Opublikowano
2013-03-29 13:30
Licencja
Prawa zastrzeżone

Sokrat Starynkiewicz. Jak Rosjanin Warszawę cywilizował...

(strona 4)

Sokrates Starynkiewicz został prezydentem Warszawy z poruczenia rosyjskiego generał-gubernatora. Swoją działalnością zyskał jednak niezwykłe uznanie warszawian. Gdy zmarł w 1902 r. żegnał go stutysięczny tłum żałobników...


Strony:
1 2 3 4 5

Widział też inne zagrożenia biorące się ze złego stanu nawierzchni ulic, zwłaszcza poza centrum.

Niemałą także szkodliwością ze stanowiska sanitarnego (o czym rzadko kto pomyśli) – pisał – jest fatalne wybrukowanie ulic Warszawy. Przypatrzmy się naszemu brukowi, a zobaczymy na powierzchni ulicy tyleż ziemi gołej co i kamieni; oczywista więc, że miejsca odkryte nasiąkają z większą łatwością wszystkimi nieczystościami i cieczami na ulicy znajdującymi się, które opadłszy nieco niżej zatrzymują się, ulegają rozkładowi gnilnemu, a przy nieco wyższej temperaturze powietrza, parując, ulatniają się i zapełniają atmosferę, którą mieszkańcy nieszczęśliwi oddychać muszą. Bruk powinien być ścisły, z twardego kamienia ułożony, aby nie przepuszczać do ziemi cieczy zewnętrznych i chronić ile możności od wyziewów podziemnych. Wszak niektórzy patologowie opierają całą teorię szerzenia się zarazy np. cholerycznej, tyfusowej, na rozkładzie wody zaskórnej – u nas okoliczność ta wcale nie zasługuje na uwagę, stąd mamy też świetne rezultaty ogromnej śmiertelności.

Autor tych słów patrzył na problem z medycznego punktu widzenia, miał on wszakże przede wszystkim znaczenie praktyczne: po mieście trudno było się poruszać pojazdom i pieszym. Bruki warszawskie z początkiem lat siedemdziesiątych – twierdzi badaczka dziejów infrastruktury stolicy, Anna Słoniowa – nie przedstawiały się imponująco: ponad 1/3 ulic i placów była ich pozbawiona w ogóle, reszta zaś w znakomitej większości miała nawierzchnie marne, ze zwykłego kamienia polnego. Nawierzchnie ulepszone stanowiły nader skromny odsetek.

Stan ten – według niej – dopiero w latach osiemdziesiątych uległ minimalnym zmianom: jeszcze w 1889 roku powierzchni zabrukowanej było zaledwie 61%; niezabrukowanej w ciągu całej dekady ubyło zaledwie 2%! Stagnacja pod tym względem trwała aż do lat dziewięćdziesiątych.

W sumie – konkluduje autorka – stan bruków warszawskich lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był wysoce niezadowalający tak pod względem jakości, jak ilości. Były to bowiem bruki najgorszego rodzaju, tzw. kocie łby trudne do utrzymania w porządku, wyboiste, niesłychanie hałaśliwe, trzęsące pasażerów pojazdów, zakładane niemal w całym mieście (87–91% nawierzchni). Na pozostałej niewielkiej części ulic – głównie na krańcach miasta, królował równie fatalny makadam, czyli nawierzchnia szosowa (ubijany tłuczeń bez podkładu, a więc szybko się psujący, mający wszystkie wady kamienia polnego, a ponadto kurz). Bruki ulepszone w latach siedemdziesiątych stanowiły minimalny odsetek (0,8–1,8%), nie miały więc żadnego istotnego znaczenia dla komunikacji […]. Wprawdzie w porównaniu z miastami rosyjskimi Warszawa znajdowała się w czołówce (jeszcze w 1898 roku z 2660 miast rosyjskich tylko 123 miało bruk na większej części ulic), lecz jak na największe miasto Królestwa, a jednocześnie ośrodek handlu i przemysłu – nie był to powód do dumy.

Jako pierwsza dostała nową nawierzchnię handlowa ulica Marszałkowska, a nie reprezentacyjny Nowy Świat. Na Marszałkowskiej i Krakowskim Przedmieściu położono kostkę granitową już w późnych latach siedemdziesiątych.

Te ulice też najstaranniej sprzątano. Inne tonęły w nieczystościach wszelkiego rodzaju, głównie końskich „pączkach”, chociaż domowi stróże mieli obowiązek sprzątać codziennie i kilkakrotnie polewać wodą połowę ulicy naprzeciw „swojego” domu.

Mimo to wszystkie cuchnęły straszliwie końskim moczem i środkami dezynfekcyjnymi.

Wspominająca czasy swego dzieciństwa Stefania Podhorska-Okołów tak pisze o obowiązkach stróża w tym względzie:

Musiał utrzymać w porządku nie tylko podwórze, publiczną ubikację, bramę i klatki schodowe, ale również chodnik i jezdnię przed domem. Jeżeli się zaniedbał lub opóźnił w swoich czynnościach, przypominał mu o nich alarmowy dzwonek stójkowego, który wymownym gestem wskazywał na niezamiecione śmiecie, nieuprzątnięte błoto, niezgarnięty w pryzmy śnieg, niewyrąbany w rynsztokach lód, nieposypane piaskiem chodniki podczas gołoledzi. Stróż albo ktoś z jego rodziny natychmiast chwytał miotłę, szuflę, łopatę czy oskard i zabierał się do roboty. Tabor miejski, wówczas wyłącznie konny, nie kwapił się z wywożeniem śniegu z bocznych ulic, wskutek czego pierwotnie białe pryzmy urastały w szare wały, a te po paru miesiącach, wskutek ciągłego «okrawania», zmieniały się w dziwnego kształtu, węższe u dołu, szersze u góry, niemal czarne skamieliny, które nazywano powszechnie babkami wielkanocnymi, gdyż wywożono je zwykle koło Wielkanocy.

Aleksander Świętochowski W 1879 roku, gdy tylko prezydent Sokrates Starynkiewicz zapoznał się z projektem wodociągów i kanalizacji przedstawionym przez Lindleya – rozesłał go do warszawskich gazet, zachęcając do publicznej dyskusji nie tylko specjalistów, ale i zwykłych mieszkańców miasta; napisał nawet do niego wstęp. Bardzo chwalił taki sposób rozwiązywania problemów miejskich Aleksander Świętochowski, który skądinąd za carskim generałem nie przepadał. Poseł Prawdy dał wyraz satysfakcji w cotygodniowym Liberum veto, a potem powtórzył tę opinię w swych Wspomnieniach:

W istocie Starynkiewicz skomplikował sobie życie. rozpętał bowiem dyskusję, w której ostro ścierały się interesy rozmaitych koterii i środowisk; były one wręcz nie do pogodzenia. Wszyscy rzekomo troszczyli się o to, by kanalizację i wodociągi przeprowadzić jak najmniejszym kosztem, a w rzeczywistości – by z tych kwot uszczknąć jak najwięcej dla siebie i „swoich”. Najgłośniejszy raban podnosili kamienicznicy, którzy mieli wiele instalacji przeprowadzić na swój koszt, a czynsze były już i tak mocno wyśrubowane.

Varsavianiści powołują się często na broszurę, która ukazała się na samym końcu XIX wieku, w 1900 roku; była równie spóźniona, co zacietrzewiona. Nosiła tytuł: Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą. W ten sposób broniło się lobby rolniczo-ogrodnicze, te środowiska bowiem od wieków czerpały pożytki z „warsiawskich gnojów”, wywożąc je i użyźniając swe pola i ogrody.

Pomnik Williama Lindleya w Hamburgu (fot. Pincerno; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.) W takim zamęcie krzyżujących się interesów trzeba podkreślić wielką determinację Starynkiewicza, że potrafił przeforsować najnowocześniejszy projekt Lindleya, który stawiał Warszawę w rzędzie kilku innych, o wiele bogatszych, metropolii. Na taki luksus i ekspens nie zdobyła się nawet stolica cesarstwa. Musiało to być solą w oku carskich czynowników i nie obyło się niewątpliwie bez „najwyższego rozkazu”.

Wodę z Wisły zamierzano czerpać nieopodal Czerniakowskiej. Sześć przewodów ssących o średnicy 36 cali zakończonych dziurkowanymi głowicami, czyli „smokami”, miało ją pobierać wprost z nurtu, a pompy parowe tłoczyć do Stacji Filtrów zlokalizowanej na Koszykach, w najwyższym punkcie miasta. Tu woda miała być czyszczona, a następnie rozprowadzana po mieście. Zakład na Czerniakowie i Filtry na Koszykach zostały uruchomione w połowie 1886 roku, musiała jednak upłynąć cała dekada, nim osiągnęły pełną wydolność.

Nie warto tu wchodzić w szersze opisy wodociągów, podobnie jak kanalizacyjnych kanałów – istnieją na ten temat liczne opracowania specjalistyczne. Stwierdzić tylko wypada, że była to istna rewolucja w mieście, które wtedy chyba po raz pierwszy – ku utrapieniu mieszkańców, ale potem ogromnej satysfakcji – było całościowo rozkopywane.

Tekst jest fragmentem książki Stanisława Milewskiego pt.„Codzienność niegdysiejszej Warszawy”:

Autor: Stanisław Milewski
Tytuł: „Codzienność niegdysiejszej Warszawy”
ISBN 978-83-244-0134-5
EAN 9788324401345
liczba stron: 200
kategoria: varsaviana/kulturoznawstwo
opracowanie graficzne: Andrzej Barecki
format: 165 × 235 mm
oprawa: twarda z obwolutą
cena: 41,00 zł
Kup ze zniżką na stronach wydawcy

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4 5
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Może i czuł się mocno Rosjaninem... ale niemal na pewno był Grekiem Pontyjskim (Grecy zamieszkujący wokół Morza Czarnego). Szclachectwo dopiero w 1936, a przecież stara rodzina inteligencka, pochodzenie znad Czarnego, tata zapamiętały filolog klasyczny, dość nierosyjskie imiona nadawane rodzeństwu, postępowanie charakterystyczne dla greckiej inteligencji i kupców, nie dla Rosjan itd... Oczywisty Grek Czarnomorski. Do niedawna mieszkało ich tam jeszcze około 300 tysięcy, teraz konsulat w Mariupolu ocenia ich jeszcze na 150 tysięcy, z czego 93 tysiące deklaruje greckość uczestnictwem w organizacjach /imprezach.



Odpowiedz

@ dim errata: "Szlachectwo" oczywiście literówka, winno być 1836,



Odpowiedz

Gość: mała |

Warszawianie to ludność napływowa. Z Warszawy są Warszawiacy. Poczytaj pan Wiecha,to pojmiesz różnicę.



Odpowiedz

Gość: Tomek |

Jaka kostka granitowa na Marszałkowskiej czy Krakowskim Przedmieściu!!!!!! Na każdej fotografii z okresu po zrobieniu kanalizacji widać że jest to kostka drewniana ( sosnowa a najprawdopodobniej euklaliptusowa)



Odpowiedz

Gość: drugi wnuczek |

o boże przepraszam, to w Pana książce też pan o nim wspomina, jak mowa jest o procesie Szyferowej o ile dobrze pamietam. To co robiła ta baba, to przy dzisiejszej sprawie mamy madzi to pryszcz...



Odpowiedz

Gość: wnuczek |

Mam pytanie do autora o inną postać, żyjącą równolegle do Starynkiewicza. W 1876 roku wprowadzono w Królestwie Polskim reformę sądownictwa, ujednolicając system rosyjskim z roku 1864. Do tego zadania oddelegowany został w 1876 z Petersburga Nikołaj Nikołajewicz Gerard -został starszym Prezesem Warszawskiej Izby Sądowej do roku 1882 lub 1883. Był to Rosjanin z niemieckiej rodziny. Szukam wszelkich informacji o jego działalności w Warszawie. Na razie natknąłem się na dwie opinie wydane o nim przez Polaków. Są to opinie pełne sympatii,w stylu: "mimo,że przedstawiciel ciemiężcy, to uczciwy, prawy, porządny". Jedna autorstwa A. Kraushara,a druga, to z gazety warszawskiej. N.N. Gerard był w 1905-1908 generał-gubernatorem(ale był cywilem, nie wojskowym) W.Ks. Finlandii. Warto o tym poczytac, na jakie ustępstwa psozedł car wobec Finów, np. wprowadził pierwszy na świecie parlament, gdzie mogły kandydować kobiety. Proszę o kontakt:)



Odpowiedz
Stanisław Milewski

Studiował filologię klasyczną a następnie filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w „Gazecie Sądowej i Penitencjarnej” (później zmieniła ona nazwę, najpierw na „Gazetę Sądową”, a potem na „Gazetę Prawniczą”). Specjalizował się w reportażach z procesów sądowych oraz publikacjach z zakresu historii wymiaru sprawiedliwości, dziejów przestępczości i jej zwalczania oraz historii czasopiśmiennictwa prawniczego. Za "Intymne życie niegdysiejszej Warszawy" (Iskry 2008) uhonorowano go nagrodą „Warszawskiej premiery literackiej – książka maja 2008”. Za książkę "Codzienność niegdysiejszej Warszawy" otrzymał w 2010 r. Warszawską Nagrodę Literacką.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org