Autor: Monika Tomkiewicz
Tagi: Artykuły, II wojna światowa, Polska, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Europa Wschodnia, Historia polityczna
Opublikowany: 2022-09-04 11:52
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Jaki był przebieg egzekucji w Ponarach?

W latach 1941–1944 niemieccy okupanci we współpracy z litewskimi kolaborantami dokonali szeregu zbiorowych egzekucji na Żydach, Polakach i przedstawicielach innych narodowości. Szacuje się, że w Ponarach wymordowano przynajmniej 80 tys. osób.
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Tomkiewicz „Zbrodnia ponarska 1941–1944”.

Kiedy do bazy ponarskiej zaczęły przybywać transporty skazańców, mieszkańcy letniska Ponary podejrzewali, że są to jeńcy, dla których zostanie zorganizowany obóz. Nikt jeszcze wówczas się nie domyślał, jakie jest rzeczywiste przeznaczenie niedokończonej bazy paliwowej. Słysząc odgłosy strzałów, ludzie sądzili, że odbywają się tam ćwiczenia wojskowe. Kazimierz Sakowicz pozostawił następującą relację z tego okresu: „Lipiec 1941 r. Pogoda dość ładna, ciepło, białe obłoki, wiatr. 11 lipca od lasu jakieś strzały. Prawdopodobnie ćwiczenia, bo w lesie stoi jakiś obóz amunicyjny na drodze do wsi Nowosiółki, jest godzina koło 4 p[o] p[ołudniu], strzały trwają godzinę, dwie. Na »grodzieńce« dowiadują się, że do lasu przypędzili dużo Żydów. I raptem to do nich strzelają. Był to pierwszy dzień rozstrzeliwań. Wrażenie przygnębiające”.

Pierwsze szokujące informacje na temat przeznaczenia bazy dotarły do Wilna na początku lipca 1941 r., kiedy to „chłopi przywieźli do szpitala żydowskiego na furmankach pod sianem lekko ranne kobiety, które wypełzły spod zamordowanych. Lekarze nie uwierzyli rannym, podejrzewano je, że zwariowały ze strachu”.

Ofiary z zasłoniętymi oczyma prowadzone na miejsce kaźni w Ponarach

W lipcu 1941 r. od strony szosy Wilno – Grodno do bazy zaczęły regularnie przyjeżdżać samochody ciężarowe z łukiskiego więzienia. Skazańcy byli wyładowywani z samochodów pojedynczo, a niekiedy po dwie osoby, i prowadzeni w głąb zagajnika na egzekucję. W raporcie specjalnym Komendy Okręgu Wileńsko-Nowogródzkiego AK dla Komendy Głównej AK w Warszawie z 26 września 1944 r. czytamy: „przywożono samochodami z więzień wileńskich po 7 [osób] z zawiązanymi z tyłu drutem rękami, podwożono do jamy i kolejno wyprowadzano, a jeden z oprawców ustawiony z boku oddawał strzał, tak że z platformy samochodowej padał trup zamordowanego bezpośrednio do jamy”. Po rozładunku wszystkich aresztantów samochody powracały do wileńskiego więzienia.

Początkowo, kiedy miejsce jeszcze nie było dokładnie strzeżone, miejscowa ludność próbowała sama się zorientować, co się działo w bazie. Bohdan Mirakowski, zaniepokojony odgłosem strzałów dochodzących z wzgórz ponarskich, udał się tam na drugi dzień. Po sześćdziesięciu latach od tego wydarzenia zeznał: „kierując się krakaniem i krążeniem wron lub kruków, odnalazłem w lesie na wzgórzu miejsce – ziemię ze śladami rozkładającej się krwi. Wrony dziobały w mazi. Sprawdziłem patykiem, jak głęboko pochowane były zwłoki, i stwierdziłem, że była to głębokość 20 centymetrów. Wokół były podarte zdjęcia fotograficzne”. Przez cały okres okupacji niemieckiej mieszkańcy Ponar obawiali się dnia, gdy członkowie Sonderkommando otrzymają rozkaz zlikwidowania bezpośrednich świadków zbrodni.

Zaskakujący zatem wydaje się fakt, że jak wynika z protokołu przesłuchania świadka Stefanii Sieniuk, przywiezieni z Łukiszek więźniowie narodowości polskiej jeszcze wiosną 1942 r. twierdzili, iż są wiezieni do pracy w obozie w Ponarach. Wprowadzenie przez administrację więzienną Łukiszek określeń „ĭ Panierių kalejima” („do więzienia ponarskiego”) czy „zu Lager Panaria” („do obozu w Ponarach”) mogło powodować pewną dezorientację. Należy jednak wyjaśnić, że do więzienia przy ul. Ponarskiej w Wilnie kierowano wyłącznie kobiety, nazwą „obóz ponarski” natomiast określano obóz dla jeńców radzieckich (Stalag 344), który funkcjonował do września 1943 r. w okolicy Ponar. Ponadto należy wziąć pod uwagę to, że szosa grodzieńska, którą podążały ciężarówki z więźniami z Łukiszek, wiodła i do Ponar, i do obozu pracy w Prawieniszkach. Więźniowie jadący samochodami ciężarowymi przez dłuższą część drogi nie wiedzieli, czy za Wilnem samochody skręcą w lewo w kierunku wzgórz ponarskich, czy też pojadą prosto – do Kowna i Prawieniszek.

Pierwsze egzekucje w Lasach Ponarskich przeprowadzili członkowie Einsatzkommando 9 dowodzonego przez dr. Alfreda Filberta. Na jego polecenie kierownictwo akcji rozstrzeliwania przejął SS-Obersturmführer Franz Schauschütz. Od 23 lipca 1941 r. egzekucji dokonywali członkowie wileńskiego Sonderkommando pod dowództwem litewskiego oficera Juozasa Szidlauskasa, a następnie od listopada 1941 r. pod dowództwem Balysa Norwaiszy.

Egzekucje w Ponarach miały charakter masowy. Bardzo rzadko świadkowie wspominają o przybyciu transportu złożonego tylko z kilku więźniów. Najczęściej mówią o długich kolumnach oczekujących osób. Skazańcy często aż do dziesięciu godzin czekali przed bramą wjazdową na stracenie. W celu zachowania porządku i zastraszenia oczekujących członkowie Sonderkommando, pełniący służbę wartowniczą, bili gumowymi pałkami wybrane osoby aż do utraty przytomności. W kwietniu 1944 r. przez pół godziny szczuli psami grupę stu Polaków przywiezionych z łukiskiego więzienia: „Niemcy i szaulisi puścili psy na nich, ludzi męczyli, bo nie mieli czym obronić się, ręce mieli związane do tyłu. Psy rwały ich ciało. A oni tak się śmiali jak maszynowe karabiny”.

Co kilkanaście minut wartownicy z oddziału specjalnego podchodzili do grupy skazańców i zabierali kilkanaście osób. Doprowadzali je do jednego z dołów, który służył jako miejsce czekania na egzekucję. Doły były bardzo głębokie, nie było możliwości samodzielnego wydostania się z nich. Przed wejściem do środka skazańcy byli zmuszani do oddania kosztowności i zdjęcia wierzchniej odzieży. Wówczas też wyrywano im złote zęby i zdejmowano złote koronki nazębne.

Egzekucje w Ponarach w lipcu 1941 roku. Fotografia wykonana przez Otto Schroffa z Werhmachtu

W początkowych miesiącach akcji eksterminacyjnej w Ponarach w zbiorczym dole na egzekucję czekali jedynie mężczyźni, kobiety natomiast przetrzymywano w pobliskim lasku sosnowym. Obersturmführer Schauschütz z Einsatzkommando 9 wprowadził „ulepszoną” organizację egzekucji, umożliwiającą zabijanie kilkuset osób w ciągu jednej godziny: praktykowane początkowo przez Litwinów rozstrzeliwanie ofiar seriami z karabinów maszynowych zostało zastąpione precyzyjnie wymierzonym strzałem z pistoletu lub karabinu.

W czasie segregacji członkowie plutonu egzekucyjnego spożywali duże ilości alkoholu. Był on przywożony przez Niemców w skrzynkach, a następnie przelewany do dużej kadzi, do której był swobodny dostęp.

Zarówno członkowie plutonu egzekucyjnego, jak i wartownicy ochraniający teren byli członkami wileńskiego Sonderkommando. Dowódca oddziału specjalnego ustalał harmonogram służby i przydzielał konkretne obowiązki na dany tydzień. Kolejność zadań zmieniała się każdego dnia. Członkowie wileńskiego oddziału specjalnego rotacyjnie pełnili funkcje wartownicze, brali udział w rozstrzeliwaniach, ochronie miejsca straceń i w konwojowaniu ofiar na miejsce egzekucji. Praca w oddziale specjalnym była zdaniem niektórych jej członków bardzo „nerwowa” i „stresująca”, dlatego się zdarzało, że pozorowali oni chorobę, aby odsunięto ich od pełnienia obowiązków służbowych. „Strzelec ponarski” Jan Borkowski vel Jonas Barkauskas po dwóch latach pełnienia służby zaczął udawać, że ma chorą lewą nogę, nie chcąc wyjeżdżać na „akcje”. W 1943 r. dzięki wręczonej łapówce został przeniesiony do Legionu Speera. Iwański natomiast w celu uniknięcia wykonywania rozkazów postrzelił się z własnej broni w brzuch i został zabrany do szpitala, w którym zmarł.

Obserwator zbrodni ponarskiej Józef Waniewski w swej relacji podał, że kilkakrotnie był świadkiem, jak członkowie wileńskiego Sonderkommando odmawiali wobec przełożonych udziału w egzekucjach. Przyznał, że nie wie, jaki był dalszy los tych „niepokornych szaulisów”. Tajemnicę tę wyjaśnia członek Sonderkommando Witold Gilwiński zeznający w procesie toczącym się przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie: „w pierwszym dniu, kiedy brałem bezpośredni udział w egzekucji, nie mogłem strzelać do ludzi i wyszedłem z szeregu funkcjonariuszy oddziału specjalnego, którzy dokonywali egzekucji. Wówczas powiedziałem podporucznikowi Balysowi Norwaiszy, że nie mogę strzelać. Na to on podniósł pistolet, którego lufę skierował w moją stronę, mówiąc: »stawaj do szeregu, bo znajdziesz się w dole razem z Żydami. To jest mój rozkaz i masz go wykonać«. Zrozumiałem, że za chwilę mnie zastrzeli, więc padłem na kolana i powiedziałem »przecież ja nie jestem Żydem«, wówczas podporucznik Norwaisza powiedział »stawaj na miejsce do szeregu i strzelaj«. Podniosłem się więc i stanąłem ponownie w szeregu. Następnie zacząłem strzelać”.

Przed przystąpieniem do masowych egzekucji członkowie wileńskiego Sonderkommando byli specjalnie szkoleni. Jednym z obserwatorów takiej akcji szkoleniowej był świadek Stanisław Chomiczewski, który zeznaje: „przed rozstrzelaniem oficer pokazywał plansze z sylwetką człowieka, na której zaznaczone były miejsca, gdzie są umiejscowione ważne dla życia organy, w które mieli celować żołnierze biorący udział w egzekucji. Po oddaniu salwy przez pluton egzekucyjny oficer podbiegał do ofiary i sprawdzał celność strzałów, zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami”.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Tomkiewicz „Zbrodnia ponarska 1941–1944” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Tomkiewicz
„Zbrodnia ponarska 1941–1944”
45 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Rok wydania: 2022
Liczba stron: 432
ISBN: 978-83-8229-459-0
EAN: 9788382294590
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Tomkiewicz „Zbrodnia ponarska 1941–1944”.

Do 1943 r. podczas każdej większej egzekucji w Ponarach był obecny kierownik wileńskiego oddziału specjalnego, pracownik kadrowy SD Martin Weiss. W 1943 r. jego miejsce zajął esesman Fiedler. Kierownik oddziału specjalnego był osobą odpowiedzialną za wykonanie rozkazów egzekucyjnych, rozstawienie posterunków wartowniczych w bazie i sprawne dostarczenie ofiar przed pluton egzekucyjny. Nie wchodził on jednak w skład plutonu egzekucyjnego. Poza selekcją osób przeznaczonych do eksterminacji wykonywał pojedyncze egzekucje, dobijał rannych i sporządzał sporadycznie dokumentację fotograficzną i filmową.

Według świadków Weiss co najmniej 21 razy dokonywał osobiście pojedynczych egzekucji w Ponarach. Nie zawsze jego ofiarami byli więźniowie. Latem 1942 r. Sonderkommando zabrało z getta 39 mężczyzn do porządkowania rzeczy po rozstrzelanych w Ponarach. Komando pod dowództwem Jona Katza zostało przewiezione na teren bazy. W trakcie segregacji rzeczy po zamordowanych jeden z członków komanda nazwiskiem Pall zapytał Weissa, czy mógłby sobie wziąć kurtkę. Rozłoszczony jego zuchwałością Weiss zastrzelił go na miejscu. Z kolei latem 1943 r. po likwidacji małego getta w Wilnie Weiss udał się do hangarów Luftwaffe, przy których pracowało około 250 robotników żydowskich. Wybrał dwunastu z nich i zabrał do Ponar. Kazał im się rozebrać i stanąć nad grobami, po czym osobiście wykonał pojedyncze strzały. Dobijanie rannych stosował również Balys Norwaisza, który zawsze miał przy sobie pistolet typu Parabellum.

W tym wykopie w latach 1943–1944 palon zwłoki Polaków i Żydów (fot. Gregor Jamroski)
CC BY-SA 3.0

Wszyscy członkowie wileńskiego oddziału specjalnego brali bezpośredni udział w egzekucjach. W pierwszych miesiącach strzelali na ochotnika, gdyż wtedy jeszcze dowództwo pytało, kto chce strzelać. Później była już, jak wspomniano, stała rotacja określana w grafiku znajdującym się w siedzibie oddziału w Wilnie. W zeznaniach świadków i podejrzanych wymieniane są nazwiska następujących członków Sonderkommando, którzy najczęściej wchodzili w skład tzw. grupy ognia: Jonas Dołgowas zwany „krwawym Jonasem”, Dionizas Golczas, Hubertas Dienisis, Adomas Kurszis, Justas Martisus i Stasys Razutis. W egzekucjach masowych członkom Sonderkommando pomagali żołnierze nieustalonego do dziś z nazwy batalionu litewskiego.

Niemieccy dowódcy wileńskiego Sonderkommando (Martin Weiss, Fiedler i inne osoby nieustalone z nazwiska) nie wchodzili w skład plutonu egzekucyjnego. Dokonywali selekcji osób przeznaczonych do eksterminacji, wykonywali pojedyncze egzekucje i sporządzali dokumentację fotograficzną i filmową. Członek wileńskiego Sonderkommando Konstantinas Cziczielis zeznał, że był świadkiem wykonywania w bazie w Ponarach zdjęć dokumentujących moment doprowadzania skazańców na egzekucję, zasypywanie dołów wypełnionych ciałami oraz przeglądanie mienia po rozstrzelanych. O tym, że Niemcy robili zdjęcia z egzekucji w Ponarach, w raporcie dla Oddziału Specjalnego Sztabu Naczelnego Wodza w maju 1943 r. wspominał również emisariusz o pseudonimie „Kalina”.

Bardzo rzadko skazańcy prosili strażników lub członków plutonu egzekucyjnego o darowanie życia w zamian za pieniądze bądź kosztowności. Sakowicz był świadkiem takiej sceny: „jedna Żydówka mówi do żołnierza: »Oddałam panu wszystkie pieniądze, pan obiecał mnie i dziecko puścić, a teraz prowadzi mnie pan na śmierć!«. Żołnierz śmieje się”.

Zdecydowanie częściej słychać było przerażone krzyki ludzi, że są niewinni, bądź polskie pieśni patriotyczne. Komendantka grupy łączniczek AK, zwanych popularnie ze względu na młody wiek „kozami”, Maria Tomkiewicz „Grażyna” według relacji Litwinki obserwującej egzekucje w Ponarach zginęła z okrzykiem: „niech żyje wolna Polska!”. Zachowanie dziesięciu zakładników straconych w piątek 17 września 1943 r. uwiecznił w swych zapiskach Sakowicz: „cóż okazuje się, że strzelali »polskich adwokatów i doktorów«! Strzelano po dwóch naraz, rozebranych. Trzymali się fajnie, nie płakali i nie prosili, tylko żegnali się ze sobą i przeżegnawszy się – szli”.

Spośród czekających na egzekucję wartownicy formowali grupy liczące od dziesięciu do dwunastu osób, zabierali je z „dołu oczekujących” (głębokiego na 1,5 m, w kształcie litery T) i prowadzili nad dół egzekucyjny. Najczęściej grupy ofiar były segregowane pod względem płci i wieku. Zdarzało się, że na wyraźną prośbę skazańców wartownicy zawiązywali im oczy i tworzyli z nich kolumnę osób trzymających się za ramiona. Wybrana grupa skazańców opuszczała zbiorczy dół boczną odnogą, po czym była pędzona przez szpaler litewskich policjantów. Pierwsza osoba z kolumny trzymała się kija, który niósł oprawca. Ten prowadził grupę do dalszego dołu, gdzie stały jedno bądź dwa komanda egzekucyjne. Komando egzekucyjne składało się z dziesięciu strzelców ponarskich. Naprzeciwko nich ustawiano dziesięć ofiar. Większe dzieci stały w szeregu z dorosłymi, a małe były trzymane przez matki na rękach. W tym drugim przypadku jeden strzelec przypadał na matkę, a drugi na dziecko.

Skazańcy musieli stanąć w szeregu plecami do plutonu egzekucyjnego, a twarzą do dołu. Większość egzekucji była do siebie bardzo podobna: skazańców ustawiano dziesiątkami i strzelano im w plecy lub w tył głowy. Salwy strzałów rozlegały się w odstępach 6–8 minut, co było spowodowane czekaniem na następne doprowadzenie. Czasami dla oszczędności naboi członkowie Sonderkommando odbierali małe dzieci matkom i wrzucali je żywe do dołu lub zabijali uderzeniem kolbą karabinu w głowę. Emisariusz o pseudonimie „Kalina” donosił do Oddziału Specjalnego Sztabu Naczelnego Wodza w maju 1943 r.: „w zawczasu przygotowanych dołach niemowlęta zabijano kolbami i podkutymi butami, starszym dzieciom kazano ciągnąć zabite matki do dołów”.

Egzekucje w Ponarach w lipcu 1941 roku. Fotografia wykonana przez Otto Schroffa z Werhmachtu

Pluton egzekucyjny stał w odległości około 5 metrów od ofiar. Komendy „gotów, cel i ognia” wydawali ppor. Juozas Szidlauskas bądź Balys Norwaisza. Oprawcy oszczędzali amunicję, starali się więc trafiać celnie w głowy skazańców. Obowiązywał zakaz strzelania w inne części ciała niż głowa bądź plecy. Trafienie w głowę gwarantowało natychmiastową śmierć ofiary. Po wystrzeleniu salwy przez pluton egzekucyjny ofiary padały twarzą do dołów. Rosyjskie karabiny, którymi posługiwali się członkowie Ypatingas Burys, miały pięć naboi w magazynku i po każdym oddaniu strzału trzeba było je repetować. Osoby ranione lub ogłuszone dobijano pojedynczym strzałem. Dobijał zawsze ten strzelec, który nie trafił wystarczająco celnie. Rozstrzeliwania często ciągnęły się godzinami lub dniami, zależnie od wielkości transportu (w przypadku przybycia transportu kolejowego egzekucje trwały kilka dni aż do wymordowania wszystkich osób).

W zeznaniach naocznych świadków tych zdarzeń powtarzają się podobne opisy egzekucji w Ponarach: „pewnego razu wszedłem na drzewo rosnące w pobliżu ogrodzenia bazy. Z drzewa tego widziałem, że hitlerowcy wprowadzali poszczególne grupy Żydów do dołów i rozstrzeliwali ich z broni maszynowej. O tym, że byli tam rozstrzeliwani Żydzi, wnioskowałem po ich wyglądzie zewnętrznym. Mieli oni na głowach jarmułki, a na sobie chałaty. W jednej takiej grupie prowadzonej na rozstrzelanie było około 100 mężczyzn. Z drzewa także widziałem, jak po każdej egzekucji hitlerowcy posypywali leżące zwłoki jakąś białą substancją – przypuszczam, że było to wapno, a następnie ziemią”; „przed rozstrzelaniem skazańcy musieli rozebrać się do naga, a następnie ustawiano ich na brzegu rowu twarzami do dołu. Za ich plecami w odległości 5 metrów ustawiali się w szeregu członkowie »oddziału specjalnego« i strzelali z karabinów. W szeregu ustawiało się tylu członków oddziału, ilu było skazańców. Każdy członek oddziału rozstrzelać miał jednego człowieka. Po oddaniu strzałów skazańcy osuwali się do rowów”. Po zapełnieniu się jednego dołu ciałami oprawcy przechodzili do drugiego i znów ustawiali się w szyku egzekucyjnym.

Do grudnia 1942 r. nad dołem egzekucyjnym zamontowany był pomost przypominający trampolinę. Skazańcy musieli wejść na mostek i wówczas padały strzały z karabinu. Ten sposób rozstrzeliwania stosowano tylko w wypadku bardzo małej liczby ofiar. Przy niesprzyjającej pogodzie lub gdy było wyjątkowo dużo osób do rozstrzelania, członkowie plutonu nie stosowali zwyczajnej reguły, że jeden strzelec przypada na jedną ofiarę. Strzelano w plecy z lekkich karabinów maszynowych lub rzucano w zgromadzonych granat.

Po egzekucji nigdy nie odbywała się kontrola lekarska stwierdzająca zgon ofiar. Niekiedy rozstrzeliwani wpadali do dołu ranni lub tylko ogłuszeni. Członek oddziału specjalnego Konstantinas Cziczielis w trakcie przesłuchania 12 lutego 1973 r. zeznał: „ze zwału trupów wyszedł skazaniec lat około 30, który powiedział, że jest Żydem z Wilna, z zawodu szklarz. Po chwili z tego zwału trupów wyczołgał się drugi skazaniec, który był ranny i nie mógł stać o własnych siłach. Była jasna księżycowa noc, to ich dobrze widziałem. Jaksztas wszedł do dołu i mimo że miał karabin, to obu tych ludzi zastrzelił z pistoletu, który wyciągnął zza pasa, oddając do nich tylko dwa strzały. Może byśmy ich wypuścili, ale baliśmy się jeden drugiego. Panowało wśród nas donosicielstwo do dowództwa w osobie Szidlauskasa, zwanego popularnie »jastrzębiem« lub »diabłem«”.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Tomkiewicz „Zbrodnia ponarska 1941–1944” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Tomkiewicz
„Zbrodnia ponarska 1941–1944”
45 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Rok wydania: 2022
Liczba stron: 432
ISBN: 978-83-8229-459-0
EAN: 9788382294590
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Moniki Tomkiewicz „Zbrodnia ponarska 1941–1944”.

Najdokładniejszą i najbardziej wiarygodną relację z przygotowywania transportu aresztantów z łukiskiego więzienia i przebiegu egzekucji w Ponarach ujawniła dziewiętnastoletnia Żydówka Ita Straż, która w 1942 r. została przywieziona na miejsce straceń w Ponarach i jedynie raniona przez pluton egzekucyjny. Przesłuchiwana w 1959 r. przez pracownika The Central Archives for the Disaster and the Heroism Yad Vashem Jerusalem dr. Raba zeznała: „było już późne popołudnie, gdy przed Łukiszki zajechały samochody. Zakryte były brezentem. Wepchnięto nas na te maszyny. Ja znalazłam się na jednej, mamusia na drugiej. Wtedy nas rozdzielono i więcej już mamusi swojej nie ujrzałam. Na maszyny wsiedli także policjanci litewscy w mundurach niemieckich. Pilnowali przez całą drogę, aby ktoś z nas nie uciekł. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Wszyscy zachowywali się bardzo cicho. Po pewnym czasie jeden z jadących uchylił trochę brezentu i szepnął nam: »Jedziemy do Ponar«. Teraz już wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Słowo »Ponary« wszystko wyjaśniało. Było bardzo cicho w maszynie. Tylko słyszało się ciężkie westchnienia. Nawet dzieci nie płakały. Wreszcie maszyny stanęły. Zaczęto pojedynczo wyciągać ludzi z samochodu. Nie wyprowadzono wszystkich od razu, tylko po jednej osobie. Zdejmowali z maszyn, ściągali buty i odprowadzali na stronę. Zaraz potem słyszało się strzały. Ja ciągle odsuwałam się na sam koniec. Aby jeszcze trochę zyskać na czasie. Kiedy przyszła kolej na mnie, nie chciałam wyjść z maszyny.

Las ponarski (fot. Gjamroski)
CC BY 3.0

Wtedy policjant schwycił mnie za nogę i tak z wozu wyciągnął. Policjant był Litwinem. Kazał mi zdjąć buciki. O kilka kroków od miejsca zatrzymania się maszyny był duży rów. Zapełniony już był trupami. Postawili mnie nad tym rowem. Pamiętam, że w tej chwili pomyślałam sobie: »To już koniec. I co ja w życiu widziałam?«. Tak pomyślałam, a miałam wtedy dziewiętnaście lat. Musieli chyba strzelić. Ale ja tego strzału nie słyszałam. Pewnie ze strachu upadłam natychmiast w rów. A oni pewnie chybili. Zrozumiałam to zaraz po chwili, gdy uczułam, że żyję. Ale nie poruszałam się. Leżałam na trupach, sama nieruchoma jak trup. Ręce i nogi rozrzucone, oczy zamknięte. Czułam tylko, że ktoś na mnie upadł, i uczułam, że cieknie po mnie coś ciepłego, co miało zapach krwi. Tego zapachu nigdy nie zapomnę i zapachu tych ciał. Policjanci wciąż strzelali. Potem usłyszałam, że nawołują, aby już na dziś skończyć, bo się ściemnia. Zanim odeszli, strzelali jeszcze do tych, co leżeli w rowie. Wtedy dostałam strzał w rękę. Poczułam ból i ściekającą krew. Nie zdążyli zasypać rowu piaskiem, bo było coraz ciemniej. Zaczekałam jeszcze trochę, aż zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy podniosłam się i poszłam wzdłuż rowu w przeciwnym kierunku niż tam, gdzie był wjazd dla maszyn. Spodziewałam się, że tam może być straż. Ażeby się z nią nie spotkać, szłam dnem rowu w przeciwnym kierunku. Byłam bosa. Szłam i szłam po trupach, a końca tego zdawało się nie być. Ręka ciążyła mi, jakby była z żelaza. Krew wciąż ciekła. Wreszcie doszłam do końca rowu. Wdrapałam się na powierzchnię. Wtedy zobaczyłam jakąś postać, która ostrożnie się do mnie zbliżała. Zabici leżeli nieruchomo, tylko od czasu do czasu słyszałam jakiś jęk. To jęczeli ranni, których strzał nie trafił śmiertelnie. Ta, która się do mnie zbliżała, to była dziewczynka, jakby w moim wieku. »Muszę pójść poszukać wśród trupów moich braci i siostry« – powiedziała mi i odeszła, schodząc znowu do rowu. I tak rozstałyśmy się. Więcej już jej nie widziałam. Jak wyszłam z masowego grobu, w sukience i sweterku, z ręką zalaną krwią, poszłam nocą do wsi obok Ponar. Weszłam do jednej z chałup. Na mój widok strasznie się przerazili. »Idź do stodoły – powiedzieli mi – tam możesz przenocować«. A ja przecież musiałam opatrzyć zranioną rękę, która coraz mocniej bolała. Poszłam więc dalej. Weszłam do drugiej chałupy. I tu znowu strach [...] Wyglądałam pewnie okropnie. Dopiero w czwartej chałupie przyjęli mnie do mieszkania. Trafiłam tym razem dobrze. W chałupie mieszkał chłop, Kuński się nazywał, był to Polak”.

W archiwum Instytutu Yad Vashem przechowywana jest też relacja Isaaka Kagana, który podobnie jak Ita Straż został przywieziony z łukiskiego więzienia do Ponar i przeżył egzekucję. W 1946 r. przed Wojewódzką Żydowską Komisją Historyczną w Białymstoku zeznał na tę okoliczność: „Nie pamiętam, aby ofiary płakały, może tylko dzieci, ale to nie z powodu tego co tutaj się działo, tylko dlatego, że nie jadły od dawna [...] Nie zdawałem sobie sprawy, kto jest z mojej prawej, a kto po mojej lewej stronie, bo tak naprawdę już mnie nie było. Byłem spokojny, moje szczupłe ciało przeszyła kula ze strzelby i upadłem na ziemię, i leżałem w bieliźnie w śniegu. Nie poruszałem się, chociaż było zimno poniżej zera. Zaczęło się ściemniać i ja zacząłem odtrącać ode mnie zwłoki, nie będąc pewien, że to jest realne, co robię. Zwłoki leżały na mnie, a ich krew spływała po mnie przez cztery lub pięć godzin [...] Wydostałem się z dołu i byłem tak biały, że zbytnio nie różniłem się od koloru śniegu, tylko miałem na sobie czerwone plamy krwi”.

Po każdej egzekucji kilku wybranych Żydów zasypywało zwłoki warstwą ziemi, piasku albo wapna chlorowanego. Osoby te po wykonaniu pracy były również rozstrzeliwane. Służba wartownicza też bardzo często pracowała przy zasypywaniu ciał pomordowanych. Ponieważ używano do tego piasku i ziemi, zdecydowanie najmniej egzekucji w ponarskiej bazie odbywało się w miesiącach zimowych.

Po zakończeniu egzekucji członkowie Ypatingas Burys przystępowali do przeszukiwania oraz segregacji ubrań i rzeczy osobistych. Rzeczy wartościowe – pieniądze, biżuterię, złote zęby – odkładano w wyznaczone miejsce, następnie zawijano w białe prześcieradła i odwożono samochodami ciężarowymi do Wilna. Jeśli transport był bardzo liczny, rzeczy zamordowanych ładowano do wagonów towarowych. Jak wynika z raportów Urzędu Surowcowego (Rohstoffzentrale) w sprawie przekazywania i przetwarzania materiałów z obozu w Ponarach, od 9 października do 7 listopada 1941 r. zgromadzono przedmioty o wartości ponad 16 tys. funtów. Pracownicy tej instytucji regularnie przeprowadzali inwentaryzację zdobytej odzieży i przedmiotów wartościowych, które przechodziły na własność III Rzeszy. Zachowało się pismo Wileńskiego Wydziału Urzędu Surowcowego (Rohstoffzentrale Wilner Abteilung) do Gebietskommissarza Wilna z 7 listopada 1941 r., wraz z dwoma protokołami. Wymieniono w nich rzeczy należące do Żydów zabrane przez administrację miejską w Ponarach: „w dniach 6–7 października 1941 r. – 1860 kg ubrań (m.in. 260 sztuk poduszek, 10 kompletów pościeli, 230 płaszczy damskich i męskich), a w dniach 18–10 października 1941 r. – 6330 kg (płaszcze, spodnie, marynarki, pościel)”.

Członkowie Sonderkommando przywłaszczali sobie odzież wierzchnią i przedmioty codziennego użytku będące w dobrym stanie. Zabierali je do domu bądź wymieniali na za wódkę, żywność lub pieniądze. Kazimierz Sakowicz w dzienniku relacjonuje: „handel na całego. Kupują ubrania za 100 rubli, a znajdują zaszyte 500 rubli! Szaulisi z wypchanymi plecakami, z zegarkami, pieniędzmi itd. Handel na całego za »butelkę skaidrioji« (3/4 litra) – ubrania itd.”. W 1943 r. zdarzało się to bardzo często, więc Martin Weiss zabronił podwładnym zabierania pozostawionej odzieży bez jego zgody. Za naruszenie tego zakazu groziła kara śmierci. Jeden nieustalony z nazwiska funkcjonariusz Sonderkommando został zastrzelony przez dowódcę w bazie za samowolne przywłaszczenie rzeczy osobistych po zamordowanych Żydach. Zniszczoną odzież palono na miejscu w ogromnym ognisku przed przystąpieniem do egzekucji.

Litewski policjant i żydowscy więźniowie, Wilno 1941 roku (fot. Bundesarchiv, Bild 183-B10160 / CC-BY-SA 3.0)

Egzekucje najczęściej odbywały się w godzinach rannych i przedpołudniowych. Zdarzało się, że po pracy członkowie Sonderkommando udawali się do pobliskich gospodarstw, aby się umyć. Mieszkaniec Ponar Czesław Okuniewicz w 1972 r. złożył następujące zeznanie: „po zakończeniu egzekucji widziałem ich, jak przychodzili pod mój dom myć ręce. Zauważyłem na butach krew, którą zmywali [...] Fakt obmywania się Litwinów z krwi widziałem kilkakrotnie”. Następnie około godziny czternastej pluton egzekucyjny i wartownicy wracali do bazy, skąd odjeżdżali samochodami ciężarowymi na obiad do stołówki mieszczącej się w siedzibie Sonderkommando przy ul. Wileńskiej (od 1943 r. przy ul. Giedymina 36) w Wilnie.

Po akcji w bazie zostawało od dwóch do pięciu wartowników, którzy pełnili służbę przez całą dobę według grafiku. Korsakas z wileńskiego oddziału specjalnego zeznał w 1976 r.: „ci, którzy rozstrzeliwali, tak jakby dla wypoczynku pełnili wartę, a ci, którzy ochraniali, szli rozstrzeliwać. Osobiście wiele razy to widziałem i dlatego też dobrze wiem, iż rozstrzeliwali wszyscy członkowie oddziału specjalnego”.

Na koniec litewscy dowódcy komanda egzekucyjnego składali Weissowi meldunki o liczbie osób doprowadzonych na egzekucję i zamordowanych. W meldunkach pisemnych bądź ustnych używali przyjętego w placówce zewnętrznej niemieckiej policji bezpieczeństwa stylu, w którym zamiast słowa „rozstrzelanie” używano wyrażenia „szczególne traktowanie”. Chociaż Weiss miał niższy stopień wojskowy niż litewscy dowódcy komanda egzekucyjnego, był osobą najważniejszą w gradacji służbowej. Członek Sonderkommando Petras Czarniauskas przesłuchiwany w 1969 r. przez śledczego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów LSRR zeznał: „bez Weissa oddział specjalny niczego nie przedsiębrał. Chociaż on był w stopniu szeregowca, to jednak dawał rozkazy oficerom oddziału i ci bez żadnego gadania wykonywali. Członkowie oddziału żartowali, że szeregowy rozkazuje oficerom”.

Rozstrzeliwanie bardzo dużej liczby osób i niewłaściwe grzebanie zwłok groziło wybuchem epidemii. W lipcu 1942 r. Zarząd Zdrowia Powiatu Wilno skierował pismo do lekarza konsultanta zatrudnionego przy Komisariacie Okręgowym w Wilnie w sprawie objęcia nadzorem służbowym lasku ponarskiego. Wstępna ekspertyza zawierała opis miejsc, w których należało uporządkować zwłoki w celu uniknięcia niebezpieczeństwa wybuchu zarazy. Informacje o bazie brzmiały następująco: „w lasku Ponary (w pobliżu dworca Ponary) groby masowe położone trochę wyżej w gruncie piaszczystym. Jest kilka kolistych miejsc pochówku o obwodzie 30 metrów. W przypadku osypania się piasku miejsca te są dosypywane. Miejsca pochówku są ogrodzone i znajdują się pod ciągłym nadzorem i podlegają niemieckiej policji bezpieczeństwa”.

Ostatnia masowa egzekucja w Ponarach została przeprowadzona 3–4 lipca 1944 r. Śmierć poniosło wówczas około 4 tys. osób przywiezionych z więzienia na Łukiszkach i aresztu przy ul. Ofiarnej w Wilnie. Egzekucja ta różniła się od poprzednich. Nie wystawiono wówczas dziesięcioosobowego plutonu egzekucyjnego. Mordu dokonano przy użyciu broni automatycznej, aby zmniejszyć liczbę strzałów. Zwłoki zgromadzono w jednym dole i przysypano cienką warstwą piachu.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Moniki Tomkiewicz „Zbrodnia ponarska 1941–1944” bezpośrednio pod tym linkiem!

Monika Tomkiewicz
„Zbrodnia ponarska 1941–1944”
45 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Rok wydania: 2022
Liczba stron: 432
ISBN: 978-83-8229-459-0
EAN: 9788382294590
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Monika Tomkiewicz
Doktor habilitowany nauk humanistycznych, stypendystka Johannes Gutenberg Universität Mainz, tłumacz języka niemieckiego. W latach 2000-2018 historyk-archiwista w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku, od 2018 r. zatrudniona w Biurze Badań Historycznych IPN. Specjalizuje się w dziejach najnowszych, szczególnie w historii okupacyjnej byłego województwa wileńskiego i Pomorza. Jest członkiem Stowarzyszenia Polaków Naukowców Litwy i Rady Muzeum Stutthof w Sztutowie.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy