Czarnoskóry chłopak z Pelcowizny
Ten tekst jest fragmentem książki Krzysztofa Karpińskiego „Czarnoskóry fordanser w Warszawie. Opowieść o Auguście Agbooli Brownie”.
Warto podkreślić, że Warszawa była wtedy pod względem muzycznym bardzo atrakcyjna. W 1934 roku w następstwie brunatnego szaleństwa w Niemczech, po pobiciu przez bojówkę SA, przyjechał z Berlina na dłuższy czas trębacz Ady Rosner wraz ze swoimi muzykami. Ich koncerty odbywały się w Palais de Danse przy Rymarskiej i w Esplanadzie przy Sienkiewicza. Był to też złoty okres pobliskiej Adrii. Popularnością cieszył się wspomniany niedawno Café Club na Nowym Świecie, gdzie debiutowała i przez dłuższy czas występowała słynna orkiestra saksofonisty Franciszka Witkowskiego, a później można było słuchać zespołów Artura Golda i Jerzego Petersburskiego, wreszcie zaś George’a Scotta.
[…]
W 1936 roku August zmienił mieszkanie, przenosząc się na ulicę Złotą 75. Nadal więc mieszkał w centrum Warszawy. Przez cały ten czas miał stałą pracę, mógł więc sobie pozwolić na wynajęcie mieszkania, a w tej części miasta nie były one tanie.
Polskę polubił. Podobała mu się i bardzo dobrze się tutaj czuł. Jego zaś lubili sąsiedzi. Utrzymywał z nimi kontakty. Był człowiekiem dobrze zorganizowanym. Jako miejsce do pracy wybrał Warszawę. Poza granice naszego kraju nie wyjeżdżał, nie był także w rodzinnej Nigerii. Z zamieszkałą tam rodziną nie korespondował i nie utrzymywał żadnych kontaktów, oni też nigdy go tutaj nie odwiedzali. Bardzo szybko się zaaklimatyzował, nauczył języka polskiego i zasymilował. Muzyka, a w szczególności doskonała umiejętność tańca ułatwiała mu kontakty także z kobietami. Z przyczyn oczywistych był rozpoznawalny. Wysoki, przystojny, uprzejmy i dobrze ubrany — podobno wyglądał świetnie. Natychmiast zanurzył się w nocnym życiu Warszawy. Lata trzydzieste to słynne bale mody w Bristolu, Hotelu Europejskim czy Instytucie Propagandy Sztuki (IPS) przy Królewskiej. Bywali tam ludzie kina i estrady: Zula Pogorzelska z Konradem Tomem, Fryderyk Jarossy ze Stefanią Górską, Kazimierz Krukowski, Marian Rentgen czy siostry Halamówny. Panowie znakomicie prezentowali się w garniturach podkreślających szczupłą sylwetkę. Nosili wówczas także kapelusze typu Borsalino czy Eden. Na ulicy w zasadzie nie pokazywali się bez nakrycia głowy. W odpowiedni asortyment zaopatrywano się między innymi w domu mody Bogusława Hersego przy Marszałkowskiej. August lubił i potrafił dobrze się ubierać, ale raczej nie brał udziału w owych balach, bo zostałby zapewne rozpoznany i prasa by go zauważyła.
Oddajmy głos człowiekowi, który osobiście widywał go spacerującego i ma najwięcej do powiedzenia na jego temat, a który jako pierwszy o Auguście Brownie napisał. Był nim artysta fotografik, kolekcjoner starych płyt gramofonowych i zarazem muzyk Andrzej Zborski.
Murzyn, to nie jest problem okupacyjny, wiem coś więcej na ten temat. Przybył on do Polski około 1922 r. […]. Coś mu się spodobało, bo został w Polsce […]. Następnie się nie tyle spolonizował, co zvarsawianizował. Kiedy ja go słyszałem, to mówił, jakby był z Pelcowizny.
Pamiętał też, jak August Agboola Browne wyglądał. Podał wiele ciekawych szczegółów.
Był przystojnym mężczyzną, słusznego wzrostu i [o] szczupłej sylwetce, zawsze elegancko ubrany w dobrze uszyte jasne garnitury. Zakładał do tego jaskrawo kolorowe krawaty, na głowę jasny kapelusz typu „Eden”. Takim widywałem go często na ulicy Marszałkowskiej, w pobliżu Ogrodu Saskiego. Ten jedyny dostrzegalny wówczas czarnoskóry warszawiak był łatwym do zapamiętania przechodniem, zwłaszcza — przez małolata. Miał poczucie humoru. Słyszałem jak wdawał się w rozmówki z handlarkami z bazaru, który mieścił się na Placu Żelaznej Bramy, w pobliżu hal Mirowskich. Na treść zdziwionego i głośnego stwierdzenia jednej z nich: „O rany, jaką ma czarną gębę!”, począł zebrane w pobliżu panie informować — co on też jeszcze ma oprócz gęby czarnego. Mówił o tym bez jakiegokolwiek kompleksu, czy urażonej godności. Po jego wyjaśnieniach wszystkie zainteresowane strony zaczęły się śmiać, a żartom i dowcipom nie było końca. Nie wiem, czy po wielu latach można wysnuwać właściwe wnioski, wynikłe z obserwacji małolata. Teraz jednak myślę, że był on popularny oraz najzwyczajniej lubiany przez mieszkańców Warszawy. Jego „egzotyczny” kolor skóry czynił go w sposób naturalny stołecznym oryginałem, których tutaj nigdy nie brakowało. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś do niego mógł się odezwać: ty czarnuchu! Albo: ty asfalcie! Niektórzy ze znajomych na hasło „Murzyn”, odpowiadali jak to właśnie ich dziadek przywiózł był „takiego” prosto z Afryki i zatrudnił jako szofera. Nie przypominam sobie jednak jakiegokolwiek innego czarnego mieszkańca Warszawy idącego przez ulicę. Bez względu na deklarowany swój cenzus, pan Brown był z pewnością człowiekiem inteligentnym, bystrym i co najważniejsze miał poczucie rzeczywistości. Zdawał sobie doskonale sprawę, że jak się jest jedynym czarnoskórym pośród wyłącznie białych, to wynikają z tego konsekwencje. I nie złościło go, że przechodnie oglądają się za nim z zaciekawieniem. Najprawdopodobniej nasz ciemnoskóry „warszawski rodak”, doszedł też do wniosku, że jego inność jest cenną cechą towarzyską. Nie wiem, jakiego rodzaju miał współpracę ze wspomnianymi warszawskimi orkiestrami tanecznymi — „jazzopodobnymi”. Nie spotykałem jego nazwiska w jakimkolwiek programie teatralnym lub reklamie imprezy rewiowej. Działo się to wszystko aż do wybuchu wojny w 1939 roku.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Krzysztofa Karpińskiego „Czarnoskóry fordanser w Warszawie. Opowieść o Auguście Agbooli Brownie” bezpośrednio pod tym linkiem!
Tak się rzeczywiście prezentował? Zborski nie mylił się. Odwołajmy się do filmów, w których zagrał epizodyczne role. W 1933 roku reżyser Henryk Szaro wziął się do adaptacji polskiej klasyki dla wytwórni Sfinks założonej przez Aleksandra Hertza. Firma była znana wielu aktorom zagranicznym, ponieważ kojarzyli ją z nazwiskiem Poli Negri. Tam powstały jej pierwsze obrazy.
Wybór Henryka Szaro padł na Dzieje grzechu według Stefana Żeromskiego. Pod takim właśnie tytułem powstał dramat tego wybitnego reżysera polskiego kina z Karoliną Lubieńską w roli głównej. Wytwórnia dysponowała nowoczesnym sprzętem, posiadała też obszerne i jasne atelier z przeszklonym dachem na ostatnim piętrze budynku przy Mokotowskiej 12. Aktorzy mieli swoje garderoby. Zagranie jednej z po mniejszych ról reżyser zaproponował właśnie Augustowi. We wrześniu tego samego roku widzowie warszawskiego kina Apollo mogli obejrzeć go jako gracza w kasynie.
Papa się żeni zaś to muzyczna komedia wyprodukowana w 1936 roku przez jedną z najważniejszych wówczas wytwórni Leo-Film, znanej między innymi z produkcji filmów z Mirą Zimińską i Jadwigą Andrzejewską w reżyserii wyjątkowo sprawnego fachowca gwarantującego sukces filmowi, Michała Waszyńskiego. Waks — bo tak go nazywano — to bywalec Kawiarni Ziemiańskiej, gdzie spotykali się między innymi literaci i filmowcy. On także zainteresował się Augustem, doceniając jego talent muzyczny i łatwość tańca. Widzimy go więc w filmie jako banjonistę występującego z Mirą przy akompaniamencie orkiestry Henryka Warsa. W tym samym roku podobno zaangażowano Augusta do jeszcze jednej komedii muzycznej Amerykańska awantura, wyprodukowanej przez Erofilm według scenariusza Światopełka Karpińskiego z gwiazdą ekranu Eugeniuszem Bodo i wybitnym basem o rozległej skali głosu Adamem Didurem grającym jedną z postaci. W reżyserii Ryszarda Ordyńskiego, osoby wpływowej i zasłużonej w środowisku filmowym, warszawskiego animatora życia kulturalnego, a także i towarzyskiego. Akcja filmu toczy się na pokładzie transatlantyku „Batory” w czasie podróży do Ameryki. Premiera odbyła się w Wigilię Bożego Narodzenia 1936 roku w warszawskim Kinie Colosseum. Trudno jednak stwierdzić z całą pewnością, czy August rzeczywiście w nim zagrał, ponieważ film nie przetrwał do naszych czasów. W każdym razie miał być jednym z czarnoskórych tworzących zespół taneczno-wokalny.
Prasa zauważyła interesującą warstwę muzyczną stworzoną przez Władysława Dana w Dziejach grzechu, brawurową grę Jadwigi Andrzejewskiej w Papa się żeni oraz pewne rozwlekłości i słabe udźwiękowienie Amerykańskiej awantury. Nikt nie wspomniał o Auguście. Nie należy się dziwić, skoro grał wyłącznie niewielkie epizody. Niemniej jednak Augusta oglądano na pewno podczas premier w kinach: Apollo (Marszałkowska 106), Pan (Nowy Świat 40) i Colosseum (Nowy Świat 19).
Nie wiemy, czy z kolei on chodził do kina. Na premierach filmów ze swoim udziałem prawdopodobnie bywał, ale pewności nie ma. Natomiast zainteresował go może wyświetlany na początku lat trzydziestych w Warszawie amerykański dramat muzyczny Kinga Vidora Hallelujah (Dusze czarnych). Oto jak przedstawiono film w miesięczniku „Kino”:
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Krzysztofa Karpińskiego „Czarnoskóry fordanser w Warszawie. Opowieść o Auguście Agbooli Brownie” bezpośrednio pod tym linkiem!
„Hallelujah”, film, grany przez autentycznych murzynów i ilustrujący ich życie oraz prymitywne wierzenia. Był on swojego rodzaju rewelacją; nigdy bowiem dotąd nie pokazano publicznie tak pełnego obrazu ciekawej duszy murzyńskiej, o której niedostateczne wyobrażenie dawał nam dotąd tylko „jazz” i śpiewane niekiedy z estrad koncertowych murzyńskie pieśni religijne t.zw. „spirituals”, wzruszające naiwną wyobraźnią swoich twórców i oryginalnymi egzotycznymi melodiami.
Słuszne byłoby pytanie, kiedy Browne nauczył się grać i na jakich instrumentach. On sam niewiele na ten temat mówił. Zapewniał jedynie, że mieszkając jeszcze w Lagos, przez pewien czas uczył się muzyki. Było to prawdopodobnie w szkole powszechnej. Nie był więc wykształconym muzykiem. W kolejnej informacji dla rejestru cudzoziemców, już po zakończeniu wojny, mówił o ukończeniu średniej szkoły muzycznej, co wydaje się mało prawdopodobne ze względu na panującą w rodzinnym domu biedę, o której sam wspominał. Wątpliwe wydaje się też, aby wszyscy członkowie jego rodziny muzykowali. Pewne jest natomiast to, że był człowiekiem utalentowanym i już w chwili, gdy pojawił się po raz pierwszy na Wyspach Brytyjskich, bardzo interesowała go muzyka i potrafił dobrze tańczyć. Prawdopodobnie wówczas podjął próbę nauczenia się gry na instrumentach perkusyjnych. Mogła to nawet być konieczność, skoro znalazł się w składzie trupy teatralnej. Kiedy mieszkał już w naszym kraju, na pewno nie był świetnie grającym i czującym jazz perkusistą. Nie był też gwiazdą lat trzydziestych. Poza wyżej wymienianymi zespołami nie znajdujemy jego nazwiska w składach najbardziej znanych orkiestr, takich jak bandy Golda i Petersburskiego, Karasińskiego i Kataszka, Freda Melodysty czy Franciszka Witkowskiego. Nie pisano o nim w prasie, nie znajdziemy też jego nazwiska w żadnym z drukowanych programów odbywających się wówczas imprez.
Puls rytmiczny to zwłaszcza w jazzie ważny element utworu muzycznego. Tworzy go człowiek siedzący za bębnami, perkusista — ważna postać w każdym zespole. A tak postrzegano muzyków grających na tym instrumencie wtedy, kiedy August uprawiał ten zawód Pamiętamy jeszcze i u nas te czasy, gdy perkusista — murzyn, czy też biały — dobrany do kwintetu smyczkowego w restauracji czy też kawiarni, hałasował na kilku swoich instrumentach, stanowiąc cały w ówczesnym mniemaniu „jazz”. On szalał, publiczność szalała, i to wystarczało. Był także okres, kiedy wróżono „jazzowi” szybką zagładę z powodu jego rzekomej hałaśliwości. Czasy zmieniły się jednak, orkiestry przeszły ewolucję, z niemi zaś ewolucji uległa również perkusja. Dzisiaj nie żąda się od perkusisty sztuczek i hałasu, lecz czegoś więcej, właśnie spokoju, żelaznego rytmu, uzgodnionego z całą sekcją rytmiczną, wreszcie umiejętności […]. Przyszedł czas, że trzeba się wykazać prawdziwemi kwalifikacjami […]. Kapelmistrze orjentują się już dziś doskonale w wartości perkusisty, czego dowodem jest, że ci najlepsi są wysoko cenieni. Niestety za wielu ich nie mamy.
Te słowa wypowiada profesjonalista, perkusista jazzbandu Henryka Golda występującego w prestiżowej warszawskiej Oazie, notabene zatrudniającej także fordanserów. Augusta angażowano raczej do małych zespołów restauracyjnych w różnych miejscach i w różnych składach osobowych, o czym zresztą sam wspomina. Warszawa miała rozbudowany rynek gastronomiczny, lokale, głównie w centrum, cieszyły się powodzeniem, muzycy więc zazwyczaj nie narzekali na brak zajęć. Nie brakowało ich zatem i Augustowi.
Krążyła opowieść, że przed wybuchem wojny w jednej z kawiarni podwarszawskiego Otwocka grywał przez pewien czas czarnoskóry perkusista. Nie wiemy, czy tak było, ale jeżeli już, to musiał to być August. Zacznijmy od pytania, czy w Otwocku były tego rodzaju miejsca? Były, bo już w 1934 roku powstał gmach słynnego Kasyna, gdzie odbywały się dancingi; zorganizowano nawet pokoje gościnne. Jeśli ktoś przyjechał pociągiem, kolejką wąskotorową lub autobusem z Placu Teatralnego czy Placu Krasińskich, bo stamtąd odchodziły, to mógł przenocować.
