Autor: Herman Lindqvist
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia wojskowości, Sylwetki i biografie, XVI-XVII wiek, Skandynawia, Europa
Opublikowany: 2018-03-25 16:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Gustaw Adolf - król wojownik

Nazywano go Lwem Północy. Elity protestanckie w Szwecji widziały w nim spełnienie przepowiedni Nostradamusa, jakoby miał się pojawić na dalekiej Północy lew zdolny pobić orła (cesarza).
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Gustaw Adolf żył trzydzieści siedem lat. W tym, w sumie, tylko osiem lat bez wojny, ale też bez pokoju, w okresie „rozejmu”, czegoś w rodzaju zawieszenia broni. A zatem wojna była dla niego czymś normalnym w przeciwieństwie do pokoju. To jeden z ostatnich władców europejskich, który pełnił jednocześnie funkcję naczelnego dowódcy i nie tylko sam brał udział w wojnie, ale też uczestniczył w najgorętszych starciach i walczył w pierwszym szeregu.

Gustaw II Adolf (1594–1632)

Sześć razy otarł się o śmierć. Pierwszy, gdy miał zaledwie siedemnaście lat i walczył przeciwko Duńczykom. Nieomal zginął nad jeziorem Vittsjö w Skåne w lutym 1612 roku. Dwa lata później znów spojrzał śmierci w oczy podczas oblężenia miasta Gdow w Rosji. W czasie wojny z Polską w 1627 roku został dwukrotnie ranny, wyszarpane przez kule otwory w jego ubraniu można obejrzeć w zbrojowni królewskiej. Z powodu tej wojny uruchomił projekt, który okazał się największą w historii Szwecji katastrofą marynarki wojennej, a mianowicie budowę okrętu królewskiego Waza, któremu nie udało się dopłynąć dalej niż na drugą stronę przesmyku Strömmen.

Śmiertelne niebezpieczeństwo groziło mu także w trakcie bitwy pod Trzcianą w 1629 roku, a kiedy jego wojska przekraczały Ren w 1631 roku, o mało nie dostał się do niewoli. Więc nic dziwnego, że któregoś razu szczęścia mu zabrakło i kolejne spotkanie ze śmiercią było już jego ostatnim. Poległ w bitwie pod Lützen 6 listopada 1632 roku.

Jego zwłoki odnaleziono nieomal nagie, pozbawione większości stroju i biżuterii. Zostały mu tylko trzy podarte i zakrwawione koszule. Miał dziewięć ran, pięć postrzałowych (dwie w głowie), dwie lub trzy rany cięte i jedną kłutą. Zakrwawione koszule i wypchanego konia Streiffa, a także ubrania z wcześniejszych potyczek można zobaczyć w utworzonej przez Gustawa Adolfa zbrojowni królewskiej, w której każdy może obejrzeć niezwykłe pamiątki burzliwej historii państwa.

Ale dlaczego?

Dlaczego to robił? Dlaczego nie zakończył wojen wcześniej, nie wycofał się do swojego królestwa, rodziny, i nie próbował przekształcić Szwecji w spokojne, szczęśliwe państwo? Był przecież królem z Bożej łaski i mógł zrobić, co tylko chciał.

Pytanie „dlaczego” ma uzasadnienie tylko w naszych czasach, o czterysta lat oddalonych od tych ideałów, zadań i powinności, które wtedy obowiązywały. Zadają je w Szwecji autorzy, którzy nigdy nie doświadczyli wojny, nigdy nie żyli w kraju zagrożonym albo zaatakowanym przez wroga. Nigdy nie widzieli egzekucji, nie słyszeli krzyków rannych i przerażonych, nigdy nie czuli smrodu palonych domów i rozkładających się ciał.

Gustaw Adolf z królową Marią Eleonorą (domena publiczna)
Wiek XVII był, jak wcześniej wspomniano, stuleciem wojen. Państwa, które nie potrafiły się obronić, a najlepiej odpowiedzieć kontratakiem, stawały się przedmiotem agresji, rozdarcia, a nawet zagłady.

Siedemnastowieczna doczesność topiła się w religii. Chrześcijańskie zasady nieustannie oddziaływały na ludzkie życie. Wypowiedzi i myśli okraszano cytatami z Pisma Świętego i modlitwą. Nie dało się od tego odgrodzić, uznano by to wręcz za niezgodne z prawem, zagrożone karą śmierci, a w najlepszym razie utratą majątku i życiem na wygnaniu. Życie ziemskie, w biedzie i nieszczęściu, postrzegano tylko jako próbę przed życiem wiecznym, do którego należało dążyć.

W takim właśnie świecie urodził się i wychował Gustaw Adolf. Wcześnie zakosztował wojny i stwierdził, że ma fizyczne i psychiczne zdolności niezbędne do tego, żeby nie tylko wytrzymać wojenne obowiązki i wyzwania, ale nawet czerpać z nich inspirację. Po prostu nadawał się do tego fachu. Im lepiej mu szło, tym większą cieszył się chwałą i sławą. Jego ego rosło równie szybko jak brzuch. Ponieważ uważał, że królestwo i król to jedno, Szwecja cieszyła się poważaniem, gdy jemu się wiodło. I to państwo ponosiło klęskę, gdy on przegrywał.

W naszych czasach i wobec panujących obecnie norm moralnych Gustaw Adolf byłby uważany za zwariowanego na punkcie wojny psychopatę. W epoce, w której żył, uznawano go za wielkiego bohatera, jednego z największych wśród współcześnie żyjących. Z tego powodu szwedzki riksdag już w lutym 1633 roku uchwalił, że król „na wieki” będzie nosił miano „Gustawa Drugiego i Wielkiego”. W historii Szwecji to jedyny król, którego uhonorowano tym zaszczytem, co już kilka generacji później pokrył kurz niepamięci.

Gustaw Adolf jest też jedynym Szwedem wymienianym w podręcznikach historii zagranicznych akademii wojskowych. Nawet cesarz Napoleon wielokrotnie go chwalił. Za to, że podczas jego panowania i za jego sprawą szwedzka armia przeszła daleko idącą reformę i stała się jedną z najlepszych w ówczesnej Europie. Wprowadził lżejsze działa, lżejsze i szybkostrzelne muszkiety, krótsze i lżejsze piki. Oddziały zostały po- dzielone na mniejsze jednostki, dzięki czemu mogły się przemieszczać i zmieniać pozycję szybciej niż przeciwnicy. Kawaleria, szczególnie fińscy hakapelici, od polskich huzarów przejęła taktykę szarży w galopie, w zwartym szyku. Strzelali z pistoletów, a później cięli szpadami. Ich nazwa bierze się od okrzyku bojowego hakka päälle, czyli „rozsiekać ich”. Fińscy kibice hokeja na lodzie chętnie wykorzystują to zawołanie do dziś, szczególnie jeśli przeciwnik jest ze Szwecji. Zazwyczaj ich apel przynosi pozytywne skutki.

Jest wiele równorzędnych powodów, dla których Gustaw Adolf robił wszystko, żeby wciągać Szwecję w wojnę. Chyba żadna inna decyzja rządu nie przyniosła Szwecji tak znaczących historycznie konsekwencji. Powody stojące za decyzją o przystąpieniu do wojny były natury politycznej, ekonomicznej, osobistej i religijnej. Gdyby Szwecja nie ruszyła do ataku, i tak zostałaby wciągnięta w ten konflikt, podobnie jak Dania. Armia cesarska przełamała wszystek opór i dotarła do brzegów Bałtyku. Król musiał bronić terytoriów w Rosji, Inflantach i północnych Niemczech oraz najchętniej zdobyć nowe tereny. Należało utrzymać, a jeszcze lepiej rozszerzyć możliwości handlowe państwa i przychody celne. Konieczne stało się powstrzymanie rozprzestrzeniania się katolicyzmu. Powyższe argumenty, zręcznie opakowane i rozpowszechniane w formie pisemnej i ustnej propagandy, zapewniły „Lwu z Północy” energię i siłę do zaangażowania kraju w rozgrywającą się wojnę.

Gustaw Adolf w czasie bitwy pod Lutzen (mal. Jan Asselijn; domena publiczna)

Gdy wszystko ustało, gdy skończyły się wojny z Polską, Rosją i Danią, gdy dobiegły końca potyczki w Niemczech i wojna trzydziestoletnia, Szwecja należała do zwycięzców. Król nie żył, ale Szwecja stała się mocarstwem, najpotężniejszym państwem północnej Europy.

Cena wygranej przerażała. Tę wojnę można by nazywać pierwszą wojną światową, ponieważ walki prowadzono w większej części Europy, a ponadto w Indiach Zachodnich, w niektórych częściach Afryki i Ameryki Południowej oraz na Cejlonie. Dick Harrison napisał niedawno, że straty były dużo większe, niż to wynikało z wcześniejszym badań. Ludność Niemiec zmniejszyła się o jedną czwartą, trzy czwarte terenów rolniczych cesarstwa zostało zdewastowanych. Jeśli dodać do tego straty w innych krajach, wojna mogła przynieść dziesięć milionów ofiar śmiertelnych; z demograficznego punktu widzenia było to więcej ludności cywilnej niż podczas drugiej wojny światowej. Szwecja z Finlandią straciła około stu pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców. Niektóre szwedzkie miejscowości, jak na przykład licząca dwieście pięćdziesiąt gospodarstw domowych i tysiąc dziewięciuset mieszkańców Bygdeå, musiały wysłać na wojnę z Polską i Niemcami dwustu trzydziestu spośród czterystu sześćdziesięciu ośmiu żyjących tam mężczyzn. Dwustu piętnastu poległo podczas walk, a do domu wróciło pięciu inwalidów wojennych.

Ten tekst jest fragmentem książki Hermana Lindqvista „Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”:

Lindqvist Herman
„Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”
54,90 zł
Tytuł oryginalny: De Vilda Vasarna
Wydawca: Wydawnictwo Marginesy
Tłumaczenie: Fabisiak Emilia
Premiera: 2018-03-14
Język oryginalny: szwedzki

Ostatnie dni kuzyna Zygmunta

W czerwcu 1629 roku Szwecja i Polska zawarły rozejm w Altmarku (dzisiaj Stary Targ). W wyniku porozumienia kraje zobowiązywały się do sześcioletniego zawieszenia broni, w trakcie którego Szwedzi zatrzymali Liwonię i część polskich miast. Przychody z cła pobieranego w polskich miastach miały przynieść Szwecji półtora miliona talarów szwedzkich (riksdalerów), czyli tyle samo, ile łączne przychody z podatku wojennego uiszczanego w Szwecji i Finlandii. Rozejm zamykał wojnę polsko-szwedzką rozpoczętą przez Szwecję w trakcie konfliktu polsko-tureckiego i gdy Polska doświadczała problemów z Kozakami i Tatarami.

Zygmunt III Waza (mal. Marcin Kober; domena publiczna)
W czasie tej krwawej i kosztownej wojny Polska straciła najwybitniejszych dowódców: hetmana Chodkiewicza, słynnego zwycięzcę bitwy pod Kircholmem, i hetmana Żółkiewskiego, który zdobył Moskwę, a następnie przywiózł wziętego do niewoli cara do Polski. Turcy ścięli Żółkiewskiego, a jego głowę zatkniętą na pal sułtan trzymał jeszcze przez dwa lata jako trofeum.

Zygmunt miał sześćdziesiąt trzy lata i coraz poważniejsze problemy zdrowotne. Polska szlachta mocno go krytykowała za wciąganie Polski w różne wojny z powodu prywatnych konfliktów dynastycznych, walk o koronę Szwecji, a potem Rosji. Zygmunt nie zamierzał porzucać pretensji do szwedzkiego tronu, zachował tytuł „króla Szwecji, Gotów i Wenedów”, tak jak jego syn Władysław zachował swój tytuł cara Rosji.

Zygmunt przebywał na zamku w Warszawie otoczony senatorami, artystami i historykami oraz liczną rodziną składającą się z żony Konstancji i sześciorga żyjących dzieci. Władysław był najstarszy i posiadał już własny dwór.

Do kręgu najbliższych monarchy zaliczano nadal Urszulę Meierin, dawną opiekunkę i guwernantkę królewskich dzieci i przyjaciółkę Zygmunta. Wśród bliskich współpracowników na wyższych stanowiskach znalazł się tylko jeden Szwed, Gregorius Laurentii Borastus. Kiedy wychowywał się w Norrköpingu (po grecku: Borastus), nosił imię Greger Larsson. Był szwedzkim kanclerzem Zygmunta, podwójnym doktorem z Wilna i Paryża, historykiem.

Drugi syn Zygmunta, Jan Kazimierz, to pupilek Konstancji, która chciała doprowadzić do uznania go za następcę Zygmunta. Pozostali synowie dostali biskupstwa, z których czerpali dochody. Jan Albert otrzymał pierwsze ze swoich nadań w wieku dziewięciu lat. Nigdy nie pojechał do pierwszej diecezji, a w wieku dwudziestu lat uzyskał biskupstwo krakowskie i nominację kardynalską od papieża. Jednak rok później, podczas misji dyplomatycznej we Włoszech zmarł, prawdopodobnie na ospę, którą mógł się zarazić od starszego brata, Jana Kazimierza.

Wielkie nadzieje wiązano z kolejnym z braci, Karolem Ferdynandem. W wieku dwunastu lat otrzymał biskupstwo wrocławskie, ale odwiedził swą diecezję tylko raz. Następnie został biskupem ordynariuszem płockim. Interesowały go sprawy świeckie. W 1648 roku zgłosił swoją kandydaturę do tronu podczas elekcji, która wyniosła na tron Jana Kazimierza. Zmarł w 1655 roku.

Król Szwecji Karol IX zwany Sudermańskim (malarz nieznany; domena publiczna)

Zygmunt śledził sukcesy kuzyna Gustawa II Adolfa w Niemczech. Razem z synami wiwatowali po szwedzkich zwycięstwach, a po bitwie pod Breitenfeldem Zygmunt ogłosił, że nikt na dworze nie ma prawa powiedzieć złego słowa na Gustawa II Adolfa. Jego syn, Władysław, kazał nawet urządzić specjalną komnatę Gustawa II Adolfa w zamku w Grodnie, gdzie wystawiono portrety króla i inne pamiątki po krewnym i bohaterze wojennym, którego oficjalnie nie nazywano inaczej niż „uzurpator” albo „książę Södermanlandu”. Jego ojca Karola IX w Polsce nadal nazywa się „Karolem Sudermańskim”.

W kulminacyjnym punkcie swojej kariery Gustaw Adolf zajął ponad sto miast niemieckich i w latach 1631–1632 rozłożył obóz zimowy w Moguncji. Uzyskanie przez niego tytułu cesarza wydawało się wtedy w pełni możliwe. Żaden szwedzki król nie zaszedł wcześniej tak daleko, nie zdobył takiej władzy ani międzynarodowego prestiżu. Poważni naukowcy, na przykład Nils Ahnlund, uważają, że Gustaw Adolf planował stworzenie własnego cesarstwa, ustanowienie nowej korony cesarskiej. Najpierw musiał wygrać wojnę, w której jak dotąd szło mu naprawdę znakomicie. Później zamierzał stworzyć cesarstwo skandynawskie składające się ze Szwecji z Finlandią i wszystkich terytoriów wokół Morza Bałtyckiego, a także Danii z Norwegią, Islandią, Grenlandią i Wyspami Owczymi. A wszystko to w ramach sojuszu z Brandenburgią. Wiele lat później kanclerz Karola XI Bengt Oxenstierna wyjawił zdanie usłyszane od Axela Oxenstierny: „Zamysłem Jego Wysokości było przyjęcie w przyszłości tytułu cesarza Skandynawii obejmującej Szwecję (z Finlandią), Norwegię, Danię włącznie z Cieśninami Duńskimi oraz krainy nadbałtyckie”.

Gustaw Adolf miał inne kłopoty. Kuzyn Zygmunt robił się coraz słabszy i rozpoczęła się gra o polską koronę. Król Szwecji występował jako jeden z pionków w tej grze. Już w 1629 roku zaczął się zastanawiać, czy nie sięgnąć po polską koronę, żeby doprowadzić do rozbicia Polski. Taką ambicję wyrażał od samego początku. Trwały pertraktacje z polską szlachtą i opozycją, wielu uważało Gustawa Adolfa za potężnego władcę potrafiącego stawić opór rosnącej w siłę dynastii Habsburgów. Mówiono, że wyznanie Gustawa Adolfa nie ma znaczenia, ponieważ jako król Polski i tak musiałby zagwarantować wolność religijną wszystkim. Gustaw Adolf mógłby później, już jako król polski i szwedzki, wyrzucić z Moskwy Romanowów i posadzić na carskim tronie jednego z synów Zygmunta, na przykład Władysława. Król wysłał do Polski świeżo mianowanego szwedzkiego radcę dworu, francuskiego poszukiwacza przygód Jacques’a Roussela. Jego zadaniem było dbanie o interesy Gustawa Adolfa we współpracy z potężnym magnatem, księciem Krzysztofem Radziwiłłem. Sprzeciwiał się temu cały czas Axel Oxenstierna. Uważał, że Rousselowi brakuje właściwej oceny sytuacji i nie potrafi się zachowywać dyplomatycznie. Oxenstierna miał rację, ponieważ działalność Roussela w 1631 roku jedynie rozzłościła Polaków, którzy uważali, że się wtrąca w wewnętrzne sprawy Polski.

Nagle umarła powszechnie nielubiana na dworze, ale uwielbiana przez króla jego żona Konstancja, mając zaledwie czterdzieści dwa lata. Z wielką żarliwością uczestniczyła w procesji religijnej w Warszawie zbyt cienko ubrana jak na panujące złe warunki pogodowe. W efekcie zachorowała na zapalenie płuc i zmarła. Słabujący Zygmunt bardzo rozpaczał po jej stracie, ale z powodu własnego niedomagania nie mógł uczestniczyć w pogrzebie żony. Jej zwłoki leżały zabalsamowane do śmierci króla, a wtedy w katedrze wawelskiej w Krakowie nastąpił podwójny pogrzeb.

W okresie Wielkiej Nocy 1632 roku mocno schorowany król Zygmunt uczestniczył w wielu ceremoniach religijnych w Warszawie. Trzeba go było wnosić do kościoła. Pod koniec życia coraz bardziej szanowały go, a nawet kochały szerokie rzesze Polaków. Szlachta i zwykli ludzie dawali mu tego liczne dowody.

Do samego końca trwały dyskusje na temat jego następcy. Twierdził, że Polska jest monarchią elekcyjną, a zatem, mimo wszelkich nacisków, ani nie mógł, ani nie chciał wyznaczać swojego następcy na polski tron. Wokół umierającego zgromadziła się rodzina, z Urszulą Meierin włącznie.

Gustaw II Adolf (mal. Jacob Hoefnagel; domena publiczna)

Brakowało tylko Władysława, który pojechał na polowanie. Wysłano po niego i wrócił w ostatniej chwili. Ojciec i syn objęli się, a Zygmunt w obecności senatorów włożył drżącymi rękami szwedzką koronę na głowę syna. Zostało to pisemnie udokumentowane przez Gregoriusa Borastusa. Kilka dni później, 19 kwietnia 1632 roku, Zygmunt umarł.

Jego pogrzeb w Krakowie odbył się zgodnie z ceremoniałem pogrzebowym królów polskich obowiązującym od XIV wieku. Stary król może zostać pogrzebany dopiero po wyborze nowego. Ceremonia pogrzebowa następuje od razu po koronacji, co podkreśla ciągłość władzy królewskiej.

Na początku kilkusetmetrowego konduktu pogrzebowego szły setki ubogich, za nimi podążali studenci, wykładowcy akademiccy, urzędnicy, zakonnicy i duchowieństwo, muzykanci grali żałobne melodie, a dzwony kościelne biły nad królewską trumną – w tym przypadku nad dwiema trumnami, ponieważ Zygmunta chowano wspólnie z żoną Konstancją. Ich trumny przewieziono wcześniej z wielkim honorem z Warszawy do Krakowa. W kondukcie postępowali również biskupi i kardynałowie, książęta i wysłannicy wszystkich wielkich dworów. Kiedy do udekorowanej czarnym suknem katedry weszli najważniejsi uczestnicy pogrzebu i zaczęła się msza, do środka wjechał rycerz na osobistym koniu króla, huzar w pełnym tradycyjnym stroju huzarskim, wioząc na swej kopii królewski proporzec. W pewnej chwili kopia została skruszona, proporzec podarty, tarcza rozbita, a rycerz z wielkim hukiem spadł na posadzkę, co symbolizowało śmierć króla.

Niedługo po tej uroczystości elementy królewskiej ceremonii pogrzebowej, włącznie ze spadającym z konia rycerzem, pojawiły się podczas pochówków najbogatszych magnatów. Wzbudzało to wielki entuzjazm gapiów, bo zdarzało się, że rycerz upadał na stojących obok ludzi, czasami ludzie doznawali obrażeń, a wystraszone konie zaczynały dziko wierzgać. Swoisty spektakl i przedstawienie w kulminacyjnym punkcie żałoby.

Zygmunt III Waza, czterdziesty czwarty władca Polski, zasiadał na polskim tronie przez czterdzieści cztery lata, cztery miesiące i pięć dni. Choć był jednym z najdłużej panujących w polskiej historii i zrobił wszystko, co do niego należało, jego imieniem nazwano kilka mało znaczących ulic. Nie ma okrętów jego imienia ani pułków czy brygad, szkół lub instytutów. Nie jest bohaterem żadnej sztuki teatralnej, opery czy pieśni pochwalnej. Na placu Zamkowym w Warszawie znajduje się wysoka kolumna, na której umieszczono posąg Zygmunta: pierwszy niereligijny pomnik wzniesiony na ulicach Warszawy przez jego syna i następcę Władysława IV w 1644 roku. Jest to jednak bardziej symbol Warszawy niż hołd dla króla.

Ten tekst jest fragmentem książki Hermana Lindqvista „Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”:

Lindqvist Herman
„Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”
54,90 zł
Tytuł oryginalny: De Vilda Vasarna
Wydawca: Wydawnictwo Marginesy
Tłumaczenie: Fabisiak Emilia
Premiera: 2018-03-14
Język oryginalny: szwedzki

„Szwedzka korona” to korona, którą Zygmunt zabrał ze sobą w 1594 roku, jadąc do Uppsali na swoją koronację. Powstała z okazji koronacji ego dziadka po kądzieli, Zygmunta II Augusta, w 1572 roku i była wysadzana 262 kamieniami szlachetnymi. Przywiózł ją z powrotem, gdy wrócił do Polski. Jej wizerunek znajduje się na portrecie pędzla Marcella Bacciarellego wiszącym na zamku w Warszawie. Imitacja wieńczy dzisiaj głowę posągu Zygmunta na kolumnie w Warszawie.

Król Władysław IV Waza na obrazie Rubensa (domena publiczna)
Po burzliwych losach, wojnach i okupacjach korona znalazła się ostatecznie w Prusach, gdzie wraz z innymi polskimi regaliami została zniszczona na rozkaz króla Fryderyka Wilhelma III w roku 1809. Ze złota wybito monety, a kamienie szlachetne sprzedano na wolnym rynku.

Na elekcję w 1632 roku Szwecja wysłała do Polski dwóch delegatów, Stena Bielkego i Johana Nicodemiego. Zgodnie z instrukcjami mieli po pierwsze przeszkodzić w wyborze któregoś z synów Wazy na króla, a po drugie przekonać Polaków, żeby wybrali Gustawa Adolfa. Nadal obowiązywał plan dokonania maksymalnego rozbicia Polski na obóz protestancki i katolicki oraz geograficznego podziału Polaków. Szwedzcy posłowie ponieśli całkowitą klęskę. Następnym etapem było nakłonienie Rosjan do ataku na Polskę, co się Gustawowi Adolfowi udało.

3 listopada 1632 roku Władysław został wybrany na króla Polski, a trzy dni później Gustaw Adolf zginął pod Lützen. Władysław szczerze opłakiwał zwycięskiego kuzyna. Podobno żywił przekonanie, że gdyby tylko mogli się spotkać twarzą w twarz, doszliby do porozumienia. Największy znawca historii polskiej dynastii Wazów, David Norrman, pisze tak: „Te dwie postaci były bardzo do siebie podobne, wyposażone w cechy, które stawiały je ponad pozostałymi potomkami Gustawa Wazy; przede wszystkim obydwaj byli bardzo sympatyczni”.

Podobno podczas koronacji korona Władysława lekko się przekrzywiła. Kiedy ją poprawił, miał powiedzieć do swojego zaufanego, Albrechta Radziwiłła: „Korona jest cięższa, niż sądziłem, i podejrzewam, że jeszcze cięższe jest to, co ona symbolizuje”.

Baroku hałaśliwy nadmiar

Była to pora otwierania nowych granic, poszerzania horyzontów. Wszystko wydawało się możliwe. Czas wielkich przedsięwzięć i śmiałych odkrywców, epoka, która w rozwoju kultury, architektury i muzyki zwana jest barokiem. Ducha czasu oddają rozbudowane formy, pompatyczny przepych i huczne akordy organów, złocony zbytek, linie rozsadzające wszystkie wcześniejsze klasyczne ramy, bo jest to era przewracania do góry nogami starych, przyjętych prawd w religii, polityce, nauce i filozofii.

Upadały stare autorytety, od Arystotelesa do papieża w Rzymie. To wstrząsające uczucie i doznanie, a jego odzwierciedleniem w sztuce stały się ostre kontrasty i dramatyczne paradoksy. Nagle stanęły obok siebie śmierć i wieczne życie, triumf i katastrofa. W świecie myśli zniknął gdzieś stały porządek. Szukano nowego obrazu świata i odnaleziono go dzięki Galileuszowi, Francisowi Baconowi i Kartezjuszowi. Śladami Hiszpanów i Portugalczyków ruszyły połączone ekspedycje wojenno-handlowe docierające dużo dalej, niż wcześniej sobie wyobrażano, świat zrobił się znacznie większy, bogatszy i bardziej skomplikowany, a możliwości dużo szersze, niż kiedykolwiek ktokolwiek przypuszczał. W tej właśnie krzykliwej epoce narodziło się szwedzkie mocarstwo. Maszerujący przed siebie w gockim odurzeniu szwedzcy władcy znakomicie się czuli przy akompaniamencie bombastycznych dźwięków trąb charakteryzujących barok. W niedługim czasie szwedzka napuszoność przepoczwarzy się jednak w styl bardziej surowy, nordycki, rzeczowo-karoliński, ale wtedy po mocarstwowości zostanie już tylko wspomnienie.

Rozpasany przepych baroku był jakby stworzony przez polską szlachtę i dla niej; odpowiadał bogatym magnatom lubującym się w różnobarwnej, orientalnej wystawności. Nastąpił czas rozsadzania wszystkich granic, więc na przykład kupcy w Gdańsku mogli teraz sprzedawać złotą wodę, czyli jak to się nazywało po niemiecku: Goldwasser. To likier (znany do dziś) wytwarzany na bazie ziół i najbardziej egzotycznych przypraw orientalnych, w tym drzewa sandałowego i drzewa różanego, wzbogacony drobnymi płatkami prawdziwego złota. Kiedy potrząsnęło się butelką, złoto opadało na dno jak maleńkie płatki śniegu. Kupcy gdańscy chcieli pokazać, że mają wszystko. Nastał czas rozkwitu wymiany handlowej, w samym roku 1644 przez port i komorę celną w Gdańsku przewinęły się 2052 statki.

Punktem kulminacyjnym polskiego przepychu barokowego były oficjalne wjazdy polskich królów i magnatów do dużych europejskich miast. Do najbardziej imponujących należał uroczysty wjazd poselstwa od króla Władysława IV, które w 1633 roku zjawiło się w Rzymie, by złożyć papieżowi hołd i przekazać uniżony pokłon polskiego władcy. W paradzie szło trzysta koni, dziesięć wielbłądów i osłów. Ku ogromnej uciesze gapiów konie gubiły od czasu do czasu złote podkowy, które celowo niedbale przymocowano. Rycerze wystroili się w srebrne zbroje, uprząż i zdobienia koni oraz wielbłądów wykonano ze srebra, jedwabiu, złota i ozdobiono perłami.

Inny poseł wjechał do Stambułu w eskorcie dwóch regimentów węgierskiej piechoty, młodych mężczyzn ubranych w stroje z Kaukazu, gwardii przybocznej w ubraniach z południowych Bałkanów, Kozaków i czterdziestu muszkieterów na koniach. W 1676 roku wysłannik do Moskwy zjawił się w orszaku tysiąca pięciuset ludzi. Na pozór nieskomplikowana wyprawa do pobliskiego miasta była niezwykle uciążliwa dla magnata, który rzadko ruszał się z domu w towarzystwie mniejszym niż tysiąc osób. Francuski dyplomata Charles Ogier, który spędził w Polsce kilka lat, napisał w swoim dzienniku, że wspaniały, składający się między innymi z wielbłądów orszak magnatów wjeżdżający do kościoła, by uklęknąć przed Jezusem, przypominał wjazd Trzech Króli do Betlejem.

Śmierć Gustawa II Adolfa na obrazie Carla Gustafa Hellqvista (domena publiczna)

Taki sam przesadny, wybujały przepych dało się zauważyć na wielkich przyjęciach wydawanych przez zamożnych magnatów. Na przykład Wielkanoc. Pewien kronikarz opisał niezwykle wystawne śniadanie wielkanocne u znamienitego magnata Pawła Sapiehy, pełniącego funkcję hetmana litewskiego. „Na stole leżały cztery przeogromne dziki, to jest tyle, ile pór roku, każdy dzik miał w sobie kiełbasy, szynki, pieczone prosiątka. Stało tam dwanaście jeleni, także upieczonych w całości, ze złocistymi rogami. Symbolizowały dwanaście miesięcy. Jelenie wypełniono dzikim ptactwem – głuszcami, kuropatwami, bażantami. Naokoło były ciasta ogromne, tyle ile tygodni w roku, to jest pięćdziesiąt dwa, wysadzane rodzynkami, migdałami, skórką pomarańczy, figami, daktylami i innymi importowanymi egzotycznymi bakaliami. Następnie podano trzysta sześćdziesiąt pięć babek, to jest tyle, ile dni w roku, a na nich przeróżne inskrypcje, niektórzy tylko czytali, zamiast jeść. Jeśli zaś chodzi o napoje, to były cztery fontanny napełnione węgierskim winem po królu Batorym, dwanaście dzbanów srebrnych z winem po królu Zygmuncie i jeszcze pięćdziesiąt dwie baryłki srebrne z winem cypryjskim, hiszpańskim i włoskim. Do tego trzysta sześćdziesiąt pięć butelek węgrzyna, tyle ile dni w roku, a dla służby osiem tysięcy siedemset kwart miodu. Tyle, ile jest godzin w roku”. Przeliczając na litry, było to trzydzieści cztery tysiące osiemset litrów miodu. Pośrodku tej monstrualnej ilości jedzenia stał Baranek Boży z masy migdałowej i orzechów pistacjowych.

W swojej książce o historii Polski historyk Adam Zamoyski opowiada, że wielcy magnaci otaczali się setkami sług i stronników. Im ważniejsza postać, tym więcej ludzi w pałacu. Mogli to być zubożali krewni i bezpaństwowi przyjaciele albo synowie różnego rodzaju klientów. Nauczyciele ich dzieci, muzykanci, całe grupy baletowe, karły i błaźni, księża, sekretarze, oficerowie i urzędnicy. Sługi, parobcy, służba kuchenna, sokolnicy, inni myśliwi, organiści, kastraci, trębacze, jednostki kawalerii, żołnierze piechoty i artylerii. Gwardia przyboczna składająca się z węgierskich hajduków w węgierskich strojach. Własna policja albo oddział milicji w niemieckich mundurach, Turcy w strojach janczarów i biegacze w ubiorach jakby z włoskiej opery z piórami strusimi na głowie. Mieli za zadanie stać bez ruchu albo biec przed panem, gdy ten jechał konno.

Grono pracowników nierzadko bywało ogromne. Kiedy w 1635 roku zmarła żona Rafała Leszczyńskiego, wdowiec musiał przygotować stroje żałobne dla dwóch tysięcy osób, nie licząc pomocy kuchennych, które pominięto, bo ich nie było widać. Prywatna armia Karola Radziwiłła liczyła sześć tysięcy żołnierzy. Gdy ktoś skomentował, że żyje jak król, odpowiedział: „Żyję jak Radziwiłł, niech król żyje sobie, jak chce”. Wszystkie zmiany w życiu uświetniały odpowiednio wystawne i okazałe ceremonie. Z okazji narodzin dziecka oddawano salwy artyleryjskie i aranżowano specjalne przedstawienia operowe. Gdy pan wracał do domu z wojny, budowano łuki triumfalne i odpalano fajerwerki. Radziwiłł pisał do kuzynki Anny Jabłonowskiej: „Jestem wdzięczny Bogu, nie wierzę w diabła, szanuję prawo, nie uznaję żadnego króla, bo jestem szlachcicem i mam wolny głos”.

Ten tekst jest fragmentem książki Hermana Lindqvista „Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”:

Lindqvist Herman
„Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”
54,90 zł
Tytuł oryginalny: De Vilda Vasarna
Wydawca: Wydawnictwo Marginesy
Tłumaczenie: Fabisiak Emilia
Premiera: 2018-03-14
Język oryginalny: szwedzki

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Herman Lindqvist
Urodził się 1943 w Sztokholmie, historyk, dziennikarz. Przez wiele lat pracował jako korespondent wojenny i mieszkał w Tokio, Madrycie, Hongkongu, Bangkoku, Kairze, Bejrucie i Paryżu. Napisał 61 książek, większość historycznych. Jego biografia Napoleona z 2004 roku osiągnęła w Szwecji status bestsellera. Prowadził również niezwykle popularny program telewizyjny „Historia Szwecji”. Od dwóch lat mieszka w Warszawie.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy