Polski Rudolf Valentino? - wywiad z Ryszardem Wolańskim

Czy Eugeniusz Bodo był aktorem wielkiego formatu? Czy mógł zrobić wielką karierę w kinematografii zachodniej? Co wiemy o ciemnych plamach w jego życiorysie? Zapraszamy na rozmowę z autorem biografii Eugeniusza Bodo!

Ryszard Wolański - dziennikarz muzyczny, autor licznych reportaży i relacji z najważniejszych imprez i festiwali muzycznych. Laureat licznych nagród za popularyzację polskiej muzyki rozrywkowej i jazzowej,autor "Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie" oraz niedawno opublikowanej biografii Eugeniusza Bodo "Już taki jestem zimny drań".
Paweł Rzewuski: Życie kulturalne dwudziestolecia miało wielu gigantów: Adolf Dymsza, Zula Pogorzelska, Aleksander Żabczyński czy Grażyna Barszczewska. Jak to się stało, że akurat Eugeniusza Bodo wybrał Pan za bohatera swojej książki?

Ryszard Wolański: To proste, w mojej opinii to właśnie Eugeniusz Bodo był pierwszoplanowym bohaterem tamtych czasów.

**Dzisiaj popularność aktora mierzy się jego rozpoznawalnością, w tym także rozpoznawalnością za granicą. Czy Bodo był za granicą znany choćby w części tak jak np. Pola Negri? **

Nie, nie byłoby to nawet możliwe, po prostu dlatego że Bodo, znacznie większe triumfy święcił na rynku krajowym. Wiadomo, że miał w planie podbój Ameryki, ale wojna przekreśliła te plany. Co do Poli Negri, to wyemigrowała ona z zupełnie innych powodów i w zupełnie innych czasach, czyli w czasach kina niemego. Tymczasem Bodo znaczną, zasadniczą część swojej kariery poświęcił filmowi dźwiękowemu, któremu Pola Negri nie potrafiła już sprostać.

Popuśćmy wodze fantazji. W 1939 nie wybucha II wojna światowa, a podpisany przez Bodo lukratywny kontrakt z amerykańską wytwórnią filmową udaje się zrealizować. Czy Polak mógł zostać drugim Rudolfem Valentino?

Nie, włóżmy to między bajki. On nigdy nie chciał zostać Rudolfem Valentino. W wielu wywiadach, które miałem okazję czytać mówił wprost: „nienawidzę być amantem, nie jestem amantem”. Próbował zerwać z doczepioną mu łatką, zostając producentem, scenarzystą i reżyserem. Moc kina międzywojennego była jednak tak wielka, że producenci sprzedawali filmy kiniarzom nawet wtedy, gdy nie były jeszcze gotowe. Wystarczyła informacja, że zagra w nich Bodo. Z tego właśnie powodu, nie udało się jemu, podobnie zresztą jak i innym wielkim gwiazdom, sprostać tej przemożnej sile producentów filmowych i w oczach wielu kinomanów pozostał jednak amantem.

W pańskiej książce znajduje się ciekawostka w postaci reprintu z gazety, na którym Bodo informuje, że zapuszcza brodę. Czy rzeczywiście chodził przez pewien czas z brodą? Czy można to uznać za próbę zerwania z wizerunkiem amanta?

Chyba nie. Brodę zapuścił przy okazji wyjazdu do Afryki na czas zdjęć do filmu „Głos pustyni”. Była mu ona po prostu potrzebna do zagrania postaci Araba, w którą się wcielił. Wygłosił wówczas nawet „speech”, wydrukowany potem w jednej z gazet, dotyczący wyższości brody prawdziwej nad sztuczną. Powiedział, że w tamtych afrykańskich warunkach posiadanie brody sztucznej mija się z celem, w związku z tym, zapuścił brodę prawdziwą.

Kino dwudziestolecia i to z czasów późniejszych to dwie różne epoki. Gdyby jednak na chwilę zapomnieć o tym fakcie, to do której z późniejszych polskich gwiazd najchętniej przyrównałby Pan Eugeniusza Bodo?

Ech, wolałbym uchylić się od odpowiedzi na to pytanie. Nie da się przyrównać ani tamtego kina do kina współczesnego, ani aktorów z tamtej epoki do aktorów współczesnych. To są zupełnie dwa różne światy, zupełnie inny sposób pojmowania kina i zupełnie inna praca. Do głównych bolączek ówczesnego kina należały przede wszystkim problemy koszmarnego dźwięku, który pomimo licznych prób, nie został dopracowany. Kłopotliwy był również stosowany w kinie styl aktorstwa teatralnego: siłą rzeczy tylko takie aktorstwo miało wówczas rację bytu, przecież właśnie w teatrze się go uczono, nie gdzieś indziej. Dziś mamy szkoły filmowe uczące pracy przed kamerą, nie brakuje aktorów, którzy nigdy nie grali na deskach teatru, a są znanymi aktorami filmowymi. Kino przedwojenne to jednak zupełnie, zupełnie inna epoka.

Eugeniusz Bodo ma w swoim życiorysie ciemną kartę związaną ze spowodowanym przez niego w końcu lat dwudziestych wypadkiem samochodowym, w którym zginął jeden z jego przyjaciół. Dzisiaj taka osoba byłaby poddana silnemu ostracyzmowi społecznemu. Jak było w przypadku naszego bohatera?

Bodo został napiętnowany, dość szeroko rozpisywała się o tym prasa ogólnopolska. Mam liczne wycinki gazet, nawet z „brukowców”, nie tylko warszawskich, które pisały o tym wypadku. Tymczasem sam wypadek nie różnił się od wielu innych. W całej sprawie było zresztą wiele nieścisłości. Wrak auta zalatywał alkoholem, co stwierdził nawet jeden ze świadków. Matka Bodo, która też zeznawała w sądzie jako świadek, twierdziła z kolei, że niemożliwe było to, żeby jej syn pił. Zaświadczyła, że spożywał zupełnie innego rodzaju płyny w bufecie kabaretu „Morskie Oko”. Ale fakt jest faktem, że od tego czasu Bodo był abstynentem i nie zupełnie nie tolerował nadużywania alkoholu przez innych. Zresztą wypadek i podejrzenia o spowodowanie tego wypadku „pod wpływem” rzucają cień na dalsze jego losy. Odmówił na przykład reklamowania wódki, z czym problemów nie miała na przykład Zula Pogorzelska. Wódka odcisnęła dosyć poważne piętno, nie tylko na artystycznym, ale również na prywatnym życiu Bodo. Alkohol był najprawdopodobniej powodem jego rozstania się z swoją największą miłością, tahitanką Reri.

Teraz pytanie z punktu widzenia historyka. W zapowiedziach Pańskiej książki przeczytać można, że zawiera ona wiele wstrząsających faktów na temat życia Bodo, w tym między innymi protokoły przesłuchań NKWD. Jak udało się Panu dotrzeć do materiałów na ten temat? Rosyjskie archiwa nie są wszak najłatwiejszym miejscem do prowadzenia badań…

Proszę wybaczyć, ale nie odkryję tu przed Panem moich metod pracy. Musi wystarczyć informacja, że dotarłem. A jak? No cóż, mam pewne sposoby. Natomiast nie udało mi się niestety, i nad tym boleję, uzyskać oficjalnego potwierdzenia tych dokumentów. Wiem, że zaistniały one publicznie w roku 2000, na ich podstawie została nawet napisana praca magisterska, powstał także film dokumentalny i treatment filmu fabularnego. IPN kilkanaście miesięcy temu stwierdził, że takich dokumentów nie posiada. Zaskakujące, że dokumenty są wszędzie, tylko nie u nich.

Na koniec proszę powiedzieć, czy gdyby był Pan bywalcem warszawskich kawiarni w okresie dwudziestolecia międzywojennego, to szukałby Pan towarzystwa Eugeniusza Bodo? Czy może bliższa byłaby Panu kompania Bolesława Wieniawy Długoszwskiego lub kogoś jeszcze innego…?

Przede wszystkim bywałbym tam, gdzie pojawiłaby się muzyka Henryka Warsa, jestem bowiem autorem książki poświęconej tej postaci. Poznałem go zresztą osobiście i twierdzę, że w okresie międzywojennym drugiego muzyka podobnego formatu Polska nie miała. Teraz zresztą też się nie zapowiada, aby prędko miała mieć. Smucę się także z tego powodu, że pomyślana przez wdowę po Warsie nagroda ustanowiona z części uzbieranych przez ZAiKS funduszy dla młodych zdolnych kompozytorów i aranżerów „umarła” niestety. Przyznam, że nagroda pod tytułem Fryderyk, przyznawana z różnych powodów a przypominająca jakiegoś połamanego artystę jest moim zdaniem niczym w porównaniu z nagrodą im. Henryka Warsa. Ta nagroda mogłaby się rzeczywiście liczyć…

Redakcja: Michał Przeperski

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy