Opublikowano
2008-02-02 01:36
Licencja
Prawa zastrzeżone

Święty Bolesław II czy Baltylda Śmiała?

Występują: Bolesław Śmiały – wybitny władca i odnowiciel królestwa polskiego lub grzesznik i świętokradca. Biskup Stanisław – święty męczennik lub polityczny zdrajca. Baltylda – kanonizowana morderczyni kilku biskupów.


Mediewistyka wydaje się dziedziną historii tak bardzo oddaloną od problemów dnia dzisiejszego, że aż trudno wyobrazić sobie, by mogła współcześnie, nie tylko wśród historyków, wywoływać ożywione spory. Istnieje jednak pewien wycinek tej nauki, który niezmiennie budzi emocje, zarówno badaczy, jak i zwykłych ludzi. Mowa tu o historii chrześcijaństwa i związanych z nią meandrach, o których historycy blisko związani z Kościołem wolą nie wspominać, a zaistniałe dyskusje bagatelizować. Dzisiaj reakcją na podjęcie pewnych tematów może być, w najgorszym przypadku, milczenie lub krótkie dementi. Jeszcze niecały wiek temu posuwano się znacznie dalej, choćby do ekskomuniki.

Święty męczennik lub pospolity zdrajca

W historii polskiego średniowiecza sztandarowym przykładem kłopotliwego dla Kościoła epizodu jest sprawa świętego Stanisława. Biskup ten, zgodnie z relacją XII-wiecznego kronikarza Wincentego Kadłubka, został zamordowany z zimną krwią przez oszalałego króla Bolesława II. Karą za podniesienie ręki na uświęcone biskupią sakrą ciało miał być rozpad państwa i trwające prawie dwa wieki rozbicie dzielnicowe. Konsekwencje poniósł także sam król, który został z kraju wygnany, a wkrótce, w niejasnych okolicznościach stracił życie. Nic dziwnego, że człowiek o takim życiorysie jak Stanisław stał się patronem odrodzonego Królestwa Polskiego i po dziś dzień jest jednym z najpopularniejszych nad Wisłą świętych. Dwie poświęcone mu uroczystości, pamiątka śmierci i przeniesienia relikwii, pojawiają się jako święta obowiązkowe już w najstarszych kalendarzach liturgicznych gnieźnieńskiej prowincji kościelnej. Także dzisiaj sławnemu biskupowi stawia się okazałe świątynie, choćby konsekrowany zaledwie kilka lat temu kościół na krakowskim Dąbiu.

Tymczasem dla historyków nie jest jasne nawet to, czy Stanisław w ogóle zasługiwał na miano świętego. Problem ten szerzej, jako pierwszy, przedstawił na początku XX wieku Tadeusz Wojciechowski. Podjęcie tematu i jego krytyczna analiza spotkały się z oburzeniem ze strony kół związanych z Kościołem. Skutek był z dzisiejszej perspektywy zaskakujący – historyka, który śmiał unieść dłoń na narodową świętość, wykluczono z Kościoła, czyli ekskomunikowano.

Temat powrócił ponownie w zasadzie dopiero po II wojnie światowej, ostatnio za sprawą Gerarda Labudy. Kolejne prace naukowe nie pozwoliły jednak jednoznacznie odpowiedzieć na podstawowe pytanie. Czy krakowski biskup był politycznym buntownikiem, czy raczej męczennikiem, który zginął chcąc ograniczyć swawolę srogiego dla poddanych władcy? Prawdopodobnie na to pytanie nie da się znaleźć jednej odpowiedzi. Nie wydaje się także, by dalsze badanie dwóch dostępnych tekstów źródłowych, relacji Anonima zwanego Gallem i Kroniki Polskiej mistrza Wincentego, mogło przynieść nowe rezultaty. Dlatego też proponuję ze swojej strony odmienne spojrzenie na temat buntu biskupa Stanisława – z szerszej perspektywy, poprzez pryzmat podobnego sporu w państwie Franków.

Spór na szczytach władzy

Jako punkt wyjścia przyjmijmy domniemany przebieg konfliktu między krakowskim hierarchą i władcą państwa Piastów. Spór wybuchł zapewne w roku 1079, po 21 latach pełnych sukcesów rządów Bolesława. Władca ten na nowo zorganizował Kościół, dwukrotnie interweniował na Rusi w interesie swojego zięcia Izjasława, a raz także na Węgrzech, gdzie na tron wprowadził Gejzę I. Prowadził również twardą politykę wobec Czech i cesarstwa, odmawiając kategorycznie płacenia trybutu ze Śląska. Dodatkowo, najpewniej dzięki sprzymierzeniu się z papieżem Grzegorzem VII, jako pierwszy polski książę od czasu Mieszka II został koronowany na króla.

Silnej pozycji władcy zagroził niespodziewanie konflikt z biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Spór zapewne miał głębsze podłoże niż osobista niesubordynacja duchownego, choć ze względu na skąpość relacji źródłowych nie jest możliwe jego pełne odtworzenie. Być może podczas wyprawy Bolesława na Ruś w kraju doszło do zaburzeń społecznych w majątkach rycerskich. W efekcie część wojów króla polskiego zdezerterowała, wróciła do Polski i rozpoczęła tłumienie buntów. Represje dotknąć miały nie tylko ludność z majątków rycerskich, ale także współpracujących z nią wolnych poddanych króla. Brutalne działanie rycerzy, jak i sama dezercja z wyprawy wojennej miały skłonić władcę do gwałtownej reakcji.

Wobec rozpalającego się konfliktu prawdopodobnie uaktywniła się opozycja możnowładcza, której przedstawicielem, lub nawet przywódcą, miał być Stanisław ze Szczepanowa. Przypuszcza się, że stanął on po stronie rycerzy, a może nawet zagroził królowi klątwą. W odpowiedzi Bolesław miał go skazać za zdradę na obcięcie członków. Według późniejszej tradycji, zawartej w kronice Wincentego Kadłubka, nie doszło do formalnej egzekucji, lecz mordu dokonanego osobiście przez władcę.

Obaz „Zabójstwo świętego Stanisława” - Jana Matejki Tak wyobrażał sobie zabójstwo św. Stanisława Jana Matejko

Ta wersja wydarzeń, choć mało realna, nie jest wykluczana przez dzisiejszych historyków. Po śmierci Stanisława zapewne wybuchł bunt możnowładczy, który zmusił Bolesława do ucieczki z kraju i udania się na Węgry. Niejasny jest udział w rebelii brata księcia, Władysława Hermana. W starszej historiografii jego postać często łączono bezpośrednio z opozycjonistami. Dzisiaj przyjmuje się raczej, że przejął on władzę dopiero po obaleniu Bolesława, za namową elit, do których mógł należeć m.in. późniejszy palatyn Sieciech.

Bolesław opuścił Polskę i nie zdołał już do niej powrócić. Dla tradycji historycznej stał się władcą-pariasem: świętokradcą, a nawet szaleńcem. W niepamięć poszły jego, niewątpliwie liczne, fundacje kościelne i fakt, że to właśnie on, po długim okresie chaosu wywołanego przez reakcję pogańską lat 30., ostatecznie wyprowadził Kościół z kryzysu. Duchowni powszechnie go potępili, i choć w obronę wzięli go prawdopodobnie związani z nim benedyktyni z Tyńca i Lubinia, to ich głos szybko stracił na znaczeniu, a potępiony mentor stał się dla zakonników balastem. Również relacjonujący dzieje dynastii Anonim zwany Gallem przedstawił Bolesława II dość szeroko i w pozytywnym świetle, jednak nie był to przekaz na tyle zdecydowany i rozpowszechniony, by utrzymał się w późniejszej tradycji.

Gwóźdź do moralnej trumny króla wbił ostatecznie autor Żywotu świętego Stanisława, Wincenty z Kielczy. Władca stał się na długie lata nie tylko świętokradcą, ale także koryfeuszem upadku państwa. Warto spostrzec, że do dziś jest jedynym polskim królem o negatywnym przydomku – w końcu znacznie częściej nazywa się go „Śmiałym”, niż „Szczodrym”. Trzeba przy tym wyjaśnić, że mediewiści tłumaczą tutaj słowo „śmiały” jako „ten, który śmiał podnieść rękę na biskupa”, czyli po prostu „zuchwały”.

Grzech nie tak znowu rzadki

Konflikty królów z hierarchami Kościoła nie były w Europie niczym rzadkim. Wynikało to już choćby z faktu, że biskupi średniowieczni często w znacznie większym stopniu byli politykami, niż odgrodzonymi od świata przez kościelne mury ludźmi wiary. Z polskim przypadkiem porównuje się najczęściej podobny epizod z historii Anglii. Tam król Henryk II pośrednio przyczynił się do śmierci arcybiskupa Canterbury, Tomasza Becketa. W efekcie władca został ekskomunikowany, ale dzięki pokucie i pielgrzymce do grobu męczennika zdołał utrzymać się na tronie. Becketa tymczasem kanonizowano. Do wydarzeń tych doszło w roku 1170 – stąd wielce prawdopodobne jest, że piszący w dwie dekady później mistrz Wincenty w jakimś stopniu czerpał inspirację z opowieści o śmierci angielskiego arcybiskupa. Obie historie są niezwykle podobne, co nie pozwala wyciągnąć szerszych wniosków porównawczych. Przypadek Becketa nie jest jednak jedynym epizodem z historii Kościoła, przypominającym factum biskupa Stanisława.

Cofnijmy się w czasie do połowy VII wieku i przyjrzyjmy sytuacji panującej wtedy we frankijskim państwie Merowingów. Tak daleka retrospekcja może zaskakiwać, wydaje się jednak, że jest ona zasadna. Sytuacja państwa Franków przypominała w dużym stopniu Polskę około roku 1079. Istniał tam Kościół bardzo silnie powiązany ze strukturami władzy, w którym biskupi podporządkowani byli królowi, ale też starali się odgrywać samodzielną rolę polityczną. Zarazem chrześcijaństwo było jeszcze słabo zakorzenione, a świadomość religijna obydwu domów panujących, jak się zdaje, zbliżona.

Podstawową różnicą wydaje się kondycja Kościoła rzymskiego. W drugiej połowie VII wieku przeżywał on widoczny kryzys i nie przejawiał w zasadzie żadnego zainteresowania lokalnymi kościołami barbarzyńskiej Europy. Natomiast rok 1079 to okres pontyfikatu papieża-reformatora, słynnego Grzegorza VII, który na zawsze wpisał się na karty historii planem zaprowadzenia prymatu papieskiego w świecie chrześcijańskim. Różnica nie jest jednak aż tak znaczna, jak by się wydawało – akurat rok 1079 to moment, kiedy szala zwycięstwa w wielkim konflikcie przechyliła się zdecydowanie na stronę cesarza Henryka IV, a Bolesław II nie mógł liczyć na żadne wsparcie ze strony osaczonego przez wrogów papieża.

Obydwa epizody pochodzą też, co ważne dla naszych rozważań, jeszcze z czasów przed podjęciem trudu kodyfikacji prawa kanonicznego. Dekret Gracjana powstał w końcu dopiero w połowie XII wieku, a i on nie był zbiorem oficjalnym. Wcześniej Kościół rządził się głównie prawem zwyczajowym, opieranym na Piśmie Świętym, prawie rzymskim i tekstach ojców Kościoła. Jednym z tych zwyczajowych praw była zasada nietykalności osób namaszczonych – zarówno więc władców (choć ta idea w pełni wykształciła się dopiero za panowania Pepina Krótkiego), jak i biskupów.

Tysiąc mil na zachód i 400 lat w tył

Interesujący nas epizod z historii państwa Franków to krótkie panowanie Baltyldy (zm. 680 r.) w królestwach Neustrii i Burgundii. Była niewolnicą, którą młody król Chlodwig II poślubił podobno nie tylko ze względu na jej fizyczne, ale także moralne i umysłowe przymioty. Baltylda wywodziła się ponoć z anglosaskiego rodu królewskiego, jednak jej domniemany ojciec, zatwardziały poganin Rigbert, został strącony z tronu przez swojego chrześcijańskiego rywala Sigberta. Tym samym błękitna krew (w czasach Merowingów i tak rozumiana dość liberalnie) płynąca rzekomo w żyłach Baltyldy, nie miała większego znaczenia.

Rycina przedstawiająca św. Baltyldę Święta królowa Niewolnicze pochodzenie królowej nie było zresztą, wbrew pozorom, niczym niezwykłym. Jej czasy nie znały jeszcze pojęcia małżeństwa morganatycznego, a podobnych przypadków w historii państwa Merowingów było wiele. Prawdopodobnie nawet matka Chlodwiga II, Nanthilda, była niewolnicą. Baltylda, starsza od Chlodwiga o kilka lat, łatwo uzyskała silną pozycję na dworze, choć rzeczywistą władzę sprawowali, jak się zdaje, możni przedstawiciele stale umacniającego swoją pozycję Kościoła. Prawdopodobnie w 656 roku Chlodwig zmarł, pozostawiając Baltyldę z trzema synami. Możni wybrali na króla liczącego 5 lat Chlotara, a na jego opiekunkę wyznaczono Baltyldę. W rzeczywistości rządziła ona wraz z Erchinoaldem – swoim dawnym panem tudzież właścicielem piastującym urząd majordoma.

Pierre Riché w podręczniku historii kościoła średniowiecznego przedstawia panowanie byłej niewolnicy w dwóch zdaniach: Episkopat stał się potęgą polityczną i poniósł tego konsekwencje. W połowie VII wieku Aunemund, biskup Lyonu, został ścięty na rozkaz doradców królowej Baltyldy, widzących w nim zagrożenie dla monarchii. Badacz ten wyraził opinię kompromisową, bowiem źródła pozwalają sądzić, że w rzeczywistości to nie żadni doradcy Baltyldy, ale ona sama wydała rozkaz zamordowania biskupa. Pobudki ku temu wydają się całkiem podobne do tych, jakie istniały w Polsce w XI wieku – spór polityczny i umacniająca się pozycja opozycyjnego hierarchy.

Według źródła przyczyną skazania Aunemunda była zdrada stanu. O to samo, jak sądzą historycy, oskarżał Bolesław krakowskiego biskupa. Podobieństwa na tym się nie kończą. Aunemund, tak samo jak Stanisław ze Szczepanowa, został świętym. Wiemy o tym już choćby stąd, że jego relikwie były przedmiotem dość głośnego sporu między paroma francuskimi kościołami. W obydwu przypadkach nie wiadomo też, w jakich okolicznościach doszło do egzekucji – czy było to morderstwo, czy raczej formalny proces.

Co znamienne, na sprawie Aunemunda okrucieństwa Baltyldy się nie skończyły. Według Eddiusa Stephanusa, autora Żywotu św. Wilfryda, była ona odpowiedzialna za śmierć aż dziewięciu biskupów! Autor bez ogródek nazywa ją królową o złym sercu. Wprawdzie nawet badacze o zdecydowanie antykościelnym nastawieniu uważają tę liczbę za przesadzoną, nie ulega jednak wątpliwości, że z rozkazu Baltyldy polała się krew przynajmniej kilku hierarchów. W każdym przypadku pobudki miały być czysto polityczne. Zresztą żaden antyklerykalizm królowej nie wchodzi tutaj w grę. Patrząc na jej życiorys, całkowicie neutralnie należy stwierdzić, że była blisko związana z Kościołem – wspierała liczne klasztory, walczyła też z nadużyciami wśród kleru.

To również wiąże ją z polskim Bolesławem. W końcu także ten świętokradca był reformatorem Kościoła i domniemanym fundatorem opactwa w Tyńcu, oraz pewnym założycielem konwentu w Lubiniu. Przypuszczalnie Baltylda miała na swoich rękach także krew Erchinoalda, którego nagła śmierć pozwoliła jej uzyskać niezależną pozycję polityczną. Nie na długo zresztą. W 664 roku jej syn osiągnął pełnoletniość, a Baltylda udała się do zakonu. Relacja Dadona, autora Żywotu św. Eligiusza pozwala twierdzić, że nie zrobiła tego z własnej woli: Wtedy wdowa po nim [Chlodwigu II] wraz z synami objęła rządy na kilka lat. Została następnie usunięta przez prawo i oddała władzę w ręce synów.

Pokorna niewolnica ze sztyletem w dłoni

Pełen obraz sytuacji, jak ulał pasuje do naszego porównania: Baltylda rządzi przez kilka lat, doprowadza do śmierci wysokich przedstawicieli Kościoła ze względu na domniemaną zdradę stanu, po czym zostaje odsunięta od władzy, zapewne przez możnowładztwo i kręgi kościelne. Co więcej, jej główna ofiara zostaje uznana za świętego. Scenariusz w swoich zarysach jest identyczny jak w przypadku Bolesława Szczodrego.

Różnice zaczynają się mnożyć, kiedy przyjrzymy się źródłom pochodzącym z drugiej strony barykady. Bolesław II nie miał w zasadzie żadnych obrońców swojej sprawy. Tymczasem Baltylda nie tylko ich znalazła, ale okazali się oni znacznie bardziej przekonujący niż jej przeciwnicy. Zanim sięgniemy ad fontes, sprawdźmy, co mówią o Baltyldzie współczesne opracowania. A konkretnie o świętej Baltyldzie, bowiem królowa została w około 200 lat po swojej śmierci uznana za świętą przez papieża Mikołaja I.

W The Catholic Encyclopedia i materiałach Christian History Institute możemy przeczytać całkowicie inną wersję jej życiorysu niż ta nakreślona powyżej. Zgodnie z nią, Chlodwig szczerze zakochał się w posiadajacej niezwykłe cechy Baltyldzie, która po jego śmierci rozpoczęła pełne dobroci rządy. Zdaniem A. Fourneta jej pokora, duch modlitwy i wielka hojność dla ubogich były doskonale widoczne. Artykuł amerykańskiego Christian History Institute podkreśla, że oszałamiająca kariera nie uderzyła jej do głowy, a pamiętając swoją niewolniczą przeszłość Baltylda zachowała zwyczaj służenia bliźnim.

Pomnik Baltyldy w Parku Luksemburskim (Paryż Święta morderczyni doczekała się pomnika w paryskim Parku Luksemburskim. (fot. Ariele, Wikipedia, plik dostępny na licencji GNU FDL) Obydwa opracowania podkreślają, że królowa działała na rzecz niewolników, zabraniała handlu chrześcijanami, a nawet chciała wykupywać dzieci z niewoli. Rzekomo obniżyła też podatki, co miało zapobiec sprzedaży nieletnich przez zdesperowanych rodziców. Jeszcze jako królowa, zdaniem Fourneta, pragnęła oddać się życiu klasztornemu, ale nie pozwalały jej na to obowiązki. Kiedy wreszcie syn dorósł, z radością ukryła się za murami benedyktyńskiego opactwa, by tam własnymi rękoma pomagać biednym i zniedołężniałym.

Powstałe w kręgach kościelnych artykuły nie pozostawiają wątpliwości, że Baltylda była świętobliwą kobietą i z całą pewnością zasługiwała na kanonizację. Ani słowem nie wspomina się w nich o wyżej wspomnianych ciemnych epizodach z życia królowej. Obydwa opracowania, podobnie jak inne artykuły o zbliżonym profilu, opierają się na jej żywocie, sporządzonym wkrótce po śmierci władczyni, prawdopodobnie przez zakonnicę z jednego z ufundowanych przez Baltyldę opactw.

Trudno stwierdzić, na ile wiarygodnym źródłem jest Vita S. Bathildis. Podejmując taką próbę dotykamy nierozstrzygniętego sporu historiografii. Dla jednych badaczy hagiografia to cenne, ale wymagające rezolutnego podejścia źródło wiedzy naukowej. Dla innych żywoty stanowią jedynie zbiór pobożnych legend, przydatnych co najwyżej do badania historii mentalności. Zajmując pośrednie stanowisko należy chyba stwierdzić, że Żywot św. Baltyldy to źródło wiarygodne, ale tylko w pewnym stopniu. Królowa chyba rzeczywiście występowała przeciw niewolnictwu, współpracowała też blisko z Kościołem. Natomiast licznie przypisane jej cechy pobożności wydają się już czczą retoryką, mającą wykreować przeciętną w gruncie rzeczy władczynię na ideał chrześcijańskiej pietas.

Dla nas interesująca jest zaskakująca przemiana, jaka nastąpiła w postrzeganiu postaci Baltyldy. Początkowo źródła przedstawiały ją podobnie jak w Polsce Bolesława. Jako władczynię bezlitosną, pozostającą w stałym konflikcie z hierarchami Kościoła. Z czasem obraz ten zatarł się, a kult jej ofiary, świętego Aunemunda, zanikł. Sama Baltylda wyniesiona została natomiast na ołtarze i pozostaje na nich w zasadzie do dziś. Dlaczego francuskiej morderczyni wybaczono błędy, natomiast Bolesława II spotkało najsroższe potępienie?

Odpowiedź odnajdujemy w mechanizmie średniowiecznej propagandy hagiograficznej. Baltylda, fundując liczne klasztory, skupiła wokół siebie grupę osób piśmiennych, które po śmierci mogły zapewnić jej dobrą sławę. Co więcej, dzięki swojej silnej pozycji politycznej, nawet po odsunięciu się w cień dysponowała dość szerokim poparciem. W związku z tym jej imienia nie szkalowano – nie było to na rękę ani możnym i Kościołowi, ani tym bardziej domowi panującemu. Jak się zdaje, Baltylda została świętą nie tylko z powodu swojego pobożnego życia, ale w większym stopniu dzięki temu, że stanęły za nią kręgi intelektualne, a jej żywot dotarł do szerszego odbiorcy. Pozbawiony swojego silnego obozu Aunemund siłą rzeczy nie mógł zyskać popularności jako męczennik.

Kto był zdrajcą, kto świętym?

Bolesław Śmiały - obraz z cyklu Poczet królów i książąt polskich Jana Matejki Bolesław Śmiały według Jana Matejki W Polsce sytuacja była inna. Bolesław wprawdzie skupił wokół siebie pewną grupę piśmiennych mnichów (opactwa w Tyńcu i Lubiniu), jednak nie była mu ona, jak sądzę, dostatecznie oddana i zdeterminowana do działania. Co więcej, król nie odsunął się zawczasu w cień, ale został siłą zmuszony do udania się na wygnanie. W kraju zdecydowanie przeważał obóz jego przeciwników, co wykluczało prowadzenie sprzyjającej mu działalności propagandowej. Baltylda do końca zachowała poparcie części kleru – Bolesław takowego nie miał, co uniemożliwiło mu uniknięcie opinii świętokradcy. Próbę przedstawienia go w dobrym świetle podjął wprawdzie działający na usługach dworu Anonim zwany Gallem, jednak jego przekazowi brakło zdecydowania, a kłopotliwy temat został przez kronikarza przemilczany.

Z powyższego porównania płyną ważne, choć niewątpliwie dość ryzykowne wnioski. Wydaje się, że fakt, iż Stanisław wyniesiony został na ołtarze, a Bolesław potępiony, nie wynikał w istocie z rzeczywistej natury konfliktu. Był raczej wypadkową silnej pozycji obozu kościelnego i braku poparcia sprawy króla przez kręgi intelektualne. Przykład Baltyldy pokazuje, że w sprzyjających warunkach Bolesław, pomimo ataku na biskupa, mógłby zostać zrehabilitowany, a Stanisław, nawet jeśli uznano by go za świętego, nie stworzyłby z niego czarnego charakteru polskiej historii.

Sprawa krakowskiego biskupa to w istocie ilustracja gigantycznej roli, jaką w średniowieczu odgrywała hagiografia i opinie kreowane w kręgach kościelnych. Spoglądając z perspektywy naukowej należy przyjąć, że polski spór władz świeckiej i biskupiej wykazuje wyraźne cechy konfliktu czysto politycznego. Cała jego osnowa religijna to już chyba propaganda dopasowana do potrzeb i wymagań właściwego obozu.

Oczywiście nie zamierzam stwierdzać kategorycznie, czy Stanisław był w istocie człowiekiem świętym, czy nie. Określenie tego leży w gestii Kościoła, a skąpość źródeł pozwala, jak już wspomniano, na wysnucie wielorakich wniosków. Należy jednak pamiętać, że średniowiecze wyprodukowało tysiące świętych bądź fikcyjnych, bądź w istocie niezasługujących na kanonizację. Wielu spośród sancti w rzeczywistości istniało tylko jako wytwór literacki. Przykładem mogą być najpewniej wyimaginowani bohaterowie dydaktycznego zbioru żywotów autorstwa papieża Grzegorza Wielkiego. Między bajki można też włożyć opowieść o 11 tysiącach świętobliwych dziewic wymordowanych w Kolonii przez Atyllę.

Z drugiej strony, w średniowieczu, szczególnie wczesnym, gdy nie istniały jeszcze jasne reguły kanonizacji, na ołtarze wynoszono wiele postaci, w istocie na to niezasługujących. Świętymi zostali liczni biskupi-mordercy, ale także władcy odznaczający się tylko na pierwszy rzut oka cechami świętobliwości. Kanonizowano Zygmunta, króla Burgundii (516-523). Ten wprawdzie zlecił uduszenie swojego syna, ale ponieważ zaprowadził w Burgundii chrześcijaństwo, został uznany za świętego. Jeszcze lepiej znany jest przypadek kanonizowanego z czysto politycznych względów, ale czczonego po dziś dzień, Karola Wielkiego. Z jednej strony reformatora Europy i twórcy jej kulturalnych fundamentów, z drugiej jednak sprawcy mordu na 4500 bezbronnych Sasach skupionych w Verdun.

Są to przekłady kompletnie odmienne od factum Stanisława, ale mogą posłużyć jako istotna ilustracja, ukazująca na ile ostrożnie należy traktować twierdzenia o świętości kanonizowanych postaci. Kto wie, czy w sprzyjających warunkach sam Bolesław nie zostałby świętym. Może nie w XI wieku, bo przed epoką krucjat model świętego-wojownika jeszcze nie istniał. Ale po kilkuset latach reorganizator polskiego Kościoła, walczący ze schizmatykami na wschodzie i zasłużony dla zgromadzeń benedyktyńskich, spokojnie mógłby już uchodzić za wzór chrześcijańskiego władcy. Tymczasem Stanisław, gdyby nie idea zrastającego się niczym ciało męczennika królestwa polskiego i twórczość hagiograficzna wpierw Wincentego Kadłubka, a następnie Wincentego z Kielczy, mógłby podzielić los świętego Aunemunda. I to niezależnie od tego, po której stronie leżała racja, i czy polski władca był wzorem, czy raczej godnym potępienia świętokradcą.

Bibliografia

  1. K. Bemmann, Der Glaube der Ahnen. Die Religion der Deutschen bevor sie Christen wurden, Phaidon 1990.
  2. W. Bleiber, Das Frankenreich der Merowinger, Böhlau 1988.
  3. G.H. Brown, Royal and Ecclesiastical rivalries in Bede's history, „Renascence”, 3/1999, s. 13, http://findarticles.com/ (dostęp 3 października).
  4. K. Deschner, Kryminalna Historia Chrześcijaństwa, t. IV, Gdynia 2001.
  5. Stephanus, Eddius, The Life of Bishop Wilfrid, red. B. Colgrave. Cambridge 1927.
  6. A. Fournet, St. Bathilde [w:] The Catholic Encyclopedia, t. II, New York 1907, http://www.newadvent.org/ (dostęp 2 października 2007).
  7. K. Frank, Benedikt von Nustria [w:] Mittelalter, red. M. Greschat, Stuttgart 1983.
  8. Gall Anonim, Kronika Polska, przekł. R. Grodecki, red. M. Plezia, Wrocław 2003.
  9. T. Grudziński, Bolesław Szczodry: zarys dziejów panowania, Cz. 1, Toruń 1953.
  10. G. Labuda, Korona i infuła, Kraków 1996.
  11. G. Labuda, Św. Stanisław Biskup krakowski Patron Polski, Poznań 2000.
  12. G. Labuda, Twórczość hagiograficzna i historiograficzna Wincentego z Kielc, „Studia źródłoznawcze”, t. 16 (1971), s. 103-137.
  13. J. Macnamara, J. Halborg, E. Whatley, Sainted Women of the Dark Ages, Durham 1992.
  14. H. Mayr-Harting, The Coming of Christianity to Anglo-saxon England, Philadelphia 1991.
  15. Mistrz Wincenty Kadłubek, Kronika Polska, przeł. B. Kürbis, Wrocław 2003.
  16. G. Myśliwski, Człowiek średniowiecza wobec czasu i przestrzeni, Warszawa 1999.
  17. J.L. Nelson, Queens as Jezebels: the careers of Brunhild and Balthild in Merovingian history [w:] Medieval Women, red. D. Baker, Oxford 1978, s. 31-77.
  18. Once a Slave, Bathilde Became the Humble Queen of France [w:] Christian History Institute, http://chi.gospelcom.net/, (dostęp 2 października 2007).
  19. Marian Plezia, Dookoła sprawy świętego Stanisława. Studium źródłoznawcze, Kraków 2003.
  20. Pierre Riché, Od Grzegorza Wielkiego do Pepina Krótkiego [w:] Historia Kościoła, t. 4, Biskupi, mnisi i cesarze 610-1054, red. Gilbert Dagron, Pierre Riché i André Vauchez, Warszawa 1999.
  21. J. Strzelczyk, Otton III, Wrocław 2000.
  22. S. Szczur, Historia Polski średniowiecze, Kraków 2006.
  23. J. Szymański, Biskupstwa polskie w wiekach średnich, Organizacja i funkcje [w:] Kościół w Polsce, t. 1, Średniowiecze, red. J. Kłoczowski, Kraków 1966.
  24. Vita S. Eligius, MGH SS Mer. 4, rozdz. 32, http://www.fordham.edu/ (dostęp 3 października 2007).
  25. T. Wojciechowski, Szkice historyczne XI wieku, Warszawa 1951.
  26. E. Wolf, Karl der Große [w:] „Exempla historica”, t. 12, Römisches Imperium und Frühes Mittelalter. Herrscher des frühen Mittelalters, 1986.
  27. E. Zöllner, König Sigismund, das Wallis und die historischen Voraussetzungen der Völsungensage [w:] „Mitteilungen des Instituts für Österreiche Geschichtsforschung”, zesz. 1-2 (1957).

Wątki z histmagowego forum:

Święty patron zdrajca

Bolesław Szczodry

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: żółwik |

Chyba Iziasława?



Odpowiedz

Gość: Janusz |

Znakomity i bardzo inspirujący artykuł . Jego treść naprowadziła mnie na myśl ,że kreacja świętych i bohaterów jest niejednokrotnie wynikiem zapotrzebowania społecznego .Tak niewątpliwie było ze św. Baltydą jak i św. Stanisławem .Jednocześnie rodzi się pytanie dlaczego takie postaci jak Mieszko I czy Bolesław Chrobry , które w zasadniczy sposób przyczyniły sie do wprowadzenia chrześcijaństwa, a nie splamiły się żadną zbrodnią przeciwko kościołowi, nie doczekoły się (może za wyjątkiem kroniki Anonima tzw. Galla, gdzie pewną próbę w tym kierunku można dostrzec ) sakralizacji , która spotkałaby się z większym odbiorem społecznym ? Czy i w tym wypadku nie jest wynik zapotrzebowania społecznego , które decyduje o randze jaką przyznaje swoim boharerom ?



Odpowiedz

Gość: Hubert |

Dobrze mówisz obywatelu.



Odpowiedz

Gość: Obywatel |

Wierzę w to co tu jest opisane. Już wcześniej uważałam, że gdyby nie Święty Stanisław losy państwa polskiego potoczyłyby sie inaczej( znacznie lepiej- prawdopodobnie ni byłoby rozbicia dzielnicowego, idąc dalej Polska byłaby znacznie silniejszym państwem- może nawet nie byłoby zaborów..) a za świętego uznano by Bolesława Szczodrego. Przykład Baltyldy pokazuje, że Bolesław zasługuje na miano Świętego.. w końcu on ma na sumieniu \"tylko\" jednego biskupa



Odpowiedz

Gość: Żelek ;* |

DziwnEeeee ;D CuŚ zrozumieM



Odpowiedz
Kamil Janicki

Historyk, były redaktor naczelny „Histmag.org” (lipiec 2008 – maj 2010), obecnie prowadzi biuro tłumaczeń, usług wydawniczych i internetowych. Zawodowo zajmuje się książką historyczną, a także publicystyką historyczną. Jest redaktorem i tłumaczem kilkudziesięciu książek, głównym autorem i redaktorem naukowym książki „Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych” (2009) a także autorem około 700 artykułów – dziennikarskich, popularnonaukowych i naukowych, publikowanych zarówno w internecie, jak i drukiem (również za granicą).

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org