Seweryn Korzeliński i australijska gorączka złota (cz. 2)

Seweryn Korzeliński, Galicjanin, weteran rewolucji węgierskiej lat 1848–1849, zdecydował się szukać zarobku jako poszukiwacz złota w odległej o tysiące kilometrów Australii. Niestety okazało się, że praca w kopalniach jest bardzo ciężka i tylko nieliczni mogą się na niej dorobić.

Przeczytaj pierwszą część artykułu.

Polak szukał szczęścia najpierw w kopalniach Forest Creek, Oven i Mount Couron, następnie próbował swych szans w Bendigo. Wtedy nie był już „new chum”, jak nazywano wówczas w Australii nowicjusza, nowo przybyłego imigranta. Podczas swych poszukiwań miał okazję poznać narody z całego świata: Chińczyków, Nowozelandczyków, mieszkańców Afryki, Amerykanów i wielu innych. Praca w kopalniach nie była bezpieczna: zdarzały się zabójstwa (przede wszystkim z powodu zajętych miejsc poszukiwania), a tzw. bushrangerzy, australijscy bandyci, okradali górników i napadali na transporty złota jadące do Melbourne.

Austrialijskie poszukiwania złota (obraz autorstwa Edwina Stockquelera)

Praca w Bendigo

W Bendigo Korzeliński pracował przez kilka miesięcy, wożąc ziemię innych górników do płukania, co przynosiło mu większy dochód niż samodzielne poszukiwania złota – po trzech tygodniach zarobił już 204 dukaty (w swych wspomnieniach z reguły przeliczał zysk na walutę austriacką). Polak transportował także namioty, sprzęt górniczy i ludzi w okolicach kopalni. Raz nawet nieświadomie pomógł przeszmuglować wódkę dla dwóch Prusaków. Następnie znowu próbował szczęścia jako górnik, lecz ciągle bez większego powodzenia.

Licencja na wydobycie złota, 1852 rok

Podczas pobytu w Bendigo, w 1853 roku, Korzeliński był świadkiem powołania komitetu rewolucyjnego. Górnicy okolicznych kopalń, zdenerwowani korupcją i łapówkarstwem władzy, nie chcieli płacić Brytyjczykom podatku za poszukiwanie złota, ponadto żądali przedstawicielstwa politycznego w Melbourne.

Górnicy przestali płacić podatki, rewidującą policję pobito w kilku miejscach i w przeznaczonym dniu kilka tysięcy zebrało się górników z rewolwerami za pasem. Wszystkie narodowości podzieliły się na oddzielne kupy, odznaczające się chorągwiami narodowymi. Chińczycy nawet nieśli jakieś dzwoneczki na tyczce – gwieździsty wieniec przodował Amerykanów. Muzyka i nieustające strzały zapowiadały głównemu komisarzowi zbliżanie się górników. Stanęli oni przed kampem (miejscem, gdzie urzędnicy i policja ma swoje namioty), dwudziestu wybranych odłączyło się i weszło do pomieszkania komisarza, pana Pauntona (S. Korzeliński, [Opis podróży…], t. 1, s. 276).

Delegaci przekazali petycję ze swoimi żądaniami. Komisarz polecił wysłać ją do Melbourne, tak też uczyniono. Do stolicy kolonii pojechało po kilku przedstawicieli górników z każdej kopalni. Władze zdecydowały się tymczasowo zmniejszyć podatek aż do podjęcia ostatecznej decyzji, co na jakiś czas uspokoiło większość górników.

Warto przeczytać:

Tak więc Polak, oddalony o tyle tysięcy kilometrów od Europy, znowu znalazł się w obliczu rewolucji. Korzeliński w całym tym konflikcie zachował się biernie, odrzucił nawet propozycję złożoną przez górników, którzy poprosili go, jako byłego żołnierza, o zorganizowanie ich na sposób wojskowy. We wspomnieniach uzasadniał tę decyzję wdzięcznością wobec rządu brytyjskiego za udzielenie mu i rodakom schronienia po internowaniu, a także brakiem szans na powodzenie tego buntu. Co prawda przez pewien okres nie płacił podatku tak jak większość poszukiwaczy, jednak tylko w obawie przed spaleniem mu namiotu przez sąsiadów.

Powstanie Eureka

Ostatecznie postulaty górników zostały zlekceważone przez Brytyjczyków, a sytuację zaogniła dodatkowo sprawa Jamesa Scobie, zamordowanego 6 października 1854 roku na złotodajnym polu w Ballarat. Podejrzani o dokonanie zabójstwa, w tym właściciel okolicznego hotelu Eureka (stąd nazwa powstania), zostali uniewinnieni przez sędziego pokoju. W odpowiedzi na tę decyzję kopacze spalili hotel. 11 listopada odbył się wiec poszukiwaczy złota na Bakery Hill, w którym uczestniczyło dziesięć tysięcy osób. Domagali się oni m.in. reprezentacji we władzach kolonii, prawa wyborczego, zniesienia opłat za kopanie i prowadzenie handlu.

Górnicy, w liczbie do dwóchset, obrali sobie miejsce na pagórku, zrobili odwach [wartownię, przyp. aut.], zaciągnęli wartę przed dubeltówkami popostawianymi porządkiem, i insultowali [obrażali, przyp. aut.] słowami przeciągające patrole konnej policji. Trwało to póty, póki komisarz rządowy nie otrzymał wzmocnienia sił wojskowych z Melbourne. Już oddział konnej policji przybył do Melbourne, o czym wiedzieli oczywiście górnicy, przecież nie odmienili ani pozycji zajętej, ani postępowania. Warta chodziła przed odwachem jak pierwej, inni jedli, pili i śpiewali rewolucyjne pieśni, a potem wszyscy dobrze spali. Komendant rządowej siły zbrojnej wybrał do ataku chwilę cośkolwiek po północy, bo wtenczas oczywiście improwizowani zapaleni żołnierze i najedli się dobrze, i twardym snem ujęci, słodkiego używali spoczynku, pewni w miarę zapału i odwagi, które ich ożywiały, że nikt nie będzie śmiał budzić strasznych lwów uśpionych. Nie wierzyli nawet i wtenczas, kiedy warta ostrzegła śpiących o zbliżaniu się nieprzyjaciela; świszczące kulki ledwie przymusiły ich do chwycenia za dubeltówki. Jak prędko który wyrwać się mógł z objęcia Morfeusza, wybiegał z namiotu i strzelał gdzieś do księżyca, a wystrzeliwszy, nie miał czym nabić na nowo, bo ładunki przez prędkość zostawił w namiocie. Szedł więc ogień bardzo nieregularnie, nie rażąc atakujących, i ani przestraszył ich, ani ujął im ochoty do posłania porządnej salwy między górników i ich namioty (S. Korzeliński, [Opis podróży…], t. 2, s. 57).

Bitwa o Bakery Hill (akwarela autorstwa J.B. Hendersona)

Bitwa o Bakery Hill miała miejsce 3 grudnia 1854 roku i trwała piętnaście minut. Podczas starcia zginęło kilku brytyjskich żołnierzy i ponad dwudziestu górników. Złapanych buntowników przewieziono do Melbourne i skazano na karę śmierci. Ostatecznie jednak władze brytyjskie ujęły się za powstańcami i resztą poszukiwaczy. Złapanych ułaskawiono, a licencję na kopanie zamieniono na prawo do wydobycia, które kosztowało jednego funta za rok. Poszukiwacze otrzymali także prawo wyborcze i pozwolono im na posiadanie ziemi.

Złoto w Jim Crow

Pod koniec 1853 roku, gdy doły w Bendigo były już całkiem przekopane, Korzeliński przeniósł się do kopalń w Mc Ivor, a gdy tam również mu się nie poszczęściło, zawędrował do Jim Crow (ok. 50 km na południowy zachód od Bendigo), gdzie spotkał swych dawnych polskich kompanów. Pracował w bardzo ciężkich warunkach, siedząc lub klęcząc w wodzie, co bardzo negatywnie wpłynęło na jego zdrowie. Wreszcie, po kilku tygodniach męczarni, udało mu się odnaleźć poszukiwany kruszec:

Ostatnie dwa kubełki ziemi musiałem wybierać z wgłębienia; zwróciłem się ku otworowi szachtu dla wygodniejszego wykonania pracy, a chcąc obejrzeć dokładnie miejsce przysunąłem świecę – połysk raptowny uderzył mię w oczy. Nie dowierzam, bo nigdy jeszcze nie trafiło mi się znaleźć cokolwiek więcej złota w jednym miejscu, zwątpiłem nawet, czy kiedykolwiek będzie udziałem moim szczęście takie. Daremnie przez kilkanaście miesięcy goniłem za nim, daremnie tyle już wykopałem dołów. Pierwsze więc uczucie nadziei wyswobodzenia się od zabijającej pracy mocno mnie wzruszyło. Schylam się i przyglądam uważniej. Istotnie, kupka złożona jakby z dużych ziarnek pszenicy migoce i błyszczy w ciemnościach podziemnych, drżącą ręką biorę garść, zawiązuję w chustkę i chowam w zanadrze, pewny, że więcej takich kupek jutro znajdę. (…) Wymyta garść wydała 3 ¼ uncji złota, wartości 26 dukatów. Gdyby ziściła się nadzieja znalezienia więcej kupek takich, byłbym mógł porzucić górnictwo. Niestety, jedną tylko znalazłem, a choć reszta ziemi nieźle płaciła, nie uwolniła mię jednak od uciążliwego rzemiosła. (S. Korzeliński, [Opis podróży…], t. 2, s. 12–13).

Korzeliński spędził w Jim Crow łącznie siedem miesięcy. Chcąc odpocząć od kopania, podczas kilkudniowego pobytu w Melbourne założył z jednym Polakiem spółkę w celu prowadzenia sklepu, nazwanego później „Kor. and Comp. Storekeeper”, zaopatrującego poszukiwaczy złota w Maryborough, ponad 150 km na północny zachód od stolicy kolonii. Polacy wykupili produkty za 400 dukatów (żywność, ubrania, narzędzia górnicze i podstawowe lekarstwa) i zwerbowali do pomocy przy sprzedaży jeszcze jednego rodaka, a także zapłacili kwartalny podatek od handlu wynoszący piętnaście funtów. Sklep prowadzono w namiocie, co nie było niczym niezwykłym w warunkach kopalnianych.

Poszukiwacze złota (fot. Richard Daintree i Antoine Fauchery)

Sprzedawca w Maryborough i Górach Kwarcowych

Jak twierdził były ułan, jego uczciwość przy ważeniu produktów, a także przy informowaniu o ich pochodzeniu i jakości, znacznie obniżała zarobek. Przychód spółki wynosić miał od sześciu do dwunastu funtów dziennie, co po odliczeniu rat kredytu zaciągniętego przy rozpoczęciu działalności i wypłaty dla pomocnika, a także odjęciu pieniędzy na utrzymanie właścicieli, dawało niewielki zysk. Po dwóch miesiącach, gdy doły zostały wyrobione i poszukiwacze zaczęli przenosić się w inne miejsca, przychód dzienny sklepu spadł poniżej jednego funta. Przez kolejny miesiąc Polacy próbowali szczęścia kilka kilometrów dalej, również bez większego powodzenia, po czym zakończyli swą działalność. Przez cały okres prowadzenia sklepu Korzeliński, według swoich obliczeń, zarobił pięćdziesiąt kilka dukatów.

Po zlikwidowaniu przedsięwzięcia Seweryn znowu zapragnął spróbować szczęścia jako poszukiwacz złota. Spędził bez rezultatów dwa tygodnie na kopaniu w Białych Górach, a następnie przeniósł się pod koniec grudnia 1854 roku do kopalni Alma. Tam razem z kolejną grupą górników odkrył niewielkie ilości złota, o wartości trzydziestu sześciu dukatów.

Następnie były ułan powrócił jeszcze na pewien czas do zawodu handlarza na terenie kupionym przez Polaków w Górach Kwarcowych, znajdujących się blisko Maryborough. Niestety, znowu nie przyniosło to oczekiwanego zysku, a okolica była niebezpieczna, ponieważ grasowało tam dużo bushrangerów, z którymi wątłe siły brytyjskie nie mogły sobie poradzić. W nieodległych kopalniach Alma zamieszkała jedna z grup przestępców kierowana przez Czarnego Douglasa, bandytę deportowanego do Australii za popełnione wcześniej zbrodnie. Banda ta rabowała za dnia namioty górników, a w nocy sklepy. Poszukiwacze sami zorganizowali się w komitety, by walczyć z przestępcami. Otoczyli namioty szajki Czarnego Douglasa, spalili je i ranili przywódcę. Później w eskorcie 200 górników Czarny Douglas został odprowadzony do Maryborough, skąd przewieziono go do Melbourne, gdzie osądzono go i wykonano wyrok śmierci.

Pomimo tego sukcesu okolica sklepu Korzelińskiego nadal pozostawała niebezpieczna. Dodatkowo samo poszukiwanie złota przez małe grupy kopaczy przestało być opłacalne. W latach 1855–1856 dochód z płukania złota spadł do poziomu zarobków niewykwalifikowanych pracowników fizycznych, a sam kruszec znajdował się na tak znacznych głębokościach, że kilkuosobowe zespoły zaczęły być zastępowane przez duże kompanie, dysponujące m.in. odpowiednimi pompami do pozbywania się wody z dna wykopu. Tak więc Polak, nie dorobiwszy się fortuny w Australii, ostatecznie zdecydował się powrócić do Europy.

Bushrangers, Victoria, Australia, 1852 rok (obraz autorstwa Williama Strutta)

Droga powrotna

Korzeliński pożegnał swych polskich kompanów i z Maryborough udał się do Melbourne. Podczas tej podróży obejrzał dynamicznie rozwijające się miasto Castelmaine, gdzie nie tak dawno pracował w kopalni Forest Creek: „Domy wzrastającego miasta zajęły miejsca, na których niegdyś namioty tylko stały; gdzie cmentarz był, teraz ulica szeroka, a po obydwóch stronach domki z ogródkami. Już nawet nie mogłem poznać miejsca, gdzieśmy mieszkali” (. Korzeliński, [Opis podróży…], t. 2, s. 115).

Po kilku tygodniach spędzonych w stolicy kolonii, 26 marca 1856 roku Korzeliński udał się w drogę powrotną na trzymasztowym kliprze „Marco Polo”, który był w stanie pomieścić 140 pasażerów. Podróżnik kupił bilet na drugą klasę za trzydzieści pięć funtów. Statek płynął na wschód, mijając przylądek Horn, a następnie przez Atlantyk do Europy. Podczas tej podróży, w kwietniu, Polak miał okazję ujrzeć na oceanie wierzchołki gór lodowych. 21 czerwca Korzeliński stanął w porcie w Liverpoolu, a po kilku dniach był już we Francji. Z Calais przybył pociągiem do Paryża, gdzie spędził trzy miesiące. Następnie przez Lipsk i Drezno powrócił do Galicji. Kilkanaście dni spędził w Krakowie i Lwowie.

O Krakowie mógłbym wiele napisać, bo też byłoby o czym. Zwiedziłem prawie wszystkie części świata, widziałem dużo miejsc pięknością położenia sławnych, jednak bezstronnie przyznać muszę, że widoki z Wawelu, mogiły Kościuszki i inne, nie ustępują najpiękniejszym: znają je wszyscy, ocenić tylko nie każdy potrafi, w mniemaniu, że tam gdzieś w innym kraju lub za morzem, coś lepszego lub powabniejszego znaleźć można (Korzeliński, [Opis podróży…], t. 2, s. 186).

Kliper „Marco Polo” (il. domena publiczna)

16 października Polak powrócił do rodzinnego majątku. Cztery lata później został powołany przez Krakowskie Towarzystwo Rolnicze na pierwszego dyrektora szkoły rolniczej w Czernichowie (obecnie Małopolska), którą kierował do 1868 roku. Wykładał tam także weterynarię i budownictwo wiejskie. W czasie powstania styczniowego udzielał pomocy i schronienia powstańcom. W 1866 roku został członkiem honorowym Krakowskiego Towarzystwa Rolniczego. Zmarł w 1876 roku, w swej rodzinnej miejscowości Bereźnicy.

W roku 1858 ukazał się w Krakowie jego „Dziennik podróży do Australii i pobytu tamże od 1852 do 1856”. Korzeliński opublikował także trzy krótkie utwory wspomnieniowe: „Wyspa Jersey. Podróż do wysp w kanale La Manche”, „Ułamek z podróży moich do Azji Mniejszej” oraz „Wyjazd na miejsce internowania w Kutahii”, które zostały dodane do nowego wydania jego wspomnień australijskich z 1954 roku.

Wybrana bibliografia

Źródła

  • Józef Wysocki, Pamiętnik Generała Wysockiego z czasów kampanii węgierskiej, Biblioteka Dzieł Wyborowych, Warszawa 1899.
  • Seweryn Korzeliński, Opis podróży do Australii i pobytu tamże od r. 1852 do 1856, t. 1–2, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954.

Opracowania

Redakcja: Roman Sidorski

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Mateusz Będkowski
Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W 2011 roku obronił pracę magisterską pt. „Wyprawa Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu w latach 1882–1885”, opublikowaną następnie w „Zielonkowskich Zeszytach Historycznych” (nr 2/2015). Interesuje się losami polskich podróżników i odkrywców na przestrzeni dziejów, szczególnie w XIX wieku. Na ich temat publikował artykuły m.in. w czasopismach „Mówią Wieki” i „African Review. Przegląd Afrykanistyczny”, a także w portalu „Tytus.edu.pl”. Część z tych tekstów znalazła się w pięciu ebookach autora z serii „Polacy na krańcach świata” wydanych w latach 2015–2019. Trzy pierwsze z nich ukazały się w formie papierowej w jednym zbiorze pt. „Polacy na krańcach świata: XIX wiek” (Warszawa 2018). Jest także autorem książki pt. „Polscy poszukiwacze złota” (Poznań 2019). Obecnie pracuje w Muzeum Historii Polski przy tworzeniu wystawy stałej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy