Autor: Talgat Jaissanbayev
Tagi: Artykuły, Historia kultury i sztuki, 1945-1989, Europa Wschodnia
Opublikowany: 2020-12-21 18:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Kulturalna kradzież w ZSRR

„W ZSRR, w odróżnieniu od Zachodu, muzeów się nie okrada” – stwierdziła swego czasu Minister Kultury ZSRR Jekaterina Furcewa. Wizerunki czterech ewangelistów pędzla Fransa Halsa mają za sobą burzliwą historię obejmującą sztormy, wojny, rabunki i zwykłe niedbalstwo. Z Rosjanami łatwo nie miał też „Święty Łukasz”.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Niezwykłe przygody ewangelistów

W 1625 roku Frans Hals, obecnie słynny na cały świat holenderski mistrz portretu, namalował cztery płótna ukazujące ewangelistów: św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza oraz św. Jana. Były to jedne z niewielu jego prac o tematyce religijnej. Przez ponad 150 lat ewangeliści nieustannie zmieniali właścicieli, przechodząc z rąk do rąk w spadkach, jako forma spłaty długów i tym podobnie. Aż do 1771 roku, gdy płótna, na zlecenie carycy Katarzyny II, nabył na targach jej agent w celu urozmaicenia nowej zabawki jej cesarskiej mości – Ermitażu. Muzeum, które dzisiaj można określić mianem rosyjskiego Luwru. Ewangeliści mieli dostać się do Rosji statkami. Podróż ta nie była łatwa. Miał miejsce sztorm, który zatopił jeden z nich. Do dzisiaj leży na dnie Morza Bałtyckiego wraz ze swoimi skarbami. Jednak ewangelistom udało się przedostać do Sankt Petersburga.

Autoportret Fransa Halsa

W Ermitażu jednak, gdy przyjrzano się niewielkim obrazom (70 na 50 cm) z namalowanymi na nich ludźmi o prostych twarzach, w skromnych ubraniach i w niebogatym otoczeniu zajmującymi się prostymi czynnościami – pisaniem lub myśleniem – wybrzydzano: Na co ten agent marnuje carskie pieniądze? A gdzie groteska? A gdzie wielkość? A gdzie jakikolwiek imperialny rozmach?. I wrzucono owe obrazy na tyły magazynu, gdzie leżały one zakurzone przez 40 lat.

W 1812 roku wnuk Katarzyny II car Aleksander I, aby uczcić przepędzenie Napoleona z mateczki Rosji, polecił przekazać ze składów Ermitażu kilkadziesiąt niepotrzebnych obrazów o tematyce religijnej do Tawrii, na południe Ukrainy, w celu udekorowania prowincjalnych kościołów i cerkwi. W ten sposób obrazy powędrowały ze stolicy na słoneczne wybrzeże Morza Czarnego. Kiedy 40 lat później, podczas wojny krymskiej, rządził inny wnuk Katarzyny II Mikołaj I, a Rosja w starciach z koalicją państw zachodnich ponosiła porażkę za porażką i panował istny bałagan, ewangeliści zostali rozłączeni i ostatecznie zgubieni.

Święty Marek wypłynął z powrotem niemal 100 lat później na Zachodzie, gdzie wędrował po kolekcjach prywatnych jako obraz nieznanego autora. Prawdopodobnie dzieło zostało sprzedane do Europy w latach 20–30. XX wieku, podczas industrializacji ZSRR. Bolszewikom, w celu rozpętania nowej wojny światowej, która miała wyzwolić lud pracujący na całej planecie, potrzebne były zachodnie technologie i maszyny. A płacić nie było czym. Rozgrabiano więc kraj, dobra obywateli, radziecką wieś, cerkwie i muzea. Wszystko odsyłano na Zachód: „Bierzcie – i tak wam niedługo wszystko odbierzemy! Sprzedajecie nam sznur, na którym was powiesimy!”. Jednak wyzwolenie się nie powiodło. Dopiero w 1972 roku zaczęto się domyślać, że ów obraz nieznanego autora w prywatnej kolekcji może być dziełem twórcy holenderskiego realizmu sprzed ponad 300 lat – Fransa Halsa. Obecnie Święty Marek znajduje się w Moskwie – obraz w 2013 roku zakupił od Europejczyków rosyjski miliarder.

Święty Mateusz pod koniec lat 20. ubiegłego wieku odnalazł się w magazynie Odeskiego Muzeum Sztuki Zachodniej i Wschodniej.

Święty Jan, tak samo jak Święty Marek – nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób – znalazł się na Zachodzie, gdzie również wędrował z rąk do rąk. Jego podróż skończyła się w 1997 roku, gdy w Londynie został podczas aukcji wykupiony dla Muzeum J. Paula Getty’ego w Los Angeles. Wciąż zdobi jedną z jego ścian na ekspozycji.

Święty Łukasz, tak samo jak Święty Mateusz, został odnaleziony w Odessie, tyle że nie w muzeum, lecz na rynku – próbowała go sprzedać prawie za darmo jakaś babcia. Przechodził akurat obok niej pewien znawca sztuki, zwrócił uwagę na płótno i natychmiast kupił je od staruszki, słusznie podejrzewając, że to dzieło jakiegoś starego europejskiego mistrza. Odniósł je do Odeskiego Muzeum Sztuki Zachodniej i Wschodniej. W ten sposób Łukasz i Mateusz znów się połączyli. W 1958 roku ostatecznie zidentyfikowano te obrazy jako prace Fransa Halsa, również przypadkowo. Płótna zauważyła specjalistka Ermitażu od sztuki holenderskiej, która została służbowo wysłana do Odessy. Łukasz i Mateusz ujrzeli światło dzienne i słusznie zajęli miejsce w centralnym punkcie muzeum. Niejednokrotnie dzieła były wysyłane na wystawy do innych miast ZSRR.

W 1965 roku Łukasza i Mateusza po raz kolejny zabrano na ekspozycję do Moskwy, do Państwowego Muzeum Sztuki Pięknej im. Puszkina, na wystawę sztuki zachodnioeuropejskiej XV–XVIII wieku.

9 marca 1965 roku, wczesnym rankiem, gdy już zamierzano otwierać drzwi muzeum dla pierwszych odwiedzających, zauważono, że w miejscu, w którym miał wisieć Święty Łukasz... nic nie ma. Pracownicy rzucili się na poszukiwania dzieła do pokojów obok. Za firanką znaleźli pozłacaną ramę – bez obrazu. Jakiś wandal bez skrupułów wyciął płótno z ramy.

Dzień sanitarny

Natychmiast zawiadomiono milicję. Przed kolejką oczekujących na wejście na drzwiach muzeum zawisła tabliczka: Zamknięte. Dzień sanitarny. Wybuchła awantura.

Na miejsce przebyła grupa milicyjna. Stróże prawa, rozejrzawszy się po muzeum, przesłuchali pracowników, od sprzątaczki do dyrektora, i zaczęli kreślić dla siebie wstępny portret pamięciowy złodzieja. Patrząc na to, w jaki sposób płótno pożegnało się z ramą – wycięte tępym nożem z przodu i w środku ramy – doszli do wniosku, że złodziej to dyletant, nieznający się na sztuce. Zawodowiec i miłośnik dziejów kultury najpierw oddzieliłby blejtram od ramy, następnie dokładnie wyciąłby płótno od tyłu, w innym przypadku obraz stałby się mniejszy.

Muzeum Sztuki Zachodniej i Wschodniej w Odessie (fot. Wadco2; CC BY-SA 4.0)

Po drugie płótno skradziono w nocy z 8 na 9 marca, z poniedziałku na wtorek. A jak wiadomo, muzea w poniedziałki co do zasady są zamknięte. Muzea radzieckie w tej kwestii szły ramię w ramię z całym światem. Mimo jednak zamknięcia dla odwiedzających w muzeum trwały zazwyczaj prace: sprzątanie, inwentaryzacja, odkurzanie, oględziny. To zaś oznaczało, że podejrzany to ktoś ze swoich, z pracowników muzeum – albo sam ukradł płótno, albo wpuścił złodzieja do środka.

To były pierwsze ustalenia. Żadnych odcisków palców, narzędzi przestępstwa ani innych dowodów. Nikt z przesłuchanych nie wzbudzał podejrzeń.

Skłaniano się ku wersji, że kradzieży obrazu słynnego Holendra dokonano na zlecenie jakiegoś zagranicznego miłośnika malarstwa Fransa Halsa. Moskiewska milicja kryminalna powiadomiła o swoich przepuszczeniach celników i KGB, aby ci „z zimnym umysłem, gorącym sercem i czystym rękami” mieli na oku przejście graniczne, pilnowali cudzoziemców interesujących się sztuką i nie wypuścili dobra ludowego poza granice kraju.

Równolegle zajęto się związkowym światem kolekcjonerów i miłośników antykwariatu. Był on niewielki i znany organom. W tamtych latach dzieła sztuki można było nabyć legalnie jedynie przez sieć specjalnych sklepów. Oczywiście istniał handel nielegalny – z rąk bezpośrednich. Przedstawiciele organów odwiedzili wszystkich znanych sobie przedstawicieli półświatka miłośników sztuki, a także zmusili do pracy swoją agenturę.

Nic. Nikt nie wiedział, kto mógł zlecić taką kradzież w jednym z najlepszym muzeów w kraju i kto mógł to zlecenie wykonać.

[embedful-21659]

Nie pomagała osobista ingerencja ministra kultury ZSRR Furcewej, którą z powodu władczego charakteru nazywano Katarzyną III. Na stanowisko ministra kultury spadła ze szczytów władzy – wydalono ją z posady członka Prezydium KC KPZR i zdegradowano do szeregowego przytakiwacza – członka KC. Na wieść o degradacji podcięła sobie żyły, jednak ją odratowano. Niektórzy w partyjnych kuluarach plotkowali, że kradzież z muzeum – biorąc pod uwagę zuchwałe oświadczenia wydawane w obecności dziennikarzy, że w ZSRR muzeów nie okradają – to sprawka jej wrogów, którzy chcieli Kat’kę dobić. Teraz Furcewa starała się uratować jedną z perełek dziedzictwa kulturowego i przy okazji siebie. Niemal codzienne męczyła ministra ochrony porządku publicznego RFSRR Wadima Tikunowa: „Wadimie Stiepanowiczu, no co tam? Jak postępy?”. Ten z kolei, żeby dokuczliwa baba odczepiła się w końcu ze swoim obrazem, męczył szefa moskiewskiej milicji kryminalnej Siergieja Burcewa, który dopiero co objął stanowisko. Nowy szef zaś codziennie zapraszał na dywanik Siergieja Dziarkowskiego, dowodzącego śledztwem w sprawie kradzieży obrazu, i także żądał efektów.

Rozczarowana postępowaniem milicji Furcewa wkrótce zwróciła się do starego koleżki, przewodniczącego KGB Władimira Semiczastnego: „Władimirze Jefomiczu, gliny nie dają sobie rady, a wy, czekiści, możecie wszystko! Pomóżcie!”.

I KGB pomogło. Tyle że początkowo niewiele było w tym szpiegowskich sztuczek. Pomógł, jak zawsze, przypadek.

Ten tekst jest fragmentem książki Talgata Jaissanbayeva „Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim”:

Talgat Jaissanbayev
„Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim”
37,99 zł
Wydawca: Novae Res
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka
Liczba stron: 392
Premiera: 11.12.2020
Format: 130x210 mm
EAN: 9788382190809

Chce pan nabyć obraz klasy Rembrandta?

Minęło pięć miesięcy poszukiwań...

Był śliczny sierpniowy dzień. Centrum Moskwy. Do obywatela radzieckiego, który pracował jako kierowca w ambasadzie Niemiec Zachodnich, a więc już dawno został zwerbowany i przeszkolony przez KGB, na Prospekcie Kalinina w pobliżu popularnego sklepu z płytami gramofonowymi „Melodia” – miejsca nielegalnego handlu zagranicznymi rzeczami – podszedł jakiś młody człowiek, z wyglądu zwykły homo sovieticus. Mężczyzna zaczął mówić w mieszaninie rosyjskiego, niemieckiego i angielskiego; interesował się, czy stojący przed nim obywatel radziecki nie jest przypadkiem Francuzem. Kierowca ambasady poczuł się wprawdzie nieswojo, ale to wzmogło w nim czujność i obudziło poczucie obywatelskiego obowiązku. Przypomniawszy sobie, czego uczył go kurator z bezpieki, nie dał się zwieść, lecz rozpoczął, na wszelki wypadek, operację szpiegowską.

Jekaterina Furcewa

– Jestem Niemcem – powiedział odruchowo ze względu na swoje miejsce pracy, z udawanym akcentem.

– Zachodni przynajmniej?

– No tak... a co?

– Nie chciałby szanowny kupić obrazu klasy Rembrandta? Cena: sto tysięcy rubli. – Stanowiło to równowartość dwóch i pół miliona współczesnych złotych.

W błąd, że stoi przed nim nie rodak, lecz przedstawiciel kapitalistycznego Zachodu, wprowadził mężczyznę wygląd pracownika ambasady. Jako szczęściarz w królestwie deficytu, bezguścia i szarości prezentował się on bardzo modnie, był zadbany, istny signor, Herr, mister czy monsieur z Mediolanu, Monachium, Londynu lub Paryża – miał dobrą pensję, znajomości oraz dostęp do różnych zagranicznych towarów, w tym do ubrań i akcesoriów niemożliwych do zdobycia dla zwykłego Wańki.

Kierowca odpowiedział, że on nie interesuje się sztuką, ale zna kogoś, kto to lubi. Umówili się, że go przyprowadzi i spotkają się za tydzień, 22 sierpnia, obok stołówki, w pobliżu basenu Moskwa. Obecnie w miejscu tym znajduje się największa cerkiew prawosławna na świecie – Sobór Chrystusa Zbawiciela. Jest to replika tego samego budynku, który stał w tym miejscu przed rokiem 1931, kiedy bolszewicy wysadzili cerkiew w powietrze, by mogła tu powstać ich własna naczelna świątynia – Pałac Rad, ze stumetrowym kręcącym się na szczycie Leninem wskazującym ręką na słońce. Tej jednak nie zbudowano. Zamiast owego planowanego owocu radzieckiej gigantomanii powstał otwarty całoroczny basen z gorącą wodą, który zimą parował nad Moskwą niemal jak Wezuwiusz nad Pompejami.

Na końcu rozmowy, ściskając dłoń rozmówcy, handlarz dziełami sztuki pogroził:

– Proszę pamiętać: jeśli poczuję, że coś nie tak, od razu zniszczę obraz.

Pożegnawszy się z nieznajomym sprzedawcą obrazów „klasy Rembrandta”, kierowca natychmiast pobiegł na plac Dzierżyńskiego17, by opowiedzieć o zdarzeniu.

Kompetentni towarzysze płaszcza i szpady szybko zrozumieli, że chodzi raczej o Świętego Łukasza, czyli skradziony w marcu obraz Fransa Halsa. Opracowali plan: przebrany za bogatego cudzoziemca, miłośnika sztuki funkcjonariusz KGB Leonid Krasnow, posiadający doświadczenie pracy za granicą i świetnie znający język niemiecki, podjedzie wraz z kierowcą na miejsce spotkania nowiutkim mercedesem z dyplomatyczną tablicą rejestracyjną ze specjalnego garażu bezpieki. Tam upewni się, że obraz faktycznie pochodzi z Muzeum im. Puszkina. W identyfikacji miał pomóc numer „1895”, namalowany czerwoną farbą w dolnym prawym rogu, oraz niewielka metka z tyłu. Jeśli obraz to rzeczywiście Święty Łukasz, funkcjonariusz miał poprosić sprzedawcę o włożenie płótna do pudełka dla lalki. Byłby to znak, że sprzedawcę można zatrzymywać. Sam Krasnow miał nie dotykać płótna. Przy okazji trzeba było się dowiedzieć, czy handlarz nie jest w posiadaniu innych obrazów wielkich mistrzów, jak również, czy działa sam, czy w grupie.

Spotkanie przebiegło według planu. Handlarz i potencjalny kupiec spotkali się we wskazanym miejscu i w wyznaczonym czasie. Kierowca przedstawił swojego „znajomego z ambasady RFN” – przebranego Krasnowa. Szybko stało się jasne, że przedmiotem sprzedaży jest faktycznie obraz Fransa Halsa Święty Łukasz, a sam sprzedawca to dyletant i amator w fachu przestępczym; nie ma też na sprzedaż innych obrazów.

– Wie pan co? Nie interesują mnie starzy Holendrzy. Ja bym z chęcią nabył kogoś z Rosjan, np. Kandinskyego.

– To, co ja proponuję, to przecież obraz światowej klasy.

– Nie chcę Halsa.

– No dobra, trochę zejdę z ceny...

– Eeee... no nie wiem...

– Jeszcze trochę zejdę...

Święty Łukasz, obraz Fransa Halsa

W końcu sprzedający przekonał „kupca” do nabycia dzieła Holendra za 60 000 rubli. Jednak handlarz „obrazami światowej klasy” nie miał przy sobie obrazu. Umówili się więc na następne spotkanie, podczas którego miało w końcu dojść do transakcji, prawie w tym samym miejscu – w okolicy stacji metra Kropotkinskaja, także w pobliżu basenu Moskwa. Spotkanie miało się odbyć 30 sierpnia o 12.30.

Po tym, jak każdy poszedł w swoją stronę, sprzedawcę obserwowali funkcjonariusze bezpieki. Mężczyzna przeszedł przez ulicę Wołchonka, podszedł do budynku Muzeum im. Puszkina i skorzystał z wejścia służbowego.

Jak zakładano od początku, w sprawę był zamieszany pracownik muzeum.

Szybko wyjaśniło się, kto nim jest. Miał na imię Walerij Wsiewołodowicz Wołkow, miał 26 lat i był karany. Pracował w Muzeum im. Puszkina jako renowator.

My – KGB. My wiemy wszystko

Pamiętając groźby Wołkowa o tym, że przy najmniejszym zainteresowaniu jego osobą zniszczy on obraz, nie zajmowali się nim w szczególny sposób – wystarczało nazwisko. Na następne spotkanie „kupiec” także pojechał nowym mercedesem z dyplomatyczną tablicą rejestracyjną i osobistym kierowcą. Plan był taki sam – należało się upewnić, że obraz jest prawdziwy, następnie poprosić o umieszczenie płótna w pudełku dla lalki, a potem dokonać zatrzymania.

Sprzedawca ponownie przyszedł na spotkanie bez obrazu. Powiedział, że znajduje się on niedaleko i zaprasza ze sobą wyłącznie kupującego. Za oddalającymi się Wołkowem i Krasnowem podążyli koledzy z KGB. Ale w malutkich, wąskich uliczkach starej Moskwy czekiści ich... zgubili. Postanowili jednak zachować spokój, ponieważ – sądzili – mężczyźni i tak na pewno wrócą do samochodu.

Tymczasem Krasnow, udający Niemca, i Wołkow weszli do niskiego piętrowego budynku znajdującego się przy ulicy Arbat, jednej z bocznych uliczek spacerowych w centrum Moskwy. W pomieszczeniu jednego z mieszkań spotkali jakiegoś nastolatka, który bez słowa poszedł w głąb lokalu, a następnie przyniósł stamtąd zawinięte w materiał płótno. To był Święty Łukasz. Numer i metka pozostały na miejscu.

Gdy kierownictwu operacją przekazano przez radio, że obiekt 1 i 2 ponownie znajdują się w polu widzenia, dodano także, że pudełko znajduje się w rękach podejrzanego. To zaś oznaczało, że obraz został rozpoznany i można zatrzymać sprzedawcę.– Komitet Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR. Proszę z nami. Jesteście zatrzymani.

Podczas przesłuchania, które rozpoczęło się niemal od razu, Wołkow do niczego się nie przyznawał. Obrazu nie ukradł, lecz przypadkiem znalazł go w kotłowni w muzeum. Do niczego nieprowadząca rozmowa zaczęła męczyć funkcjonariuszy, więc jeden z nich, ten, który kartkował notes zatrzymanego i zauważył napisane tu i tam imię Izolda, zapytał:

– No dobrze, obrazu nie kradłeś... Lepiej opowiedz o Izoldzie.

Przesłuchiwanemu zrzedła mina.

– Jak? Wy i o tym wiecie?

Nie wiedząc nic o Izoldzie, ale mając świadomość, że trafił w punkt, funkcjonariusz odpowiedział:

– My – KGB. My wiemy wszystko.

– Dobrze, powiem prawdę, tylko nic jej nie róbcie. Ona nic nie wie.

Ten tekst jest fragmentem książki Talgata Jaissanbayeva „Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim”:

Talgat Jaissanbayev
„Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim”
37,99 zł
Wydawca: Novae Res
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka
Liczba stron: 392
Premiera: 11.12.2020
Format: 130x210 mm
EAN: 9788382190809

Wszystko przez kobiety

Urodzony 4 grudnia 1938 roku w Moskwie Wołkow miał śliczną dziewczynę – Izoldę, w której zakochał się do szaleństwa. Młoda panienka uwielbiała sklepy, restauracje i drogie prezenty. Ale skąd na to wszystko miał wziąć pieniądze w robotniczo-chłopskim raju młody stolarz pracujący w fabryce, ponadto karany za kradzież i przebywający na zwolnieniu warunkowym? Nie zamierzał on jednak ani zrezygnować z pięknej kochanki, ani obniżać wydatków. W ten sposób z czasem u Wołkowa pojawiły się długi i kłopoty.

Poprawić sytuację i wznieść się na wyższy szczebel pomógł mu przypadek. Pewnego dnia w tramwaju ustąpił on miejsca miłemu staruszkowi i zagadał się z nim. Staruszek okazał się kustoszem z Muzeum im. Puszkina. Gdy sympatyczny młody człowiek ponarzekał nieco na życie, dobry dziadek się rozczulił i powiedział, że mu pomoże. Przecież każda starsza osoba wie, że jeśli ktoś ustępuje miejsca w transporcie publicznym i wita się na klatce schodowej, musi być dobrym człowiekiem. Tym bardziej że stojący przed nim dobry młody człowiek powiedział, że on po pierwsze jest stolarzem, a po drugie (uwaga!) młodym specjalistą od malarstwa, który lada chwila ukończy prestiżowy Moskiewski Państwowy Instytut Sztuki im. Surikowa. Kustosz obiecał napomknąć o nim słowo w dziale kadr w Muzeum im. Puszkina – jednym z najlepszych muzeów w kraju. Wołkow kłamał – ukończenie „Surikowki” było jego marzeniem, jednak z powodu braku samodyscypliny pozostawało jedynie fantazją.

Święty Mateusz, obraz Fransa Halsa

Gdy okazało się, że przypadkowy nowy znajomy z muzeum dotrzymał słowa i naprawdę polecił Wołkowa w dziale kadr na stanowisko renowatora, ten nie wyprowadził z błędu nieszczęsnego kustosza, który potwierdził, że mężczyzna jest młodym specjalistą od malarstwa, ponadto stolarzem, kończy „Surikowkę” i niedługo przyniesie swój dyplom do okazania. Kierownik wydziału nagiął zasady i przyjął Wołkowa do pracy. Przecież wstawił się za nim ulubiony kustosz.

Fakt, że skłamał i że wcześniej czy później trzeba będzie okazać dyplom, niewiele Wołkowa obchodził. Najważniejsze było to, że udało mu się zamienić pracę stolarza w fabryce na posadę renowatora w jednym z najlepszych muzeów w kraju. Choćby tymczasowo. Później coś się wymyśli.

Rozwiązaniem mogło stać się zakupienie dyplomu. W tej kwestii Wołkow poprosił o pomoc swojego kolegę Walerija Aleksiejewa, ksywka „Sztukmistrz”, który handlował dziełami sztuki, a wieść niosła, że maczał też palce w jakichś ciemnych, nie do końca legalnych sprawach. „Sztukmistrz”, o rok młodszy niż Wołkow, niedouczony filozof (co prawda, uczył się nie byle gdzie, bo w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, słynnym MGU), obecnie – przynajmniej oficjalnie – pracował jako ślusarz w zakładzie obsługującym budynki mieszkalne.

Aleksiejew powiedział:

– Żaden problem. Cena pustego dyplomu z pieczątkami i podpisami to tysiąc rubli.

Było to dziesięć średnich pensji. Takich pieniędzy Wołkow nie miał i Aleksiejew o tym wiedział. Podczas rozmowy o dyplomie „Sztukmistrz” jakby przypadkowo stwierdził:

– Ty przecież siedzisz na milionach u siebie w muzeum. Weź stamtąd coś niewielkiego i po sprawie.

Urabianie nieszczęsnego zakochanego, który pogubił się we własnych kłamstwach, trwało kilka tygodni. Okoliczności sprzyjały „Sztukmistrzowi” – pieniądze u Wołkowa już dawno się skończyły, nikt mu już nie pożyczał, tymczasem piękna Izolda potrzebowała funduszy na swoje wydatki. Wierzyciele żądali od Wołkowa spłaty długów. Ponadto dział kadr w muzeum zaczął się niecierpliwić i żądać okazania dyplomu pod groźbą zwolnienia z pracy. Wołkow odsunął od siebie strach związany z obawą powrotu za kratki i zdecydował, że ukradnie obraz z muzeum.

Na początku marca Aleksiejew pokazał Wołkowowi, o co „niewielkiego” mu chodziło – o Świętego Łukasza, którego nie tak dawno przywieziono do Moskwy z Odessy. Podobno zarówno obraz, jak i jego twórca Frans Hals byli słabo znani w ZSRR, jednak na Zachodzie bito się o płótna tego malarza i rzekomo można było sprzedać obraz z zyskiem. „Sztukmistrz” zapewnił Wołkowa, że on o wszystko zadba.

Na tym spotkaniu pokazał on wykonawcy, jak należy wy ciąć kilkusetletni obraz z ramy. Najpierw oddzielić ramę od blejtramu z płótnem. Potem ostrożnie odciąć nożem płótno od blejtramu, konieczne z tyłu. Następnie zwinąć płótno, lecz obowiązkowo farbą na zewnątrz, inaczej obraz popęka. Złodziej potrenował z Aleksiejewem na tanich obrazach z bazaru. Wołkow miał wszystko zrobić w rękawiczkach, aby nie zostawić odcisków palców. Bezpośrednio przed kradzieżą miał też zmienić buty.

Rankiem 8 marca, gdy Wołkow przyszedł do pracy, muzeum było zamknięte, a większość kolegów i koleżanek, schowawszy się w warsztacie renowatorów, już od rana świętowała Dzień Kobiet18 przy alkoholu i zakąsce. To było złodziejowi bardzo na rękę.

Święty Marek, obraz Fransa Halsa

O 11.00 Aleksiejew zadzwonił do muzeum i poprosił Wołkowa do telefonu. Powiedział, że będzie czekał na niego za kwadrans na klatce w budynku mieszkalnym naprzeciwko. Tam przekazał wykonawcy rękawiczki i nowe buty. Wołkow wyraźnie się przed kradzieżą denerwował – pocił się i trzęsły mu się ręce. „Sztukmistrz” był gotów na taką okoliczność i wyciągnął z kiszeni ćwierćlitrówkę czystej. Gorzałka uspokoiła Wołkowa i rozpoczął on skok.

Kamer i sygnalizacji w muzeum wtedy nie było, a jedyne zabezpieczenie obrazów stanowiły... kobiety w wieku emerytalnym. Stały one w salach i krzyczały na ludzi, gdy ci dotykali dzieł sztuki lub zachowywali się zbyt głośno. Wołkow, ominąwszy prędko strażniczkę, która stała w wejściu do sali, gdzie znajdował się obraz, i rozmawiała przez telefon, a na dodatek była po kilku kielichach, zdjął Świętego Łukasza ze ściany i udał się do innej sali – tam nikogo nie było. Zgodnie z instrukcją zaczął oddzielać blejtram od ramy.

Widocznie gorzałki było jednak za mało lub za dużo – blejtram się nie poddawał. A w każdej chwili ktoś mógł wejść. Nie myśląc wiele, nieudany renowator zaczął więc po prostu wycinać obraz z ramy od przodu. Mało tego, zwinął go farbą do wewnątrz, od czego Święty Łukasz cały popękał. Włożywszy obraz do rękawa, Wołkow szybko opuścił muzeum, wrócił do klatki, gdzie czekał na niego Aleksiejew, oddał obraz, rękawiczki i buty, po czym wrócił do miejsca pracy.To, że na wystawie brakuje jednego z obrazów, odkryto dopiero następnego dnia.

Kiedy przyjechała milicja, przesłuchała wszystkich pracowników, w tym Wołkowa, nie znalazł się on jednak w kręgu podejrzanych.

Sztuka przynależy ludowi!

Ku wściekłości renowatora bez dyplomu jego kolega „Sztukmistrz” przez dłuższy czas nie miał dla niego ani blankietu dyplomu, ani pieniędzy. Poirytowany Wołkow po tym, jak urządził kolejną awanturę, postanowił sprzedać obraz osobiście i zabrał od zleceniodawcy przestępstwa Świętego Łukasza. Czym to się zakończyło, wiemy.

21 lutego 1966 roku Walerijowi Wołkowowi postawiono zarzuty na podstawie art. 93 par. 1 k.k. RFSRR z 1960 roku – kradzież szczególnie wielkiej wagi. Po raz drugi w swoim życiu stanął przed sądem – tym razem przed Moskiewskim Sądem Miejskim, który skazał go na 10 lat więzienia. Ponadto obciążono go kwotą 901 rubli tytułem kosztów renowacji obrazu Świętego Łukasza, który został przez Wołkowa barbarzyńsko wykrojony z ramy, a tym samym zmniejszony, jak również zwinięty farbą do wewnątrz, co spowodowało poważne pęknięcia obrazu. Dodatkowo Wołkow jeszcze przez pół roku, w czasie gdy go poszukiwano, trzymał płótno za ciepłym piecem, z tego względu Święty Łukasz stracił kolory i został niemal całkowicie zniszczony.

Renowacja kilkusetletniego obrazu trwała dwa i pół roku. Obecnie Święty Łukasz cieszy odwiedzających wraz ze swoim „rodzeństwem”, Świętym Mateuszem, w Odeskim Muzeum Sztuki Zachodniej i Wschodniej.

Walerijowi Aleksiejewowi, ksywka „Sztukmistrz”... nic się nie stało. Podczas śledztwa zeznał on, że Wołkow wszystko zmyślił i że on nie zna w ogóle tego młodego człowieka. Nie będąc w stanie udowodnić mu winy, Aleksiejewa puszczono wolno.

Ten tekst jest fragmentem książki Talgata Jaissanbayeva „Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim”:

Talgat Jaissanbayev
„Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim”
37,99 zł
Wydawca: Novae Res
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka
Liczba stron: 392
Premiera: 11.12.2020
Format: 130x210 mm
EAN: 9788382190809

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Talgat Jaissanbayev
Kazach, urodził się w Woroneżu w Rosji w 1988 roku. Studiował w Kazachstanie, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Szwajcarii i Polsce. Przez całe życie podróżuje po różnych krajach, niemal jedenaście lat temu znalazł się w Polsce. Na SWPS w Warszawie ukończył prawo. Zawsze fascynował się historią, szczególnie dwudziestego wieku oraz państw totalitarnych. Swoje zainteresowania badawcze skupił na Związku Radzieckim, co pozwoliło mu przygotować pracę magisterską dotyczącą rozwoju radzieckiego prawa karnego. Analizując tamtejsze słynne zbrodnie, zdecydował się na przekazanie wiedzy o nich polskiemu czytelnikowi. Wolny czas poświęca swoim pasjom: piłce wodnej, rysowaniu oraz rekonstrukcji historycznej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy