Kapy do Bułgarii, kożuchy z Turcji... Wakacyjno-handlowe przygody turystów z PRL

Wakacje to czas odpoczynku, podróży i oderwania się od codziennych problemów. Czy można jednak łączyć relaks z niezłym biznesem? Doświadczenie społeczeństw krajów socjalistycznych, wykorzystujących zagraniczne podróże do mniejszego lub większego handlu, pokazuje, że jest to możliwe.

Dodajmy, że chodzi tu o doświadczenie dużej części podróżujących wówczas do innych demoludów, o czym świadczy pojawianie się go we wspomnieniach i anegdotach z życia w PRL prawie tak często, jak kolejki do sklepów czy Fiat 126p. Zjawisko handlu na wakacjach miało wiele swoich wymiarów, różnie ewoluowało w czasie. Czym było warunkowane? Co cieszyło się największym wzięciem? Jak ustosunkowywała się do tego władza?

Od Łaby po Władywostok z dowodem osobistym

Zjawisko „handlu turystycznego” w obrębie bloku socjalistycznego w wyraźny sposób wiązało się z innym charakterystycznym elementem rzeczywistości państw demokracji ludowej, jakim było radykalne zwiększenie się mobilności zagranicznej ich społeczeństw po 1956 r. Wiązać należy je z chruszczowowską odwilżą i swoistą rekompensatą za kilka lat stalinowskiego zamknięcia, i to nie tylko na Zachód, ale w znacznym stopniu także na kraje bloku. Całość została zainicjowana w Związku Radzieckim, który w końcówce 1955 r. zliberalizował swoją politykę wizową. Już w następnym roku liczba wyjazdów z Polski do „Ojczyzny światowego proletariatu” osiągnęła 93 tys. (rok wcześniej – ok. 11 tys.). Podobny skok miał miejsce w przypadku wyjazdów z PRL do Czechosłowacji i NRD. Zwiększenie wyjazdów do krajów socjalistycznych mogło być elementem programu pogłębiania integracji państw w ramach bloku, jednocześnie zaś próbą zrekompensowania ich mieszkańcom dalszych ograniczeń (choć już mniejszych niż kilka lat wcześniej) w wyjazdach na Zachód.

Wkładka paszportowa - dokument upoważniający do prostszego przekroczenia granicy w ramach bloku demokracji ludowych.
Z nową „polityką wyjazdową” wiązały się też ułatwienia w praktyce przekraczania granicy. W 1956 r. weszła w życie polsko-czechosłowacka konwencja o ruchu turystycznym w Tatrach i Pieninach, która pozwalała przekraczać granicę i poruszać się po określonym terytorium sąsiada na podstawie kart wydawanych przez lokalne władze. W latach 60. na podstawie dwustronnych umów w ramach bloku uproszczono procedury wyjazdowe, znosząc m.in. obowiązek wizowy a także wprowadzając do użycia tzw. wkładki paszportowe. Była to forma uproszczonego paszportu, ważnego tylko z dowodem osobistym. Lata 70. przyniosły nowe ułatwienie – wpis do dowodu osobistego, upoważniający do podróży w ramach bloku bez paszportu.

Praktykę tę zapoczątkowano w 1972 r. Podpisana wówczas umowa PRL z NRD zrewolucjonizowała ruch transgraniczny na Odrze i Nysie. Liczba prywatnych wyjazdów czasowych obywateli polskich do zachodniego sąsiada skoczyła wówczas z 124 tys. w 1971 r. do prawie 9,5 mln w 1972 r. Do końca dekady podobne udogodnienia wprowadzono dla wyjazdów do Czechosłowacji, ZSRR, Węgier, Bułgarii i Rumunii. Po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego wpisy do dowodów straciły ważność, jednak po jego zniesieniu zastąpiono je 5-letnimi paszportami uprawniającymi do podróży w obrębie „zespołu europejskich państw socjalistycznych”. Wkrótce wyłączono je z obowiązującego wówczas obowiązku zdania paszportu po powrocie z zagranicy.

Skok w mobilności zagranicznej Polaków w ramach bloku najlepiej obrazują same liczby. O ile w 1960 r. odnotowano 50 tys. prywatnych wyjazdów do „kaesów”, o tyle w 1979 r. było ich już 8,6 mln (dla porównania, wyjazdy do krajów kapitalistycznych wzrosły w tym samym czasie z prawie 20 do 408 tys.). Rekordowy był rok 1977, gdy do „bratnich państw” wyjechano nieco ponad 11 mln razy. „Karnawał Solidarności” i stan wojenny zahamowały to zjawisko (władze innych państw obawiały się przyjezdnych z Polski bojąc się „kontrrewolucyjnej zarazy”), jednak już od 1983 r. liczba wyjazdów przekroczyła milion, u schyłku PRL wynosząc co najmniej 3 mln. Od 1965 r. wyjazdy indywidualne zaczęły przeważać nad zorganizowanymi wyjazdami grupowymi, popieranymi przez władze i realizowanymi przez biura podróży, organizacje turystyczne czy związki zawodowe.

Celem podróży turystycznych była także Jugosławia, w której mimo ustroju socjalistycznego panowało duże otwarcie na Zachód. Warto dodać, że popularną, a jednocześnie specyficzną formą wyjazdów były także podróże do niektórych krajów kapitalistycznych, pozostających poza grupą głównych państw „zachodnich”. W latach 70. Austria, Finlandia i Szwecja zniosły obowiązek wizowy dla obywateli polskich, co znacząco wpłynęło na liczbę podróży do tych krajów. Równie chętnie odwiedzano Turcję, przyciągającą polskich turystów nie tylko swoimi krajobrazami i zabytkami.

Kapy, kryształy, kremy...

Handlowano zarówno tradycyjnymi polskimi „towarami eksportowymi” (bursztyn), przedmiotami sprowadzonymi z Zachodu (amerykańskie papierosy) jak i zgrzebnymi wyrobami polskiego przemysłu (żelazka). Wielką popularnością cieszyła się zawsze polska wódka, chętnie kupowana zarówno w krajach bloku, jak i w Austrii czy Szwecji. W wielu relacjach z handlowych wypraw pojawiały się informacje, że proste przejście się w odpowiednim miejscu z półlitrówką „czystej” w ręku bądź kieszeni zapewniało korzystne zbycie tego towaru. Innym fenomenem handlowym stały się też... kapy, wywożone zwłaszcza na południowy-wschód. Badania socjologiczne nad handlem turystycznym z lat 60. uchwyciły doskonałą scenkę rodzajową związaną z tym segmentem „rynku”: Respondent, który nabył w Sukiennicach w Krakowie kapy na łóżko nie musiał wybierać i zastanawiać się jaką kupić, bo ekspedientka zapytała: „Na Związek Radziecki, czy na Bułgarię?” po czym zapakowała mu dwie kapy, które istotnie były takie, jakich w Bułgarii poszukiwano.

Czterdziestolatek (reż. Jerzy Gruza), odc. 17 Cwana bestia czyli kryształ. Problemy inżyniera Karwowskiego w Budapeszcie. Kolegę bardzo zaskoczyło, że Polak z Warszawy chce kupić kryształ... (od 3:27)

Jednym z symboli polskiego czarnorynkowego eksportu stały się produkty ze szkła ołowiowego, popularne „kryształy”. Fenomen tego nietypowego towaru doskonale uchwycono w jednym z odcinków Czterdziestolatka, przedstawiającym służbową podróż inżyniera Karwowskiego do Budapesztu. Chęć kupienia nowego kryształu na upominek (w miejsce rozbitego) wprawiło w konsternacje węgierskich sprzedawców.

W ZSRR dużym wzięciem cieszyła się odzież, a absolutnym hitem były jeansy, nie tylko zresztą markowe z Zachodu, ale również polskie podróbki – zarówno produkowane w szczecińskich zakładach „Odra”, jak i te robione sposobem chałupniczym przez zaradne krawcowe. Przez ponad 30 lat wytworzyły się całe „szlaki” handlowe, m.in. „barani” do Bułgarii, „kosmetyczno-odzieżowy” do Rumunii, „kryształowo-dewizowy” do Jugosławii czy „lniany” na Węgry. Nieoficjalnymi kanałami komunikacji społecznej łatwo można było zdobyć informacje co i gdzie najlepiej „chodzi”.

W drugą stronę szły nie tylko dewizy (przede wszystkim dolary i marki zachodnioniemieckie, ale także waluty socjalistyczne, które również można było sprzedać na czarnym rynku). Z podróży zagranicznych przywożono chętnie towary, których brakowało na polskim rynku. Turcja słynęła z wyrobów skórzanych i kożuchów, ZSRR ze złota i aparatów fotograficznych a Czechosłowacja z artykułów przemysłowych. Otwarcie granicy z NRD w 1972 r. spowodowało radykalny napływ Polaków i wykupywanie przez nich towarów w sklepach za Odrą – niemiecka straż graniczna zatrzymywały m.in. osoby przewożące 103 kg rodzynek, 45 kg margaryny, 95 metrów materiału na garnitury bądź też 145 kg wiórek kokosowych.

Radioodbiornik Sylwia, wyprodukowany w bydgoskich Zakładach Radiowych Eltra w 1966 r. Wśród towarów wywożonych z kraju znajdowały się również radia tranzystorowe polskiej produkcji (fot. Wojciech Pysz, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).

Wystarczy położyć towar na stoliku...

Sprzedaż lub kupno w zasadzie nie sprawiały żadnej trudności – z walizki, samochodu czy torby dało się handlować na postoju, bazarze czy w kawiarni. Tym bardziej, że chęć zakupu zgłaszali sami miejscowi. To nie ja np. zaczepiałem gospodarzy, proponując im sprzedaż, lecz rzecz się miała odwrotnie. Na każdym kroku nagabywano mnie o papierosy, spirytus i niemieckie zegarki. Robiła to także obsługa w schroniskach – mówił respondent badań nad wakacyjnym handlem z Czechosłowacją. Bo obok Polaków sprzedających kryształy w Budapeszcie czy Lwowie istnieli także Czesi, Węgrzy i Jugosłowianie handlujący na dworcach Katowic i Krakowa.

Wyjazdy grupowe, w czasie których teoretycznie handel powinien być utrudniony (czujne oko pilota, wstyd przed współtowarzyszami podróży), paradoksalnie go tylko ułatwiały. W większą ilość osób łatwiej było transportować towar i przede wszystkim – znaleźć zbyt i dobre okazje do nowych zakupów. Nie dziwi więc fakt, że w 1974 r. uczestnicy 92-osobowej wycieczki do Egiptu wywieźli m.in. 68 kryształów, 38 żelazek, 21 zegarków Ruhla i 17 wentylatorów. Łączna wartość sprzedanych tam towarów wyniosła 53 tys. złotych, nowe zakupy, sprowadzone do PRL, były już warte niemal 10 razy tyle. Prywatny eksport i import miał miejsce nawet w tzw. pociągach przyjaźni, organizowanych przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej propagandowych wyjazdach, w których udział brali bardziej wyselekcjonowani uczestnicy.

Wraz z podpisaniem polsko-czechosłowackiej konwencji turystycznej o ruchu w Tatrach i Pieninach na południowej granicy rozwinęła się działalność tradycyjnych sieci przemytniczych. W nowej sytuacji wystarczyło tylko dać miłośnikowi górskich wędrówek niewielką ilość przemycanego towaru i poprosić go, by za drobną korzyścią oddał przesyłkę właściwej osobie. Nawet duża ilość kontrabandy, rozbita na wiele pojedynczych „mrówek”, pozwalała skutecznie prowadzić transgraniczne interesy.

O handlu wiedzieli organizatorzy poszczególnych przedsięwzięć turystycznych, ale często przymykali na to oka a czasem sami to ułatwiali. W latach 60. zakłady pracy z południa Polski organizowały jednodniowe wycieczki do Czechosłowacji, w sam raz, by coś sprzedać i kupić (oficjalnie bądź prywatnie). W późniejszych dekadach biura podróży organizowały wycieczki do Austrii bądź Szwecji „o skróconym programie zwiedzania”, za to sprzyjających transakcjom handlowym. Podobnie wyglądały niektóre podróże na Węgry – dla części odwiedzających ten kraj pobyt nad Dunajem sprowadzał się do dworca kolejowego Keleti, jednego z centrum miejscowego czarnego rynku.

Dworzec kolejowy Keleti w Budapeszcie - centrum węgiersko-polskiego czarnego rynku (fot. Markv, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).

W handlu detalicznym nie raz stosowano metody łańcuszkowe, polegające na sprzedawaniu i kupowaniu towarów we wszystkich miejscach przez które się przejeżdżało. Podróż do Rumunii, Bułgarii i Turcji odbywała się przez Lwów, ważny punkt na mapie czarnorynkowej turystyki handlowej. Sprzedawane tam jensy pozwalały kupić to, co na południu cieszyło się największym zainteresowaniem. W ten sposób „tranzyt lwowski” stał się zmartwieniem zarówno dla polskich celników jak i radzieckich milicjantów.

Już w Polsce kupiony towar można było spożytkować w różny sposób. Po 1956 r. w Polsce otwarto państwowe komisy, w których towary można było sprzedawać prawie bez ograniczeń (najpoważniejszym był zakaz skupu przedmiotów w widoczny sposób pochodzących z kradzieży). Do wartości 6 tys. złotych transakcje były anonimowe, co w prosty sposób pozwalało legalizować prywatny import (podobnie postępowali marynarze, stanowiący inne ważne źródło zaopatrzenia, zwłaszcza wyrobami zachodnimi). W większości jednak kupione w ZSRR, Turcji czy NRD towary bądź to sprzedawano za pomocą prywatnych kontaktów, bądź też zużywano samemu lub przywożono rodzinie i znajomym, w ramach charakterystycznego dla PRL budowania kapitału społecznego („przysługa za przysługa”).

Recepta na kryzys

Już w latach 60. handel uznano za dobry sposób dofinansowywania wczasów. Na przekór politycznemu poparciu dla wyjazdów istniała istotna przeszkoda dla turystyki zagranicznej – pieniądze, a właściwie dewizy. Państwo chętnie gromadziło waluty (przede wszystkim dolary), niechętnie zaś się ich pozbywało, co skutkowało dużymi ograniczeniami w limitach walut (również socjalistycznych) przyznawanych na wyjazd. Brak funduszy na wakacje i potrzeba ich zdobycia dodatkowo wzmagał czarnorynkowy handel turystyczny. To wtedy narodziło się hasło Jesteśmy za biedni, by urlop spędzać w kraju.

Resztki muru berlińskiego na Potsdamer Platz w Berlinie. Upadek muru był nie tylko początkiem drogi do demokracji, ale także furtką do masowych wyjazdów handlowych Polaków za Odrę (fot. Andreas Thum, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0).
Dla innych import/eksport był intratnym zajęciem, umożliwiającym dorobienie do skromnej pensji. Doświadczenia zdobyte w latach 70. przydały się pod koniec następnej dekady, gdy polscy handlarze ruszyli na podbój zagranicznych rynków – czy to na Zachodzie („polskie targi” na Mexicoplatz w Wiedniu czy Potsdamer Platz w Berlinie Zachodnim), czy też na terenie chylącego się ku upadkowi ZSRR.

Najważniejszym celem było jednak zaspokajanie w ten właśnie sposób niedoborów rynkowych, wyraźniejszych wraz ze wzrostem potrzeb konsumpcyjnych w krajach bloku. Międzynarodowa skala tego zjawiska pokazuje powszechność niedostatków we wszystkich państwach demokracji ludowej, i to mimo różnic w ogólnym poziomie zaopatrzenia między Polską a Węgrami czy Czechosłowacją.

Co więcej, władza prawdopodobnie była świadoma tego, że handel turystyczny stał się ważnym czynnikiem społecznego radzenia sobie z kryzysem. Stąd też rządzący w jakiś sposób „wliczyli w koszty” te nieprawidłowości, widząc w nich również korzyści dla siebie. Najlepiej pokazuje to przykład stanu wojennego, w czasie którego starano się możliwie jak najszybciej przywrócić dawne zasady wyjazdów do krajów socjalistycznych. Z jednej strony miała być to rekompensata za zmniejszenia szans wyjazdów na Zachód, z drugiej zaś wiedziano, że w ten sposób uda się przerzucić na nieco zamożniejszych sąsiadów problemy zaopatrzeniowe polskiego społeczeństwa, a jemu samemu dać możliwość wydawania pozostających w ręku z powodu braków na półkach pieniędzy. Nasuwa to pytanie, które od pewnego czasu stawiają sobie badacze socjalistycznego czarnego rynku: na ile takie nieoficjalne, „wolnorynkowe” zachowania były kapitalistycznym wyłomem w centralnie planowej gospodarce, na ile zaś jej integralną częścią, wentylem bezpieczeństwa łagodzącym przypisane takiemu systemowi „przejściowe problemy”.

Niezależnie od motywacji, handel turystyczny był doświadczeniem milionów Polaków wyjeżdżających na urlop do „bratnich krajów”. Bez wątpienia uznać go można za fenomen, łączący wprowadzenie masowych wczasów zagranicznych z gospodarką niedoboru. I jako tak specyficzne zjawisko, zanikł on w zasadzie niedługo po śmierci w Polsce systemu realnego socjalizmu.

Bibliografia:

  1. Kochanowski Jerzy, „Jesteśmy za biedni, aby urlop spędzać w kraju”. Masowa turystyka i nielegalny handel w latach sześćdziesiątych XX w. Perspektywa polska, „Roczniki Dziejów Społecznych i Gospodarczych”, t. 68, 2008, s. 125-150.
  2. Tenże, Pionierzy wolnego rynku? Nieoficjalna wymiana handlowa między społeczeństwami krajów socjalistycznych Lata 70. i 80. [w:] Bocznymi drogami. Nieoficjalne kontakty społeczeństw socjalistycznych 1956-1989, pod redakcją naukową Włodzimierza Borodzieja i Jerzego Kochanowskiego, TRIO, Warszawa 2010, s. 109-144.
  3. Tenże, Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989, Wydawnictwo Neriton/Instytut Historyczny UW, Warszawa 2010.
  4. Sowiński Paweł, Wakacje w Polsce Ludowej. Polityka władz i ruch turystyczny (1945-1989), TRIO/Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa 2005.
  5. Stola Dariusz, Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949-1989, Instytut Pamięci Narodowej/Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa 2010
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Tomasz Leszkowicz
Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Doktorant w Instytucie Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Instytutu Historycznego i Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Publikował m.in. w „Mówią Wieki”, „Uważam Rze Historia”, „Pamięci.pl”, „Polityce” oraz „Dziejach Najnowszych”. Oprócz historii pasjonuje go rock i poezja śpiewana, jest miłośnikiem kabaretów, książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta oraz gier z serii Europa Universalis.

Wszystkie teksty autora

Polecane artykuły
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy