Czy Mińsk mógł należeć do Polski?

Edward Woyniłłowicz pochodził z rodziny ziemiańskiej posiadającej ogromne dobra niedaleko Nieświeża. Jako polski i białoruski działacz społeczny przeżył osobistą tragedię, gdy na mocy postanowień traktatu ryskiego Mińszczyzna znalazła się w granicach bolszewickiej Rosji. Do końca życia nie pogodził się ze stratą. Na swym grobie kazał wyryć napis: „Traktatem ryskim ze swej ziemi wygna­ny, deptać musiałem obce łany”...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Siódmego listopada 1917 roku była środa. Następnego dnia Lenin wydał dekret, znoszący prywatną własność ziemi. Edward Woyniłłowicz nie zapamiętał dokładnej daty zjawienia się w Sawiczach „komitetu majątkowego”, który odebrał klucze od spichlerzy, stodół oraz innych zabudowań gospodarczych, pełnych wszelkiego dobra po obfitych żniwach. „Zaczęli gospodarować na swoją rękę, sprzedawać zebrane przeze mnie plony, pozwalając mi, po długich korowodach, kupować z własnego zasieku zboże na chleb oraz kaszę. Delegaci gminni z dziewkami rozjeżdżali mojemi końmi cugowemi na wieczorynki, pozwalając łaskawie czasem pojechać na mszę właścicielowi”.

Mińsk w XIX wieku na obrazie Napoleona Ordy

Woyniłłowicz, sam oszczędny, ze zgrozą patrzył na marnotrawstwo, którego dopuszczali się członkowie komitetu. „Członkowie ci zmieniali się dosyć często, bo każdemu się chciało mieć swoją kolej jeżdżenia pańskiemi końmi, gospodarowania w pełnych śpichrzach, pańskich oborach, stodołach, a rzecz główna, pobierania dochodów bez żadnej kontroli”. Choć dochodziły go słuchy o pogromach dworów, uparcie tkwił na miejscu, bo „panowało poczucie, że ten stan długo trwać nie może”.

W środę 6 lutego 1918 roku pojechał z żoną na obiad do mieszkającej w pobliżu siostry. Nagle do pokoju wpadł ogrodnik siostry z okrzykiem, że wojska niemieckie są już w pobliskim miasteczku. Przed nimi kłębiła się fala uciekających żołnierzy rosyjskich. Po powrocie do Sawicz dowiedzieli się, że chwilę wcześniej rosyjscy maruderzy, grożąc służbie rewolwerami, zabrali czwórkę najlepszych koni cugowych. „Noc była jasna, księżycowa, mróz około 15 stopni. Stanąwszy w oknie, przed wieczerzą jeszcze, spostrzegliśmy ogromny szereg wozów wojskowych, pomieszanych z piechotą i kilku konnymi, przejeżdżający przez dwór”. Widzieli, jak do żołnierzy podbiegło paru członków komitetu folwarcznego. Do kolacji Woyniłłowiczowie usiedli „dla formy tylko”, jeść nie mogli. Edward przy łóżku postawił wysokie buty i lisiurę. O północy obudziło go pukanie pisarza prowentowego. „Proszę panów wstawać, bo przyszli ci, co nas mają rabować” – powiedział. Edward wypuścił Olimpię tajnymi schodkami i kazał jej ukryć się w mieszkaniu praczki w ogrodzie. Sam zszedł na dół, szybko wykalkulowawszy, że jeśli rabować przyszli swoi chłopi, to go nie zabiją. W tej samej chwili zobaczył nadbiegającą grupę żołnierzy. Uciekł do parku tymi samymi schodkami co żona. „Nim dobiegłem do pierwszych drzew, które mnie w taką jasną noc od rabusiów skryć miały, już posłyszałem szalone wrzaski, strzały, wycie tłumu, który wpadł do domu. Zaświeciły okna, zaczął się rabunek, który następnie z domu przeniósł się do stajni, wozowni i dopiero po paru godzinach ustał”. Woyniłłowicz tkwił w miejscu oparty o drzewo. Nie czuł mrozu ani zmęczenia. Kiedy wszystko ucichło, wychylił się i zobaczył nadbiegającego pisarza. Ten poprosił, żeby Woyniłłowicz uciekał, bo nadciągają kolejni żołnierze z chłopami. Wrzeszczą, żeby zabić dziedzica, bo wtedy wszystko ujdzie im bezkarnie. Resztę nocy i cały następny dzień Woyniłłowicz wałęsał się w pobliskim lesie, obserwując, co się dzieje z domem. „Słyszałem zatem wciąż strzały karabinowe i wybuchy jakieś potężniejsze; widziałem coraz to nowe szeregi odstępującego bezładnie wojska, a raczej maruderów, ciągnące się sznurem fury włościańskie i moje własne wozy, przez ludzi dworskich pochwycone, przesuwające się tam i na powrót po zrabowane sprzęty; widziałem pędzone bydło i konie, widziałem kłócących się i bijących o zdobycz”. W czwartek wieczorem poszedł do sąsiedniego majątku, gdzie czekała na niego Olimpia. Pogrom trwał jeszcze dwa dni. Dopiero 13 lutego do Sawicz wszedł oddział wojska niemieckiego. Edward zapamiętał ich na całe życie – Sasi, pułk numer 100. Niemcy wezwali go z powrotem do domu.

Na ganku przed pałacem zobaczył stłoczoną ludność dworską, kulomiot na słupie i „dwu najgorszych bolszewików ze służby dworskiej pod strażą, gotowych do powieszenia”. Poprosił, żeby ich nie zabijano. Zażądał natomiast, żeby ci dwaj i jeszcze cztery rodziny najpodlej się zachowujące wyprowadzili się z dworu. Na drugi dzień rzeczywiście przenieśli się do nieodległej wioski, prowadzili tam potem agitację bolszewicką. Woyniłłowicza zraniło odkrycie, że byli to ludzie, których ojcowie i dziadowie służyli we dworze. Niemcy ze zdumieniem oglądali wnętrza domu. „Dosłownie nie było ani jednego stołka w domu, ani jednego ćwieka w ścianie, ani jednych drzwiczek w piecach, a wiele okien i drzwi nie tylko że zostało pobitych, ale nawet wywiezionych. Wskutek wyrwanych rur kanalizacyjnych i wodociągowych podłogi na górnem piętrze i sufity na dole zalane, a co zostało z archiwum i z biblioteki, liczącej skatalogowanych z górą 5000 tomów, wszystko porwane w kawałki, obrazy i portrety antenatów porżnięte na pasy lub postrzelane”. Po podłodze walały się podarte na strzępy świadectwa historii przodków – także przodków tych, którzy je darli.


Niemcy wkroczyli do guberni mińskiej na mocy pokoju podpisanego z Rosją bolszewicką w Brześciu. Jesienią 1918 roku odbyły się pierwsze od czasów powstania styczniowe­go wybory marszałków szlacheckich – Niemcy potrzebowali wsparcia w administrowaniu i zdecydowali się odnowić samo­rząd szlachecki. W Mińsku w sali Klubu Szlacheckiego stanę­ło dziewięć stołów dla dziewięciu powiatów guberni mińskiej. Na marszałka – jak się miało wkrótce okazać, ostatniego – guberni mińskiej wybrano hrabiego Jerzego Czapskiego. Zanim zdążył objąć urząd, Niemcy podpisali kapitulację we francu­skim Compiègne i po przegranej wojnie zaczęli się zbierać do domu. Warszawa z radością ich rozbrajała. Jędrzej Moraczew­ski, przyjaciel Piłsudskiego i wkrótce pierwszy premier niepod­ległej Polski, notował: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął”. Mińsk rozpaczał. Odejście Niemców oznaczało powrót bol­szewików. Ziemianie uradzili przedstawić dowódcy niemiec­kiemu podanie z postulatem utworzenia Wielkiego Księstwa Litewsko­Białoruskiego pod kuratelą niemiecką. Poproszono Woyniłłowicza jako naturalnego przywódcę o podpis i stanię­cie na czele delegacji do niemieckiego generała. Opierał się tym prośbom, od zawsze niechętny Niemcom: „Tak to było przeciw­ne mojej linji politycznej, tak dla mnie wstrętne”. W końcu podpisał dokument ze względu na konieczność szukania ochro­ny przed bolszewikami. Na czele delegacji stanął hrabia Jerzy Czapski. Nic to nie dało. Niemcy ustępowali. Trzeba było uciekać. Nadchodzili bolszewicy.

Edward Woyniłłowicz

Na wygnaniu

W Warszawie pod koniec 1918 roku przebywały tłumy uchodźców z dawnych dziewięciu guberni zachodnich, nie brakowało repatriantów z głębi Rosji, trafiali się też biali Rosjanie (Woyniłłowicz wpadł któregoś dnia na ulicy na dawnego gubernatora Mińska). Znalezienie lokum stanowiło duży problem. Na szczęście przyjaciele odstąpili Woyniłłowiczom kilka pokoi w mieszkaniu na Smolnej 32. Siedemdziesięciojednoletni Edward, przygnębiony utratą domu, wszędzie widział to, co sam nosił w duszy: smutek i tymczasowość. Narzekał na niewdzięczność Królestwa, które w czasie ewakuacji w 1915 roku było tak serdecznie przyjmowane na Kresach, a teraz nie odpłacało tym samym Kresowiakom. Odrodzenia Polski nie fetował, bo co to za Rzeczpospolita bez Sawicz i Mińska. Czuł się wygnańcem i na każdym kroku to podkreślał. Któregoś dnia zanotował: „Z przedartej kieszeni straciłem na ulicy półtora tysiąca rs. [rubli srebrnych – A.S.], zawsze byłaby to strata dotkliwa, a cóż dopiero na wygnaniu”.

Od razu rzucił się w wir działania. Cztery dni po wyjeździe z Sawicz poszedł na spotkanie organizacyjne Związku Polaków z Kresów Białoruskich, na którym, jak pisze, spotkał „całą Mińszczyznę, wyrzuconą z domów, wykolejoną, bez jutra”. W Komitecie Obrony Kresów Wschodnich zobaczył się z Ignacym Witkiewiczem oraz innymi znajomymi. Komitet pracował nad utworzeniem dywizji litewsko-białoruskiej pod dowództwem generała Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego – miała ona wesprzeć organizowaną przez kresowych ziemian samoobronę. Pierwszą jednostką był Miński Pułk Piechoty, uformowany 10 grudnia. Dzień później bolszewicy zajęli Mińsk. Na czele władz postawili Ormianina i w trzech językach – rosyjskim, polskim i jidysz – ogłosili przyłączenie Białorusi do Rosji.

Wacław Iwaszkiewicz-Rudoszański

Trzy tygodnie później Lenin zmienił zdanie i utworzył „wolną i niepodległą Białoruską Republikę Socjalistyczną” oraz partię bolszewików białoruskich – od razu włączoną do rosyjskiej partii bolszewików. Dwa tygodnie później znów zmienił zdanie: połowa terenów Republiki została włączona bezpośrednio do Rosji, druga zaś przyłączona do Litwy – tak powstała Sowiecka Republika Litwy i Białorusi. Do Warszawy stopniowo zaczęły napływać wiadomości o aresztowanych krewnych i znajomych. Bolszewicy uwięzili między innymi dwie siostry Woyniłłowicza.

W Paryżu, gdzie odbywała się konferencja pokojowa, która miała wypracować nową mapę Europy z niepodległą Rzecząpospolitą, polskich interesów pilnował Komitet Narodowy Polski ze starym znajomym i oponentem Woyniłłowicza, Romanem Dmowskim na czele. Początek roku 1919 Edward powitał ponurym wpisem: „Rok nowy zaczynamy na emigracji w Warszawie w beznadziejności powrotu do kraju. W ubiegłe lata, w tym dniu zbierali się niemal wszyscy z powiatu na obiad do Sawicz, szły życzenia, toasty, przemowy”. Starał się być wszędzie, gdzie konferowano o przyszłym kształcie kraju, i przemawiać w imieniu kresowców, którzy „pragną Litwy połączonej z Białorusią w granicach 1772 roku i w unji z Polską”. Jednego tylko 18 stycznia rano pochylał się nad mapą z przedstawicielem misji amerykańskiej u hrabiego Henryka Potockiego, po południu konferował u księcia Macieja Radziwiłła z ziemianami z Galicji, a wieczorem poszedł na wielki wiec wsparcia dla Kresów zwołany do Filharmonii Narodowej.

Ten tekst jest fragmentem książki Agnieszki Rybak i Anny Smółka „Kresy. Ars moriendi”:

Agnieszka Rybak, Anna Smółka
„Kresy. Ars moriendi”
59,90 zł
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2020
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 672
Premiera: 07.10.2020
Format: 143x205 mm
ISBN: 978-83-08-07043-7
EAN: 9788308070437

Woyniłłowicz reaktywował spotkania Mińskiego Towarzystwa Rolniczego. Odbywały się one w gmachu Centralnego Towarzystwa Rolniczego przy Kopernika 30. Członkowie Towarzy-stwa pracowali nad własnym projektem reformy rolnej z myślą o przekazaniu go pierwszemu Sejmowi – właśnie odbywały się wybory i Woyniłłowiczowie 26 stycznia wstali wcześnie, żeby oddać głos w lokalu przy Nowym Świecie 35. Nie byli pierwsi – chętni do głosowania utworzyli już ogromne kolejki.

Pod datą 25 marca Edward zapisał: „Zwiastowanie. Nie ma komu zajrzeć, czy siądą bociany na gnieździe na stajni w Sawiczach”. Coraz częściej odnotowywał zmiany na froncie wojny polsko-bolszewickiej. W sobotę 9 sierpnia dowiedział się o zajęciu Słucka i Mińska przez wojska polskie, które po udanym manewrze poznańskiej kawalerii pod dowództwem Władysława Andersa odbiły miasto. Piłsudski przyjął delegację organizacji białoruskich, która oświadczyła, że Mińsk, Wilno (Wilna chcieli wszyscy – Litwini, Polacy i Białorusini) oraz Grodno są białoruskie, a Polska powinna iść na wschód i zdobyć Smoleńsk. Członkowie delegacji prosili przy tym o zorganizowanie wojska białoruskiego. Wcześniej Rada Białoruska w Wilnie przesłała Naczelnikowi deklarację, w której wyrażała oczekiwanie, że pomoże on „zjednoczyć całą Białoruś i odbudować ją w niezależne państwo” przyjazne wobec Polski (jesienią polskie Ministerstwo Spraw Wojskowych przesłało fundusze na utworzenie dwóch białoruskich batalionów. Pieniądze się rozpłynęły, brakowało białoruskich oficerów i podoficerów. Piłsudski złościł się na „fikcję białoruską”).

Mińsk w 1918 roku

Kasza, kartofle i puchar Rejtana

Pierwsza do Sawicz pojechała Olimpia. Woyniłłowicz postanowił najpierw dotrzeć do Mińska, zobaczyć się z uwolnioną siostrą i przy okazji sprawdzić, czy ocalały zostawione u niej ruble. „Mińsk jak wymarły, magazyny zamknięte, na twarzach przechodniów nie widać pewności, że zło już minęło” – zapisał. Siostra opowiadała o więzieniu w Smoleńsku i tym, jak udało się jej wykupić i ukryć w zaścianku Słobódka pod Mińskiem.

Już następnego dnia zebrało się Towarzystwo Rolnicze w swojej częściowo zrujnowanej siedzibie na Zacharzewskiej. Zanim zaczęto radzić o odbudowie rolnictwa, popłynęły opo-wieści, kto gdzie się ukrywał i w jakim przebraniu. Niektórzy członkowie Towarzystwa pracowali nawet w administracji bolszewickiej.

Powrót do Sawicz 9 września zamiast radości przyniósł smutek. Na stacji w Horodzieju czekał wóz drabiniasty, odpowiedni do zwózki siana, a nie wożenia starego dziedzica. Aleja prowa-dząca do domu zarosła trawą. Na dziedzińcu Woyniłłowicza parę osób ze służby witało radośnie, „reszta z pewnym zażenowaniem, a niejeden może i z żalem za minioną rozpustą i samowolą, tudzież za urwaniem się zysków nieuprawnionych”. Od razu zabrał się do prac gospodarskich. Żyło się ciężko: „Parę talerzy i kilka sztućców na stole do kaszy i kartofli, wieczory bez światła żadnego, sąsiedztwo rozproszone”. Najgorsze jednak było towarzyszące mu ciągle poczucie niepewności: „W ogóle nie mam wrażenia, żem wrócił w progi ojczyste, a raczej mam wrażenie jakiegoś etapu, pobytu tymczasowego w dalszej wędrówce życiowej”.

Starostwo w Słucku wezwało go niespodziewanie 19 września i poprosiło, żeby powitał Piłsudskiego przejeżdżającego przez miasto w drodze powrotnej z Mińska. Na drugi dzień zapisał: „Szabas. Na rogu ulicy Szosowej i Mostowej przygotowana brama tryumfalna, zebrana straż ogniowa, orkiestra, czekamy dzień cały z chlebem i solą”. Piłsudski do Słucka nie dojechał. Wcześniej na imponującą fetę w mińskim Klubie Szlacheckim na przyjęcie Naczelnika zwożono, co tylko ocalało z pogromu bolszewickiego: zastawę, meble i obrazy. Wino podano Piłsudskiemu w pucharze Rejtana przywiezionym przez Henryka Grabowskiego, praprawnuka słynnego posła, z odziedziczonej po prapradziadku Hruszówki. Bukiet kwiatów wręczyła córka Karola Czapskiego, nieżyjącego prezydenta miasta. Uroczystość zakończyła parada wojskowa na placu przed katedrą.

Przyszła Polska do Mińska, ale nie tak, jak by Woyniłłowicz chciał. Wojsko polskie go drażniło, nie zapisał ani jednego ciepłego słowa o Dywizji Litewsko-Białoruskiej, gdzie służyli chłopcy, których znał od urodzenia. Pisał skargi na żołnierzy, którzy przyjechali samochodem na kiermasz i odbierali chłopom produkty, płacąc za nie jedną czwartą ceny.

Rok 1920 witał znów w domu, przyjmował gości. Nastrój zepsuł przykry incydent – pijany polski żołnierz wjechał konno do przedsionka cerkiewki w Sawiczach. Wściekli chłopi pobili go mocno. Zbroczonego krwią przyniesiono do pałacu, gdzie został opatrzony przez Olimpię i felczera.

Józef Piłsudski w Mińsku w 1919 roku

Przez następne kilka miesięcy Woyniłłowicza nosiło z miejsca na miejsce. Jeździł na narady w sprawach administracyjnych i reformy rolnej do Wilna, Mińska i Warszawy, gdzie trafił akurat na uroczyste Te Deum w katedrze z powodu zajęcia przez wojska polskie Kijowa. „Była to raczej przechadzka niż wyprawa wojenna, ryzykowna w zasadzie, bo z Kijowem, jak z Moskwą, według słów Żeligowskiego, wziąć nie kłopot, ale co potem z tem robić?” Najwięcej zaprzątała Woyniłłowicza reforma rolna, razem z dużą częścią kresowego ziemiaństwa uważał ją za radykalną i niemądrą, odbierającą bezprawnie uchronione przed Rosjanami majątki tej warstwie, która gwarantuje Warszawie lojalność i która za swą wierność Rzeczypospolitej przez ponad sto lat słono płaciła. W czerwcu został wysłany przez swoje środowisko do Piłsudskiego, żeby lobbować w sprawie odrzucenia nowelizacji ustawy o reformie rolnej. Pojawił się w Belwederze i z półgodzinnym opóźnieniem, na które nie omieszkał sarkać we Wspomnieniach, został przyjęty. Z ciekawością porównywał twarz Piłsudskiego ze znanymi mu „oleodrukami”. Wygłosił przemowę ładną, ale staroświecką i bardziej pasującą do czasów Dumy niż wojny o byt państwa polskiego, kiedy każda minuta była na wagę złota. Piłsudski słuchał uprzejmie, lecz w pewnym momencie się zdenerwował i zaprzeczył słowom gościa. Woyniłłowicz i tak nieprzychylnie do niego nastawiony jako do, według swojej oceny, socjalisty i gracza partyjnego, zaperzył się i powiedział: „Naczelnik mnie nie zna dostatecznie, ale ci, co mnie znają, wiedzą, że frazesami nie operuję, a za każde swe słowo przywykłem odpowiadać”, przy czym rąbnął pięścią w stół. Ku jego zdziwieniu nie zrobiło to wrażenia na gospodarzu, który objaśnił swoje stanowisko. „Tłumaczył mnie, że klasa ziemiańska musi zejść z pola bytu narodowego”. Woyniłłowicz przyznał mu rację. To jedyne miejsce we Wspomnieniach, gdzie tak wyraźnie widać, że wiedział, że należy do wymierającego gatunku.

Wkrótce się okazało, że może i Kijów wziąć łatwo, ale utrzymać trudno. Zaczęła się kontrofensywa bolszewicka, Armia Czerwona napierała, wojska polskie się cofały. Szóstego lipca do Sawicz przyjechał żandarm z poleceniem ewakuacji, należało zabrać ze sobą inwentarz, a maszyny rolnicze zniszczyć, żeby nie dostały się w ręce bolszewików. Pierwsze co zrobili z Olimpią, to pojechali na groby dzieci i ojca. W modlitwie prosili, żeby mogli po śmierci spocząć na kurhanie koło Siemka i Heleny. Dzień zszedł na pakowaniu. Całą noc strawili z Olimpią na rozmowach, bo nie mogli usnąć. Wyruszyli następnego dnia o wpół do dziewiątej wieczorem. Drogą ciągnął sznur wozów, jednym z nich powoziła Olimpia, innym Edward, przywiązane do wozów dodatkowe konie utrudniały jazdę. W grudniu 1918 roku uciekali w tajemnicy, bojąc się o życie. Teraz, kiedy ludzie zaznali na własnej skórze rządów bolszewickich, ich odjazd wyglądał zupełnie inaczej. „Cała ludność dworska, zebrana przy ganku pałacowym i u bramy, z płaczem i błogosławieństwem nas żegnała, a we wsi włościanie zebrani przed chatami wołali: «niechaj pan prędzej wraca»”. Jechali w straszny upał. Kurz oraz gzy, tnące i ludzi, i zwierzęta, dawały się im we znaki.

Ten tekst jest fragmentem książki Agnieszki Rybak i Anny Smółka „Kresy. Ars moriendi”:

Agnieszka Rybak, Anna Smółka
„Kresy. Ars moriendi”
59,90 zł
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2020
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 672
Premiera: 07.10.2020
Format: 143x205 mm
ISBN: 978-83-08-07043-7
EAN: 9788308070437


Woyniłłowicz 13 października 1920 roku obchodził urodziny na Lubelszczyźnie u siostrzenicy. „Dzisiaj zaczynam rok 74, nigdy jeszcze w tak smutnym nastroju dnia tego nie spędzałem”. Dowiedział się o podpisaniu preliminariów pokojowych w Rydze i pozostawieniu Mińska bolszewikom. Wszystko wskazywało na to, że Sawicze będą po stronie sowieckiej. Płonęły lasy, a on żałował róż; martwił się, że dach i pierwsze piętro jego kamienicy na Zacharzewskiej zniszczył wybuch. Potem doszła wiadomość, że w kamienicy siostry ma siedzibę Czeka i w piwnicach torturuje ludzi. Postanowił pojechać do Sawicz, dopóki nie zamknięto granicy. Musiał zaszczepić się na tyfus i cholerę – osobom bez świadectwa szczepienia nie sprzedawano biletów kolejowych. Do domu ruszył dobrze sobie znaną drogą z Nieświeża. Dwaj napotkani ułani przestrzegli go, że polskie wojska już się wycofały. Sawicze znalazły się na ziemi niczyjej. Mimo to nie zrezygnował. Pałac zastał jeszcze bardziej zrujnowany, niedawno wstawione szyby znów wybite. Na powitanie przyszła gromadka ludzi wystraszonych i niepewnych jutra. Wielu jego dawnych pracowników zmarło na tyfus. Woyniłłowicz myszkował po różnych miejscach, szukał ukrytych sreber, kosztowności i trunków. Niczego nie znalazł. „Ciężkie było uczucie wracać w progi domowe nie jako dziedzic, ale jako złodziej, myślący tylko o tem, czy nie udałoby się jeszcze czego zabrać” – zanotował gorzko pod datą 27 listopada 1920 roku. Po trzech godzinach odjechał z powrotem do Nieświeża. Po drodze widział chłopskie furmanki, wyjeżdżające ze ściętymi dębami i sosnami z jego lasów, które tak chronił przed wycinką. Mógł tylko odwrócić głowę. W Nieświeżu dowiedział się o zniszczeniach wojennych w Słucku; spłonęło gimnazjum, na które swego czasu dał pieniądze, i dom Towarzystwa Dobroczynności z ufundowanym przez niego skrzydłem.

Mińsk, Wysoki Rynek w XIX wieku na obrazie Józefa Peszki


W Rydze, w nabitej dziennikarzami Białej Sali reprezentacyjnej kamienicy Bractwa Czarnogłowych, 18 marca 1921 roku Polska i Rosja podpisały traktat pokojowy. Ze strony „pańskiej” Polski podpis złożył syn chłopa, Jan Dąbski; ze strony bolszewików Adolf Joffe, syn jednego z najbogatszych żydowskich przedsiębiorców na Krymie.

Tego dnia Woyniłłowicz napisał ze złością: „Wilją imienin Piłsudskiego traktat pokojowy podpisany został, aby go jako wiązanie na imieniny Naczelnikowi Państwa u podnóżka Belwederu złożyć”. Nie miał racji. Chodziło o podpisanie traktatu przed plebiscytem na Górnym Śląsku, który zaczynał się 20 marca i miał rozstrzygnąć o losach polskich granic na połu-dniowym zachodzie.

Sejm jednogłośnie ratyfikował pokój ryski. Tylko na galerii protestował praprawnuk Tadeusza Rejtana Henryk Grabowski, wykrzykując „Hańba!” i rozrzucając ulotki.

Sawicze znalazły się po stronie bolszewickiej. Z części Mińszczyzny, która weszła w skład II RP, powstały województwa nowogródzkie i poleskie.

Edward Woyniłłowicz zmarł 16 czerwca 1928 roku w Bydgoszczy. Mieszkał tam od 1921 roku. Wolałby w Warszawie, ale było za mało mieszkań i za drogie. O Bydgoszczy mówiło się, że za kolczyki można w niej kupić willę. Po włączeniu miasta do Polski masowo wyjeżdżali z niego Niemcy, wyprzedając co się da, a sprowadzali się z uratowanymi ze wschodu resztkami kolczyków kresowi ziemianie. Powstała cała kolonia mińszczan. Osiem dni przed śmiercią Woyniłłowicz napisał w ostatnim zda­niu swoich wspomnień: „Widocznie z tej choroby nie wyjdę”. Swoją gorycz kazał wyryć na nagrobku na cmentarzu Staro­farnym w Bydgoszczy: „Traktatem ryskim ze swej ziemi wygna­ny, deptać musiałem obce łany”.

Plac Niepodległości

W lipcową niedzielę 2015 roku o szóstej rano zmęczone i niewyspane wysiadamy z pociągu w Mińsku. Duży, nowoczesny, przeszklony i nijaki budynek dworca kolejowego zastąpił rozebrany w 1991 roku stary gmach dworca wileńskiego z 1890 roku. W czasie drugiej wojny światowej unicestwieniu uległo osiemdziesiąt trzy procent zabudowy miasta, ale mimo to władze nie miały sentymentu do zabytków. Szaro, pusto, siąpi deszcz. Walizki toczą się z hukiem po prospekcie Niepodległości, dawnej Zacharzewskiej. Gdyby ocalała w kształcie prowincjonalnej uliczki z niewysokimi staroświeckimi kamienicami, hałas obudziłby mieszkańców. Dzisiejsza szeroka ulica z dwupasmową jezdnią i socrealistyczną architekturą wchłania dźwięki jak gąbka wodę. Czekamy na rozpoczęcie doby hotelowej i szwendamy się zmarznięte po mieście. W dawnych Ogrodach Gubernatorskich nie da się zjeść wczorajszych kanapek, gapiąc się na Świsłocz, bo ławki są mokre. Nie ma ani Czapskich, ani Nappelbaumów. Ślady po nich zatarły nie tylko zniszczenia wojenne. Mało uszkodzony w czasie wojny pałacyk Karola Czapskiego został rozebrany w 1949 roku. Cmentarz żydowski w 1990 roku zamieniono na skwer.

Kilka godzin później świeci słońce, a my idziemy na plac Niepodległości do kościoła Świętych Szymona i Heleny. Masywny i zgodnie z nazwą nadaną mu przez mińszczan intensywnie czerwony budynek wypełnia się szczelnie ludźmi przybyłymi na mszę. Zamknięty wkrótce po przejęciu Mińska przez bolszewików, choć utracił wystrój wnętrza, przetrwał wszystkie wojny i większość czasu służył mińszczanom jako kino. W 1988 roku miejscowi Polacy rozpoczęli walkę o zwrot świątyni, pod jej murami odbywała się nawet głodówka, zakończona sukcesem w kwietniu 1990 roku.

Mińsk, Kolegium Jezuickie w 1912 roku

Zatrzymujemy się przy figurze Chrystusa w małej kapliczce wyrastającej z kościoła po lewej stronie od wejścia. Zawsze pełno w niej kwiatów. Tutaj został pochowany Edward Woyniłłowicz. Potomek unitów i gorliwy wyznawca Katechizmu Rzymskiego, białoruski bojar i polski pan. Wrócił do domu 11 czerwca 2006 roku. Był ciepły dzień, mała trumienka, przypominająca dziecięcą, została wystawiona przed kościołem. Nie potrzeba było większej. W czasie ekshumacji przeprowadzonej 8 czerwca w Bydgoszczy zgromadzeni księża, rodzina, przedstawiciele konsulatu Białorusi i dziennikarze z napięciem śledzili ruchy łopaty. Na głębokości półtora metra pojawiły się kawałki drewna z trumny, potem skrawki czarnej odzieży i odłamki kości. Nic więcej. Konsternacja. „Dopiero kiedy kopiący zmienia kierunek i «wchodzi» pod sąsiedni nagrobek, trafia na... zelówki butów. Okazuje się za chwilę, że to już wszystko, jeśli nie liczyć paciorków drewnianego różańca”. Pogrzeb Woyniłłowicza przyciągnął tłumy mińskich katolików, mszę odprawił biskup pomocniczy archidiecezji mińsko-mohylewskiej, erygowanej przez Jana Pawła II w 1991 roku, a wśród gości byli duchowni różnych wyznań Rzeczypospolitej Obojga Narodów: prawosławni, ewangeliccy, uniccy, żydowscy i muzułmańscy. Do ucałowania trumienki ustawiła się długa kolejka. Niektórzy ludzie płakali. Kiedy prochy Edwarda składano w krypcie pod figurą Jezusa, buchnęła muzyka, a w niebo poleciały białe gołębie i czerwone baloniki.

Przepływały po niebie nad stojącym przy tym samym placu Niepodległości kilkumetrowym Włodzimierzem Leninem, ubranym jak zwykle w koszulę z krawatem, surdut i płaszcz. Nieodłączną robociarską czapkę z daszkiem zmiął w ręku, wsparł się na barierce, lekko wychylając się ku przechodniom, jakby szykował się do przemówienia. Na postumencie pod jego stopami, jak w średniowiecznych obrazach, kłębią się maleńkie figurki wyznawców, wymachujące flagami, karabinami, grabiami i kosami.

W roku 2007 radni Mińska podjęli decyzję o zmianie nazwy biegnącej koło kościoła ulicy Bersona na ulicę Woyniłłowicza. Zaprotestowali mińscy komuniści, a Ministerstwo Sprawiedli­wości ich poparło i kazało wrócić do starej nazwy.

W roku 2016 mszą w kościele Świętych Szymona i Heleny rozpoczął się proces beatyfikacji Woyniłłowicza – pierwszy na terenach niepodległego państwa Białoruś. W czerwcu 2017 roku skwer koło czerwonego kościoła, tam gdzie w czasie pogrzebu stała mała trumienka, nazwano jego imieniem.

I tak trwają na dwóch krańcach placu Niepodległości w Miń­sku – spadkobierca Katechizmu rewolucjonisty i Sługa Boży Woy­niłłowicz. A Biała Ruś wciąż szuka swojej tożsamości.

Ten tekst jest fragmentem książki Agnieszki Rybak i Anny Smółka „Kresy. Ars moriendi”:

Agnieszka Rybak, Anna Smółka
„Kresy. Ars moriendi”
59,90 zł
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2020
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 672
Premiera: 07.10.2020
Format: 143x205 mm
ISBN: 978-83-08-07043-7
EAN: 9788308070437

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Agnieszka Rybak
Dziennikarka, absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pracowała m.in. w „Newsweeku”, „Polityce”, „Rzeczpospolitej”. Autorka kilku wywiadów rzek, m.in. z Ludwikiem Dornem i Pawłem Dangelem.

Wszystkie teksty autora
Anna Smółka
Ur. 1968 – absolwentka Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego, autorka książki Między wolnością a pokojem. Zarys historii Ruchu „Wolność i Pokój”. Pracowała dla wielu instytucji kultury, w latach 2012–2016 była również doradczynią prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy