Brytania nie zawarła sojuszu z Francją i Rosją. Podpisała porozumienia kolonialne, lecz w żadnym punkcie, nawet tajnym, tych umów nie ma mowy o sojuszu. Nawiązano pewną współpracę wojskową na mocy nieoficjalnych umów sztabowych, a Rząd JKM zgodził się na zabezpieczenie Morza Północnego, aby Francja miała wolną rękę na Morzu Śródziemnym. Nigdzie jednak nie było mowy o wsparciu wojskowym czy wypowiadaniu wojny w obronie III Republiki czy Imperium Romanowów. Wielka Brytania bojąc się wmieszania w konflikt unikała jak ognia wszelkich zobowiązań sojuszniczych w Europie i nigdzie nie podpisała, ani nie zaakceptowała casus foederis. Wyjątek stanowiła Japonia, lecz sojusz z państwem Kwitnącej Wiśni postrzegano jako żywotny dla obrony brytyjskich interesów w Azji. Mimo to nawet ten alians z 1902 r. był sprecyzowany tak, aby uniknąć brytyjskiego zaangażowania w jakikolwiek konflikt zbrojny, nawet jeśli sojusznik Albionu toczyłby wojnę. Sytuacja zmieniła się w 1905 r., gdy nad Tamizą przekonano się, że Japonia była wystarczająco silna, aby dać sobie radę w pojedynkę, bez aktywnej pomocy Brytyjczyków. Wtedy można było zacieśnić sojusz, bo prawdopodobieństwo przymusowej interwencji było niewielkie.

Karykatura ukazująca Bałkany jako wrzący punkt europejskich stosunków dyplomatycznych (aut. Leonard Raven-Hill, domena publiczna).
Jedyny sojusz jaki istniał w bloku Ententy, to ten wiążący Francję i Rosję. Tylko w tym przypadku możemy mówić o casus foederis. Tego obawiali się Brytyjczycy podpisując sojusz w Japonią. Gdyby Paryż opowiedział się przeciw Japonii i w 1904 r. przystąpił do wojny po stronie Rosji, wówczas Londyn musiałby wesprzeć swego alianta. Niemcy w 1914 r. zdawali sobie z tego doskonale sprawę i dlatego chcieli unieszkodliwienia Francji, ale liczyli, że Wielka Brytania się nie włączy; zresztą nie miała na to specjalne ochoty. Cała polityka Wilhelmstraße, od 1905 r. począwszy, była obliczona na wyrwanie Zjednoczonego Królestwa z Ententy. To czy była to polityka skuteczna i właściwa to inna sprawa. Niemniej w argumentacji niemieckiej w trakcie i po wojnie pobrzmiewał bardzo silnie argument winy „perfidnego Albionu”, który niepotrzebnie wmieszał się w konflikt.

Prawda?

Nie przedstawiłem tu wszystkich elementów decydujących o międzynarodowych uwarunkowaniach przed Wielką Wojną 1914-1918, a jedynie te, które w moim przekonaniu są najjaskrawszym przykładem mitów i półprawd pobrzmiewających nad Wisłą i jednocześnie znajdujących odbicie w tekście Michała Gadzińskiego. Nie wyczerpałem w związku z tym problematyki. Jednak skoro Joll i Martel w obszernych Przyczynach pierwszej wojny światowej tego nie uczynili, jakbym mógł to zrobić w krótkim tekście? Nie oznacza to również, iż nie zgadzam się ze wszystkimi tezami mego redakcyjnego kolegi. Czynniki ekonomiczne były bowiem ważne, ale nie aż tak bardzo – moda na ich eksponowanie rozprzestrzenia się za sprawą Nialla Fergusona, który dostrzega implikacje ekonomiczne nawet tam gdzie ich nie ma. Pisałem o tym w recenzji jego Imperium. Część przytaczanych przez Michała Gadzińskiego tez może być usprawiedliwiona, gdyż historykom, jak w przypadku Michaela Neiberga, zdarza się np. nazywać Ententę sojuszem. Biorąc jednak pod uwagę wszelkie przedstawione tu wątpliwości oraz zarys dorobku historiograficznego wydaje się wysoce ryzykowne pisanie o „prawdziwym” powodzie wybuchu I wojny światowej.

Redakcja: Tomasz Leszkowicz

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Przemysław Piotr Damski
Doktor nauk humanistycznych w zakresie historii powszechnej, specjalista dziejów XIX i XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem lat 1871–1918. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego; wykładowca w Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie; współpracował ze Społeczną Akademią Nauk w Łodzi przy projekcie „Colonisation and Decolonisation in National History Cultures and Memory Politics in European Perspective”, nadzorowanym przez Universität Siegen (Siegen, Niemcy). Stypendysta Roosevelt Study Center (Middelburg, Holandia).

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy