Autor: Robert Ferguson
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia kultury i sztuki, Wczesne średniowiecze, Pełne średniowiecze, Skandynawia, Europa
Opublikowany: 2016-10-09 15:10
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Dlaczego Europa drżała przed Wikingami?

Średniowieczna Europa to nie tylko świat katedr, bohaterskich rycerzy i rozmodlonych mnichów. To również kontynent przepełniony strachem. Największy lęk budzili dzicy najeźdźcy z Północy - Wikingowie.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Zobacz też: Wikingowie i ich podboje

Kronika anglosaska podaje, że najazd na Lindisfarne w 793 roku poprzedziły niecodzienne zjawiska meteorologiczne – porywisty wiatr i rozbłyski błyskawic, które po fakcie uznano za zwiastuny nieszczęścia, gdyż „niedługo później tego samego roku, dnia 8 stycznia, nastąpił atak pogan, którzy okrutnie zniszczyli dom boży na Lindisfarne, dopuszczając się przy tym grabieży i mordów”.

Ruiny klasztoru na Lindisfarne (Thomas Girtin, 1798, domena publiczna).

Eksperymenty ze współczesnymi replikami wykazały, że w dobrych warunkach pogodowych wikiński okręt na morzu były widoczny z odległości około 18 mil morskicha. Przy sprzyjającym wietrze tę odległość można było pokonać w około godzinę, tak więc zapewne tyle czasu mieli mnisi, by przygotować się na atak. Jest jednak mało prawdopodobne, że zrobili cokolwiek, gdyż relacje pisemne z tego najazdu utrzymują, że był całkowitym zaskoczeniem:

My i nasi ojcowie mieszkaliśmy na tej urodnej ziemi przez blisko trzysta pięćdziesiąt lat, i nigdy dotąd w Brytanii nie widziano takiego bestialstwa, jak to, którego doświadczyliśmy z rąk tych pogan. Nikt nie sądził, że taka morska wyprawa jest możliwa. Kościół św. Kutberta – najświętsze miejsce w Brytanii – jest zbryzgany krwią sług bożych, ograbiony ze wszystkiego, splądrowany przez barbarzyńców.

Powyższy fragment pochodzi z listu napisanego krótko po ataku do Ethelreda, króla Nortumbrii, przez Alkuina, jednej z głównych postaci chrześcijaństwa tamtej epoki. Urodzony w Nortumbrii, Alkuin był mnichem w Yorku, zanim w 781 roku przyjął zaproszenie na dwór Karola Wielkiego w Akwizgranie, gdzie wkrótce potem odegrał główną rolę w ożywieniu naukowo-kulturalnym zwanym renesansem karolińskim. Osobiście znał klasztor i wielu duchownych z Lindisfarne.

Trzecia relacja, autorstwa Symeona z Durham, angielskiego kronikarza z początku XII wieku, zawiera szczegóły, które mogą pochodzić z niezachowanych kronik nortumbryjskich:

Tego samego roku z północy nadciągnęła flota pogan niczym rój szerszeni. Rozpanoszyli się po Brytanii jak wściekłe wilki, grabiąc i mordując nie tylko zwierzęta juczne, owce i woły, ale nawet księży i diakonów, mnichów i zakonnice. Napadli na Lindisfarne, kościół złupili, święte miejsca zbrukali parszywymi stopami, wykopali ołtarze i zabrali wszystkie kosztowności. Część naszych braciszków zabili, innych uprowadzili ze sobą w kajdanach, wielu przegnali, odartych z odzienia i zelżonych, niektórych utopili w morzu.

Thor walczy z Jörmungandem (Johann Heinrich Füssli, 1788 r.)
Czwartym świadectwem tamtych wydarzeń jest kamień z Lindis­farne. Nie wiadomo, kiedy dokładnie powstał, ale zapewne niedługo później. Ukazuje z profilu siedmiu maszerujących mężczyzn. Postacie z przodu i z tyłu kolumny są nieuzbrojone, przypuszczalnie z powodu braku miejsca na półkolistym kamieniu. Dwie środkowe postacie dzierżą topory, a trzy za nimi miecze. Topory różnią się między sobą kształtem i są trzymane w połowie długości trzonka. Mężczyźni są ubrani w tuniki, które sięgają niemal do połowy uda i wydają się mieć coś w rodzaju podbicia lub wzmocnienia wokół talii. Strój dopełniają ściśle przylegające spodnie i ciężkie buty zakrywające kostki. Maszerują z wysoko podniesionymi głowami i wyprężonymi torsami, wznosząc broń jedną ręką, jakby do zadania ciosu. Ta stylizacja jest uderzająco podobna do wizerunku wojowników z gotlandzkiego kamienia obrazkowego z Hammars. Chociaż kamień z Hammars jest bardziej kunsztownym dziełem sztuki, ten z Lindisfarne w swej surowej zwięzłości przekazu oddaje w sposób bardziej bezpośredni i dramatyczny brutalność najazdu. W przeciwieństwie do mężczyzn na kamieniu z Hammars wojownicy z Lindisfarne nie mają tarcz, jakby nie spodziewali się oporu.

„Nikt nie sądził, że taka morska wyprawa jest możliwa”, napisał Alkuin. Także w długim poemacie zatytułowanym Zagłada Lindisfarne dał wyraz wrażeniu, że najeźdźcy pojawili się jakby znikąd. Jego lutnia, jak napisał, żałobnie jęczy na samo wspomnienie tej „pogańskiej bandy, która przybyła z krańców ziemi”. Z drugiej strony w tym samym liście Alkuin strofuje Etelreda i jego poddanych w sposób, który całkowicie przeczy wrażeniu, że najazd był zaskoczeniem. „Spójrz na te zbytkowne szaty, uczesania i maniery”, wytknął królowi. „Widzisz podobieństwo do pogańskich fryzur i bród? Czy ludzie, których chcesz naśladować, to nie ci sami barbarzyńcy, którzy nas gnębią?”. Podobny w tonie jest niekompletny list, którego nadawca i adresat pozostają nieznani. Zawiera on krytykę upodobania do

pogańskich praktyk, hańbiących nasz ród i przodków, którym uwłaczasz, nosząc się na modłę duńską, z obnażonym karkiem i zaślepionymi oczyma. Nie powiem nic więcej o tych gorszących manierach, wspomnę jeno, co mówią nam księgi – że przeklęty będzie ten, kto upodabniając się do poganina, przynosi ujmę swoim krewnym.

Podobnie jak Gildas, brytyjski mnich z VI wieku, około 300 lat wcześniej interpretował inwazję anglosaskich i pogańskich antenatów Alkuina jako karę boską dla Brytów za ich niechrześcijański styl życia, Alkuin dostrzegł w wikingach karę Wszechmogącego spadającą na nortumbryjski kler i dwór za jego rozwiązłość i zepsucie. W kilku listach napisanych po najeździe na Lindisfarne maluje zdumiewający obraz ówczesnego życia klasztornego, złorzecząc na pijaństwo i zwyczaj zapraszania do wspólnej biesiady „aktorów i sybarytów” zamiast ubogich, a także piętnując rozrywki przy stole. Postulował, by towarzyszące posiłkom dźwięki harfy i „pogańskie pieśni” zastąpić czytaniem Biblii i pism ojców Kościoła. „Co ma wspólnego Ingeld z Chrystusem?”, grzmiał, wytykając popularność, jaką wśród mnichów cieszył się Beowulf. Ta kulturowa zdrada musiała zdumiewać Alkuina jeszcze bardziej niż moda na pogańskie fryzury na dworze króla Etelreda. Nieuniknioną konkluzją tego wszystkiego jest to, że w czasach najazdu na Lindisfarne przybysze ze Skandynawii nie byli obcy mieszkańcom Nortumbrii. Nowością była przemoc.

Beserker - figurka szachowa ze zbiorów British Museum prawdopodobnie pochodząca z Norwegii XII w. (fot. Rob Roy, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported).

Próby ustalenia pojedynczej przyczyny nastania epoki wikingów napotykają podobne trudności, co próby ustalenia jej ram czasowych. Sugerowane powody są rozliczne i nierzadko wykluczają się nawzajem. Sama wielkość geograficzna Skandynawii powoduje, że przyczyny wypraw Norwegów z zachodniego wybrzeża Półwyspu Skandynawskiego przez Morze Północne na Wyspy Brytyjskie mogą mieć niewiele wspólnego z powodami, którymi kierowali się Swewowie (Szwedzi), pokonując Bałtyk, a później zapuszczając się z nurtem rzek Rusi aż nad Morze Czarne. Uporczywe zainteresowanie Duńczyków i Norwegów terytoriami Imperium Frankijskiego mogło wynikać z innych pobudek. Mając na uwadze wszystkie te uwarunkowania, możemy pokusić się o twierdzenie, że przypuszczalne przyczyny nastania epoki wikingów dzielą się na dwie zasadnicze grupy. Do pierwszej zaliczają się powody ogólne, wspólne dla całego Półwyspu Skandynawskiego i wysp duńskich. Drugą grupę tworzą przyczyny specyficzne i różne dla poszczególnych regionów. Rozmaitość w tej drugiej grupie jest tak wielka, że powody nastania „szwedzkiej” epoki wikińskiej zostaną omówione dopiero w rozdziale, który traktuje o działaniach wikingów na wschód od Bałtyku.

Adam z Bremy uważał, że pierwotna przyczyna fenomenu wikingów była prosta – bieda w ich ojczystej Skandynawii. Dudon z Saint-Quentin w De moribus et actis primorum normanniae ducum podaje równie oczywiste wyjaśnienie. Streszczając wczesne lat życia Rolfa, założyciela księstwa Normandii, opisał rodzinne waśnie o ziemię i dobytek, które rozwiązywano „zgodnie z pradawnym zwyczajem, ciągnąc losy”. Przegrani w tej loterii byli skazani na życie na obczyźnie, gdzie „wywalczywszy sobie ziemię, mogli żyć na niej w pokoju”. Tradycja ciągnięcia losów jako sposobu na rozwiązywanie naglących problemów społecznych przewija się również w Gutasaga z Gotlandii. Tam raptowny przyrost populacji i będący jego skutkiem głód zmusił mieszkańców do losowania, w wyniku którego co trzecia rodzina musiała opuścić wyspę razem z całym dobytkiem.

Adam z Bremy i Dudon postrzegali przemieszczanie się band wikingów po Europie jako coś, co współcześni historycy mogliby określić mianem schyłkowej fazy wielkiej wędrówki ludów. Jak wskazuje sama nazwa tego fenomenu, był to okres wielkich zmian i niepokojów, który na obszarze Europy kontynentalnej trwał około 400 lat, między rokiem 300 a 700. Z powodów nie do końca zrozumiałych, ale zapewne pokrewnych tym, które wymienili Adam z Bremy i Dudon – czyli biedy, niedostatku ziemi i klęsk żywiołowych – ludy germańskie zaczęły falami przekraczać Dunaj i przemieszczać się na zachód Europy po terytorium słabnącego Imperium Rzymskiego. Wśród nich byli Ostrogoci, Wizygoci, Alanowie, Burgundowie, Longobardowie, Jutowie, Anglowie, Sasi, Alamanowie i Wandalowie. Owe plemiona raptownie doprowadziły do upadku imperium na zachodzie, adaptując jego polityczną strukturę oraz przemodelowując kulturową i etniczną mapę Europy.

Tekst jest fragmentem książki Roberta Fergusona „Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów”:

Robert Ferguson
„Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów”
45 zł
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Okładka: Oprawa twarda
Liczba stron: 408
Format: 225x145mm
ISBN: 978-83-271-5240-4
EAN: 9788327152404

Rzymscy intelektualiści, tacy jak Tacyt, polityk i historyk z I wieku, przewidzieli długo wcześniej, że właśnie taki los czeka imperium. Tacyt jest autorem etnograficznego studium De Origine et situ Germanorum ([O pochodzeniu i kraju Germanów]), znanego też jako Germania. Napisał je między innymi po to, by wyjaśnić swoim rodakom, dlaczego Rzym przy całej swej potędze nie zdołał podbić germańskich plemion na północnej granicy imperium, mimo przewagi wszystkich zdobyczy cywilizacyjnych i rzymskiej dyscypliny. Głównym powodem tego niepowodzenia był fakt, że Germanie mieli naturalną skłonność do przemocy i uwielbiali walczyć. Ich przywódcy formowali drużyny i utrzymywali lojalność podwładnych poprzez stałe praktykowanie wojennego rzemiosła. Lojalność członków takiej drużyny ([comitatus]) wobec swego wodza była personalna – podczas gdy on walczył w imię chwały, oni walczyli dla niego. Nagrodą były hulanki, swawole i oczywiście łupy. Młodzi Germanie gardzili handlem i uprawą ziemi; uważali za „nudne i głupie pracować w pocie czoła na to, co mogą zdobyć, przelewając krew”. W takiej kulturze „najwaleczniejsi i najbardziej wojowniczy nie parają się pracą; prowadzenie domu i gospodarstwa zostawiają kobietom, starcom i słabszym członkom rodziny, podczas gdy oni oddają się próżniactwu”. Arogancka gnuśność tego typu, jaką opisał Tacyt, była cechą charakterystyczną najznamienitszych bohaterów islandzkich sag, takich jak Grettir zwany Silnym czy Egil Skallagrímsson. W swojej młodości byli znani jako „podgryzacze węgla”, gdyż w przerwach między kolejnymi eskapadami zwykli siedzieć bezczynnie w domu przy palenisku i podgryzać kostki węgla, irytując wszystkich wokół. Opis drużyny ([comitatus]) autorstwa Tacyta celnie oddaje sposób, w jaki skandynawscy najeźdźcy organizowali się przez cały okres trwania epoki wikińskiej. Ta elementarna struktura, oparta na lojalności w zamian za korzyści, przetrwała aż do X i XI wieku oraz ustanowienia pierwszych duńskich, norweskich i szwedzkich monarchii.

Europa ok. 900 r. (Muir's Historical Atlas--Mediaeval and Modern, London 1911, domena publiczna).

Nieżyjący już Richard Fletcher przedstawił, uwzględniając oczywiste zastrzeżenia, spójną teorię lokalnego kryzysu w początkach IX wieku, który sprawił, że tak wielu młodych Skandynawów opuściło rodzinne strony w poszukiwaniu bogactw, ostatecznie zdobywając uznanie jako kolonizatorzy nowych lądów:

Upowszechnienie się użycia żelaza w Skandynawii stopniowo umożliwiło intensywniejszą uprawę roli. To z kolei pozwoliło na rozwój demograficzny, który z czasem doprowadził do przeludnienia w stosunku do ograniczonych zasobów naturalnych tych ziem. Jednocześnie postęp techniczny w sztuce budowania okrętów, dzięki któremu powstały jednostki zachwycające wytrzymałością i elegancją konstrukcji, jak choćby łódź z Gokstad, pozwolił na eksplorację obszarów leżących po drugiej stronie Morza Północnego, a nawet Atlantyku.

Napływ srebra z islamskiego Bliskiego Wschodu, dobrze udokumentowany archeologicznie i będący efektem handlu niewolnikami, futrami i drewnem z odległymi krainami kalifatu w Iranie, mógł mieć daleko idące konsekwencje dla skandynawskiego społeczeństwa. Dostarczył kapitału do budowy okrętów, produkcji broni i realizacji nowych przedsięwzięć handlowych, wbijając klin między beneficjentów a całą resztę. Tak powstała nowa elita, ambitna i zachłanna, której członkowie zaczęli otaczać się świtą młodych i hardych wojowników na dorobku. Niezależne pojawienie się w Danii i Norwegii silniejszej władzy królewskiej stanowiło zagrożenie dla tych samozwańczych możnowładców. Właśnie takim czynnikom należy przypisać nastanie epoki wikińskiej w zachodniej Europie.

Siłą rzeczy istnieją odmienne interpretacje dostępnego materiału. Na podstawie porównań z poprzednimi okresami zauważono, że grobów z epoki wikińskiej jest stosunkowo dużo, co uznano za argument potwierdzający teorię o gwałtownym przyroście populacji, który miał nastąpić około 800 roku. Tymczasem podczas prac wykopaliskowych w Forsandmoen w dystrykcie Ryfylke w Rogaland na południowo-zachodnim wybrzeżu Norwegii, gdzie przez ponad tysiąc lat, między epoką brązu a wielką wędrówką ludów, kwitło osadnictwo, nie znaleziono ani jednego grobu z tego okresu. To pokazuje, że liczba grobów nie jest wiarygodnym kryterium oceny tego, jak długo zamieszkiwano dany obszar ani jak dynamicznie rozwijała się jego populacja. Norwescy archeologowie odnotowali ponadto konsekwentny spadek ilości żelaza produkowanego w lasach i górzystych regionach południowej Norwegii w początkach epoki wikingów, a także zmniejszenie się liczby sideł na łosie i renifery, interpretując oba te fakty jako przeczące teorii, że w tamtych czasach Norwegia była przeludniona. Innym ważnym elementem teorii tradycyjnej jest argument, że wiele nazw norweskich osad zawierających cząstkę -stadir („miejsce”) pochodzi z około 800 roku. Także ten fakt miał potwierdzać scenariusz, według którego nastąpił gwałtowny rozrost populacji wywołujący poważne konsekwencje społeczne, w tym skandynawską diasporę. Niemniej jednak nowsze badania archeologiczne wykazały, że owe nazwy należy kojarzyć z falą osadnictwa, która rozpoczęła się w Norwegii jeszcze w V wieku. Ottar, norweski kupiec, o którym wspomnimy jeszcze później, pod koniec IX wieku odwiedził dwór Alfreda Wielkiego w Wessexie. Powiedział on wówczas królowi, że „mieszka najdalej na północ ze wszystkich Normanów” oraz że żyje z hodowli reniferów, polowania na wieloryby i pobierania danin od koczowniczych plemion Lapończyków. Odkrycie w 1981 roku w Borg na Lofotach, u północnego wybrzeża Norwegii, olbrzymiego gospodarstwa z epoki wikińskiej potwierdza, że tereny za kręgiem polarnym uważano za nadające się do zasiedlenia przez rodziny, które były skłonne wykroczyć poza tradycyjną hodowlę zwierząt domowych. Gęstość zaludnienia Półwyspu Skandynawskiego w początkach epoki wikińskiej szacuje się na jedną do dwóch osób na kilometr kwadratowy. Chociaż jest to liczba hipotetyczna, z pewnością nie potwierdza teorii o przeludnieniu.

Duńczycy atakujący Anglię (miniatura z żywotu św. Edmunda, XII w., domena publiczna).

Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego najazdy na północną Brytanię rozpoczęły się w 793 roku, a nie 50 lat wcześniej albo 40 lat później, w ostatnich latach norwescy historycy i archeologowie coraz bardziej skłaniają się ku teorii, która wykracza poza Skandynawię i bierze pod uwagę polityczne napięcia w północnej Europie pod koniec VIII wieku. W tamtym czasie istniały na świecie trzy główne potęgi polityczne: na wschodzie Cesarstwo Bizantyjskie, które przetrwało rozpad rzymskiego imperium i jego zniknięcie na zachodzie; muzułmanie, których ekspansja w latach 660–830, za czasów kalifatów Umajjadów i Abbasydów, zawiodła ich na wschód aż do Turkiestanu i Azji Mniejszej, tworząc islamską barierę między północną a południową półkulą, oraz Frankowie, którzy wyrośli na dominującą siłę wśród państw utworzonych na gruzach Cesarstwa Rzymskiego na zachodzie. Bizantyjskie imperium ze stolicą w Konstantynopolu znajdowało się daleko od ziem skandynawskich i mogło bardziej lub mniej wpływać na przebieg kontaktów z fenomenem, jakim byli wikingowie. Islamska ekspansja na Europę przez Półwysep Iberyjski w pierwszej połowie VIII wieku przesunęła europejskie szlaki handlowe na północ, przysparzając mieszkańcom ziem skandynawskich okazji do handlu, ale także tworząc idealne warunki do piractwa w rejonie Morzu Północnego. Z tych trzech głównych potęg to Frankowie mieli najbardziej odczuć pojawienie się wikingów.

W połowie VIII wieku większość Europy między Łabą na wschodzie a Pirenejami na zachodzie znajdowała się pod merowińską – i chrześcijańską – kontrolą. W 751 roku Pepin został pierwszym królem z dynastii znanej później jako Karolingowie. Kiedy zmarł w 768 roku, schedę po nim przejęli wspólnie jego synowie, Karol i Karloman. Po śmierci Karlomana w 771 roku Karol, jedyny władca, rozpoczął długą serię działań ekspansjonistycznych w imię wiary chrześcijańskiej, które zdominowały okres jego panowania i zaskarbiły mu, 50 lat po jego śmierci, przydomek Wielkiego. Podległe mu terytorium w zachodniej Europie było rozleglejsze od znajdującego się wcześniej pod władzą Rzymian, którzy po klęsce w bitwie w Lesie Teutoburskim w 9 roku nigdy więcej nie zapuścili się za Ren. Karol Wielki bardzo poważnie traktował zobowiązania wynikające z jego pozycji najpotężniejszego władcy w świecie zachodniego chrześcijaństwa. Powstrzymał muzułmańską ekspansję na Europę, wyparł Arabów z powrotem za Pireneje i ustanowił prymat Franków na terenach Hiszpanii i Galii. We Włoszech pozbawił władzy Longobardów, a Słowian na wschodniej granicy swojego imperium zwasalizował. Granicę zwierzchności Karola Wielkiego (a tym samym Kościoła katolickiego) wyznaczały marchie saskie na północnym wschodzie jego mocarstwa. Dalej leżały ziemie Duńczyków, Rugiów, Swewów i Gotów w Szwecji oraz innych mniej znanych pogańskich plemion zamieszkujących dolną część Półwyspu Skandynawskiego.

Począwszy od około 772 roku, Karol Wielki skoncentrował się na chrystianizowaniu Sasów na północno-wschodnich krańcach swojego imperium.

Tekst jest fragmentem książki Roberta Fergusona „Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów”:

Robert Ferguson
„Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów”
45 zł
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Okładka: Oprawa twarda
Liczba stron: 408
Format: 225x145mm
ISBN: 978-83-271-5240-4
EAN: 9788327152404

Tamtego roku jego wojska, przekroczywszy rzeki Ediel i Demiel, zniszczyły Irminsul – drewniany słup lub drzewo będące dla Sasów największą świętością, prawdopodobnie ich odpowiednik jesionu Yggdrasil w kosmologii skandynawskiej. Determinacja cesarza w dążeniu do celu jest ewidentna w poniższym fragmencie Roczników królestwa Franków dotyczącym 775 roku:

Spędzając zimę w posiadłości w Quierzy, król postanowił zaatakować zdradzieckie, łamiące traktaty plemię Sasów i kontynuować tę wojnę, dopóki ich nie pokona i nie zmusi do przyjęcia chrześcijaństwa albo całkiem nie wybije.

Wikińska łódź przedstawiona na Tkaninie z Bayeux (fot. Urban, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported)

W 775 roku, podczas kolejnego najazdu na ziemie Sasów, Karol Wielki „stoczył bitwy wielkie i zaciekłe, gromiąc ogniem i mieczem” hordy pogan. W 779 roku Widukind, przywódca Sasów, został pokonany w bitwie pod Bocholt. Saksonia została podbita i podzielona na okręgi misjonarskie. Karol Wielki osobiście przeprowadził pewną liczbę masowych chrztów, aby uzmysłowić Sasom bliskie związki między jego potęgą militarną a chrześcijańskimi kościołami misyjnymi. Młody angielski misjonarz, Lebuin, zbudował w Deventer nad brzegiem rzeki IJssel kościół, z którego prowadził działalność misjonarską. Kiedy poganie spalili jego kaplicę, Lebuin udał się na plemienne zgromadzenie Sasów w Markelo i przemówił do nich tymi słowy:

Podnosząc głos, zawołał, „Słuchajcie mnie, Sasi. Jestem posłańcem Boga Wszechmogącego i przychodzę tu, by wam oznajmić Jego zwierzchnictwo”. Cisza zapadła wśród zgromadzonych, zdumionych jego słowami i niezwykłym wystąpieniem. On zaś, sługa boży, mówił dalej: „Z rozkazu Pana w Niebiesiech i Władcy Świata, i Syna Jego, Jezusa Chrystusa, ogłaszam wam, że jeśli czynić będziecie, jak wam polecą słudzy Jego, spłyną na was łaski, o jakich nigdy dotąd nie słyszeliście”. Następnie dodał: „Jako że nigdy króla nad sobą nie mieliście, żaden król nie podporządkuje was sobie. Jeśli jednak nie poddacie się woli Boga, niedaleko stąd włada król, który najedzie wasze ziemie, spustoszy je i wykrwawi was w boju; wygna was stąd, pozbawi dziedzictwa, zdziesiątkuje mieczem i dobytek wasz rozda, a was samych uczyni niewolnikami swoimi i następców swoich”.

Owym królem był oczywiście Karol Wielki. Kiedy Sasi oprzytomnieli z zaskoczenia, dopadli Lebuina i niechybnie ukamienowaliby go na śmierć, gdyby nie powstrzymał ich ktoś ze starszyzny plemiennej. W 782 roku Sasi ponownie zbuntowali się i pokonali Franków w bitwie na wzgórzach Süntel. W odpowiedzi Karol Wielki zarządził niesławną masakrę w Verden nad brzegiem rzeki Aller, bezpośrednio na południe od podstawy Półwyspu Jutlandzkiego, gdzie 4500 jeńców najpierw przymusowo ochrzczono, a następnie stracono. Nawet to nie zakończyło oporu Sasów, dlatego w 794 roku 7000 z nich przesiedlono. Kolejne przymusowe przesiedlenia nastąpiły w latach 797 i 798. Ostatnie powstanie zostało stłumione w 804 roku. Einhard zwany Mnichem, biograf Karola Wielkiego, odnotował los pokonanego plemienia. Sasi mieli „wyrzec się diabelskiego kultu i praktyk swych przodków, a po przyjęciu sakramentów chrześcijańskiej wiary i religii współtworzyć z Frankami jeden naród”. Capitulatio de partibus Saxoniae, kapitularz Karola Wielkiego dla Sasów, który zaczął obowiązywać około 785 roku, wymienia kary przewidziane dla tych, którzy próbowaliby nie respektować zasad chrześcijańskiej kultury religijnej: śmierć za jedzenie mięsa w Wielki Post; śmierć za kremowanie zmarłych zgodnie z pogańskim rytuałem; śmierć dla każdego „z plemienia Sasów, kto świadomie ukrywa się bez chrztu, gardzi nim i chce trwać w pogaństwie”. Pogan nie uważano za pełnowartościowe istoty ludzkie, dlatego frankijskie prawo kanoniczne nie przewidywało kary za zabicie poganina. Dla porównania, na mocy kodeksu, który w 695 roku wprowadził Wihtred, król Kentu, chrześcijan przyłapanych na „oddawaniu czci diabłom” karano jedynie grzywnami i konfiskatą mienia.

Miecze wikińskie (fot. viciarg ᚨ, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported).

Karol Wielki i jego misjonarze narzucili ton relacjom chrześcijan z poganami, niszcząc religijne sanktuaria i miejsca kultu tych, którzy odmówili bezwarunkowego przejścia na chrześcijaństwo, dlatego poganie nie pozostawali dłużni. W atakach Sasów na chrześcijańskie kościoły był element odwzajemnionej kulturowej wrogości wobec tych, którzy potraktowali ich w ten sam sposób. Roczniki królestwa Franków zawierają relację z najazdu na kościół w Fritzlar w 773 roku – wynika z niej, że jedynym celem pogan było podpalenie budowli:

Sasi rozpoczęli atak na kościół z wielką determinacją, próbując na różne sposoby go podpalić. Wtedy to zarówno chrześcijanom w warownym obozie, jak i poganom ukazali się dwaj młodzieńcy na białych koniach, którzy uchronili kościół przed ogniem. Za ich sprawą poganie nie zdołali podpalić kościoła lub inaczej go uszkodzić, ani z zewnątrz, ani od wewnątrz. Przerażeni interwencją boskiej mocy rzucili się do ucieczki, chociaż nikt ich nie ścigał. Później jednego z Sasów znaleziono martwego obok kościoła. Leżał skulony na ziemi, trzymając w rękach hubkę i drewno, jakby chciał za ich pomocą rozniecić ogień i podpalić kościół.

Rozległe imperium Karola Wielkiego rozciągało się od Ebro w Hiszpanii do Łaby w północnych Niemczech, a granica, za którą leżało niewielkie terytorium Sasów w północno-wschodnim rogu Europy, nie opierała się na żadnej naturalnej przeszkodzie. Kiedy więc Karol Wielki postanowił spacyfikować swoich sąsiadów, „rezultat mógł być tylko jeden”, jak to ujął jego biograf. Niemniej jednak znamienity angielski historyk Edward Gibbon wyraził zdziwienie, jak wiele wysiłku włożył cesarz w zrealizowanie tego zamiaru, przypominając „trzydzieści trzy kampanie, które ugrzęzły w kniejach i trzęsawiskach Germanii”. Jego zdaniem Karol zyskałby więcej, i to mniejszym wysiłkiem, gdyby skierował się przeciwko Grekom we Włoszech czy muzułmanom w Hiszpanii. W przekonaniu Gibbona polityczne znaczenie pacyfikacji Sasów jest ewidentne:

Podbój Germanii zerwał zasłonę, która tak długo skrywała Skandynawię przed resztą Europy. Jednocześnie rozbudził ducha walki pośród zamieszkujących tamte ziemie barbarzyńców. Najbardziej zatwardziali sascy bałwochwalcy uciekli przed chrześcijańskim tyranem do swych pobratymców z północy. Ocean i Morze Śródziemne zapełniły się ich pirackimi flotami. Karol Wielki musiał patrzeć na niszczycielskie postępy Normanów, którzy w niecałe 70 lat doprowadzili do upadku jego rodu i monarchii.

Gibbonowi wtóruje angielski pisarz H.G. Wells. Historia świata jego autorstwa, wydana w 1920 roku, zawiera następujące słowa:

Większość posiadanych przez nas informacji na temat wojen i najazdów wikingów pochodzi ze źródeł chrześcijańskich. To dlatego wiemy tak wiele o masakrach i innych zbrodniach, których się dopuścili, a tak mało o okrucieństwach, których doświadczyli ich pogańscy pobratymcy, Sasi, z rąk Karola Wielkiego. Ich zaciekła nienawiść do krzyża i zakonników nie wzięła się znikąd. Uwielbiali palić klasztory i dokonywać rzezi ich mieszkańców.

Lucien Musset, najznamienitszy francuski badacz epoki wikińskiej w XX wieku, również był przekonany, że tak charakterystyczna dla wikingów przemoc musiała mieć źródło w dramatycznym konflikcie dwóch jakże odmiennych religii i kultur.

Wikingowie atakujący Paryż (aut. Alphonse de Neuville, 1883, domena publiczna).

Kilkakrotnie w trakcie swej skazanej na porażkę walki Widukind szukał schronienia u Sigfrida, króla Danii. Słuchając relacji Widukinda, Sigfrid zapewne zdał sobie sprawę, z jaką pasją jego potężny sąsiad z południa realizuje misję krzewienia chrześcijaństwa. Wieści o masakrze w Verden musiały rozejść się jak fala uderzeniowa po królestwie Sigfrida i przekroczywszy wody Kattegatu i Viken, dotrzeć na Półwysep Skandynawski, budząc strach, wściekłość i wrogość wobec Karola Wielkiego oraz chrześcijaństwa. Możliwe, że pokłosiem tamtych wydarzeń był incydent, do którego doszło w Portland pod koniec VIII wieku na południowym wybrzeżu Anglii, gdzie pojawiły się „pierwsze łodzie Duńczyków, jakie przybiły do angielskiego brzegu”. Kronikarz Æthelweard odmalował sielankowy obraz tubylców „rozproszonych po polach i w błogim spokoju orzących ziemię pod zasiew”, kiedy przybyły duńskie okręty. Królewski urzędnik udał się konno do portu i „władczym tonem” zbeształ przybyszów, następnie polecił zabrać ich do „królewskiego grodu”. Żeglarze, którzy przedstawili się jako mieszkańcy „Hörthaland” (współczesnego okręgu Hordaland na zachodnim wybrzeżu Norwegii), musieli stawić opór, gdyż wywiązała się walka, w efekcie której urzędnik i jego ludzie zginęli. Żadne źródło nie wspomina, by przy tej okazji doszło do splądrowania kościoła czy klasztoru, dlatego cały incydent można by uznać za niefortunny skutek wzajemnej nieufności, gdyby nie fakt, że kilka lat później nastąpił pierwszy prawdziwy najazd wikingów. W tym świetle incydent z Portland wydaje się raczej preludium do tego, co wydarzyło się na Lindisfarne. Być może przybysze obawiali się, że zostaną przymusowo ochrzczeni, a następnie straceni. Duńczycy z pewnością znajdowali się na kościelnej liście ludów do nawrócenia. Bedab wymienia ich, obok Fryzów, Rugiów, Hunów, Sasów i Boruktwarów, wśród plemion nadal praktykujących pogaństwo w początkach VIII wieku. Około 710 roku, w czasach panowania króla Ongendusa, budzącego grozę poganina „dzikszego od bestii i tward­szego od kamienia”, współczesny Bedzie święty Wilibrord udał się do Danii z misją apostolską. Do Utrechtu wrócił z trzydziestoma chłopcami, których zamierzał uczynić swoimi uczniami. Ewidentnie nic z tego nie wyszło, gdyż w tym samym roku, kiedy doszło do incydentu w Portland, Alkuin napisał do przyjaciela, który krzewił wiarę chrześcijańską wśród Sasów: „Powiedz mi, czy istnieje jakaś nadzieja na nawrócenie Duńczyków?”.

Tekst jest fragmentem książki Roberta Fergusona „Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów”:

Robert Ferguson
„Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów”
45 zł
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Okładka: Oprawa twarda
Liczba stron: 408
Format: 225x145mm
ISBN: 978-83-271-5240-4
EAN: 9788327152404

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Robert Ferguson
Jeden z najznamienitszych badaczy kultury i historii Skandynawii. Jest autorem między innymi biografii Henrika Ibsena i Knuta Hamsuna. Na zaproszenie norweskiego rządu prowadził wykłady na uniwersytetach, w ambasadach i w wielu innych instytucjach. Autor m.in. książki „Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów” (2016).

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy