Autor: Monika Luft
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia sportu, II wojna światowa, Polska, Podlasie, Niemcy, Austria, Szwajcaria
Opublikowany: 2021-07-09 15:32
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Araby ku chwale Trzeciej Rzeszy

Gdy Niemcy weszli do Polski w 1939 roku, niemal natychmiast zainteresowali się słynną stadniną koni w Janowie Podlaskim. Mówiono o tym, że gospodarowali tam we wzorowy sposób. Czy rzeczywiście tak było?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”.

Żeby niczego nie brakowało

Nikt nie podważa fachowej wiedzy podpułkownika Hansa Fellgiebla, zarządcy stadniny janowskiej w latach 1940–1944, niemieckiego koniuszego krajowego i hipologa, syna właściciela ziemskiego Alberta Fellgiebla i młodszego brata generała Ericha Fellgiebla, jednego z uczestników spisku, którego efektem był (nieudany) zamach na Hitlera. Oddelegowany w 1944 do Kwatery Głównej Führera, został aresztowany i do końca wojny przebywał w więzieniu. Następnie trafił do niewoli francuskiej, z której zwolniono go przypuszczalnie w listopadzie 1945. Jednak zarówno on, jak i inni „dobrzy Niemcy”, co do których istnieją świadectwa, jak na przykład major Hans Brandts, podczas okupacji zarządzający stadniną w Drogomyślu, mieli ograniczone pole do działania. Zbyt daleko posunięte ustępstwa wobec ludności podbitych terenów – Untermenschen – mogły również ich zaprowadzić przed pluton egzekucyjny.

Hans Fellgiebel prezentuje oficerom i urzędnikom GG klacz i źrebaka (fot. NAC)
Hans Fellgiebel prezentuje oficerom i urzędnikom GG klacz i źrebaka (fot. NAC)

Poza tym, nie ulega wątpliwości, że ogromna większość z nich po prostu podzielała poglądy swego Führera i nie kwestionowała decyzji eksterminacyjnych. Jak zaznaczał Paweł Wieczorkiewicz, „niezmiennym założeniem pozostawało, że Polacy zostaną sprowadzeni do roli niskokwalifikowanej siły roboczej i pozbawieni zdolnych do stawienia oporu elit, które zamierzano powoli likwidować”. Dotyczyło to również fetowanego dziś ruchu oporu wobec Hitlera. „Problem polega na tym – wyjaśniał Witold Jurasz w 2020 roku – że głównym celem spiskowców, którzy dokonali zamachu na Hitlera – w tym również płk von Stauffenberga – była ochrona armii niemieckiej przed zupełną klęską na Wschodzie oraz uchronienie Niemiec przed dalszymi ofiarami wojennymi, a także stratami terytorialnymi przewidywanymi w wypadku całkowitej klęski. Oficerowie ci nie przejawiali żadnej szczególnej wrażliwości na los Żydów, Cyganów i Słowian, co więcej, wielu z nich, w tym sam Stauffenberg, wyrażało niedwuznacznie swoje antysemickie i antypolskie poglądy. Większość w grupie zamachowców stanowili arystokratyczni oficerowie pruscy o zdecydowanie antypolskim nastawieniu, a współdziałali z nimi również najgorsi zbrodniarze, tacy jak chociażby szef Einsatzgruppe B Gruppenführer SS Arthur Nebe”.

Konie miały zaś przede wszystkim wspomagać wysiłek wojenny i triumfalny pochód niemieckiej armii. A Polska była w dziedzinie hodowli koni potęgą. Folder Sekcji Eksporterów Koni Polskiego Związku Eksporterów Bekonu i Artykułów Zwierzęcych na rok 1936 podawał liczbę 3 milionów 759 tysięcy koni żyjących w Polsce, co dawało naszemu krajowi w tej dziedzinie przodujące miejsce w Europie, przed Niemcami, Francją i Wielką Brytanią. Najeźdźcy zamierzali ten potencjał w pełni wykorzystać – pogłowie koni w Niemczech było we wrześniu 1939 o pół miliona sztuk niższe niż w Polsce, a niemiecki przemysł motoryzacyjny nie był w stanie zaspokoić potrzeb wojska. Mimo że każda dywizja piechoty dysponowała w chwili wybuchu wojny 924 samochodami i ciężarówkami (motocykli nie licząc), to i tak większość zaopatrzenia dostarczano za pomocą 1200 wozów konnych.

Niemcy nie mogliby zapewnić swojej armii odpowiedniej liczby koni bez zatrudniania mieszkańców terenów okupowanych. Niektórzy polscy koniarze bez wątpienia cieszyli się zaufaniem niemieckich szefów. „Znane nam były zwyczaje płk Feldgiebla [!] i niemieckiej załogi – notował po latach, w lipcu 1996, St. I. Markiewicz, pseudonim „Czort” z 9. Podlaskiej Dywizji Piechoty AK – zwłaszcza codzienny przejazd ogierów. Codziennie o g. 8.30 przejeżdżał na swym rosłym kasztanie (czołowy ogier) «Jaremie» płk Feldgiebel [!], na czele ok. 50–80 ogierów, dosiadanych przez chłopców stajennych, masztalerzy oraz podkoniuszego lub koniuszego za komendantem. Przez gospodarstwo przejazd stępa, a za zabudowaniami, droga na Woroblin – kłusem – i powrót po ok. 1,5 godzinie. To był rytuał”. Nietrudno uwierzyć, że podczas tych rytuałów mogła zawiązać się nić porozumienia, a nawet sympatii między Niemcami i częścią polskiego personelu. „Ciekawostką jest – pisał o Fellgieblu Marek Trela – że po wyzwoleniu, w roku 1956, goszczony był w Polsce i w Janowie, jako gość Ministra Rolnictwa, a jako przewodnika i opiekuna oddelegowano ówczesnego inspektora ZHK inż. Andrzeja Krzyształowicza”.

Podpułkownikowi Fellgieblowi, owemu „bezpartyjnemu fachowcowi”, stawianemu w 2016 przez „Arabian Horse World” za wzór polskiemu rządowi, nie udało się jednak uchronić od śmierci co najmniej kilku swoich podwładnych (choć jego biografowie potwierdzają, że wstawił się za Polakami przed niemieckimi władzami okupacyjnymi), nie mówiąc już o janowskich Żydach, którzy odbudowywali nadbużańską stadninę po zniszczeniach roku 1939.

W monograficznym numerze „Konia Polskiego”, opublikowanym w 1967 roku z okazji 150-lecia stadniny, Andrzej Krzyształowicz, podczas okupacji pełniący w Janowie funkcję koniuszego, wspominał: „W jesieni 43 r. dużym wstrząsem dla polskiego personelu Stadniny było wykrycie przez gestapo tajnej organizacji polskiej na terenie osiedla Janów Podlaski i przynależności do niej dużej ilości pracowników Stadniny. Aresztowano – dzięki przypadkowi – tylko 7 masztalerzy: 6 z nich zginęło w kazamatach gestapo a do Janowa powrócił tylko jeden”. Tymczasem Marek Trela we wspomnianej książce stwierdził, że „...płk Fellgiebel korzystał ze swoich koneksji rodzinnych, wyciągając z hitlerowskiego więzienia na zamku w Lublinie pięciu masztalerzy, skazanych przez gestapo na śmierć po wpadce podziemnej organizacji Armii Krajowej”. W świetle świadectwa Krzyształowicza należy uznać, że informacja o „wyciągnięciu” pięciu masztalerzy jest nieprawdziwa.

[…]

Zarządca stadniny w Janowie Podlaskim ppłk Hans Fellgiebel (fot. NAC)
Zarządca stadniny w Janowie Podlaskim ppłk Hans Fellgiebel (fot. NAC)

Nie wolno pominąć fundamentalnego faktu: otóż, gdy Niemcy wkroczyli do Janowa, sławionej przez Money.pl „hodowli wspaniałych polskich arabów” już tam nie było, bo niemal wszystkie konie – prócz jednej klaczy, siwej Najady, która nie pozwoliła wyprowadzić się z boksu – zostały zrabowane przez Armię Czerwoną, zaginęły bądź zginęły w 1939 roku. Tak opisywał Andrzej Krzyształowicz kres janowskiej stadniny, gdy po trwającej czternaście dni dramatycznej ucieczce, będącej skutkiem napaści Niemiec, a następnie Sowietów na Polskę, ocalałe, choć potwornie zmęczone i poranione konie powróciły do macierzystej stajni: „3 października na sygnał, dany ręczną syreną pożarową przez żołnierzy radzieckich, na teren stadniny i stada wpadło kilkuset mieszkańców wiosek położonych za Bugiem. W pierwszym rzędzie rozgrabione zostały konie, zabierane ze stajen w straszliwym chaosie, wyrywaniu sobie koni itd. (…) Po koniach przyszła kolej na uprzęże, siodła i wszystko to, co było w stajniach. Tłum szalał, pławił się w grabieży, kradł i niszczył to, co było «solą w oku» przez 20 lat niepodległości Państwa Polskiego. (…) Kiedy już zabrakło do grabieży dóbr stadniny i stada, zaczęto okradać mieszkania, naprzód kierownika stadniny, koniuszego itd. (…) teren stadniny i stada ogierów robił wrażenie olbrzymiego śmietnika. Stajnie częściowo bez pokrycia dachowego, bez drzwi, okien, boksów, ogrodzenia porozbierane, szpalery połamane, rozjeżdżone, popioły po ogniskach, wszędzie pełno porozrzucanych śmieci, siana, słomy i obornika”.

Tak więc brakowało nawet tego stołu, przy którym zasiąść mieli jakoby nowi panowie Janowa pospołu z polską załogą. Początek współpracy z Niemcami wspominał Tadeusz Marchowiecki, podczas okupacji asystent komendanta: „1 stycznia 1940 r. pierwszy komendant «Hauptgestüt» – mjr Grimm wezwał kierownika Stadniny Stanisława Pohoskiego oraz mnie i oświadczył, że na rozkaz Oberkomando der Wehrmacht organizowane będą: nowe stado ogierów i nowa stadnina koni. Pohoskiemu polecono pełnić obowiązki technicznego asystenta w organizowanej stadninie, a mnie obowiązki technicznego asystenta w organizowanym stadzie. Jednocześnie oświadczono nam, że fachowcy – byli pracownicy polscy, którzy powrócą do zajęć, mają mieć «bezpieczną i pewną» pracę”.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Luft
„Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”
46 zł
Wydawca: LTW
Rok wydania: 2021
Okładka: broszura
Liczba stron: 368
Premiera: 30.06.2021
Format: B5 (176x250mm)
ISBN: 978-83-7565-741-8
EAN: 9788375657418

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”.

Zgodnie z relacją Marchowieckiego, zatrudnienie w stadninie faktycznie chroniło przed wywózką na roboty do Niemiec, dlatego Polacy starali się zgromadzić jak największą liczbę pomocników, nie tylko przy koniach, ale i przy porządkowaniu terenu. Marchowiecki wspomniał o grupie około pięćdziesięciorga chłopców i dziewcząt. Tymczasem „Arabian Horse World” donosił w 1999, w publikacji poświęconej Andrzejowi Krzyształowiczowi, że ppłk Hans Fellgiebel mówił biegle po polsku i był dla okolicznych Polaków niczym Oskar Schindler, zatrudniając polskich oficerów, chroniąc ich przed gestapo, ratując przed wysłaniem do obozu masztalerzy – uczestników wojny obronnej, jak również zapewniając setce (!) dzieci pracowników Janowa dokumenty pozwalające na uwolnienie w razie łapanki. Fantazyjne te stwierdzenia nie znajdują potwierdzenia w innych świadectwach. Natomiast bez wątpienia dość powszechna była podczas okupacji praktyka zatrudniania kogo się dało w majątkach ziemskich, o ile ich dawni właściciele lub zarządcy zachowali jakiekolwiek możliwości.

Ogier półkrwi arabskiej „Trzos”. Widoczni m.in. Hans Fellgiebel i techniczny asystent komendanta Tadeusz Marchowiecki (fot. NAC)
Ogier półkrwi arabskiej „Trzos”. Widoczni m.in. Hans Fellgiebel i techniczny asystent komendanta Tadeusz Marchowiecki (fot. NAC)

Wspominała o tym cytowana już Helena Mauberg, wnuczka Józefa Potockiego z Antonin, pisząc o okupacyjnych losach pałacu w Łańcucie: „Starsi państwo zamkowi robili co mogli w ramach pomocy, dokarmiania, zatrudniania ludzi dla uzyskania legalnych papierów”. Na marginesie dodajmy, że do czasu wojny niemiecko-sowieckiej rozwijała się prężnie współpraca obu okupantów. Jeszcze w 1941 roku pracownik Janowa Michał Jankowski, odznaczający się wybitną pamięcią do koni, jeździł do Tierska, by pomóc tamtejszym hodowcom identyfikować zrabowane przez Sowietów w 1939 polskie araby.

Należy też zaznaczyć, że nadmiernie dobre kontakty polskich załóg z niemieckimi zarządcami stadnin bywały piętnowane przez polski ruch oporu (choć nieznane są tego typu relacje dotyczące Janowa Podlaskiego). „W okolicach Krakowa wszyscy masztalerze przeszli do partyzantów, po tym jak otrzymali pismo od polskiego ruchu oporu, w którym grożono im karą śmierci za pozostanie w służbie niemieckiej” – pisał w biografii swego ojca Ehrenfried Brandts. Jak jednak zauważa współautor książki Waffen SS Jacek Młynarczyk, choć kolaboracją w sensie szerokim jest każda forma współpracy z okupantem, to podczas oceny tych postaw najważniejszym kryterium powinno być to, czy współpraca szkodziła czy pomagała rodakom. Tadeusz Marchowiecki przytaczał przykład uratowania prezesa Związku Hodowców Koni w Lublinie, Zbigniewa Rojowskiego, którego aresztowało gestapo. Udało się go „wykupić” w zamian za cenne siodło dla szefa gestapo z Białej Podlaskiej, Germanna. O całej akcji wiedział Fellgiebel.

Zakładając, że w przypadku Janowa Podlaskiego na szali tej przeważały korzyści, to czy już po odbudowie, którą zarządzili Niemcy, stadnina rzeczywiście nic nie ucierpiała? O dramatycznym exodusie janowskich koni w 1944 napisano wiele prac – zainteresowani mogą po nie sięgnąć. Słowo „ewakuacja”, tak często spotykane w kontekście tamtych wydarzeń, używane było zresztą dla usprawiedliwienia rabunku. A czy „niewtrącaniem się” były egzekucje? Zwolennicy legendy będą argumentować, że przecież Niemcy „tylko” wypełniali rozkazy... Niemniej jednak, również analiza efektów czysto hodowlanych pozwala na wniosek, że okupacyjny zarząd nie bardzo miał się czym pochwalić: „Pomimo że czas okupacji niemieckiej jest często postrzegany w Polsce jako niezwykle udany dla Janowa, to w istocie dla hodowli janowskiej był on całkowicie stracony. Należy pamiętać, że ewakuacja stadniny zarządzona przez jej władze we wrześniu 1939 roku i w konsekwencji utrata niemal całego materiału hodowlanego, odbyła się na skutek agresji na Rzeczpospolitą tychże, chwalonych często, Niemców. Podczas okupacyjnej działalności stadniny nie urodziło się jakiekolwiek wartościowe potomstwo i jedynie fakt zgromadzenia i następnie wywiezienia koni z Janowa jako kompletnej grupy należy uznać za pozytywny, pamiętając jednak zawsze, że okupanci wywozili polskie konie do Niemiec bynajmniej nie po to, aby je Polakom dobrowolnie potem zwrócić. Koncepcje hodowlane Gustava Raua, naczelnego koniuszego Niemiec, w przypadku koni arabskich były całkowicie nietrafione, co potwierdza fakt niskiej wartości przychówku urodzonego podczas wojny w Janowie”.

Prezentacja jednego z koni ze stadniny w Janowie Podlaskim, lata trzydzieste XX wieku (fot. NAC)
Prezentacja jednego z koni ze stadniny w Janowie Podlaskim, lata trzydzieste XX wieku (fot. NAC)

Władca królestwa koni

„Władcą królestwa koni”, jak pisała o nim Elizabeth Letts w swej książce Koń doskonały, a więc tym, który ustanowił Hansa Fellgiebla zarządcą Janowa, był Gustav Rau, naczelny koniuszy III Rzeszy, który do Janowa przybył w 1939 z misją odtworzenia hodowli na chwałę tejże Rzeszy.

Urodzony w 1880 roku jako syn oficera wirtemberskiego, po szkole średniej przez trzy lata terminował w charakterze kupca w spółce zbożowej, a jako 21-latek został wolontariuszem – redaktorem w gazecie berlińskiej „Die Sportwelt” („Świat Sportu”). Z ramienia redakcji podróżował do stadnin w wielu krajach europejskich i publikował swoje spostrzeżenia na łamach wychodzących od 1903 kolumn „Hippologische Wanderungen” („Migracje hipologiczne”) i „Zirkusbriefe” („Listy z cyrku”). Został członkiem Pruskiej Krajowej Komisji Hodowli Koni, a w 1913 cesarz Wilhelm II mianował go sekretarzem generalnym tworzącego się Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego do spraw Jeździectwa. Po ochotniczym zaciągu wziął udział w I wojnie światowej. W 1919 został szefem Zarządu Głównego Związku Hodowli i Osiągnięć Niemieckiej Półkrwi; jednocześnie był wydawcą prestiżowego pisma poświęconego koniom „Sankt Georg”. O tym, jak wysoka była pozycja Raua i jak wielkim cieszył się poważaniem, można wnioskować z telegramu, jaki otrzymał w 1930 roku, z okazji okrągłych urodzin, od prezydenta Rzeszy Paula von Hindenburga: „Na 50-lecie urodzin Pana wyrażam Panu moje najserdeczniejsze życzenia w uznaniu zasług Pana w popieraniu jeździectwa niemieckiego i niemieckiej hodowli koni. Niech sądzone będzie Panu jeszcze wiele kolejnych lat skutecznego działania i osobistej pomyślności. Z przyjacielskimi pozdrowieniami oddany Panu von Hindenburg”.

Nadeszły jeszcze setki telegramów i listów. Wszystkie ważne instytucje i organizacje, zajmujące się sportem, hodowlą koni i jeździectwem, oraz czołowe osobistości w ministerstwach i wojsku, jak również olimpijczycy i znani sportowcy nadesłali powinszowania. Od 1933 Rau był dyrektorem ministerialnym w Ministerstwie Wyżywienia i Rolnictwa Rzeszy. W lipcu mianowano go wielkim koniuszym. Na wniosek Hermanna Göringa na rok przejął zarząd komisaryczny nad Pruskim Zarządem Stadnin, który w toku zmiany władzy został wyodrębniony spod podporządkowania Ministerstwu Rolnictwa i przeszedł w kompetencje Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jak czytamy u Letts, „ściśle współpracował z najwyższymi funkcjonariuszami NSDAP, w szczególności z Hermannem Fegeleinem, komendantem Szkoły Jazdy SS, specjalnym protegowanym Heinricha Himmlera, szefa SS”. Dla historyków jasne jest, że niemożliwym było, aby sam Rau także nie był członkiem NSDAP; świadczy o tym choćby to, że posady dyrektorów ministerialnych dostępne były dla urzędników najwyższego szczebla – höherer Dienst – i stanowiło ukoronowanie kariery urzędniczej zarówno w Cesarstwie Niemieckim, jak i w III Rzeszy. Tak więc dalekie od prawdy jest twierdzenie, zamieszczane na jego temat w polskiej prasie hipologicznej, jakoby miał być przeciwnikiem Hitlera, odsuniętym za rządów tegoż „na boczny tor”, a następnie „przywróconym do łask”. Rau został wprawdzie zwolniony po roku ze stanowiska komisarza Rzeszy do spraw hodowli koni i szefa Pruskiego Zarządu Stadnin, ale nadal rozwijał swoje plany zgodnie z narodowosocjalistycznie zabarwionym celem „czystości rasowej” w hodowli koni.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Luft
„Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”
46 zł
Wydawca: LTW
Rok wydania: 2021
Okładka: broszura
Liczba stron: 368
Premiera: 30.06.2021
Format: B5 (176x250mm)
ISBN: 978-83-7565-741-8
EAN: 9788375657418

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”.

Wraz z wybuchem II wojny światowej okupant niemiecki włączył polskie stadniny państwowe w swój system eksploatacji zajętych ziem. Całość spraw „końskich” przydzielono 12 października 1939 roku Naczelnemu Dowództwu Wojsk Lądowych – kompetentnej dla tych spraw III Inspekcji Jeździectwa i Jazdy, jak również jak V Inspekcji Weterynarii pod kierownictwem generała pułkownika weterynarii (generał trzygwiazdkowy) Curta Schulze’a. Gustav Rau został Pełnomocnikiem do spraw Hodowli Koni i Stadnin w okupowanej, „byłej” Polsce – der Beauftragter für Pferdezucht und Gestütswesen im ehemaligen Polen. Działając „w interesie armii niemieckiej i interesie narodowym”, zajmował się hodowlą koni: rozrodem, odchowem i znajdowaniem najlepszych, z punktu widzenia nazistowskich władz, rozwiązań. Chodziło o dostarczanie Rzeszy możliwie wielu dobrych koni i zabezpieczenie stałych dostaw. Przy doborze siedemdziesięciu kierowników stadnin w okupowanej Polsce faworyzował kawalerzystów Wehrmachtu.

Widok na Janów Podlaski, koniec lat trzydziestych XX wieku
Widok na Janów Podlaski, koniec lat trzydziestych XX wieku

Przypomnijmy, jaką sytuację zastał Rau w zrujnowanym i splądrowanym przez Armię Czerwoną, a następnie ludność białoruską, Janowie, co opisał Andrzej Krzyształowicz we wspomnianym wcześniej monograficznym wydaniu „Konia Polskiego”. Materiał zarodowy zaginął w ponad 90%. Pierwszymi końmi, które trafiły z powrotem do Janowa, było dziewiętnaście sztuk młodzieży znalezionej na trasie ewakuacji stada w pierwszych dniach września 1939, w tym słynne później ogiery Witraż, Wielki Szlem, Wyrwidąb i Witeź II. Rau nie tylko zabrał się energicznie za odbudowę stadniny („Niemcy przy pomocy zaangażowanych masztalerzy janowskich uporządkowywali pomieszczenia i obejścia Stadniny”), ale zaczął uzupełniać stan pogłowia. W efekcie, w końcu 1942, stan ilościowy stadniny janowskiej był taki, jak w dniu wybuchu wojny.

Jak to się udało? Otóż z pomocą polskiej załogi (!) „ściągano” do Janowa konie wybrakowane i sprzedane przed wojną bądź ich potomstwo. Powyższy eufemizm oznaczał jednak zabór na rzecz Janowa koni prywatnych hodowców, którzy raczej nie mogli sobie pozwolić na odrzucenie propozycji „sprzedaży”. Wśród pozyskanych w ten sposób klaczy czystej krwi była, zabrana przez Niemców z Kraśnicy, wraz z córką Bałałajką, czyli przyszłą matką słynnych po II wojnie koni arabskich Baska i Bandoli, klacz Iwonka III. Historię tę opisała Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon: „W 1941 roku do Kraśnicy przyjechała komisja niemiecka i kazała odesłać do Janowa Podlaskiego (przez Bogusławice) Iwonkę III wraz ze źrebięciem o imieniu Bałałajka. Wraz z nimi zostały także przekazane konie chowane w czystości krwi”. Skrupulatni Niemcy nie omieszkali wziąć ze sobą dokumentów rodowodowych koni, a właścicielce stadniny Annie Bąkowskiej – która notabene już od września 1939 brała udział w akcjach Rady Głównej Opiekuńczej, i której mąż Jerzy zginął w Katyniu – zostawili tylko jedną klacz („urodziła się z krzywą szyją i dlatego Niemcy jej nie chcieli”). W podobnej sytuacji jak rodzina Bąkowskich znaleźli się Bohosiewiczowie, Zaborowscy, Kotlińscy i wielu innych, których wymienił Landstallmeister Hans Fellgiebel w swojej, wydanej w 1952, książce Das polnische Araber-Hauptgestüt Janow Podlaski 1919–1946. Odnotujmy jednak, że Marek Trela podawał inną wersję przejęcia Iwonki III – według niego klacz nabyto za sumę 2050 RM. W tym samym artykule znajdujemy ceny uiszczone podobno za konie przez władze okupacyjne: „zakupione w Wodzisławiu, hodowli A. Wołk-Łaniewskiego z Bronic: klacz Elsissa źrebna ogierem Morocz i jej córki po ogierze Amurath Sahib, trzyletnia Lala i roczna Amneris, za które zapłacono w sumie 2250 RM”. Z kolei klacz Pieszczota miała być odkupiona od Ireny Zakrzewskiej za 7000 zł. Jeszcze co innego twierdziła autorka pisząca w magazynie „Arabian Horse World”. Otóż głosiła ona, że hodowcy prywatni chętnie (!) oddawali swoje konie niemieckim zarządcom Janowa, bo „tam były bezpieczne”, a słynna klacz Bałałajka została „przehandlowana” w zamian za cukier i alkohol.

Rau był urzędnikiem niezwykle sumiennym, wiecznie w drodze z jednej stadniny do drugiej. Mniej więcej co dwa tygodnie wysyłał sprawozdania do generała pułkownika weterynarii Curta Schulzego, odpowiedzialnego za konie w służbie Wehrmachtu. „W dniu 1 sierpnia z Łodzi do Spały. Rozmowy z oddziałami IIa, IVa, IVb i IVc i Ia. Ze Spały przez Warszawę do Janowa Podlaskiego. Przenocowanie – zapisał w «Sprawozdaniu z działalności pełnomocnika do spraw hodowli koni i stadnin w byłej Polsce za okres od 1 sierpnia do 20 sierpnia 1941». – Przegląd i klasyfikacja materiału hodowlanego sprowadzonego ze zdobytych terenów. Sprowadzono z powrotem 48 ogierów. Z tego ustalono z pewnością 16 dawnych janowskich wiejskich ogierów rozpłodowych, które zostały uprowadzone w jesieni 1939 przez Sowietów (...) Były polski koniuszy Marchwicki z Janowa Podlaskiego gromadzi z jedną grupą masztalerzy w stadninie hodowlanej w Berdówce jeszcze odnajdujące się ogiery i należy się liczyć z odnalezieniem około 15 ogierów, także stadnina wiejska w Berdówce, która wcześniej miała 90 ogierów, mogłaby oddać na razie do dyspozycji dowódcy Tyłowego Obszaru Grupy Armii Północ około 50 ogierów. Z dawnej słynnej stadniny arabów Branickich w Rosi przeniesiono z polecenia właściwego weterynarza Wojsk Lądowych do Janowa Podlaskiego pięć klaczy matek i dwie dwuletnie klacze, oraz trzy łoszaki i jedną źrebicę (...) Pięć klaczy matek zostało włączonych do stada w Janowie Podlaskim. Obie dwuletnie klacze i cztery źrebięta zostały przydzielone do hodowli młodych roczników. Z Rosi przybył do Janowa Podlaskiego także 27-letni dawny główny ogier rozpłodowy Janowa Podlaskiego, Hermit, gniady (arab oryginalny od 307 Schagya II). Był on oddany tam do Rosi przed kilkoma laty w dzierżawę do rozpłodu. Ogier jest wciąż w pełni zdolny”.

Oficerowie niemieccy z Generalnej Guberni oglądają pokaz ogierów w Białce. W pierwszym rzędzie drugi od prawej gen. Wilhelm von Altrock, po jego prawej stronie Ernst Zorner (fot. NAC)
Oficerowie niemieccy z Generalnej Guberni oglądają pokaz ogierów w Białce. W pierwszym rzędzie drugi od prawej gen. Wilhelm von Altrock, po jego prawej stronie Ernst Zorner (fot. NAC)

Z Janowa Rau jedzie do Białki („Inspekcja sprowadzonego z powrotem materiału z nowo zdobytych terenów. 44 ogiery”), następnie do Racotu („Stan paszy na dzień 1.08.1941: lucerny 85000 kg, koniczyny 84000 kg, otawy 22000 kg, słomy 156000 kg”), potem do Sierakowa [Zirke], Gniezna, Łącka („Mieszkania masztalerzy są do tego stopnia prymitywne, że nie mogły być one zamieszkane przez pracowników niemieckich”). Dzień w dzień w trasie. 17 sierpnia przybywa do Lublina na wyścigi („Dwa dni wyścigów były wyśmienite. Pierwszy dzień wyścigów odbył się 10.08 przy nadzwyczajnym powodzeniu. Odnotowano 10000 widzów. Byli obecni generał Luftwaffe Herwarth von Bittenfeld, generał Altrock, generał Moser, generał Unruh, z czołówki administracji cywilnej sekretarz stanu dr Bühler, gubernator dystryktu Lublin Zörner, Warszawy – dr Fischer, Radom – Kundt, krajowy szef chłopów – Korner”), stamtąd ponownie udaje się do Białki, potem do Chełma, Felina i Zemborzyc. I znów Białka, a później Janów: „Do Janowa Podlaskiego przybywa z Urzędu Remontu w Hostau 15 klaczy matek, osiem źrebiąt. Te arabskie czystej krwi i półkrwi klacze pochodzą z dawnej jugosłowiańskiej stadniny państwowej Dusanova. Dwie klacze wraz ze źrebiętami, przeznaczone dla Janowa Podlaskiego, pozostają jeszcze w Hostau z powodu lekkiej zołzy. Generał von Unruh, komendant Warszawy, zatrzymuje się w dniach 15–17 sierpnia wraz z adiutantem w Janowie Podlaskim”.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Luft
„Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”
46 zł
Wydawca: LTW
Rok wydania: 2021
Okładka: broszura
Liczba stron: 368
Premiera: 30.06.2021
Format: B5 (176x250mm)
ISBN: 978-83-7565-741-8
EAN: 9788375657418

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”.

Bez wątpienia III Rzesza niemało zawdzięczała pracowitości pełnomocnika Raua. To między innymi dzięki niemu Wehrmacht mógł użyć w II wojnie światowej 2 milionów 750 tys. koni, dwa razy więcej niż podczas I wojny! Straty wahały się między 60 i 63%, a przeciętna żywotność konia wynosiła zaledwie cztery lata. Za konie padłe w pierwszym roku wojny samo tylko uzupełnienie wynosiło każdego miesiąca sześć tysięcy koni, a i to wyłączając potrzeby nowo formowanych jednostek.

Z SS aż do końca

Podczas wojny Rau działał jednak nie tylko jako nadzorca hodowli koni w celach zaopatrzenia armii. We współpracy z SS i policją niemiecką w Generalnym Gubernatorstwie organizował turnieje jeździeckie, na przykład we wrześniu 1940 w Krakowie, w których uczestniczył kwiat jeździectwa niemieckiego, w tym wspomniany wcześniej Hermann Fegelein, czy Günter Temme, znany sędzia jeździecki. Z nimi to współpracował Rau w stadninach SS, takich jak „Stadnina SS Auschwitz”, która posiadała siedemdziesiąt koni. Nadzór fachowy nad hodowlą w Auschwitz podlegał bezpośrednio Rauowi. Krakowski turniej stanowił „demonstrację niemieckiej gotowości do obrony”, jak donosił „Völkischer Beobachter” (nr z 20 IX 1940 r.), ponieważ dał „wspaniały dowód niemieckiej pracy pacyfikacyjnej na wschodzie niemieckiego obszaru władzy, że zaledwie rok po rozpoczęciu kampanii polskiej formacje użyte dla porządku i bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie mogą wykorzystać okazję, aby zmierzyć się we współzawodnictwie rycerskim w dziedzinach swojego żołnierskiego wyszkolenia” (nr z 25 IX 1940 r.). Dodajmy, że konne oddziały SS, sformowane z rozporządzenia Himmlera w połowie września 1939, odkomenderowane do Polski, brały udział w mordowaniu polskich cywilów i likwidacji polskiej inteligencji.

Gustav Rau
Gustav Rau

Działalność hodowlana Raua była ściśle podporządkowana rasistowskim teoriom, których był gorliwym wyznawcą. Niemiecka hodowla koni musi pochwalić Trzecią Rzeszę i „Rzeszę Führera”, jak się wyraził podczas jednego z wykładów w końcu września 1933. Jego plany dostosowane były do narodowosocjalistycznego celu „czystości rasowej” w hodowli koni. „Czystość rasowa” przewidywała czystość krwi, która była nie tylko względna wśród koni, lecz także wśród hodowców koni, bo, jak twierdził, „zrozumienie czystości krwi w hodowli koni” panowało jedynie u „niepomieszanych pokoleń chłopskich”: „Chłopi pomieszani etnicznie i tacy, którzy zmienili swoją ziemię, nigdy nie należeli do elity hodowców koni”. Rau z bezsprzecznym talentem organizacyjnym oraz niezwykłą energią i oddaniem wypełniał wyznaczane przez Hitlera zadania, z którymi w pełni się identyfikował. Dzisiaj, mimo imponującej tak wielu publicystom precyzji Raua, trudno nazwać je nazwać inaczej niż zbrodniczym obłędem.

W lipcu 1944, wobec zbliżającego się frontu, przyszedł rozkaz „ewakuacji”. Konie janowskie (najcenniejsze araby, między innymi Witeź II, Lotnik, Wierna oraz Iwonka III, zostały, decyzją Raua, wywiezione z Janowa już w 1941) ruszyły do Sohland w Saksonii. „Dla ratowania koni w lecie 1944 r. przed nacierającą Armią Czerwoną, Rau zarządził ewakuację wszystkich stadnin państwowych. Ponownie ujawnił się jego talent organizacyjny. W uporządkowanych grupach konie maszerowały wraz z pracownikami stadnin na zachód. Konie z dziesięciu stadnin osiągnęły terytorium dzisiejszej RFN, stany pozostałych czterech stadnin dotarły na tereny, które rychło stały się sowiecką strefą okupacyjną, utworzoną po zakończeniu wojny. Akcja ratunkowa Raua przyniosła mu wiele sympatii w Polsce” – czytamy w książce Susanne Hennig 100 Jahre Pferdezucht und Pferdesport in Deutschland. Takie właśnie stwierdzenia niemieckich historyków wzmacniały i nadal wzmacniają mit o misji „ratowania” koni.

Tymczasem nie chodziło bynajmniej o „ratowanie”. Niemieckie instytucje na terenach okupowanych, zarówno cywilne, jak i wojskowe czy policyjne, realizowały konsekwentnie czterostopniowy plan wycofywania się poprzez, kolejno: przedsięwzięcia rozluźniające (Auflockerungsmaßnahmen), przedsięwzięcia ewakuacyjne (Räumungsmaßnahmen), przedsięwzięcia unieruchamiania (Lähmungsmaßnahmen), przedsięwzięcia niszczenia (Zerstörungsmaßnahmen).

Szefowie tych instytucji, bez względu na szczebel w hierarchii, byli dokładnie rozliczani z realizacji powyższych działań, a za zaniedbania groziła im nawet kara śmierci. Gustav Rau znów wykorzystał więc swoje uzdolnienia w służbie III Rzeszy. Przywołajmy raz jeszcze relację Krzyształowicza: „Warunki pobytu koni w Saksonii były dobre: obszerne, widne stajnie, rozległe pastwiska, paszy ilości wystarczające. Pracownicy janowscy dzięki bezpośredniej opiece głównego komendanta stadnin G. Raua mieli warunki zupełnie znośne”. Potem było jednak Drezno, gdzie podczas alianckiego nalotu zginęło dwadzieścia jeden ogierów. I następny przystanek: Torgau. Wspominał Krzyształowicz: „W tym okresie janowska Stadnina i Stado dostały się pod opiekę przemożnego na one czasy protektora jakim był gen. SS H. Himmler. Dzięki tej opiece otrzymały cały skład krytych wagonów do przetransportowania koni do zakładu remontowego w Schönbeken-Grabau, folwarku Netelau [powinno być: Nettelau – przyp. M.L.] w okolicach Kilonii”. Rau był więc najbliższym współpracownikiem Himmlera aż do końca.

Zwycięzcy Pucharu Narodów w Warszawie z 1936 roku. Drugi od prawej rotmistrz Marten von Barnekow (fot. NAC)
Zwycięzcy Pucharu Narodów w Warszawie z 1936 roku. Drugi od prawej rotmistrz Marten von Barnekow (fot. NAC)

Zadziwiające jest, że amerykańskie, brytyjskie i francuskie władze okupacyjne na terenie byłej III Rzeszy nie rozliczyły urzędnika narodowosocjalistycznej administracji najwyższego szczebla z jego działalności wojennej. Nie wiadomo nic o tym – dostępne źródła milczą na ten temat – by w ogóle poddano go procesowi denazyfikacyjnemu. Winę ponoszą prawdopodobnie władze PRL, być może ze względu na ową podkreślaną nie raz fraternizację polskich koniarzy z Rauem. Po wojnie Rau był nadal czołową osobistością niemieckiego sportu konnego. Jako prezes Niemieckiego Komitetu Jeździeckiego zapewnił zatrudnienie byłemu jeźdźcowi SS Martenowi von Barnekowowi, co umożliwiło temuż „bezpieczne” przejście do powojennego jeździectwa. A już w 1946 w Dillenburgu zorganizował pierwszą paradę ogierów, która – szeroko relacjonowana przez ówczesne media – stała się nieomal świętem narodowym.

W Niemczech do dziś istnieją ulice imienia Gustava Raua, np. w Warendorf, a także w pobliżu toru wyścigowego w Monachium. Jest on również patronem dwóch najwyższych odznaczeń Niemieckiego Związku Jeździeckiego: plakietki z podobizną Raua oraz medalu dla uhonorowania szczególnych osiągnięć w hodowli koni.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Luft „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Luft
„Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela”
46 zł
Wydawca: LTW
Rok wydania: 2021
Okładka: broszura
Liczba stron: 368
Premiera: 30.06.2021
Format: B5 (176x250mm)
ISBN: 978-83-7565-741-8
EAN: 9788375657418

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Monika Luft
Autorka powieści, reportaży, wywiadów, felietonów i słuchowisk radiowych. Absolwentka iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz studiów podyplomowych Historia Służb Specjalnych w Akademii Sztuki Wojennej. Współpracowała z hiszpańską telewizją publiczną TVE. Była dziennikarką i prezenterką Programu I TVP. Przez kilkanaście lat prowadziła portal poświęcony koniom arabskim. Zajmowała się promocją wydarzeń kulturalnych w branży filmowej i wydawniczej. Pełniła funkcję rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy