Opublikowano
2014-12-22 13:00
Licencja
Wolna licencja

Zbrodnia doskonała w gomułkowskiej Warszawie (cz. 2)

Grupa przestępcza, odpowiedzialna za dokonanie w latach 1957–1959 trzech napadów rabunkowych na warszawskich ulicach, zapadła się pod ziemię. Dała o sobie znać dopiero po upływie ponad pięciu lat. W 1964 roku, dwa dni przed Wigilią, dokonała swojego największego skoku.


1 2 3

Modus operandi grupy przestępczej

Sposób działania grupy, choć nie należał do specjalnie skomplikowanych, wykazywał cechy bardzo starannie przemyślanego. Wszystkich napadów dokonano w odludnych okolicach, po zmroku: zimą w godzinach 18.30–19:30, latem po godzinie 21. Ciemność utrudniała ewentualnym świadkom rozpoznanie napastników i stworzenie ich portretów pamięciowych. Jedynie napad na ulicy Jasnej wyróżniał się wśród działań grupy: atak w centrum miasta, pośród wielu gapiów. Skok w takich okolicznościach mógł sugerować, że kradzież utargu CDT była planowana jako ostatnia akcja przestępców.

Bandytów cechowała wyjątkowa bezwzględność, wykazali się nią jednak dopiero po pierwszym napadzie. Przy kradzieży utargu sklepu obuwniczego najpierw żądali oddania pieniędzy i dopiero w wyniku napotkanego oporu padł strzał. Nie wiadomo, czy był to strzał przypadkowy, oddany na postrach, czy też mający dosięgnąć ofiary. Przy kolejnych akcjach sprawcy za każdym razem strzelali bez ostrzeżenia. Można założyć, że obawiając się oporu woleli zabić, niż dopuścić do wymknięcia się sytuacji spod kontroli. Dlatego też zlikwidowali milicjanta, aby pozyskać jego broń i skutecznie zaatakować konwój pocztowy.

Napastników charakteryzowało nastawienie na zysk. W trakcie napadu na UPT-57 i CDT nie strzelali do kierowców, kasjerki czy świadków. Zabójstwo nie było ich celem, a jedynie środkiem umożliwiającym skuteczną kradzież pieniędzy.

Wszystko wskazuje na to, że przeprowadzone przez rabusiów akcje były dokładnie zaplanowane. Znali godziny i trasy spacerów oraz przejazdów swoich celów, co wymagało długotrwałej obserwacji. Wiedząc, że w trakcie napadu na pocztę będą musieli uporać się z dwoma strażnikami, nie wahali się zabić, aby zdobyć dodatkową sztukę broni. Wskazuje to na żelazną konsekwencję w działaniu.

„Dom pod Orłami” (stan dzisiejszy), gdzie w 1964 roku mieścił się m.in. VIII Oddział Narodowego Banku Polskiego (fot. Marcin Białek, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana)

Sprawcy zawsze wykazywali się dużą znajomością terenu. Wiedzieli, jak najszybciej zbiec z miejsca zbrodni, aby „zniknąć” z oczu świadkom lub ewentualnej pogoni. Po kradzieży utargu „Chełmka” przestępcy rozbiegli się w dwie strony. Milicja domniemywała, że w ucieczce po napadzie na UPT-57 i konwój z CDT pomagał im trzeci wspólnik, kierowca samochodu. Może to wyjaśniać, dlaczego po skoku na ulicy Jasnej dwóm mężczyznom niosącym duży worek bankowy wypchany pieniędzmi udało się rozpłynąć się bez śladu w samym centrum miasta.

Zgodnie z przypuszczeniami śledczych sprawcy musieli znać się od dłuższego czasu. Mogli być wieloletnimi kolegami „z podwórka” lub z pracy. Być może służyli razem w wojsku, jednostkach specjalnych lub organizacji partyzanckiej. Stawiano również tezę, zgodnie z którą mogli być funkcjonariuszami resortu spraw wewnętrznych zwolnionymi z pracy w okresie 1954–1957. W związku z tym, że wszystkie napady miały miejsce w okolicach, w których trwały budowy, sugerowano również, że sprawcy pracowali w ich obrębie. Nieuchwytność przestępców w Warszawie dawała asumpt do założenia, że bandyci nie pochodzili ze stolicy i przebywali w niej okresowo.

Działania podjęte przez milicję

Od momentu przyjazdu na miejsce pierwszego napadu milicyjni technicy oraz śledczy nieprzerwanie prowadzili działania mające na celu wykrycie sprawców. Dzięki przesłuchaniu świadków udało się ustalić przybliżony przebieg wypadków oraz stworzyć portrety pamięciowe napastników. W wyniku badania śladów ujawnionych na podwórku budynku przy Alei Wyzwolenia ustalono, że bandyci czekali na ofiary paląc papierosy „Nysa”. Zebrane łuski pozwoliły ustalić powiązanie pomiędzy poszczególnymi sprawami. Na paczce znalezionej na miejscu napadu na UPT-57 technikom udało się zebrać ślady daktyloskopijne, które – choć częściowe – nadawały się do analizy porównawczej. Milicyjni specjaliści ustalili wiele szczegółów dotyczących anonimu wysłanego do konwojenta rannego w trakcie napadu w czerwcu 1959 roku.

Tadeusz Ołdak – „Wampir z Warszawy”

Czytaj dalej...

Próbując ustalić proweniencję posiadanego przez bandę pistoletu, milicja analizowała przypadki zaginięcia broni w okresie poprzedzającym napad na kasjerkę. Okazało się to jednak bardzo skomplikowane, gdyż w samym tylko 1957 roku zaginęły siedemdziesiąt dwa pistolety odpowiadające parametrom poszukiwanej broni, natomiast w roku 1956 – dziewięćdziesiąt cztery.

Wszystkie te ustalenia były możliwe dzięki drobiazgowemu śledztwu opartemu na oględzinach miejsca przestępstwa i przesłuchaniach świadków. Analizy i badania zapewniali specjaliści z Zakładu Kryminalistyki KGMO, reprezentującego prężnie rozwijającą się od 1945 roku (z przerwą na lata 1949–1953) gałąź badań naukowo-technicznych w strukturach milicyjnych.

Dzień po napadzie na konwój CDT, 23 grudnia 1964 roku, minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar powołał dwie grupy operacyjno-dochodzeniowe. Jedną w Komendzie Miejskiej MO miasta stołecznego Warszawy, drugą zaś, koordynacyjną, w KGMO. Zadaniem obu grup było wyjaśnienie spraw o kryptonimie P-57 (napad na kasjerkę „Chełmka”, zabójstwo milicjanta Zygmunta K. i skok na UPT-57) oraz P-64 (kradzież utargu CDT).

W związku ze sprawami P-57 oraz P-64 śledczy KGMO stworzyli wytyczne dla milicjantów odnośnie poszukiwań sprawców. Powstały charakterystyki członków band i typologia grupy. Rysopisy sprawców umożliwiły lustrację bazy dowodów osobistych. Zalecano analizę resortowych zbiorów informacyjno-rozpoznawczych oraz pozyskiwanie nowych danych od kontaktów operacyjnych. Komendom rejonowym MO w kurortach zalecono zwracanie uwagi na osoby wydające duże kwoty pieniędzy. Nakazano również nawiązanie współpracy z placówkami handlowymi oraz cinkciarzami celem pozyskania informacji o osobach skupujących kosztowności i zachodnie waluty oraz nieruchomości.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: biszonek |

Jeszcze w latach 70 - tych, KSMO powołała specjalna grupę do wyjaśnienia tych napadów - niestety - bez rezultatów. W sprawie występował samochód Wanderer, którego również poszukiwano - bez rezultatów... Według sposobu działania sprawców (psychologicznego portretu) cechowała ich przede wszystkim odwaga, nabyta w czasach okupacyjnych i nienawiść do PRL-u. Takie napady, miały miejsce w okresie powojennym, dla zdobycia środków egzystencjonalnych z jednoczesną walką z komuną. Tak to sobie sprawcy tłumaczyli. Dziś, wielu z nich uważa się za bohaterów... Istniał również, zwykły bandytyzm okupacyjny, pod płaszczykiem walki zbrojnej z okupantem i zdobywaniem środków na cele organizacyjne. W okresie okupacji, w Warszawie, dokonano szeregu napadów na banki organizowane przez GL, AL i AK. Przypomnę akcję GÓRAL, gdzie zdobyto 1 mln zł, plus kilka tysięcy tzw. Dojczmarek. Pieniądze szły na różne cele organizacyjne.



Odpowiedz

Gość: Varsawianista |

Zapomniałem jeszcze dodać, że okna redakcji nieistniejącego już dziś "Kuriera Polskiego" wychodziły dokładnie na miejsce, w którym dokonano rabunku; podobno niektórzy pracownicy gazety widzieli zajście, a redaktor naczelny (?) gazety, którego relację czytałem w necie, wspominał, że on sam, słysząc strzały, chciał wychylić się z okna. Przesłuchujący go oficer MO miał wtedy powiedzieć, że dostałby wtedy serię z pistoletu maszynowego od bandyty ubezpieczającego napad z daleka - tym, o którym napisałem we wcześniejszym poście.



Odpowiedz

Gość: Varsawianista |

Istnieją wspomnienia chyba redaktora naczelnego, ale nie jestem pewien, "Kuriera Polskiego" (dostępne w Sieci), który mówi tam o innych, ciekawych szczegółach, np. o kolejnym bandycie uzbrojonym w zrabowaną wcześniej pepeszę, ubezpieczającym z daleka rabunek - miał stać przy dawnej kawiarni "Alibaba" i prywatnym sklepie z kapeluszami. W tym samym materiale jest też ciekawa rzecz dotycząca listu, który po latach otrzymała milicja, czy prokuratura - list podpisany był nazwiskiem Jankowski i zawierał podobno pytania dotyczące możliwości złagodzenia kary w zamian za przyznanie się do winy (w domyśle: autora listu, jednego z bandytów). List ten o tyle zaalarmował adresatów, że ów Janowski podał w nim kilka szczegółów, które mogli znać tylko bandyci. Prześwietlono wtedy dokładnie wszystkich Jankowskich w Polsce, ale bez żadnego rezultatu, a sam "Jankowski" nigdy się już więcej nie odezwał. Ponieważ w tamtych czasach istniał obowiązek rejestrowania koloru lakieru samochodów, dotarto to wszystkich "warszaw" o takiej barwy karoserii jaką wskazali świadkowie. Jedna z nich, ostatnia na liście do sprawdzenia jakby rozpłynęła się w powietrzu...



Odpowiedz
Bartłomiej Międzybrodzki

Doktorant Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org