Tędy szli czerwoni. Sowieckie gwałty na Polkach w 1945 roku

opublikowano: 2022-11-04 13:14
wszystkie prawa zastrzeżone
poleć artykuł:
Do niedawna uważano, że to jedynie Niemki były ofiarami gwałtów dokonywanych przez czerwonoarmistów. Przez dziesięciolecia to był temat tabu, również w Polsce. Polskie ofiary gwałtów nie chciały głośno mówić o swojej tragedii.
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Jakuba Gałęziowskiego „Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny”.

W Polsce o gwałtach żołnierzy radzieckich pisze się – jeśli w ogóle – na ogół w odniesieniu do Niemek, które albo jeszcze nie opuściły rodzinnych stron, albo zdecydowały się pozostać mimo zmiany granic. Polki w tym kontekście zdają się niewidzialne, chociaż źródła jednoznacznie wskazują, że żołnierze radzieccy ich nie oszczędzali – ani podczas pierwszej fali gwałtów, w drodze „na Berlin”, ani zwłaszcza w czasie fali drugiej, gdy wracali, często niespiesznie, do ZSRR. Narracja, że to Niemki były największymi (albo i jedynymi) ofiarami gwałtów, stała się jednak częścią „wielkiej opowieści” o wojnie nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce. Polscy historycy jakby uwierzyli w ten przekaz i nieczęsto zdarza im się go podważać. Informacje o gwałtach pojawiają się w publikacjach o lokalnym zasięgu, najczęściej w monografiach dotyczących historii danej miejscowości czy regionu. Na poziomie centralnym nikt jeszcze nie podjął się systematycznych badań na ten temat.

Armia Czerwona w czasie marszu na Berlin

Wątek radzieckich gwałtów na Polkach pojawił się w Wielkiej Trwodze Marcina Zaremby i nie jest mi znana żadna inna publikacja naukowa, gdzie byłby równie szczegółowo analizowany. Choć istnieją pozycje, w których autorzy nawiązują do tego zagadnienia (najczęściej po prostu wymieniają gwałty na Polkach wśród innych przestępstw Armii Czerwonej lub stwierdzają, że ich dokonywano), zaskakuje jego marginalizacja w „publikacjach rocznicowych”, nie tylko o charakterze naukowym. Znacznie więcej informacji na ten temat można znaleźć w prasie, wciąż jednak jest to materiał bar[1]dziej dla dziennikarza, reportażysty czy literata niż historyka.

„Myśleliśmy, że są przyjaciółmi […]. Z radością wyszliśmy na ich spotkanie. Tymczasem oni zaczęli chodzić po całej okolicy i kraść […]. Dziewczyny musiały się ukrywać, bo gwałcili” – tak wspominała po latach wejście Rosjan do Konarzyn (powiat kościerski) jedna z mieszkanek tej miejscowości. Dokumenty i wspomnienia wskazują jednoznacznie, że doświadczenie przemocy seksualnej było wówczas powszechne i w niektórych regionach dotykało niemal każdej rodziny – niezależnie od wieku jej członkiń. Strach przed gwałtem, gwałt i będąca jego konsekwencją choroba weneryczna były codziennością. W wielu przypadkach gwałty skutkowały ciążą.

REKLAMA

Badacze zwracają uwagę, że Armia Czerwona przed wejściem w granice Trzeciej Rzeszy nie popełniała zbrodni o charakterze seksualnym albo zdarzało się to sporadycznie. Brakuje jakichkolwiek naukowych potwierdzeń, że potem jej żołnierze zważali na narodowość napotkanych kobiet. Liczne świadectwa sygnalizują za to, że od razu po wkroczeniu do Prus Wschodnich gwałcili napotkane kobiety, zarówno miejscowe Niemki, jak i mieszkające tam przedstawicielki różnych mniejszości etnicznych, także Polki i ostarbeiterki zatrudnione przymusowo w gospodarstwach rolnych. Trzeba pamiętać, że właśnie na te tereny sprowadzono najwięcej robotników i robotnic przymusowych. Może jeszcze w tej fazie wojny – przed ostatecznym pokonaniem wroga – tym ostatnim przynajmniej w pewnym stopniu udawało się uniknąć losu Niemek i autochtonek (te kobiety z pewnością zdradzała mowa) gdyż, jak chce Aleksandr Sołżenicyn, „jedna wiara” je chroniła. Czy rzeczywiście język („Nie! Litości! Matko Boska! / Jestem Polką! My nie Niemcy! / Rozumiecie? Polka, Polska!”) i wygląd („Wańka w drzwi łomocze kolbą – / Duśka mu otwiera drzwi! / Niby Niemka – proszę, proszę. / Gładko zaczesane włoski, / Ale po zadartym nosie / Zaraz się poznaje Rosję!”) niekiedy odwodziły od gwałtu – trudno rozstrzygnąć.

Czy to na północy, czy na południu, indywidualne doświadczenia kobiet zamieszkujących wówczas wschodnie rubieże Rzeszy Niemieckiej nie pozostawiają złudzeń, jak przeważnie wyglądało wkroczenie Armii Czerwonej. „Rosjanie nikogo nie słuchali […]. Nie pytali, czy jesteś Polką czy Niemką i czy mogą cię zgwałcić. Tam było brane wszystko, co miało spódnice” – wspominała po latach mieszkanka Nowych Polaszek na Kaszubach. W Dobrzeniu Wielkim, polskiej wsi na Opolszczyźnie, echa wydarzeń z zimy 1944 i 1945 roku były wciąż żywe, kiedy Stanisław Ossowski prowadził tam badania.

W grudniu [1944 roku – przyp. J.G.] przesunęła się linia frontu, a za nią wtargnęły pożary, rekwizycje i rabunki, gwałcenie dziewcząt. Mało było dziewcząt we wsi – twierdzą mieszkańcy – które nie zostały „potargane i zbaranowane”, często na oczach rodziców. Lęk przed maruderami nie zniknął jeszcze w czasie mego pobytu w Giełczynie, tzn. w sierpniu 1945 r.

Marzałkowie Żukow i Rokosowski oraz gen. Sokołowski przed Bramą Brandenburską tuż po odznaczeniu przez marszałka Bernarda Montgomery'ego (fot. Imperial War Museums)

Niewykluczone, że spotkał tam wówczas kobiety będące w ciąży z gwałcicielami.

Nie istnieją żadne wiarygodne dane dotyczące ofiar gwałtów z tego okresu, tym bardziej różnicujące narodowościowo. Dodatkowo zdawano sobie sprawę, że kobiety ze wstydu nie zgłaszają tych przestępstw, a ludność ogólnie jest zastraszona. Na ziemiach tych, częściowo już wyludnionych, nie działała jeszcze polska administracja. Jej przedstawiciele dopiero z czasem, przeważnie od wiosny, zaczęli odnotowywać przestępstwa żołnierzy Armii Czerwonej, w tym gwałty na miejscowych kobietach oraz byłych już robotnicach przymusowych. O tych ostatnich pisał w jednym ze sprawozdań dla Krajowej Rady Narodowej i Ministerstwa Rolnictwa i Reformy Rolnej Józef Ptaszek, prezes Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego w Olsztynie, że są w „szczególnie ciężkiej sytuacji” i proszą „go rozpaczliwie o wyrwanie ich z tej gehenny”. Alarmował, że „to co się pod względem obyczajowym z tą ludnością wyprawia jest horrendalne”; wcześniej wyjaśnił, że chodzi zarówno o ludność polską „tubylczą”, jak i „importowaną”.

REKLAMA

Natężenie przemocy seksualnej wobec Polek nastąpiło już po zwycięstwie nad Niemcami, kiedy miliony żołnierzy wracały do domów. Ten aspekt wojennych gwałtów, obok wspomnianej już krzywdy byłych robotnic przymusowych w Prusach Wschodnich (i analogicznie w innych wschodnich regionach Trzeciej Rzeszy), umykał dotychczas wielu badaczom zajmującym się tematyką przestępstw seksualnych dokonywanych przez Armię Czerwoną u schyłku wojny i w pierwszym roku po jej zakończeniu. W rzeczywistości dramat Polek dopiero się zaczął; cierpiały zarówno te, które w drodze do ojczyzny napotkały żołnierzy radzieckich, szczególnie w okresie „dzikiej repatriacji”, jak i te, które wówczas przebywały na terenach przyłączonych do Polski lub jechały tam z innych regionów kraju, przeważnie z ziem „zabużańskich”.

Pierwszą grupę tworzyły przede wszystkim byłe więźniarki obozów koncentracyjnych i robotnice przymusowe, drugą – Polki z Polski centralnej oraz przedwojennych Kresów. Ze źródeł wynika, że żołnierze radzieccy przechodzący przez poszczególne miejscowości lub stacjonujący w nich przez dłuższy czas znacznie luźniej podchodzili do dyscypliny niż w drodze „na Berlin”. W Głuchołazach (powiat nyski) podczas przemarszu „ponad 300 tys. żołnierzy I Frontu Ukraińskiego, powracających do kraju z Czechosłowacji (w dniach 11–13 czerwca), rabunki, rozboje, zabójstwa i gwałty dotknęły miejscową ludność niemiecką, jak i świeżo przybyłą tu z Kresów Wschodnich ludność polską” – wspominał ksiądz Dominik Pyka, pierwszy powojenny proboszcz w tej miejscowości. Według niego straty były wówczas o wiele większe niż przy wcześniejszym zajmowaniu miasta przez Armię Czerwoną. Ofiarami obok Niemek (a niekiedy zamiast nich) padały Polki.

REKLAMA

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Jakuba Gałęziowskiego „Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny” bezpośrednio pod tym linkiem!

Jakub Gałęziowski
„Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny”
cena:
69,90 zł
Wydawca:
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Rok wydania:
2022
Okładka:
twarda
Liczba stron:
512
Format:
145x205 [mm]
Format ebooków:
dostępny
ISBN:
978-83-67075-35-0
EAN:
9788367075350

Ten tekst jest fragmentem książki Jakuba Gałęziowskiego „Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny”.

Ku konsternacji polskiej ludności radzieccy żołnierze, zwłaszcza wyżsi rangą, znajdowali upodobanie w kobietach wroga. Zachowania te wpisywały się w ogólną zmianę nastawienia żołnierzy Armii Czerwonej do Niemców na terenach, które na mocy międzynarodowych porozumień mieli zajmować Polacy. Od tamtej pory już nie zemsta na wrogu, ale raczej rodzaj wynagrodzenia za trudy walki najsilniej motywował sprawców.

Wspólnym doświadczeniem Polek w 1945 roku, szczególnie tych, które znalazły się w tamtym czasie na terenach przyłączonych do Polski na zachodzie i północy, były więc przemoc seksualna lub nieustanne nią zagrożenie ze strony żołnierzy radzieckich. Właśnie tam znajdowały się największe skupiska armii radzieckiej, a polska władza i struktury społeczne były najsłabsze. Owszem, tereny te należały wcześniej do Trzeciej Rzeszy, a część lokalnej ludności pozostała w swoich gospodarstwach, ale to liczba żołnierzy przebywająca na tym terenie była pierwszą i najpoważniejszą przyczyną mnogości aktów przemocy wobec miejscowej bądź przybyłej (ewentualnie przejeżdżającej przez tamte tereny) ludności polskiej.

Pomnik Armii Czerwonej w Berlinie (fot. Manfred Brueckels)

Dla zilustrowania okoliczności, w jakich znalazły się Polki w 1945 roku na terenach nazywanych w zależności od kontekstu Ziemiami Odzyskanymi lub, w odniesieniu do części z nich, polskim Dzikim Zachodem, posłużę się dwoma przykładami. Wanda Półtawska we wspomnieniach szczegółowo opisała drogę powrotną z Ravensbrück do Polski, przemierzoną wraz z kilkoma współwięźniarkami.

Patrzyłam na moje dziewczynki, znużone, zmęczone, z lękiem w oczach. Gdzie spać? Bałyśmy się tych wszystkich mężczyzn, kim by nie byli. […] Nikt z nich przecież widząc nas teraz – gromadkę osiemnasto-, dwudziestoletnich dziewcząt – nie wyobrażał sobie, cośmy przeszły. Nie było, gdzie iść. Nie było żadnych baraków, tylko szczere gołe pole. I te ogniska, i namioty, pełne męskich, pożądliwych rąk […]. Ręce… męskie ręce, wyciągnięte po nas… zachłanne spojrzenia… obleśne uśmieszki… Ileż odcieni tych spojrzeń było, ileż dotknięć niby niewinnych… Bardzo szybko nauczyłyśmy się rozpoznawać z twarzy, z gestów – zresztą nie wiem z czego – tych, co byli niegroźni, od tych, co nam zagrażali.

REKLAMA

Drugi obraz pochodzi z raportu doktora Hieronima Bartoszewskiego, szefa sanitarnego PCK na Okręg Dolnośląski. W sierpniu 1945 roku wizytował tymczasowy „obóz” przesiedleńców ze wschodniej Polski, przy torach kolejowych w Brockau pod Wrocławiem (dzisiaj osiedle Brochów w południowo-wschodniej części miasta). Po wyładowaniu z wagonów kolejowych osiem tysięcy Polaków spędziło tam pod gołym niebem kilka tygodni w oczekiwaniu na decyzje odnośnie do ich dalszego losu. Jak podkreślał autor tekstu, jego uwagi miały być jedynie „słabym echem tragicznego krzyku «Doliny Łez», której na imię Brockau”.

Nadmieńmy, że wielką klęską wśród, zwłaszcza kobiet, są choroby weneryczne; kobiety niejednokrotnie gwałcone, pozbawione opieki moralnej, fizycznej i lekarskiej, chorują poważnie […]. Przybycie z pomocą w formie dostarczenia leków zapobiec może dalszemu szerzeniu się chorób, a należyta i sprężysta ochrona transportów i obozowisk naszych przesiedleńców ochroni nasze kobiety przed bestialskimi gwałtami.

Drugi obok chorób wenerycznych skutek tej przemocy – dzieci poczęte w jej wyniku – rządzący krajem dostrzegli stosunkowo szybko. O zaproponowanym przez polskie władze rozwiązaniu tej kwestii piszę w ekskursie dotyczącym powojennych aborcji. Z oferty w postaci uproszczonej procedury przerywania ciąży powstałej „w okolicznościach wojennych” skorzystało niewiele Polek. Większość albo przerwała ciążę, jeszcze zanim nowe prawo zaczęło działać – samodzielnie, z pomocą „babek”, akuszerek, lekarzy – albo skorzystała ze ścieżki prawnej wyznaczonej przez kodeks karny.

Były jednak i kobiety, które urodziły, choć nie wiadomo, ile się na to zdecydowało. Nie wiadomo też, ile takich dzieci zostało przez matki (i ich rodziny) zaakceptowanych, a ile porzucono tuż po urodzeniu. Źródła niemal całkowicie milczą na ten temat. Niekiedy z dokumentów udaje się wyłuskać pojedyncze wzmianki, przy czym często trzeba się domyślać, że dotyczą dzieci z gwałtów. Czy właśnie takie dzieci miał na myśli prezes Miejskiego Komitetu Opieki Społecznej w Kielcach, kiedy w podziękowaniu dla Polonii amerykańskiej za przesłane dary pisał, że „w większości jednak dzieci znajdujących się w Domu Małych Dzieci MKOS są «Dzieci Wojny» – podrzutki”?

REKLAMA
Żołnierze Armii Czerwonej świętujący zdobycie Berlina, maj 1945 roku (fot. Bundesarchiv, Bild 183-E0406-0022-018 / CC-BY-SA 3.0)

Oprócz słów Marii Skokowskiej-Rudolf nie znalazłem żadnych źródeł, które wskazywałyby na podjęcie tego zagadnienia z perspektywy władz centralnych. Wyciąganie na tak wątłej podstawie wniosku, że kwestia kobiet gotowych urodzić dzieci z gwałtu była omawiana w Ministerstwie Zdrowia lub innych organach władzy centralnej czy partyjnej, wydaje mi się zbyt pochopne. Pewne jest natomiast, że konkretne rozwiązania wdrażano powoli. Dopiero jesienią 1945 roku zaczynały rozwijać działalność wspomniane przez Skokowską-Rudolf domy matki i dziecka, ale zasięg i możliwości tych placówek były wówczas ograniczone. Znamienne, że pierwszymi podopiecznymi przyjętymi w słupskim Domu Matki i Dziecka były dwie kobiety z Krakowa. Kolejne pensjonariuszki również przyjeżdżały z odległych od Słupska regionów Polski. Czy naprawdę nie mogły urodzić dzieci bliżej? Dlaczego były gotowe przemierzyć cały kraj (w październiku 1945 roku)? Wydaje się, że kwestia dyskrecji odgrywała tu kluczową rolę, dlatego wśród domowniczek nie było miejscowych kobiet.

Wiele ciężarnych zdecydowało się na poród w miejscach zamieszkania, ale o tych wiadomo najmniej – wydawały dzieci na świat zamknięty w granicach lokalnej społeczności. I gwałty, i pochodzenie dzieci poczętych z przemocy były najpilniej strzeżoną lokalną tajemnicą. Jeszcze inne kobiety nie miały wyboru: rodzić w domu czy wyjeżdżać. Ich rodzinne strony nie należały już do Polski, a rodzina była rozproszona, trafiały więc do przypadkowych miejsc. Istnienie takich dzieci w różnych regionach potwierdzają źródła anegdotyczne: wzmianki na ich temat pojawiają się na przykład w wywiadach z najstarszymi mieszkańcami regionów najbardziej doświadczonych przez radzieckich żołnierzy lub w rozmowach z mieszkającymi tam lokalnymi historykami i regionalistami. Najczęściej ta obecność odzwierciedla się w języku. Poza „kacapskimi dziećmi”, o których pisał Zaremba w Wielkiej Trwodze, w terenie funkcjonują następujące określenia: „Stalinek” na Warmii, „Porus” na Górnym Śląsku, „Rusek” na Kaszubach, przy czym trudno jednoznacznie stwierdzić, w jakim stopniu miały charakter deprecjonujący, a w jakim jedynie odróżniający.

Pierwsze określenie usłyszałem od Roberta Traby; padło w kontekście realizowanego projektu dokumentacyjnego w Purdzie Wielkiej. Pojawiło się między innymi w wywiadzie z mieszkańcem tej miejscowości, choć z opublikowanego fragmentu wynika, że nie padło samoistnie z ust rozmówcy, a zostało wywołane przez „moderatora”; wprost zapytał o „Stalinki”. Zagadnięty nie rozwinął tematu, ale słowo znalazło się w słowniku pojęć na końcu książki. Wyjaśniono, że chodzi o „dzieci pochodzące z gwałtów dokonywanych przez żołnierzy radzieckich po wejściu Armii Czerwonej na terytorium Prus Wschodnich w styczniu 1945”. Na tej podstawie wnioskuję, że badacze znali to przezwisko i może spotkali się z nim w pracy terenowej, lecz rozmówcy, przynajmniej w opublikowanych wywiadach, o nim nie wspominali. Nie mówili też o gwałtach na miejscowych kobietach, nawet gdy o nie dopytywano.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Jakuba Gałęziowskiego „Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny” bezpośrednio pod tym linkiem!

Jakub Gałęziowski
„Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny”
cena:
69,90 zł
Wydawca:
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Rok wydania:
2022
Okładka:
twarda
Liczba stron:
512
Format:
145x205 [mm]
Format ebooków:
dostępny
ISBN:
978-83-67075-35-0
EAN:
9788367075350
REKLAMA
Komentarze

O autorze
Jakub Gałęziowski
Doktor historii Uniwersytetu w Augsburgu i Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią mówioną i badaniami biograficznymi. Interesuje się aspektami etycznymi i rolą emocji w badaniach naukowych. Brał udział w kilkunastu projektach dokumentacyjnych, w tym kilku międzynarodowych. Nagrał przeszło dwieście autobiograficznych wywiadów narracyjnych. Jest autorem książek opartych na źródłach mówionych oraz artykułów w czasopismach naukowych i opracowaniach zbiorowych. Współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Historii Mówionej (PTHM) i obecnie jego prezes. Członek zespołu redakcyjnego „Wrocławskiego Rocznika Historii Mówionej” (WRHM).

Wszystkie teksty autora

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści. Za darmo.
Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2023 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone