Opublikowano
2014-12-22 13:00
Licencja
Wolna licencja

Zbrodnia doskonała w gomułkowskiej Warszawie (cz. 2)

Grupa przestępcza, odpowiedzialna za dokonanie w latach 1957–1959 trzech napadów rabunkowych na warszawskich ulicach, zapadła się pod ziemię. Dała o sobie znać dopiero po upływie ponad pięciu lat. W 1964 roku, dwa dni przed Wigilią, dokonała swojego największego skoku.


1 2 3

Przeczytaj pierwszą część artykułu.

22 grudnia 1964 roku o godzinie 18.35 pod budynek tak zwanego „Banku pod Orłami” na ulicy Jasnej, gdzie mieścił się VIII Oddział Narodowego Banku Polskiego, podjechał samochód marki Warszawa. Było to charakterystyczne auto, wykorzystywane przez pracowników Straży Przemysłowej Centralnego Domu Towarowego. Proweniencję pojazdu zdradzał napis umieszczony na drzwiach oraz tylne okna częściowo zamalowane zieloną farbą. Samochodem tym, na zmianę z oznakowanym Żukiem, codziennie około 18.30–18.45 przywożono do banku utarg CDT.

Z samochodu wysiadła trójka ludzi: uzbrojony strażnik Zdzisław S., nieuzbrojony konwojent niosący worek z pieniędzmi Stanisław P. oraz Jadwiga M., kasjerka CDT. Kierowca Władysław B. pozostał w aucie, oczekując szybkiego powrotu współpracowników.

Opisana grupa udała się do głównych drzwi banku. W tym samym kierunku szedł również młody człowiek, poruszający się wzdłuż frontu budynku NBP od strony ulicy Jasnej. Idący jako pierwszy konwojent dosłownie zderzył się w drzwiach z tym mężczyzną. Nim pracownik CDT zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, napastnik wyciągnął pistolet, z którego strzelił w pierś konwojenta, a następnie wyrywał niesiony przez niego worek z pieniędzmi. Raniony strażnik uciekł do wnętrza banku. Wbiegł aż na drugie piętro, gdzie osunął się na podłogę.

W tym samym niemal czasie drugi z bandytów, który przybył najprawdopodobniej od ulicy Hibnera, strzelił dwukrotnie do uzbrojonego konwojenta. Pierwsza z kul przebiła na wylot czaszkę strażnika, druga trafiła go w lewy policzek. Mężczyzna padł na ziemię. Napastnik oddał w jego kierunku kolejne, najprawdopodobniej dwa, strzały. Kasjerka, krzycząc „bandyci, milicja, milicja!”, uciekła i schroniła się za samochodem CDT. W kilka sekund po pierwszych strzałach kierowca zaczął naciskać klakson służbowej „Warszawy” celem zaalarmowania przechodniów.

Sprawcy wycofali się z workiem z pieniędzy ulicą Hibnera w stronę ulicy Sienkiewicza. Niosący łup szedł jako pierwszy, drugi napastnik ubezpieczał go, idąc tyłem. W trakcie ucieczki padły kolejne dwa strzały, które trafiły w maskę trąbiącej „Warszawy”. Bandyci najprawdopodobniej zbiegli prześwitem pomiędzy budynkami Filharmonii Narodowej i PKO do ulicy Moniuszki, a następnie ulicą Marszałkowską. Część świadków wskazywała na możliwość ucieczki przestępców błękitnym lub szarym samochodem marki Warszawa o numerze rejestracyjnym zaczynającym się od liter TB lub TC. Pojazd ten był widziany w bezpośredniej okolicy napadu. Jego poszukiwania przez MO nie dały rezultatu.


Współczesny plan Warszawy przedstawiający miejsce wydarzeń z 22 grudnia 1964 roku. Dzisiejsza ulica Zgoda nosiła wówczas imię Władysława Hibnera. Wyświetl większą mapę.

W wyniku napadu życie stracił jeden ze strażników, drugi został ranny. Skradziono utarg dzienny CDT o wysokości 1 336 500 zł. Według GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie w 1964 roku wynosiło 1 867 zł, zatem łupem bandytów padła kwota stanowiąca równowartość około 716 średnich krajowych pensji.

Tajemniczy pasażerowie taksówki

Na miejscu napadu milicyjni technicy znaleźli osiem łusek. Trzy z nich zostały odstrzelone z pistoletu użytego w trakcie napadu na kasjerkę sklepu obuwniczego w 1957 roku oraz przy dwóch przestępstwach z 1959 roku (morderstwo milicjanta i skok na UPT-57). Pozostałych pięć łusek pochodziło z pistoletu zabitego milicjanta. Choć zebrano wszystkie łuski, milicja miała duży problem z ustaleniem liczby strzałów.

Z raportów KGMO wiadomo, że jeden strzał oddano do konwojenta, dwa do uzbrojonego strażnika i dwa w stronę samochodu CDT. Daje to razem pięć pocisków. Ponadto raz (celnie) lub dwa razy (niecelnie) strzelono do leżącego już strażnika. Brak również informacji, gdzie trafił ósmy (tyle odnaleziono łusek) oraz ewentualny dziewiąty strzał, o którym wspomina jeden ze świadków.

Choć świadkami napadu było piętnaście osób, śledczym trudno było ustalić dokładny przebieg wydarzenia, gdyż każdy obserwator przedstawił swoją wersję wypadków. Było to wynikiem stresu, gwałtowności zajścia oraz słabego oświetlenia placu przed bankiem.

Część świadków informowała o dwóch sprawcach, inni zeznawali o istnieniu trzeciego (kierowcy) lub nawet czwartego (pomocnik, który na ulicy Moniuszki przy banku PKO miał podać jednemu z uciekających pokrowiec na zrabowany worek). Niektórzy widzieli mężczyzn o podobnych rysopisach w pobliżu ulicy Jasnej godzinę, dwie lub trzy przed napadem, zarówno przed samym bankiem, jak i na klatce budynku przy ulicy Hibnera 5.

Interesując są zeznania złożone przez kierowcę warszawskiej taksówki, który podał, że feralnego dnia o godzinie 17.30 zabrał pasażera spod hotelu „Polonia”, którego zawiózł na dworzec „Śródmieście”. Tam do samochodu wsiadło dwóch mężczyzn. Jeden z nich wysiadł przy CDT, a pozostali opuścili taksówkę pod budynkiem NBP, gdzie spotkali się z czwartym mężczyzną. Kierowca słyszał rozmowy pasażerów, z których wynikało, że pod bankiem oczekuje ich niebieski samochód „Warszawa”. To zeznanie częściowo zaprzeczało zeznaniom innych świadków, należy jednak zastanowić się, czy tak skrupulatni sprawcy prowadziliby rozmowy o kolorze samochodu przy przygodnej osobie. Nie sposób potwierdzić, jak wyglądały przygotowania do skoku oraz o której napastnicy rzeczywiście zjawili się pod bankiem.

W analizach KGMO widać łatwość, z jaką przestępcy mogli zdobyć informacje dotyczące konwoju z CDT do NBP. Transport odbywał się charakterystycznymi, oznakowanymi pojazdami, które poruszały się zawsze tą samą trasą i przybywały pod budynek NBP o stałej porze. Wysokość obrotów CDT podawana była niekiedy publicznie w prasie. Pobranie wartości pieniężnych odbywało się – wbrew zaleceniom dyrekcji – na rampie, na której dokonywano również dostaw. Do podziemnej strefy załadunku dostęp miała bardzo duża grupa pracowników i współpracowników CDT.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: biszonek |

Jeszcze w latach 70 - tych, KSMO powołała specjalna grupę do wyjaśnienia tych napadów - niestety - bez rezultatów. W sprawie występował samochód Wanderer, którego również poszukiwano - bez rezultatów... Według sposobu działania sprawców (psychologicznego portretu) cechowała ich przede wszystkim odwaga, nabyta w czasach okupacyjnych i nienawiść do PRL-u. Takie napady, miały miejsce w okresie powojennym, dla zdobycia środków egzystencjonalnych z jednoczesną walką z komuną. Tak to sobie sprawcy tłumaczyli. Dziś, wielu z nich uważa się za bohaterów... Istniał również, zwykły bandytyzm okupacyjny, pod płaszczykiem walki zbrojnej z okupantem i zdobywaniem środków na cele organizacyjne. W okresie okupacji, w Warszawie, dokonano szeregu napadów na banki organizowane przez GL, AL i AK. Przypomnę akcję GÓRAL, gdzie zdobyto 1 mln zł, plus kilka tysięcy tzw. Dojczmarek. Pieniądze szły na różne cele organizacyjne.



Odpowiedz

Gość: Varsawianista |

Zapomniałem jeszcze dodać, że okna redakcji nieistniejącego już dziś "Kuriera Polskiego" wychodziły dokładnie na miejsce, w którym dokonano rabunku; podobno niektórzy pracownicy gazety widzieli zajście, a redaktor naczelny (?) gazety, którego relację czytałem w necie, wspominał, że on sam, słysząc strzały, chciał wychylić się z okna. Przesłuchujący go oficer MO miał wtedy powiedzieć, że dostałby wtedy serię z pistoletu maszynowego od bandyty ubezpieczającego napad z daleka - tym, o którym napisałem we wcześniejszym poście.



Odpowiedz

Gość: Varsawianista |

Istnieją wspomnienia chyba redaktora naczelnego, ale nie jestem pewien, "Kuriera Polskiego" (dostępne w Sieci), który mówi tam o innych, ciekawych szczegółach, np. o kolejnym bandycie uzbrojonym w zrabowaną wcześniej pepeszę, ubezpieczającym z daleka rabunek - miał stać przy dawnej kawiarni "Alibaba" i prywatnym sklepie z kapeluszami. W tym samym materiale jest też ciekawa rzecz dotycząca listu, który po latach otrzymała milicja, czy prokuratura - list podpisany był nazwiskiem Jankowski i zawierał podobno pytania dotyczące możliwości złagodzenia kary w zamian za przyznanie się do winy (w domyśle: autora listu, jednego z bandytów). List ten o tyle zaalarmował adresatów, że ów Janowski podał w nim kilka szczegółów, które mogli znać tylko bandyci. Prześwietlono wtedy dokładnie wszystkich Jankowskich w Polsce, ale bez żadnego rezultatu, a sam "Jankowski" nigdy się już więcej nie odezwał. Ponieważ w tamtych czasach istniał obowiązek rejestrowania koloru lakieru samochodów, dotarto to wszystkich "warszaw" o takiej barwy karoserii jaką wskazali świadkowie. Jedna z nich, ostatnia na liście do sprawdzenia jakby rozpłynęła się w powietrzu...



Odpowiedz
Bartłomiej Międzybrodzki

Doktorant Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org