Opublikowano
2011-09-06 22:32
Licencja
Wolna licencja

Panjandrum – rakietowe koło śmierci

Ci szczęściarze, którzy 19 sierpnia 1942 roku mieli okazję oglądać oddalający się brzeg Dieppe, na zawsze zapamiętali mur na plaży Niebieskiej. Ta prosta budowla przyczyniła się do zagłady Royal Regiment of Canada. Jeśli alianci mieli wedrzeć się szturmem do wnętrza Festung Europa, musieli opracować skuteczne metody niszczenia przeszkód. Ceną porażki była śmierć setek żołnierzy.


Większość umocnień wybudowanych przez Niemców na plażach północnej Francji była genialnie prosta. Wielkie betonowe schrony kryły w sobie działa niezbędne do zwalczania dużych jednostek floty inwazyjnej, jednak przeciwko barkom desantowym wzniesiono znacznie mniej zaawansowane pod względem technicznym konstrukcje. Drewniane pale, stalowe jeże, zdobyte na Belgach „bramy”, betonowe mury – te przeszkody nie wymagały wiele wysiłku przy budowie, a mogły rozedrzeć dno barki czy zatrzymać czołgi. Utknięcie na plaży równało się śmierci.

Belgijska „brama” - ciężki stalowy płot o szerokości około trzech metrów i wysokości około dwóch

Cudowna moc eksplozji

Najszybszą metodą usunięcia przeszkody jest jej wysadzenie. Alianccy saperzy byli bardzo dobrze przygotowani do tego zadania. Mieli do dyspozycji całą gamę sprawdzonych i wypróbowanych ładunków burzących, zapalających i kumulacyjnych. Mogli je przylepić do, wsunąć pod, lub nawet wystrzelić w kierunku celu. Problem w tym, że nawet najzdolniejszy saper pracował dość powoli pod ogniem karabinów maszynowych. Priorytetem stało się więc dostarczenie ładunku wybuchowego na plażę w bezpieczny dla lądujących sposób, pozwalający równocześnie na zniszczenie jak największej liczby przeszkód jednocześnie.

Koło zaczyna się toczyć

Zadanie opracowania nowej broni powierzono podlegającemu Admiralicji Zarządowi Rozwoju Różnych Rodzajów Broni (Directorate of Miscellaneous Weapons Development). Cokolwiek miało powstać w trakcie prac, zadaniem dostarczenia tego na miejsce obarczono by właśnie marynarkę, więc był to wybór oczywisty. Prace rozpoczęto w drugiej połowie 1943 roku. Zespół projektowy składał się z trzech osób: komandora G. Williamsona, komandora-porucznika N.S. Norwaya i porucznika R.C. Abela. Cała trójka była członkami Królewskiej Ochotniczej Rezerwy Marynarki Wojennej (Royal Naval Volunteer Reserve).


Film dokumentalny prezentujący brytyjskie wynalazki opracowywane na potrzeby inwazji w Normandii

Według obliczeń, do wybicia w betonowym murze (przyjmowano, że może mieć trzy metry wysokości i nieco ponad dwa metry grubości) dziury wystarczająco dużej, aby przejechał przez nią czołg, potrzeba było około jednej tony materiałów wybuchowych. Ładunek należałoby zdetonować tuż przy powierzchni przeszkody, inaczej siła eksplozji rozeszła by się dokonując mniejszych zniszczeń. Urządzenie mające dostarczyć go w głąb plaży musiało być na tyle solidne, by przetrwać podróż poprzez kanał La Manche na pokładzie barki desantowej oraz wytrzymać przebijanie się przez mniejsze przeszkody na plaży.

Rozwiązanie nadeszło ze strony oficera lotnictwa, pułkownika Finch-Noyesa. Zaproponował on zbudowanie dwóch kół o średnicy około trzech metrów, połączonych ze sobą dużym pudłem zawierającym około 1800 kilogramów materiału wybuchowego. Napęd stanowiły rakiety na paliwo stałe przymocowane pod kątem do kół przy ich krawędzi. Szkic wydawał się obiecujący, więc przyjęto go dość szybko do realizacji. Projekt nazwano „Panjandrum”, zapożyczając nazwę z tytułu jednego z wierszy Samuela Foote’a. Inspiracją miały być dwa ostatnie wersy.

Testy

Panjandrum z osiemnastoma rakietami Pierwsza próba urządzenia odbyła się 7 września 1943 roku w Westward Ho. Co ciekawe, przeprowadzono ją na oczach przypadkowych plażowiczów. Egzemplarze testowe nie posiadały głównego ładunku wybuchowego, a pustą przestrzeń wypełniano piaskiem. Łącznie przeprowadzono dziewięć prób. Począwszy od drugiej z nich testy odbywały się na Instow Beach. Na początku instalowano minimalną liczbę rakiet (osiemnaście), chcąc przekonać się o możliwościach nowej broni. Potem pozwalano sobie na trochę większe ekstrawagancje. Rakiety załadowane czterema i pół kilogramami kordytu wymieniono na dwukrotnie silniejsze, co miało zwiększyć prędkość urządzenia, a co za tym idzie celność i zdolność do pokonywania przeszkód. Stopniowo dokładano kolejne rakiety, dochodząc do siedemdziesięciu sztuk zamontowanych na specjalnej wersji tego niszczycielskiego urządzenia, wyposażonej w aż trzy koła.

Wszystkie prototypy cierpiały na chroniczny brak stabilności przekładający się na ciągłe zbaczanie z wyznaczonego kursu. Panjandrum zataczało spirale, wykonywało skręty o sto osiemdziesiąt stopni plując ogniem, a raz rozpadło się zanim zdążono uruchomić silniki. Mimo wysiłków konstruktorów i techników, po prostu nie chciało jechać prosto przez dłuższy czas. Winę za to ponosiły nierówno pracujące silniki i zbyt sztywna konstrukcja, wrażliwa na każdą nierówność. Próbowano temu zaradzić, mocując do urządzenia dwa stalowe kable podłączone do wyciągarek. Operator mógł, w teorii, nieznacznie zmieniać kurs Panjandrum poprzez delikatne operowanie znajdującymi się na nich hamulcami. Najbardziej znaczącym efektem tych prób było zmuszenie całości personelu i widzów do rzucenia się na piach, kiedy to liny pękły przy pierwszym użyciu hamulca i przeleciały przez plażę. Po dwóch tego typu eksperymentach zaprzestano jakichkolwiek prób kierowania Panjandrum.

Tak kończyła się większość testów Wiele problemów sprawiały także same rakiety, które urywały się podczas jazdy i eksplodowały w wodzie oraz na wydmach. Na początku testu Panjandrum jechało zazwyczaj przez chwilę w wyznaczonym kierunku, jednak z każdym przebytym metrem siły działające na mocowania rakiet były coraz większe. Mimo swej prostoty urządzenie to zdolne było do osiągnięcia prędkości do stu pięciu kilometrów na godzinę, więc siła odśrodkowa musiała być dość znaczna. W pewnym momencie któreś z mocowań po prostu nie wytrzymywało. Kilka pierwszych rakiet wzbijało się w powietrze, co destabilizowało całe urządzenie i przyczyniało się do urwania kolejnych rakiet. Nie zdołano sobie z tym poradzić aż do zakończeniu testów w styczniu 1944 roku. Cały projekt, choć interesujący z technicznego punktu widzenia, zakończył się klęską.

Porażka... ale czy na pewno?

W Normandii Churchill AVRE znakomicie zastąpił Panjandrum (fot. sierż. Wooldridge) 6 czerwca 1944 roku alianci ruszyli do szturmu. Drogę torowały im „zabawki” Hobbarta, w tym czołgi Churchill AVRE miotające osiemnastokilogramowe pociski nazywane „latającymi śmietnikami”. To one, przy wsparciu konwencjonalnych dział czołgowych, wzięły na siebie zadanie rozbijania tych betonowych umocnień, które przetrwały ostrzał artyleryjski i bombardowania. W krótkim czasie mur Festung Europa został przebity, a Alianci ruszyli dalej, ku walkom w Normandii.

Panjandrum okazało się ciekawym, lecz niemożliwym do użycia urządzeniem, które koniec końców okazało się zbędne. Jednak według dość popularnej teorii nigdy nie było traktowane jako broń mająca znaleźć zastosowanie podczas inwazji. Testowano je bez zachowania warunków tajności, na oczach tłumów. Całość wyglądała dość prymitywnie i wybitnie niebojowo. Kto przy zdrowych zmysłach podjąłby się zadania przetransportowania do brzegu urządzenia składającego się z prawie dwóch ton kruszącego materiału wybuchowego obwieszonego w najszybszym wariancie sześćset trzydziestoma kilogramami kordytu? Eksplozja zmiotłaby nie tylko barkę desantową przewożącą Panjandrum i ale kilka okolicznych. Coraz częściej łączy się ten wynalazek z tak zwaną operacją „Fortitude”. Miała ona na celu zmylenie Niemców co do miejsca desantu i alianckich możliwości technicznych, a jej najbardziej znaną częścią jest postawienie Pattona na czele nieistniejącej 1. Grupy Armii (FUSAG). Choć nie ma na dzień dzisiejszy żadnych oficjalnych potwierdzeń, wersja ta wydaje się bardzo prawdopodobna.

Panjandrum wiecznie żywe

Rysunkowy opis testów panjandrum (rys. dzięki uprzejmości andrielisilien)


Replika Panjandrum uruchomiona w 65. rocznicę lądowania w Normandii

Mimo upływu lat, pamięć o tym niezwykłym urządzeniu nie blednie. Jest ono na tyle wyjątkowe, że każdy, kto je zobaczy, na zawsze zachowa je w swojej pamięci. Panjandrum stał się częścią brytyjskiej kultury popularnej dzięki serialowi „Dad’s Army”. W grudniu 1972 roku w telewizji wyemitowano odcinek „Round and Round went the Great Big Wheel”, w którym dzielny pluton z Walmington on Sea spotyka się z radiowo kierowanym Panjandrum, który o mało nie zniszczył całego miasta. O żywotności pamięci o tym urządzeniu świadczy też uruchomienie jego repliki w sześćdziesiątą piątą rocznicę lądowania w Normandii. Pozostaje mieć nadzieję, że najbliższe lata i kolejne odtajniane dokumenty pozwolą uzupełnić historię tego rakietowego koła śmierci.

Bibliografia

Zobacz też


Redakcja: Roman Sidorski

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Pliniusz |

Hmm, czy nazwanie rakietowym kołem śmierci czegoś co nie zabiło żadnego ludka ani nie zdetonowało zapory maciupkiej jest aby na pewno zasadne?



Odpowiedz
Łukasz Męczykowski

Doktor nauk humanistycznych, specjalizacja historia najnowsza powszechna. Absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Miłośnik narzędzi do rozbijania czołgów i brytyjskiej Home Guard. Z zawodu i powołania dręczyciel młodzieży szkolnej na różnych poziomach edukacji. Obecnie poszukuje śladów Polaków służących w Home Guard.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org