Autor: Mateusz Będkowski
Tagi: XIX wiek, Historia gospodarki, Historia społeczna, Artykuły, Australia, Oceania, Antarktyda, Polska
Opublikowany: 2014-04-16 11:20
Licencja: wolna licencja

Seweryn Korzeliński i australijska gorączka złota (cz. 1)

Seweryn Korzeliński, polski patriota, ułan zmęczony walką za naród polski i węgierski, skuszony doniesieniami o łatwym zarobku, udał się do odległej Australii. Tam został poszukiwaczem złota i handlarzem. Swą podróż i pobyt na antypodach opisał we wspomnieniach.

Seweryn Korzeliński ok. 1860 rok (błędnie podpisany jako Wincenty Pol) (fot. domena publiczna)
Bohater tego artykułu urodził się w 1804 lub 1805 roku w Bereźnicy w powiecie żydaczowskim (wówczas Galicja, obecnie Ukraina). Po ukończeniu gimnazjum miał zostać prawnikiem, jednak ok. 1824 roku zaciągnął się do 2 pułku ułanów austriackich, w którym służył do wybuchu powstania listopadowego i osiągnął stopień podoficerski. Być może brał udział w zrywie narodowym lat 1830–1831, po czym powrócił do Galicji. Jego życie miało się bardzo odmienić w okresie Wiosny Ludów.

Za wolność naszą i waszą

W 1848 roku Korzeliński wstąpił do galicyjskiej Gwardii Narodowej, kilkudziesięciotysięcznej obywatelskiej formacji wojskowej, która starła się następnie z armią austriacką i po walkach w Krakowie (kwiecień) i Lwowie (listopad), a następnie ostrzale tych miast, została rozwiązana. Zagrożony aresztowaniem Seweryn nie złożył broni i zimą 1848/1849 roku przedarł się z kilkoma towarzyszami na Węgry, gdzie wstąpił w stopniu rotmistrza do Legionu Polskiego utworzonego przez generała Józefa Wysockiego (1809–1873). W Koszycach Korzeliński uformował z jazdy rezerwowej 7 pułku oddział 60 ułanów, a następnie – wsparty przez niewielki oddział węgierski – został wysłany przez Wysockiego na pogranicze galicyjskie, by nękać tam armię nieprzyjaciela. Generał tak oto wypowiadał się w swym pamiętniku o przyszłym poszukiwaczu złota:

Korzeliński, stary żołnierz, przy tym waleczny i sprężysty oficer, niemałą oddał nam usługę, obserwując i wstrzymując zręcznymi manewrami przez czas długi nieprzyjaciela. Misja jego była bardzo niebezpieczną. Oddalony od głównego korpusu, mając przed sobą nierównie liczniejszego nieprzyjaciela, mógł on łatwo być odcięty i zniszczony i tylko dzięki swej czujności i przezornym rozporządzeniom, potrafił tak długo utrzymać się bez porażki. To też generał Dembiński oddawał mu sprawiedliwość i zawsze o nim zaszczytnie wspominał (J. Wysocki, [Pamiętnik…], s. 71).

Warto przeczytać:

W obliczu nadciągającej ogromnej siły wroga Wysocki rozkazał wycofać oddział Korzelińskiego, czego ten dokonał pod osłoną nocy, a następnie dołączył do reszty Legionu. Po klęsce powstańców w bitwie pod Temeszwarem i ich kapitulacji w sierpniu 1849 roku, resztki Legionu Polskiego i część oddziałów węgierskich przekroczyły w okolicach Orszowy granicę neutralnej w tym konflikcie Turcji, gdzie zostały internowane.

Internowanie w Turcji i pobyt na Wyspach

Henryk Dembiński (portret autorstwa Wojciecha Stattlera, domena publiczna)
Maszerując przez terytorium dzisiejszej Bułgarii, Polacy dotarli do miejscowości Widyń, a następnie zatrzymali się w Szumli (obecnie Szumen), gdzie 30 grudnia 1849 roku generał Wysocki sporządził dla władz tureckich dokładną listę polskich żołnierzy. Wśród nich znajdował się major Seweryn Korzeliński, który przemieszkał zimę 1850 roku w jednym pokoju z generałem Henrykiem Dembińskim (1791–1864). W marcu następnego roku Dembińskiego, Korzelińskiego i kilku innych oficerów przewieziono do Warny, gdzie odprowadzono ich na statek, którym popłynęli do Stambułu.

Z powodu słabej widoczności i niekompetencji tureckiego kapitana, który nie potrafił nawet posługiwać się busolą, rejs trwał cztery dni zamiast kilkunastu godzin. Tylko dzięki ostrzeżeniu załogi przez jednego z Polaków łódź nie roztrzaskała się o skały. Korzeliński, który miał wówczas okazję po raz pierwszy zobaczyć morze i płynąć na statku, dzielił jedną kajutę z generałem Dembińskim.

Ze Stambułu większość z transportowanych Polaków popłynęła na Maltę, podczas gdy garstka z Korzelińskim i Dembińskim włącznie trafiła przez Morze Marmara do Gemlik w Azji Mniejszej. Stamtąd przewieziono ich do Bursy, a następnie do miejsca internowania, którym była Kütahya. Korzeliński spędził tam kilkanaście miesięcy i przyznał pomimo niezadowolenia z samego faktu internowania, że warunki zapewnione przez Turków były przyzwoite. W tej samej miejscowości przetrzymywani byli również niektórzy Węgrzy, m.in. bohater narodowy Lajos Kossuth (1802–1894).

Po zwolnieniu w czerwcu 1851 roku Korzeliński udał się od razu do Anglii. W swych wspomnieniach opisywał duże trudności, jakie musiał pokonać wraz z innymi rodakami, zwłaszcza nieznającymi języka angielskiego, by dostać pracę. Niektóre z tych problemów, jak np. wynikające z przywiązania do sarmackich wąsów, wydają się dziś wręcz komiczne:

Niemałą przeszkodę w osiągnięciu miejsca jakiego stawiały nieraz wąsy nasze. Śmieszne uprzedzenie Anglików przeciw tej ozdobie twarzy było tak mocne, że zdatność, poczciwość i inne przymioty nie mogły być uwzględnione, jeżeli który z nas zrzucić jej nie chciał. Mnie samemu, starającemu się o miejsce nauczyciela języka niemieckiego odpowiedziano: „Ogól straszne swe wąsy, będziesz miał miejsce”. Jest to zapewne rzeczą niewielkiej wagi, ale schlebiając dziwactwu czyjemu wyrzekać się zwyczaju długoletniego byłoby czymś więcej jak dziwactwem (Korzeliński, [Opis podróży…], t. 1, s. 12).

Nie mogąc znaleźć sobie miejsca w Londynie, były rewolucjonista przeniósł się w październiku 1851 roku na Jersey – zależną od Wielkiej Brytanii wyspę u wybrzeży Normandii. Osiem spędzonych tam miesięcy wspominał bardzo dobrze. Zajmował się przede wszystkim odpoczynkiem, spacerami po plaży, kąpielami w morzu i czytaniem książek. Nie angażował się w lokalne życie towarzyskie, czas spędzał głównie w towarzystwie kilku Polaków i polskich Żydów (niektórzy z nich trafili tu już po powstaniu listopadowym). Odrzucił nawet propozycję przystąpienia do Komitetu Rewolucyjnego Europejskiego. Nie podjął żadnej stałej pracy, utrzymywał się z zapomogi dla wychodźców wypłacanej co miesiąc przez rząd angielski.

Podróż do Australii

Po odpoczynku na Jersey Korzeliński zdecydował się poszukać stałego zatrudnienia. W czerwcu 1852 roku powrócił do Anglii, gdzie zapoznał się z doniesieniami o gorączce złota w Australii, która wybuchła rok wcześniej. Pod ich wpływem zawiązał z piątką rodaków towarzystwo do wspólnej pracy w tamtejszych kopalniach. 21 sierpnia 1852 roku Polacy wypłynęli trzecią klasą z Liverpoolu na bardzo nowoczesnym statku transoceanicznym „Great Britain”. Towarzyszyła im inna grupa sześciu Polaków udająca się do Australii w tym samym celu. Żelazny parowiec, którym podróżowali, był wówczas najdłuższym statkiem pasażerskim na świecie. Został zbudowany w 1843 roku, natomiast do przewozu emigrantów dostosowano go w roku 1852 – mógł pomieścić do 700 pasażerów. Posiadał napęd parowo-żaglowy: 4 maszty i silnik o mocy 500 KM.

Statek „Great Britain”, 1853 rok (rys. domena publiczna)

„Great Britain” płynął wzdłuż wybrzeży Francji, Półwyspu Iberyjskiego, a następnie Afryki. Podczas podróży statek miał dwa postoje, by uzupełnić zapasy węgla, drewna i wody. Pierwszy na wyspie Świętej Heleny (22–29 września), na której Polacy odbyli pielgrzymkę do grobu, gdzie do 1840 roku spoczywało ciało Napoleona (następnie sprowadzono je do Francji), a także odwiedzili miejsca gdzie cesarz Francuzów żył i mieszkał. Drugi postój miał miejsce w październiku w Cape Town na Przylądku Dobrej Nadziei.

W swych wspomnieniach Korzeliński opisuje monotonne życie na statku podczas tej trzymiesięcznej podróży:

W ogólności nudne jest życie na okręcie, przecież jeżeli dzień przepędzić można na pokładzie, to pół biedy, ale jak przyjdzie siedzieć na dole, wtedy stokroć nudniej. Pisać trudno, czytać niepodobną prawie rzeczą, gdzie tyle ludzi razem gada, śpiewa, a czasem boksuje się. Umysłowe zatrudnienie odłożyć trzeba na bok. Ale cóż zrobić? Fajkę palić wolno tylko na pokładzie, a tam deszcz leje, gadać nie bardzo się chce, więc leżeć trzeba, lecz i tak niedobrze, bo leżąc można zasnąć i noc potem przepędzi się bezsennie, a to nie bardzo znów zabawnie przysłuchiwać się chrapaniu na rozmaite tony i patrzeć na szczury spacerujące nad głową. Więc siada się, wstaje i nie wiedząc, co począć, rozmyśla, czyby nie można gdzie z fajką umieścić się w kabestanie [winda służąca do wciągania kotwic, cum itp., przyp. aut.] (Korzeliński, [Opis podróży…], t. 1, s. 64–65).

Dalej „Great Britain” płynął przez Ocean Indyjski, a po drodze minął m.in. Wyspę Świętego Pawła, która jeszcze kilka lat wcześniej należała do rewolucjonisty i żeglarza Adama Mierosławskiego (1815–1851). Wreszcie statek dotarł do australijskiego brzegu. 10 listopada jego kapitan wysłał pisemne podziękowanie dla Polaków za wzorowe zachowanie podczas podróży i zaprosił ich na wspólny obiad z załogą i angielskimi dżentelmenami. 13 listopada parowiec dopłynął do Melbourne (zał. 1835), stolicy australijskiej kolonii Wiktoria, która oddzieliła się od Nowej Południowej Walii w roku 1851. Dzień później Polacy zeszli na ląd.

Poszukiwanie złota w Forest Creek

W Melbourne przywitali Polaków dwaj rodacy, którzy dotarli do Australii kilka miesięcy wcześniej również w celu poszukiwania złota. Oprowadzili przybyłych po tym dynamicznie rozwijającym się mieście i przedstawili im sytuację w kopalniach. Warto dodać, że wbrew przewidywaniom Korzelińskiego i jego kompanów, wszystkie produkty i usługi były znacznie droższe niż w Anglii – mieszkańcy chcieli możliwie jak najwięcej zarobić na żądnych bogactwa poszukiwaczach. Polaków bardzo zaskoczył fakt, że w niektórych miejscach trzeba było płacić nawet za wodę do picia.

Podróżnicy zatrzymali się w miasteczku namiotowym zwanym Canvas Town (obecnie South Melbourne, przedmieścia stolicy Wiktorii), gdzie mieszkały już tysiące poszukiwaczy złota. Tutaj Korzeliński miał okazję po raz pierwszy w życiu własnoręcznie uprać ubranie, co skończyło się pokaleczeniem palców.

Miasteczko namiotowe Canvas Town pod Melbourne (domena publiczna)

26 listopada Polacy opuścili miasto i wyruszyli do Forest Creek: pierwszych kopalń w ich karierze, położonych ok. 100 km na północny zachód od Melbourne. Podczas podróży, która trwała do 3 grudnia, wędrowcom dwukrotnie pękła oś w wozie zakupionym jeszcze w Anglii. Naprawili ją miejscowi kowale za niemałą kwotę. Ponadto materace wypchane bawełną tak nasiąkły wodą podczas deszczu, że były zbyt ciężkie do transportu i trzeba je było zostawić.

Na miejscu Polacy zakupili licencję zezwalającą na wydobycie złota przez pierwszy miesiąc za funta i 10 szylingów od osoby i zajęli miejsca do pracy. Korzeliński zdziwiony był tutejszymi warunkami, zwłaszcza faktem, że trzeba tak bardzo się namęczyć, by znaleźć złoto:

Droga ciągnęła się parowem. Po obydwu stronach na różnych punktach namioty, na górze i na dole, pod drzewami i przy stromej skale, na lewo i na prawo, bez porządku i symetrii, w formie rozmaitej, bieleją postawione podług fantazji, gustu lub potrzeby właścicieli. Przed namiotami gdzieniegdzie ognie, a przy ogniach ludzie jednakowo ubrani. Okrągłe kapelusze z szerokimi brzegami, koszula w paski niebieskie, spodnie ze skóry angielskiej, buty lub ciżemki ciężko kute żelazem składają się na ich strój. Długie brody okazują, że tu albo czasu nie ma do robienia toalety, albo nikt o nią nie dba. (…) Środkiem parowu sączy się strumyk wody. Przy nim w różnych miejscach coś kopią, to znowu mieszają w kadkach lub kołyszą na jakichś kołyskach. Tam znowu na przykuczkach siedzi przy samej wodzie jeden i huśta szeroką, okrągłą miednicą z białej blachy. Co on huśta? Co tamci mieszają? Oczywiście, musi to być złoto, ale na co tak je niańczyć w kołysce i w rękach huśtać? Wszak czytaliśmy w Europie, że się je wyciąga z dołów kawałkami (Korzeliński, [Opis podróży…], t. 1, s. 146–147).

Forest Creek, 1852 rok (obraz autorstwa Samuela Thomasa Gilla, domena publiczna)

Okazało się, że wbrew doniesieniom europejskich dzienników, niewielu udaje się zrobić majątek na kopaniu, a reszcie ledwo udaje się przeżyć podczas tak ciężkiej pracy. Po kilku tygodniach mizernych rezultatów Korzeliński postanowił odłączyć się na jakiś czas od reszty Polaków i 28 grudnia pojechał z Hanowerczykami, przebywającymi w Australii już od kilku lat, do kopalni w Oven, gdzie podobno miały znajdować się wielkie złoża złota. Niemcy obiecali nauczyć tam Polaka nowego zawodu. Poszukiwacze dotarli do celu na początku stycznia 1853 roku, jednak w ciągu dwóch tygodni udało im się znaleźć niewiele złota i powrócili do Forest Creek.

Podczas nieobecności byłego żołnierza doszło do rozłamu wśród Polaków. Tylko dwóch pracowało dalej na miejscu, a reszta przeniosła się do innej kopalni. Ponadto skradziono im zakupionego jeszcze w Melbourne konia. W drugim polskim zespole jeden poszukiwacz zmarł w wyniku ciężkiej choroby, a dwóch innych udało się szukać szczęścia gdzie indziej. W końcu towarzystwo Korzelińskiego rozwiązało się.

Seweryn kopał następnie razem z Hanowerczykami, dzięki czemu już po trzech tygodniach udało mu się osiągnąć niewielki zysk. W maju 1853 roku Korzeliński razem z kilkoma rodakami i poznanymi wcześniej Niemcami przeniósł się do kopalń w Mount Couron, jednak tam również doniesienia o wielkiej ilości złota nie potwierdziły się. Grupa postanowiła spróbować popracować w Bendigo, położonym ok. 35 km na północ od Forest Creek.

Przeczytaj drugą część artykułu.

Wybrana bibliografia

Źródła

  • Józef Wysocki, Pamiętnik Generała Wysockiego z czasów kampanii węgierskiej, Biblioteka Dzieł Wyborowych, Warszawa 1899.
  • Seweryn Korzeliński, Opis podróży do Australii i pobytu tamże od r. 1852 do 1856, t. 1–2, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954.

Opracowania

Redakcja: Roman Sidorski

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Mateusz Będkowski
Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się losami polskich podróżników i odkrywców z XIX wieku. W 2011 roku obronił pracę magisterską pt. „Wyprawa Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w latach 1882–1885”. Publikował w czasopismach „Mówią Wieki” i „African Review – Przegląd Afrykanistyczny”. Na co dzień współpracuje z Oficyną Wydawniczą Volumen i przygotowuje słownik poświęciony polskim podróżnikom i odkrywcom.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy